poniedziałek, 14 maja 2012

wczorajszy dzien- jasny i chlodny jak kolor mojej bluzki





It was a beautiful Sunday! Clear but cool like my mint shirt :) I presents my new skirt, 
I already love it! I have a lot of ideas for new outfits, I will show you for some time.
I tell you a funny stories today about my skirt from the past . 
But I'm sorry, I haven't much time to translate it in English today. 
If you want, I will do that next week, because after tommorow  I will leave for a few days and  I have a loooooooooooooooooooot of work.... :)


Niedziela była piękna. Jak z obrazka. Ale tylko do podziwiania zza szyby, w której jasno odbijało się majowe słońce. Cynicznie zimne jak na tę porę roku. Dlatego dosyć ciepło się ubrałam. Aby jednak nie płoszyć nieśmiało przycupniętej przy gruncie wiosny, postanowiłam ożywić czarną spódnicę miętową bluzką. Niestety, na fotkach wyszła jak biała! Ale zapewniam, ze jest miętowa.

Plisowanka- premiera. Już ją pokochalam! Cudownie sie uklada, jest mieciutka i lekka zarazem, z przytulnej bawelny. Mam juz kilka pomyslow na jej aranżację. Eleganckich. I sportowych.



A propos plisowanki, przypomniala mi sie zabawna historia sprzed stuleci, cha, cha, tzn. gdy sama byłam studentką. Przytaczam opowieść dlatego, gdyż w stosunku do tego rodzaju spódnic, noszę w sobie głęboką traumę. Nie sadzilam, ze kiedykolwiek jeszcze dam sie namówić na włożenie plisowanki.

Otóż, w tych zamierzchlych czasach, gdy nie było komórek, ani komputerow, mieszkałam na tzw stancji na Wale Miedzyszynskim, który jest teraz częścią stolicy, wtedy zaś grupowal wokól siebie male podwarszawskie miejscowosci, z których jechalo sie do stolicy przyslowiowe 3 dni wolami. Oczywiscie przesadzam, ale tak sie to mniej wiecej mialo do obecnych szybkich polączeń. Z góry przepraszam potencjalnych mieszkanców Walu Miedzyszynskiego...



Jak już wspomnialam, los rzucił mnie na stancję do pewnej wdowy po szewcu, która była jowialną osobą o gołębim sercu, slusznej budowie i z dziwną egzemą na policzkach. Ciagle wspominala zlote, minione czasy, gdy była znana w środowisku, dzieki pozycji swego meża- jedynego, a co za tym idzie najlepszego szewca w okolicy. Po latach opływania w dostatek pozostaly wspomnienia, którymi częstowala mnie dlugimi jesiennymi wieczorami ( co robic, nawet telewizora nie bylo!), oraz szafy i tapczany pelne kreacji szewcowej ( nie bylo niedzieli, by w tym samym poszla do kosciola! toć to nie honor!)

