sobota, 28 marca 2015

Płynie rzeka...



"Ten, kto nie spodziewa się mieć miliona czytelników, nie powinien zabierać się do pisania" Johan W. Goethe

No tak, ja znowu o pisaniu. No, ale co można robić jesiennym wiosennym, zimnym, deszczowym wieczorem? Oj, pojechał Goethe tym cytatem, pojechał... Co prawda, do pięt mu nie dorastam i do miliona mi daleko, ale... weszłam do tej rzeki... Zamoczyłam nogi. I zaczynam płynąć z prądem. Póki co, jeszcze powoli, ale już nabieram rozpędu. O pozytywach tej sytuacji kilkakrotnie już mówiłam. Ale gdy wychodzisz z własnego cienia, masz okazję przekonać się jeszcze o czymś innym, o czym wcześniej nigdy nie myślałaś, z czego nie zdawałaś sobie sprawy. Twój sukces, bez wzgledu na to, czy jest wielkości brudu za paznokciem i głównie tobie sprawia przyjemność, czy większy - jest najlepszym miernikiem twoich dotychczasowych przyjaźni z ludźmi, o których wydawało Ci się, że wiesz wszystko. O naiwny głupcze! To nie tylko w biedzie poznajesz prawdziwych przyjaciół. Twoja bieda, dla niektórych może być wspaniałym tłem dla własnej szlachetności. Nic tak nie podnosi poczucia własnej wartości jak podanie innym ręki w kłopocie. Ciężej przełknąć gorzką pigułkę, gdy ta niemota z trzeciego rzędu pod oknem, co nie przychodziła nigdy na imprezy - okazuje się świetnym mówcą, porywa tłumy i dzierży rząd dusz, albo ten niepozorny piegus z drugiej ławki, któremu tłumaczyłeś zawiłości algebry, jest dziś korporacyjnym wyjadaczem i jeździ leksusem, podczas gdy ty skrobiesz ledwie do pierwszego. I gdzie tu sprawiedliwość?
Niech Ci się powiedzie w jakiejkolwiek dziedzinie, a wtedy zobaczysz swoich znajomych w innym świetle. I będziesz (mógł)mogła zaśpiewać za Markowskim: "Czasem w ludziach, nagle tak, zajdzie zmiana. I zrzucają swe przebrania..."


Weszłam do tej rzeki... 99% reakcji jest życzliwych. Nie spotkałam się z wrogością. Czasami jednak jedno zdanie wywołuje we mnie głębokie zdumienie. Uśmiech nawet. Pusty śmiech...
Gdy koleżanka dzwoni by zapytać z sensacją w głosie ile zarobiłam już na książce. Odpowiadam pytaniem:
- A ile książek kupiłaś w tym roku? Konsternacja. No w tym, to niewiele, i w ubieglym też słabo było, ale kiedyś, to ho, ho! Kupowało się dużo literatury!
- Widzisz sama - rozkładam teatralnie ręce, choć ona tego nie widzi. - Zarobiłam tyle, ile ty kupiłas książek. 
Ale nawet nie o to chodzi. Byłabym hipokrytką, gdybym udawała, że nie byłoby cudownie żyć z pasji. Ale to jest (wspaniały) efekt uboczny. Najważniejsze jest to co nieprzeliczalne, te wszystkie emocje, radość dawania i brania. A jesli jeszcze pasja na siebie sama zarobi - to szczyt marzeń!

A rzeka płynie... A ja z nią...

W piątek dostaję wiadomość od wieloletniej koleżanki i zdumiona przecieram oczy. Bla, bla, bla... i: "piszę by Ci UDOWODNIĆ, że TEŻ potrafię ładnie i dużo pisać. I właściwie mogłabym napisać książkę, ale nie bój się, nie będę ci robić konkurencji."
Droga koleżanko, nigdy nie wątpiłam, że potrafisz ładnie i dużo" pisać, więc nie musisz mi nic udowadniać. Mam wiele piszących przyjaciół i nie jesteśmy dla siebie nawzajem konkurencją. Odwrotnie. Inspirujemy się, dzielimy doświadczeniem, wspomagamy. Świat jest aż nadto bogaty i niewyczerpywalny w tematy, że dla wszystkich nas starczy na nim miejsca. Mówi się, że każdy nosi w sobie materiał, na co najmniej jedną książkę  - nasze życie. Więc jeśli masz taką potrzebę, poczuj ten wiatr w żagle, chwytaj za pióro i pisz. I niech wena będzie z tobą...
Zadziwiają mnie myśli kłębiące się w ludzkich głowach. A czasami niepokoją...

