czwartek, 13 grudnia 2018

Nie daj się życiu zagonić na śmierć

Momenty jak wiraże, gdy zdajemy sobie sprawę z kruchości życia, które w najgorszym wypadku kończy się w ułamku sekundy... 

To jeden z przykładów, gdy wydaje się, że naszą pogodną filozofię życia, można o przysłowiowy kant d... pobić...
 Prawda, że są takie dni, gdy masz ochotę znaleźć się na bezludnej wyspie i mieć święty spokój? I nie bez powodu są to dni grudniowe. Mnie nachodzą takie myśli, gdy czuję, ze świat wyślizguje mi się z dłoni i moje jego uporządkowanie wali się w gruzy jak domek z kart. Gdy ktoś boleśnie odchodzi, a ja nie mam sposobu by go choć pocieszyć, wziąć za rękę, nie mówiąc o tym – by zatrzymać, bo bilet w jedną stronę przy bijącym coraz ciszej sercu leży. I nie można go już kolejny raz przebukować. 
Gdy nieznany-znany człowiek, jeden z tych poważnych świadków życia, nadającym Twemu pisaniu sens teraz jest w potrzebie, a Ty nie masz żadnych narzędzi w ręku, by mu pomóc.
Gdy ktoś, kto karmił się moimi banalnymi słowami, potrzebuje teraz słów, które nie tylko zaspokoją głód duszy, ale podtrzymają fizycznie bicie serca, a wszyscy wiemy, że takich słów nie ma. I te moje, które krzepiły są dziś g... warte... 

Siadam na zgliszczu niezałatwionych spraw, porozrzucanych papierów, niezapiętych terminów. Muszę odpocząć od siebie samej. Poukładać priorytety, delegować obowiązki, wszystkie te nieważne – ważne sprawy. Być tam, gdzie rzeczywiście być powinnam, z ludźmi, z którymi naprawdę powinnam być. Reszta poczeka. Pranie, gotowanie, sprzątanie. Poczeka, albo „się zrobi” – czyimiś rękoma. Przez lata były to moje ręce, dopóki nie zrozumiałam różnicy pomiędzy „niezastąpiona”, a „obecna”
Mądrość przychodzi z wiekiem.
Z narodzinami. Ze śmiercią.
Przychodzi z pierwszym śniegiem i gwiazdką i zmęczeniem długich, łysych grudniowych dni.
Nie daj się życiu zagonić na śmierć.
Jeszcze nie.
A ja, reasumując, odsyłam do cytatu na górze. Świętuj życie! Nie ma lepszego prezentu od Boga, którego niektórzy nazywają SWOIM LOSEM. 
* Post pilotażowy mego najnowszego projektu: "365 dni mocy" . Zapraszam po więcej!

Sztuka, czy kicz?


Nie ma powodu, by dyskutować o smaku. To prawda. Ale bezustannie to robimy. Podziwiamy, zachwycamy się, oburzamy. Bodźce wzrokowe, słuchowe, zapachowe i smakowe dostarczają nam cennych informacji, koją lub podrażniają zmysły.
Co jest piękne, co jest brzydkie? Czym jest "wysoka"  i "niska" kultura? Czy książka jest dobra, lub zła i kto o tym ma decydować? Czytelnicy, czy krytycy, którzy często sami są niespełnionymi pisarzami?
Czy w dzisiejszych czasach, gdy wszystko jest względne, możemy nadal mówić w tych kategoriach? Tyle znaków zapytania, tyle interpretacji i zdań, ilu jest nas.
Ale wracajmy do rzeźby, której poświęcam dzisiejszy wpis.
Moja, że tak to ujmę, meteorologicznie szara Bruksela (i cała Belgia) od czasu do czasu jaśnieje kolorami, bądź też metaliczną rdzą. I budzi emocje w przechodniach, chociaż niewiele już rzeczy wydaje się w Brukseli dziwić.