Polubilysmy sie tak z szewcową, że dobroduszna kobieta poczula w sobie misję doprowadzenia prowincjonalnej szarej gąski do standartów stolicy, o czym jakoby miała lepsze pojęcie niż ja. Rzeczywiscie, nietęgo może wygladalam w królujacych wówczas zgrzebnych , szaro-burych kreacjach z Hofflandu- nadajacego ton warszawskim ulicom, a do którego w okresie ogólnego kryzysu stało się dlugie godziny w kolejkach, i wpuszczano po ileś tam osób naraz. Standarty mody w małej miejscowosci w poblizu Walu Miedzyszynskiego byly zgola odmienne i nijak moje bure tiulowe spódnice się mialy do barwnych skarbow zalegajacych skrzynie lóżek mojej dobrodziejki.
Nie wiedząc nic o asertywnosci, pozwolilam sie ubrać szewcowej w jej jedną z najlepszych maxi plisowanek, wzoru wam nie opiszę, zbyt traumatyczne, można ująć urok tej kiecy jednym ordynarnym slowem, którego niestety użyję dla oddania klimatu- kiecka byla kolorystycznie bardzo "oczojebna", z dziwnego materialu, ktory zdecydowanie nie byl modny nawet wiele lat po.. Udalo mi sie obronić przed kapeluszem z wolaką i bliska placzu zostalam wypchnieta przez szewcową za drzwi, wsród ochów i achów:- koleżanki popekają z zazdrości!
Nie pojechalam autobusem lecz parę kilosów na pieszo, no ale w okolicach stadionu musialam zrezygnowac. Raz kozie smierć! Albo dwadziescia minut upokorzenia w tramwaju ( przybralam pokerową, wynioslą minę, udajac, ze mam gdzieś ukradkowe spojrzenia i chichoty za moimi plecami), albo parę godzin drwiacych spojrzen- pokonujac odleglosc do szkoly pieszo. Co ja mowie- do szkoly! Boże uchowaj! Jesli pokażę się tak w szkole-kompromitacja murowana!
Dopadlam do budki telefonicznej i nerwowo wykręcilam numer przyjaciólki mieszkajacej w uroczej kawalerce na ulicy Milej. 
Ewciu, jesli czytasz to teraz, to pozdrawiam cie serdecznie! Na szczęście była! Nie wyszła jeszcze do szkoly! Musiało być coś dramatycznego w moim glosie, bo Ewa bez zbędnych pytań, zgodzila sie czekać na mnie w domu. Moja ostatnia deska ratunku! Oszczędzę wam opisu, jak moja przyjaciolka turlala sie ze smiechu, gdy ujrzala mnie tak odpaloną wytaczajacą się z windy!



Gdy po powrocie, czekal na mnie nowy zestaw starannie przygotowany przez szewcową na nastepny dzień... nie dalam rady... opowiedzialam wzruszajaca historie, jakoby z waznych powodów muszę zakonczyć edukację i wrócić na swoją podlaską prowincję... Strasznie żal, naprawdę! Szewcowa, która poczuła w sobie pulsujacą, kreatorską krew na miare Ewy Minge, była niepocieszona.

Rozumiecie teraz moją traumę do plisowanek!



bluzka- Zara,
buty- Promod,
spodnica- JBC,
torebka- Veritas




25 komentarzy:

  1. jak zawsze sympatyczne i mile :) dziekuje dziewczyny i cieplo pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. verry nice boots!Thanks for the lovely commnet on my blog!X

    OdpowiedzUsuń
  3. Haha ale historia!:D No tak Twoja trauma do plisowanek jest w zupełności uzasadniona;)Aczkolwiek nie zmienia to faktu,że w swojej wyglądasz fantastycznie i te rajtki kuszące kwieciem mmmmmmm sama rozkosz dla oczu:*

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetna historia :)))Ja pamiętam jak w czasach podstawówki mama ubierała mnie w śliczne różowe sukienki,różowe kokardki plus do wszystkiego okropne białe ażurowe podkolanówki :)Ponieważ w tamtym czasie byłam raczej chłopczycą, więc dla mnie to był mega obciach,wymyśliłam sobie z koleżanką skrytkę w piwnicy na "normalne" ciuchy :) i się przebierałyśmy przed szkołą...moja mama dość długo wierzyła że jestem grzeczną dziewczynką w różach, a zadrapania na kolanach to wina niedobrego pana od w-f a nie skakania po drzewach ;)wydało się jak spadłam z drzewa i skręciłam kostkę ;))))

    Rozpisałam się ;) Ale Ty zawsze swoim postem albo dajesz do myślenia,albo przywołujesz wspomnienia :) Uwielbiam tu do Ciebie zaglądać :)

    Oczywiście też jak zwykle świetnie wyglądasz,co tam plisowanka! rajstopki są przesłodkie :)))

    OdpowiedzUsuń
  5. dziekuje! rajtki od cioci Basi :)