A rzeka płynie...

Chciałam napisać jeszcze wiele... O naszej starym, flamandzkim meblu, który mój mąż kocha, a ja nienawidzę; jak to z myszami było i podzielić się refleksjami na tema ostatnich, smutnych wydarzeń. Chciałabym jeszcze... Ale to będzie na następny raz... A wy które z moich historii najchętniej czytacie? O Brukseli, opowiadania o ludziach, zwykłe historyjki z codziennego życia?...

***
Już nie chcę z tej rzeki wychodzić. Ona płynie i niesie mnie niektórym na przekór... Na pohybel nawet. (śmiech)





czwartek, 26 marca 2015

Wybieram szczęście, a Ty?


"Wiele osób spędza całe życie w pogoni za szczęściem, w błędnym przekonaniu, że jest ono luksusowym towarem, który należy znaleźć, a następnie posiąść. Szczęście nie jest czymś, co się pozyskuje lecz czymś czego każdy z nas może na własną rękę i w pełni świadomie doświadczyć, kiedy tylko zechce. Luksusowy dom, ani samochód nie zagwarantują, że będziemy w życiu szczęśliwi i spełnieni. Dlatego tak wielu ludzi okazuje zadowolenie na zewnątrz, podczas gdy w głębi duszy nie są szczęśliwi. I na odwrót – nie brakuje też ludzi szczęśliwych, których życie z pozoru nie ma ze szczęściem nic wspólnego. W jaki sposób człowiek decyduje o tym, czy jest szczęśliwy? To już zależy tylko od nas. Szczęście jest bowiem w zasięgu każdego z nas. Patrząc na to zupełnie obiektywnie, każdy dzień może nam przynieść szczęście, dlaczego więc nie obudzić się z nastawieniem, że taki właśnie będzie ten dzień? Przyswajając sobie taki nawyk, automatycznie stajemy się szczęśliwsi – bez względu na to, co przynosi nam życie. A ponieważ jesteśmy szczęśliwi, stawiamy mu czoło z dużo większą determinacją i skutecznością, niż ktoś kto jest wiecznie sfrustrowany i smutny." /znalezione w sieci: blog. Mama Psycholog/

***

Budzę się rano, dużo za późno, Moje noce przypominają przykrótkie kołdry, które histerycznie próbuję naciągać na głowę bladym świtem.  Za oknem zimno, ponuro, ciemno, jakby to nie wiosna była, ale sam środek najbardziej kapryśnej i nieżyczliwej jesieni. Nie chce się wyłazić z łóżka. Psa na dwór nie wygonisz. To znaczy - wyganiam na "siku" - nie mam wyboru. Wracają z ubłoconymi po pachy łapami. Wrrr. Do czyszczenia 12 psich łap na dzień dobry. W domu - dwóch chorych mężczyzn. Co prawda to tylko mocna grypa, ale każda kobieta wie co to oznacza. Podwójna tragedia i wszechobecna atmosfera przygnębienia i niemocy. Ech... Ale skoro wszędzie piszą, że szczęście jest wyborem, to właśnie desperacko próbuję sobie wmówić, że na przekór wszystkiemu - będzie to szczęśliwy dzień. Nie wydaje mi się to trudne. Pielęgnowanie wdzięczności jest moją drugą naturą. Mam je we krwi. Chyba nie jestem zbyt wymagająca od życia. Poprzestaję na drobiazgach. Skupiam się na szczegółach. Ale to ponoć w nich tkwi sedno sprawy, by nie powiedzieć - diabeł. Od pielęgnowania wdzięczności do odczuwania szczęścia, już tylko malutki kroczek. Właściwie można postawić między tymi pojęciami znak równości. Jedno bez drugiego kuleje. 