Okolice Komisji Europejskiej, dzielnicy Etterbeek i Uclle wzbogaciły się jakiś czas temu (tylko ciągle nie miałam czasu o tym napisać) o ceramiczne potworki, które pretendują do miana sztuki i z pewnością dla jednych sztuką są, natomiast dla innych -  kiczem. Osobistą ocenę pozostawiam każdemu z Was.
W każdym razie w mieście zawrzało. Jedni mówią, że jest ładniej, kolorowiej. Inni trzęsą się z oburzenia:
„Świat na psy schodzi. Wstyd dla miasta!.”
„Nie można nazwać sztuką czegoś, co można kupić w większości turystycznych, rzemieślniczych sklepów.”
Ponoć celem było rozjaśnienie przestrzeni miejskiej. A prace nad „rzeźbami” powierzono młodym artystom.
„Gdyby spytać nieżyjącego już dziś specjalistę od sztuki przestrzennej, Jana Hoeta o takie nazwiska jak Susanne Boerner, Guillaume Bottazzi, William Sweetlove to przewróciłby się w grobie.” – twierdzą Belgowie.
Jan Hoet był wielkiej sławy prekursorem sztuki nowoczesnej i współczesnej w Belgii i za granicą, a także wielkiej kultury i klasy człowiekiem. W 1999 roku założył w Gandawie Muzeum Sztuki Nowoczesnej S.M.A.K  (Stedelijk Museum voor Actuele Kunst Gent.) 
Często bywam w okolicach placu Arezzo w brukselskiej dzielnicy Uccle. Tego samego, który jest miejscem akcji książki E.E Schmitta (pan od „Oscara i Pani Róży”) „Papugi z Placu Arezzo”. Papugi już dawno wypędzono, były niezwykle kłopotliwe i agresywne, zaczęły zagrażać innym ptakom, a nawet ludziom.
Ich miejsce zajęły zupełnie niegroźne, ale budzące wiele emocji dwa gigantyczne plastikowe pudle Williama Sweetlove'a. Ich autor jest artystą z wybrzeża, który jest wyznawcą nihilizmu, uważa, że ma on pierwszorzędne znaczenie. Zwłaszcza nihilizm Nietzschego, podkreśla. 

A Wy co sądzicie na temat współczesnej sztuki w Brukseli?
Podoba Wam się, czy przeciwnie? 
Po resztę zabawnych zdjęć i ciąg dalszy tekstu zapraszam tutaj: klik

poniedziałek, 3 grudnia 2018

List do przyjaciółki


KAMYKI NIEMOCY
"Słuchaj, ja dziś uśmiecham się do życia pełną gębą, ale uwierz mi – nieobce mi są takie stany. Nie będę się wymądrzać, wszak nie wchodzę w Twoje buty i nie wiem, jakiej skali są Twoje problemy. Powiem tylko, jak ja sobie radzę w takich sytuacjach. Gdy ciąży ciało, dusza, serce, staram się największym wysiłkiem ruszyć czubek góry lodowej moich problemów. Zmuszam się, by stawić czoło choć najmniejszemu z nich. Wiem, wymaga to nadludzkiej siły... Ale gdy nadkruszysz choć jeden z tych mniejszych kamyków niemocy: wykonasz telefon, zmusisz się do rozmowy na trudny temat z partnerem, spróbujesz negocjacji z firmą windykacyjną, która bombarduje Cię złowrogimi listami, poczujesz wielką ulgę i przypływ siły. Pokonasz strach. Pierwszy i najważniejszy krok do zwycięstwa. Dalej samo pójdzie. I nadejdzie dzień, gdy pełną gębą uśmiechniesz się do świata. Oni mają rację. YOU CAN DO IT! Tylko jeszcze o tym nie wiesz. Do roboty zatem."
Agnieszka Korzeniewska czyli ja 🤔