    OdpowiedzUsuń
  6. hehe,historia jakich malo :D cale szczescie,ze kolezanka uratowala z opresji :) wydaje mi sie,ze kazdy w zyciu mial takie niezreczne i wstydliwe sytuacje.Pamietam jak moj ojciec kiedys szedl do pracy na noc ... w lazience wisialy 2x pary spodni jeans -jego i mojej mamy.W pospiechu,po ciemku tato wskoczyl w spodnie mamy,nie wiadomo jakim cudem dopial guzik i pojechal w damskich przykrotkich spodniach niczym w rybaczkach.Jak wrocil do domu,to az lzy ze smiechu lecialy :D

    OdpowiedzUsuń
  7. pamiętam ten cudowny outfit , zawsze popłaczę się ze śmiechu na to wspomnienie.
    dobrze że trauma minęła, plisowanka rewelacyjna
    mimo wszystko można powiedzieć że szewcowa zaszczepiła w Tobie miłość do mody :)
    buziaki

    OdpowiedzUsuń
  8. Buhaha:)) Wybacz, ale ja bym to chętnie zobaczyła ! Że też nie masz zdjęcia :D Strój dzisiejszy piękny - podkreśla wszystkie Twoje atuty i ciekawa biżu do tego! Super! :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Jak ja Cię lubię czytać :)
    Ileż ja mam podobnych historii, niestety ja nie mogłam mojej kochanej rodzicielki poczęstować podobną historyjką.... i toczyłyśmy wojny, dantejskie sceny sie odbywały... Mama szyła mi mnóstwo ciuchów, początkowo jak zgodnie z powiedzonkiem iż dzieci i ryby...poddawałam się Mama z pieczołowitą precyzją wiązała kokardy we włosy które same sie jakoś utylizowały bardzo szybko... i pomimo iż sukienki darły a skarpety szarzały z prędkością światła... nie poddawała sie pragnąc wychować mnie na damę.... doprowadziło to do faktu iż posiadałam jedną parę spodni, kilka koszulek, parę butów typu - glany i kilka bluz- czyli garderobę której mama mi nie szyła...a kupionych za kieszonkowe.. Chowałam wypasionych czapki i szaliki z moheru po dziurach, wstydziłam ciepłej kurtki spoglądając z zazdrością na odsłonięte nery koleżanek w "bejsbolówach" i czeskich czapkach....:)))
    Nauczyłam się przerabiać, zwężać, skracać, ciuchy stworzone przez mamę, ciut po swojemu :) w ten sposób wilk był syty i owca cała...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wasze slowa sa dla mnie najwieksza nagroda i motywacja do pisania, dziekuje za wasza obecnosc

      Usuń
  10. fajnie, choć nie za bardzo lubię takie spódniczki. Za to nogi! uuu:D zazdroszczę :)

    OdpowiedzUsuń
  11. świetne masz rajtuzki! uśmiałam się niemiłosiernie do dziś pamiętam jak moja mama "eksperymentowała" na mnie przeróżne kolorystyczne zestawy, a ja biedna się tak dawałam! hehehe

    OdpowiedzUsuń
  12. ciesze sie, ze wywolalam troche wspomnien z dziecinstwa moim postem :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Świetny zestaw, bardzo fajne rajstopy :)

    OdpowiedzUsuń
  14. bardziej z Lubelszczyzny, na Podlasiu mam rodzinę więc czasem bywam:):)

    OdpowiedzUsuń
  15. You're so cute spinning around in a little skirt and cool patterned tights. You look great. I think the necklace really tops out your look.

    http://escapingthewindow.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  16. great outfit! love your shoes :)

    OdpowiedzUsuń
  17. I love your stockings :) adorable

    natalie
    http://lucyandtherunaways.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  18. so cute ! Come to see my page and follow me if you like it !
    Kiss

    OdpowiedzUsuń