Po pierwsze, na pewno nie będę się śpieszyć do pracy. Praca nie zając, nie ucieknie (Zwłaszcza w systemie flexible). A głupiego, robota sama znajdzie. (A przysłowia jak widać, są mądrością narodów) Więc nóżka, za nóżką rozpoczynam swój dzień - środek tygodnia. 
Nie przygotowałam nic na dzisiejszy post, więc będzie takie bla, bla - typowy Niecodziennik Toffinki. Pamiętacie? Niektórzy go uwielbiali: moje opisywanie codzienności Toffinkowym okiem. 



No więc jadę do tej pracy rano, trochę zamulona, a jednak wszystko cieszy mnie jak dziecko. Skoro i tak jestem spóźniona, zatrzymuję się w boulangerie po drodze u śmiesznych pań skośnookich i kupuję słodkie rogale na śniadanie dla mnie i koleżanki. Poprawia mi się humor, jakbym już po tym śniadaniu była. Między jeziorkami na Ixelles, jak codzień pozdrawiam ruchem ręki miedzianą (chyba) statuę - moją niemą koleżankę i widzę kątem oka jak pani concierge z pobliskiego bloku zagania gęsi nad jezioro. Tak. Te pewne siebie, dostojne gęgały czasami opuszczają swoje naturalne środowisko i z ciekawością zapuszczają się dalej w betonową dżunglę miasta. Niezadowolone, nieśpiesznym krokiem, mamrocząc coś pod dziobem wracają gęsiego, jedna za drugą w poprzek jezdni. Poranny, nerwowy, uliczny ruch na kilkadziesiąt sekund staje w miejscu.  Uśmiecham się do siebie! Lubię moją Brukselę na miarę Paryża Amelii Poulain.



Są jeszcze inne powody do radości. Moje małe zwycięstwa nad własnymi słabościami. Co prawda, z Ewą Ch mi nie wyszło, ale wczoraj przerwałam zaczarowany krąg i poszłam na basen. No bo skoro szczęście jest wyborem i postanawiam byc kobietą szczęśliwą, to chciałabym zmieścić się w ubrania z ubiegłego sezonu. Wymiana całej garderoby o większy numer, na pewno szczęścia mi nie przysporzy, a jedynie wydatków. Do wczoraj wmawiałam sobie, ze fajne chłopaki (mój mąż) lubią dziewczyny przy kości, ale  - gdy nie zmieściłam się w sukienkę z ubiegłego sezonu, stanęłam wobec trzeszczącej w szwach prawdy o swojej atrakcyjności.

No więc po pracy potoczyłam się na basen. Nie wiedziałam, że jestem taka zdolna, że nawet na basenie potrafię robić interesy! Spotkałam przypadkiem mego ratownika. Chwilę pogadaliśmy co tam u kogo słychać, nie omieszkałam pochwalić się książką. S. bardzo się ucieszył, że książka jest o Belgii i pyta: " A o mnie też tam wspomniałaś i o nauce pływania?" 
- Nie, ale wspomnę w następnej.
- A masz te książki przy sobie?
- Jasne, zawsze mam kilka egzemplarzy w bagażniku na wszelki wypadek.
- To ja jedną kupię. A zdjęcia w niej są?
- OOO, jeszcze ile! Pełno zdjęć!
S. poskrobał się po głowie:
- Jak są zdjęcia, to ja kupię dwie. 
Trzecią dorzuciłam mu w celach promocyjnych. I pomyślałam, że to chyba prawda jest, że wracamy do czasów społeczeństwa obrazkowego. Chociaż tytułem usprawiedliwienia S. dodam, że polski język jest mu obcy, może więc jedynie sobie obrazki w książce pooglądać. 

***

Przestało padać.
Chłopaki zdrowieją.
Tosiek dzisiaj nic nie zniszczył.
Pojutrze zaczyna się weekend.
Coraz mniej rzeczy i ludzi mnie wkurza.
W sobotę idę na wernisaż.
Omijają nas poważne choroby.
Ktoś bardzo bliski przeżył poważną operację.
Moja część świata może ciągle cieszyć się pokojem.
Pchnęłam dziś ważną sprawę. W kilku innych zaświecił promyk nadziei.
Niedługo święta i jeszcze więcej spotkań autorskich.
Niebawem uściskam moich polskich przyjaciół.
Że znów po północy i będę nieprzytomna w pracy? (Na szczęście w pracy nie odpowiadam za niczyje życie.) Kiedyś się wyśpię. Cała wieczność przede mną!
Jest dobrze. Jest szczęście. 


niedziela, 22 marca 2015

Pokusa nie jedno ma imię.