Jaki zbieg okoliczności. Gdy zabierałam się do wpisu o kamykach niemocy napisałaś do mnie, że nie dajesz rady. Że zżera Cię depresja i ciągnie na dno. Że rozedrgane histerycznie świąteczne dekoracje pogłębiają pustkę. Czyhają za drzwiami, oblepiają zgiełkiem, a za sztucznymi maskami świętych mikołajów – głęboka noc i nierozwiązane problemy Czeluść bez dna.
Odłożyłam telefon i przetarłam zmęczone od komputera powieki, rozprostowałam zdrętwiały kark i się zamyśliłam.
Znam stan, o którym piszesz. Znam tą epidemię niemocy, która jak zakaźna choroba obejmuje późną jesienią świat. Gdy przyroda nie ma już nic na swoje usprawiedliwienie, jesień wyłysiała i nie można zakamuflować przemijania kiścią barw.
Zapragnęłam być blisko Twoich trosk.
"To tylko taki przedświąteczny okres – napisałam Ci – każdy jest z lekka trącony depresją. Po tym wszystkim co przeszłaś, i z powodu tego jakie wartości prezentujesz – nie możesz się poddać teraz, ani nigdy. To byłaby zbrodnia. Nie jesteś sama, nawet jeśli w okno zagląda tylko nocy chłód. Gdy pomyślisz, zawsze znajdziesz przynajmniej jedną osobę, która jest Twoim cichym, lecz solidnym filarem. Mam nadzieję, że moje słowa, choć nierówne, chybotliwe z nich podpory, czasem jak zapałka na sekundę rozjaśnią mrok.
Dziś widzisz czarno.
Ale musisz wiedzieć, że...
Twoje stosunki z dziećmi/ rodzeństwem/ rodzicami/ byłym mężem/ światem/ Tobą samą – nie są gorsze, ani lepsze od stosunków innych normalnych ludzi, więc to nie mogą być powody do złych nastrojów. Niech się dzieje samo: życie płynie, a my z nim. Wybierajmy z niego to, co pozwala nam płynąc z prądem, dostrzegać sens i piękno świata, być wdzięczną za TU i TERAZ.
I nie daj sobie wmówić, że z prądem płyną tylko martwe liście.
Jest czas budowania zapór i czas akceptacji tego, co jest poza zasięgiem Twojej mocy. To drugie – jest oznaką dojrzałości. Niecierpliwej młodości nie daje się doń biletu wstępu.
Dlatego reszta, której nie potrafisz zmienić, niech się dzieje. Wbrew pozorom i naszym wysiłkom, mamy znikomy wpływ na to, co przychodzi. Ale to co z tym zrobisz, co dostałaś od losu – masz wpływ.
Stwórz swój rytuał rozwiązywania problemów. Najczęściej je rozdmuchujemy, ty zrób coś odwrotnego – podziel je na kawałeczki jak deser, a wypatrosz każdy z nich – jak rybę. Rozbite na kawałki problemy tracą na sile. Zaatakuj je. Jak w dzisiejszym cytacie na początku tego wpisu.
Rusz ten najmniejszy kamyk niemocy, reszta potoczy się z hukiem.
Dlatego uśmiechnij się. Może góry nie przesuniesz, ale jeden mały kamyk – dasz radę.
Nie bądź przy tym zbyt wymagająca dla świata i siebie samej.
Piszesz, że ja działam, że wciąż w drodze... w ruchu... że spełniam się...
Tak, ale pamiętaj, że trawa u sąsiada zawsze wydaje się bardziej zielona...
To prawda, robię wiele i daje mi to ogrom satysfakcji, ale ponoszę swego życia inne koszty, o których być może Ty nie wiesz. Każdy los ma swój cennik.
Mój, to chroniczne zmęczenie, ciągły pośpiech, huśtawki nastrojów. Też nieraz tracę sens... ale wstaję, otrzepuję pył z kolan, prostuję obolały kark, poprawiam tę cholerną koronę i zapier...m dalej. Bo innej drogi nie ma. Musimy wycisnąć maksimum z tych dni, które nam zostały, a nikt nie wie ile. By odejść bez żalu i w wielkim stylu, gdy przyjdzie czas, ale jeszcze nie teraz.
Więc wstawaj i idź do przodu.
Możesz zrobić wiele rzeczy, nawet jeśli wielu innych – z powodu Twoich ograniczeń nie uczynisz.
Ty powinnaś prowadzić bloga.
Smacznie gotujesz, pięknie fotografujesz. Masz intuicję. Prowadzić bloga, zarabiać na nim i być niezależna. To ma sens, nawet jeśli myślisz, że brzmi to idiotycznie.
Uśmiechasz się. Wiem, co masz na końcu języka. W końcu znam Cię nie od dzisiaj.
Uwierz, nie święci garnki lepią. Szkoda, że jeszcze tego nie czujesz, ale wiara we własne cuda może przyjdzie z czasem. Na razie niech to skromne ziarenko słowa w Tobie kiełkuje, niepokoi, doskwiera. Aż przyjdzie dzień, gdy zechcesz zmian dla siebie.
Jestem dziś bardzo zmęczona. Niewiele spałam. Ale cóż, trzeba pracować na materiale jaki jest. Ściskam i miej naprawdę dobry dzień w cichości swojej spokojnej duszy.
Wszystko będzie dobrze. Wiem co mówię. Często przechodzę przez burzę. Zaufaj mi.
A problemy?
Tylko ludzie martwi ich nie mają. Ty ciągle żyjesz.
Tylko nie mów, że chciałabyś się zamienić, bo uznam to za kiepski żart i Ci nie uwierzę.