niedziela, 16 czerwca 2019

Szlachetne zdrowie



W chorobie życie zwalnia i zaczyna biec innym torem, niezależnym od jego głównego nurtu. I już tamto wszystko ważne, przestaje być ważne nawet trochę. Zadufani we własne siły, płynący z prądem, niesieni nim wbrew sobie, zaczynamy nabierać pokory...

"365 dni mocy"


Mój własny jakże proroczy cytat, objawił mi się jak samospełniająca się przepowiednia w ostatnie tygodnie, miesiące, dni. I dochodzę do wniosku, że czasem trzeba porządnie walnąć się w głowę, spaść nią z góry na dół - dosłownie, by... złapać pion.


Liczne kłopoty zdrowotne moich rodziców ( z drżeniem serca wiedziałam, że kiedyś nadejdą jak u wszystkich, ale ciągle odpychałam od siebie tę wizję -" jeszcze nie teraz"), wypadek mego męża (teoretycznie - śmiertelny), a w ostatnich tygodniach - prawie identyczny, jego współpracownika i przyjaciela (tylko jeszcze z gorszymi konsekwencjami) bardzo zwyryfikował nasze postawy, priorytety, poukładał grafiki.
Nie starczało w tych dniach czasu na pisanie, ledwie starczało go na łatanie spraw i cerowanie rozpadającego się życia. Literatura może poczekać. Życie śpieszy się. Do śmierci. 
I choć dla autora zabrać pisanie - to jak zabrać tlen, musiałam poświęcić muzę dla innych spraw.  Nieraz zajeżdżałam do pracy z twarzą zroszoną od łez, bo emocje szukały ujścia, po chwili brałam się już na chłodno - za bary z życiem.
Słońce wychodzi zza chmur, a sytuacje krańcowe jak zawsze dostarczają wielu nowych spostrzeżeń i refleksji, obalają zrośnięte z nami stereotypy.

Jednym z nich było idealizowanie przeze mnie tutejszej służby zdrowia. I nadal utrzymuję, że technologicznie daleko nam do Belgii, jednak na idealnym obrazie powstało małe zadrapanie. 

Wiele razy wcześniej, w Brukseli i w Polsce wzywałam karetkę do chorego. W Polsce wyglądało to w dużym uproszczeniu tak: "Weź pani chłopa na plecy i przyczołgaj się z nim sama" Bywało nieciekawie. Dramatycznie.
Nieraz błagałam. Groziłam. Uciekałam się do forteli. 

Tutaj karetka przyjeżdża maksymalnie do 15 minut, ale normą jest, że najczęściej już po kilku minutach, nieważne czy pacjentem jest dziecko, młody człowiek, czy najstarsza we wsi starowinka (w Polsce zdaje się mieć to znaczenie) Na miejscu pojawiają się też inne służby. Reanimacja, pierwsza pomoc są błyskawiczne i najczęściej skuteczne. 

Toteż jakie było moje zdziwienie, a później konsternacja przeradzająca się w furię, gdy do żony naszego przyjaciela zadzwoniono ze szpitala, żeby przewiozła prywatnym samochodem swego męża z placówki "A" do placówki "B" w zupełnie innym mieście w godzinach szczytu. Pomijając to, że ona nie ma prawa jazdy, wydało mi się to zupełnie nieracjonalne. Przecież jeszcze kilka dni temu nie dawano mu praktycznie szans na przeżycie, pacjent z licznymi urazami czaszki - a my mamy go tak po prostu zapakować do auta i stać z nim w korku na zatłoczonej autostradzie???

Zapraszam na dalszy ciąg tutaj: klik

piątek, 24 maja 2019

Nadprzyrodzona siła, czy rozwiane marzenia?


Zawsze chciałam tworzyć "pozytywne treści" (tak to ładnie się nazywa) w tym często parchatym życiu, ale jednak - ŻYCIU, w myśl zasady: "lepszy wróbel w garści, niż skowronek na dachu".

No i postanowiłam założyć firmę (któryż to już raz!), tym razem autorską. Było to jakiś czas temu. I było to w Polsce. Że też Bóg nie uderzył laską w ścianę (głowę), jakąś błyskawicą nie zatrzymał mojej ręki, gdy podpisywała stosowne papiery w urzędzie miejskim.
Nie zdążyłam jeszcze powiedzieć "A", gdy już miłościwie nam panujący ZUS, powiedział w moim imieniu "B" wzywając mnie na dywanik w swoje wysokie progi.
Z naburmuszonych min pań urzędniczek odczytałam powagę sytuacji, które z niechęcią cedząc informacje, najwyraźniej grobowe milczenie uważały za swoją urzędniczą cnotę i powinność.

Zanim rozwinęłam skrzydła, juz mi je ZUS zaczął zwijać, próbując mnie wmanewrować w podwójne opodatkowanie, czy coś takiego. Nie znam się na tym i pewnie uszłoby to mojej uwadze, gdyby nie chciano ode mnie wyrwać to, czego nie zdążyłam jeszcze zarobić. 

Sugerowaniu mi, że okradam państwo polskie mówię stanowcze: NIE - rzekłam w duchu i.... wzburzona napisałam 4 strony wyjaśnienia i uzasadnienia z sugestią, że powinno mi się raczej dokładać, lub zwrócić mężowi to - co dokładał do moich wyjazdów do Polski w celu krzewienia kultury. Praktycznie za friko. 

Panie zdumione patrzyły jak dobieram kolejne kartki A4. Postawiłam kropkę i jeszcze tego samego dnia zamknęłam swoją działalność w kraju nad Wisłą. (w moim przypadku nad wartkim Bugiem) Z hukiem. Raz na wieki! 
Postanowiłam być artystką "na swoim" gdzie indziej. 
Gdzie mnie nie traktują jak potencjalnego złodzieja.
Wyjaśniają, o co pytam (bo są przeciez konkurencyjne "zusy" i jak mi się nie spodoba, mogę odejść)
Że częstują mnie kawą i herbatą, gdy przychodzę na umówione spotkanie z urzędnikiem odnośnie firmy. (a jestem tylko szarym petentem, nie bratową naczelnika - takie traktowanie to tu humanitarna, społeczna norma)

całość czytaj:
https://www.korzeniewska.com/blog/nadprzyrodzona-sila-czy-rozwiane-marzenia