Jestem grzesznicą. Jawnogrzesznicą. Pewnie za karę trafiłam do tego miejsca czarną rozkoszą płynącego. Czasami zdarzają mi się okresy abstynencji. Czuję się lżejsza, zdrowsza, silniejsza. Ale znów dopada mnie pragnienie, wszelkimi sposobami wodząc na pokuszenie: smakami, delikatnością, zapachem...  I już nie wiem, do raju trafiłam, czy do piekła...

Kiedyś mogłam grzeszyć bezkarnie, dziś muszę być czujna by nie popaść w ruinę. Z trudem odwracam głowę od przedmiotu moich namiętności. I nie chcę się już bronić... Ponownie tracę rozum i coś co ludzie nazywają zdrowym rozsądkiem... Zanurzam się w finezyjnej, wyrafinowanej przyjemności. Nie mogę i nie chcę się dłużej opierać. Znajduję tysiące powodów. Łudzę się, że się uszczęśliwiam. Czuje euforię. Oszukuję siebie, że tylko dziś jeszcze raz dotknę rajskich bram. Jutro zacznę walczyć od nowa. Przyrzekam unikać pokusy. Przegonić demony. Być grzeczną dziewczynką. Zaczynać dzień od twarożka z rzodkiewkami. Ale dopiero jutro... Zawsze jest jakieś jutro... Ono nigdy nie umiera.




www.fly4free.pl

Jej Wysokość: Belgijska Czekolada.
Gdybym miała wszystko o niej napisać, wyszłaby z tego opasła książka, a i tak nie wyczerpałabym tematu. 
W Belgii wiele rzeczy jest troszeczkę na opak. Pierwszym paradoksem dotyczącym grzesznej słodkości, która jest chlubą narodową tego kraju, jest to, że wprowadził ją na belgijski rynek ... Szwajcar. Niejaki Jean Neuhaus, brukselski aptekarz, pokrywał medykamenty czekoladą sprzedając je obok cukierków na kaszel. Była połowa XIX wieku. Lecz to dopiero jego wnuk, noszący to samo imię co dziadek, wynalazł słynne pralinki. Od tego czasu, po dziś dzień Belgia jest światowym imperium pralinek, a Bruksela nazywana "czekoladowym miastem". 
To tylko tu zbudowano najdłuższy czekoladowy pociąg, na poczcie sprzedawano czekoladowe znaczki (Nika pisała o nich tutaj), a a wiotkie kibicie modelek na wybiegach spowite są w kunsztowne suknie z czekolady, ociekając słodyczą. 


malygosc.pl


fakty.interia.pl

Kiedyś rynek starego miasta w Brukseli był zdominowany przez złotników. Ale to dawne czasy. Dziś nie uświadczysz tam złotniczego sklepu. Zostały wyparte przez przemysł cukierniczy. Ale witryny czekoladowych salonów całkowicie przypominają bogactwem i kunsztem - te z artystyczna biżuterią. 



Różnorodność słodkich mark jest tak ogromna, że trudno je zliczyć. Obok nazw ogólnie znanych jak Leonidas, Marcolini, czy wspomniany Neuhaus, istnieją setki małych rodzinnych ateliers, których wyroby konkurują śmiało z czekoladkowymi gigantami. W najbardziej renomowanych cukierniach w mieście, przed świętami, kolejki są długie jak nie przymierzając w Polsce za komuny po papier toaletowy. Ale jak ma nie budzić emocji ciasto pokryte z wielką precyzją siedmioma warstwami czekolady, tak cienkimi, że stanowią jedną delikatnie lejącą się całość lecz tak finezyjnymi, że odróżniasz i smakujesz odzielnie smak i kruchość każdej z nich. To nawet trudno opisać. To tutaj musiało powstać określenie:"poezja smaku". Belgijscy cukiernicy ciągle z nimi eksperymentują. To jedynie w Belgii próbowałam takich wynalazków jak czekoladki z dodatkiem imbiru, guarany, babelutte (rodzaj długiego karmelu aromatyzowanego miodem, pochądzący z Zachodniej Flandrii) połączonego z solą morską, czekoladki z pieprzem i malinami, marakują i bazylią... Wyrafinowanie przepyszne... Po niektóre z nich trzeba jechać aż do Antwerpii lub Brugii, ale warte są każdej ceny i odległości.
Ech, i powiedzcie mi, jak żyć i choć raz nie ulec tej pokusie... No jak?...


środa, 18 marca 2015

Oswajanie lisa.




Uczę się. Wszystko jest dla mnie takie nowe. Oswajam się z publicznymi wystapieniami. Za każdym razem idzie trochę lepiej. Nie spodziewałam się, że macie mi tyle do powiedzenia. Nie zdawałam sobie sprawy, że ja mam tak wiele do zaoferowania. Ogrom myśli, które chcę Wam przekazać sprawia, że rzadko sie powtarzam. Mam niedosyt. Każde spotkanie i oczekiwania są inne. Podoba mi się ta improwizacja. Dlaczego? Bo wymiana emocji jest szczera, życzliwa i nie obliczona na efekt. Dlatego się udaje. 
Udomawiam liska nieśmiałości, niewiary, kruchości. Dlaczego liska? Czytajcie uważnie do końca...
Lubię chwile wytchnienia na moim własnym blogu...
Na policzkach mam jeszcze chłód marcowego zmierzchu (wieczory bywaja ciągle zimowo lodowate). Przed chwila wróciłam ze spaceru z psami. Po całodniowym biegu przez życie lubię na koniec dnia schronić się sama w swoim blogowym zaciszu. Wy też tu przychodzicie. Dziś Ela napisała: "Zaglądam do bloga, a tam ciepło, uczuciowo i tak jakoś inaczej niż w tym wariackim swiecie."...
Bo nasz świat musi mieć takie górskie schroniska naszych dusz, gdzie można odstawić maski ról bez względu na wykonywane zawody, wdziać ciepłe rozdeptane kapcie, w wygodnych dresach i wyciągniętej, przydużej bluzie, z kubkiem parującej herbaty odpocząć od siebie: perfekcyjnej, idealnej, niezastąpionej... I dać fory tej wątpiącej, pełnej wad, desperackiej, podejmującej czasami głupie decyzje - sobie.
Moje pielęgnowanie wdzięczności polega między innymi na wracaniu do dobrych wspomnień...
Dlatego chcę Was zabrać jeszcze raz ze sobą do Warszawy. Mała retrospekcja, bo szykuja się nowe spotkania autorskie, wyzwania, pomysły... 
Niedziela 21 luty. Pierwszy przystanek: Floriańska 3 i moje internetowo-telewizyjne Madzie. 


Na Floriańskiej towarzyszy mi pan Darek i moi wydawcy. Tutaj frekwencja mocno kuleje. Wrażenie pustej sali potęguje się z powodu gabarytów wnętrza, wszak pomieścić ono może normalnie około 200 osób. Dla nas jest to ważna informacja zwrotna. Same newsy o wydarzeniu umieszczone w necie nie wystarczają, oraz, że trzeba starannie wybrać godzinę spotkania tak by ludziom nie kolidowała z innymi niedzielnymi zajęciami. 
Jest jeszcze niezwykle ważne, pouczające dla mnie odkrycie. Uświadamiam sobie, że nawet do kilku osób trzeba mówić z taką samą pasją i zaangażowaniem jak do pełnej sali. Zaczynamy... Pani Madzia zadaje pytania, my czytamy mówimy. Padają pytania z sali. Jest wybornie! Poza tym to chwila wytchnienia i zaprawa przed wieczorem. 


Nawet nie przeczuwam w najsmielszych marzeniach tego co czeka mnie w Złotych tarasach... Miejsce spotkania: Cava, dzieki uprzejmości właściciela i zdolnościom organizacyjnym dwóch El. Działają one w duecie jak najlepszy sztab PR. Cava - to jeszcze inny klimat, niż Tarabuk. Znów mnóstwo niespodzianek. 




Przyjaciele, rodzina, wirtualni znajomi. Gadam, gadam, gadam, bo mam wdzięcznych odbiorców. Wreszcie mam okazję poznać w realu Sollet, Jane i Justynę, mamę cudownego dzieciaka Gabrysia, który własnie teraz walczy z chorobą i wiele innych osób. Niespodzianką jest obecnośc głównej redaktor "Urody życia", ciepłej i bezpośredniej pani Ani Maruszeczko. Moja rodzina - jest moim oparciem - też są obecni, jak i moi wydawcy biegający za mna w ten weekend po Warszawie. Przyjechała, choć nie było to łatwe wyzwanie Asia Rodowicz, niezwykle bliska memu sercu malarka i rzeźbiarka. Jej obecność napawa mnie wielka otuchą. Czuję się jakbym miała przy sobie starszą, zyczliwą siostrę.  Ofiarowuje mi cenny i zarazem symboliczny prezent. Obraz Żyda  z książką mający zapewnić mi powodzenie w pisaniu. Na odwrocie znamienna dedykacja - zaklęcie:"Twoje książki się sprzedają". I szepcze mi do ucha ze spokojna pewnością:"To już się dzieje"...  Żyd czeka na swoje docelowe miejsce na jednej ze ścian w moim domu. Musi być ono starannie wybrane... 



Nieznajoma dziewczyna z Filipin wygłasza na koniec płomienną mowę pod moim adresem. Jola, moja siostra tak pięknie mówi o oswajaniu lisicy, nawiązując do końcowego opowiadania mojej książki. Znajduje analogię do "Małego księcia". Dzień wcześniej Monika mówiła o wartości przewodniej mojej książki - pielęgnowaniu wdzięczności... Niestety, wszystko co piękne ma swój kres... 

Wtorek rano. Bruksela.  Jadę do pracy, jakbym nigdzie stąd nie wyjeżdżała. Jakby tamtych wieczorów nie było. Tylko pamiątki, prezenty, wszystkie gadźety od serca, które mi ofiarowaliście sa niezbitym dowodem, że jednak to się nie przyśniło... Chwila wytchnienia, ale już nowe plany na kwiecień - maj i dalej...

Jak raz wejdziesz na scieżkę fascynującej przygody jaką jest pisanie, nigdy już nie zechcesz z niej zejść." - dźwięczą mi w uszach słowa nieznajomej, młodej pisarki... Pewnie usłyszę je jeszcze nie raz w mojej głowie...

Ciężko mi usiedzieć teraz w pracy na tyłku. Szperam w necie, wyszukuję najkorzystniejsze połączenia do Polski w najbliższych miesiącach. Mam te niezmąconą pewność, że wszystko się dzieje tak jak powinno...


















sobota, 14 marca 2015

Fabryka kobiecej tożsamości.






Mówią, że samochód jest przedłużeniem męskości. Dla kobiety jej dalszym ciągiem, najlepszą przyjaciółką, niezgłębioną tajemnicą, ostatnią deską ratunku, bastionem kobiecości jest... jej torebka. To nasza psychologiczna broń, obiekt westchnień i zazdrości koleżanek. To demonstracja statusu finansowego lub życiowej filozofii, albo jednego i drugiego. Mała, duża, kopertówka, worek, plecak... Oryginały i podróbki. Każda pani ma ich co najmniej kilka. Królowa Anglii ma ich ponad dwieście. To co w nas budzi wielkie namiętności, również kolekcjonerskie - naszych mężczyzn przyprawia o palpitacje serca, zwłaszcza w sytuacji,  gdy niedbale prosimy: " Kochanie, możesz podać mi telefon? Jest w mojej torebce..." 
Złośliwcy mówią, że do kobiety dzwoni się dwa razy. Raz, by odnalazła telefon w torebce. I drugi raz, by odebrała rozmowę... 
Torebka, to ocean przydatności. Fasada jest dla świata (lubimy się nieraz lekko podlansować), wnętrze - to nasz drugi, intymny dom. Teren prywatny. Obcym wstęp wzbroniony! Znajdziesz tu wszystko w zależności od potrzeb i osobowości jej właścicielki. Od sasa do lasa! W nawigacji po nieprzebranych bezkresach torebkowych wnętrz jesteśmy niezrównane. Facet szybko się pogubi i zamiast wspomnianego telefonu wyciągnie parę rajstop, igłę z nitką, zaległe mandaty sprzed roku (nieopłacone, oczywiście), dyskietki, dwa flakony perfum, proszki na migrenę i nie tylko, nożyczki i mnóstwo innych w jego mniemaniu niepotrzebnych rzeczy... My, w sposób dla nauki niezrozumiały, nielogiczny, szóstym zmysłem, z zamkniętymi oczami odnajdujemy bezbłednie szukany przedmiot. Choć czasami dopiero wtedy, gdy zawartość torebki wysypiemy na stół.
Torebka może podnieść poczucie wartości, można się nią zasłonić, podeprzeć (zwłaszcza, gdy jest to walizka), można nią cisnąć, czy podeptać w napadzie szału, a nawet wytłuc nią po głowie rywalkę... Świetnie się nią kłuje w oczy zawistne koleżanki skutecznie podnosząc im ciśnienie! Im droższa torebka - tym mocniejszy efekt. Zdarza mi się o nich zapominać w miejscach publicznych. Ale dobrzy ludzie biegają za mną by mi wcisnąć moją zgubę. Kiedyś kelner  pewnej restauracji uporczywie gonił za naszym samochodem wymachujac moją własnością. Innym razem dopiero wieczorem zorientowałam się, że nie mam mojej przyjaciółki. Wróciliśmy do miejsca, gdzie w południe jedliśmy obiad. Torebka czekała w nienaruszonym stanie, tam gdzie ją zostawiłam. 

Wiele lat temu stojąc z nosem w witrynie sklepu ze skórzana galanterią na jednej z najpiekniejszych ulic w mieście, marzyłam by mieć choć jedną z takich pachnących, gładkich, skórkowych piękności wystawowych w swojej kolekcji. Dziś, gdy od biedy mogłabym sobie na to pozwolić - nie mam już takiej potrzeby. Wydają mi się o wiele, zupełnie bezsensownie, za drogie. Przestały mi imponować. Nadal podziwiam je jak dzieła sztuki użytkowej, ale już bez pożądania. Swoją kobiecą próżność zaspokajam o wiele tańszym kosztem, w granicach mojej normalności i na miarę mego zdrowego rozsądku. Nie przeszkadza mi to patrzeć z sympatią na posiadaczki torebkowych perełek i ich kolekcjonerską pasję, którą traktują priorytetowo.

Moja torebka powinna być na tyle duża by zmieścić aparat fotograficzny, książkę, notes, kosmetyczkę, telefony, klucze i inne przydatne gadźety.

Zdradź mi proszę, jakie niezbędne przedmioty zawiera twoja torebka?
A jeśli jesteś mężczyzną, jakie emocje budzi w tobie torebka twojej kobiety? 



środa, 11 marca 2015

"Szacunek jest pewną odmianą stanu świadomości."



Hej, dziś będzie troszkę dłużej niż zazwyczaj, ale przecież nie wystraszę Was dłuższym tekstem. W końcu przychodzi do mnie elita, kwiat cyberprzestrzeni, ludzie, którzy są w stanie przyswoić jednorazowo więcej niż kilkadziesiąt znaków na Twitterze. :)
Ostatnio, w kontekście róznych wydarzeń myślę dużo o granicach szacunku. 
I o tym, do jakiego stopnia możemy kpić z innych światopoglądów... Niby temat przebrzmiały i wszystko już zostało powiedziane, ale wzmożone policyjne warty i zasieki przy głównej siedzibie policji w Brukseli, którędy codziennie przejeżdżam do pracy - upewniają mnie, że jednak nie... Trzeci stopień zagrożenia terroryzmem trwa... 

"Prawdziwemu życiu od początku towarzyszy szacunek. Prawdziwe życie w radości zaczyna się wówczas, gdy w toku naszych codziennych spraw nadajemy właściwą rangę uczuciowi szacunku." 

Nie wiem nawet gdzie przeczytałam te słowa, ale zanotowałam je sobie w telefonie. Zawierają całą moją filozofię życia. Czy wobec tego jestem Charlie? Czy wszystko jest białe lub czarne? Czy ci co nie są z nami, są przeciwko nam?
Czy w imię wolności słowa mogę się zgadzać lub nie zgadzać z Tobą? Czy nie zostanę zlinczowana za to, że idę pod prąd? 
Napisała o tym Róża. Rozpętała się debata...
Napisał o tym Arek. Jeszcze większa dyskusja...
Czy jestem Charlie?...
Trudno jest mi jednoznacznie na to odpowiedzieć. Każdy ma prawo do szacunku. Każdy ma prawo do życia. Źle się stało, że ludzie z redakcji zginęli. Nic nie usprawiedliwia zbrodni. Ale powiem też, że źle się dzieje gdy szydzi się z przekonań innych. Pogwałcone prawo do życia. Zadany gwałt prawu do szacunku... 
W życiu kieruję się czuciem i intuicją. Wobec postępującej islamizacji Europy, nie mogę powiedzieć, że jest mi z islamem po drodze, ale jestem daleka od tego by kpić z przekonań innych ludzi. Arek przekonuje na swoim blogu, że należy odróżnić kpiny z ludzi od kpin z religii. Niezupełnie się z tym zgadzam. Jeśli wyznajemy jakąś religię, jest ona częścią naszej tożsamości, jesteśmy w nią wrośnięci od dziecka, stanowi część naszego kręgosłupu moralnego. Dlatego było mi przykro, gdy w europejskim kraju usuwano z urzędów miejskich choinki, symbol radości i świąt, ponieważ raniły uczucia religijne zatrudnionych tam dwóch Arabek. A co z moimi zranionymi uczuciami? Zdaję sobie sprawę z tego, że gdybym urodziła się pod inną szerokością geograficzną, w innej rodzinie, to niewykluczone, że wyznawałabym zupełnie inną religię. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia?
Dlatego żyj i pozwól żyć innym. Nie kpij, bo któregoś dnia z Ciebie zakpią. Szanuj. Nie zabijaj. I pamiętaj: szydzenie nie ma nic wspólnego z satyrą. Czasami trzeba dużej wrażliwości by nie przekroczyć cienkiej, czerwonej linii. 


Odwieczne dyskusje o wyższości jednej religii nad inną, bądź też negujące istnienie religii jako takich. Fanatyzm kontra wojujący ateizm. Wytykanie sobie wojen w imię Boga: raz jedni myśliwym, a drudzy zwierzyną, lub odwrotnie. Ekstrema. Boję się wszelkich skrajności. 
A gdyby tak... Nie dzielić ludzi według wyznawanych poglądów? A jedynie według podziału na głupich i mądrych, na czułych, spieszących z pomocą i złych, na tych co odczuwają empatię i pozostałych? Najprostszy kodeks etyczny: szanuj, odczuwaj wdzięczność, nie zadawaj bólu. Proste, a zarazem niewykonalne? Spróbuj. Jak to opanujesz, sprawisz, że świat stanie się dużo lepszy. Resztą nie łam sobie głowy. Akademickie dyskusje, z których dla świata nic nie wynika zostaw teoretykom w zaciszu ich gabinetów. 

poniedziałek, 9 marca 2015

"Odległośc nie ma znaczenia, ona tworzy tylko niepotrzebny dystans..."





Minęło już trochę czasu by ochłonąć, ale ciągle  w uszach dźwięczą mi słowa piosenki zaśpiewanej przez Izę tamtego wieczoru:"Pamiętasz, była jesień". Wasze twarze przesuwają się przed oczyma. 21 luty, godzina 17.00. Tarabuk. Każde z moich warszawskich spotkań miało inny klimat, niepowtarzalny. Tarabuk to przede wszystkim ogrom wzruszeń. Co najmniej potrójny. Przybyła licznie moja warszawska rodzina. (Pomijam mamę i siostrę, które przyjechały ze mną z Anusina). Pojawiły się zwartą grupą koleżanki ze szkoły (totalna niespodzianka!) - ileż to czasu się nie widziałyśmy? Dwadzieścia? Więcej? Głowy wciąż te same pełne szalonych pomysłów, a w oczach radosne chochliki! Byli obecni blogowi znajomi, śmiało mogę już ich nazwać wirtualnymi przyjaciółmi. Bo tylko przyjaciele skłonni są do takich poświęceń: niektórzy jechali prawie dwieście kilometrów, by spędzić dwie godziny z kimś, kogo znali jedynie z bloga, czyli ze mną... Ale jak to ujęła Dorota z Białegostoku: "Odległość nie ma znaczenia, ona tworzy tylko niepotrzebny dystans." Przybyła Stokrotka z pękiem... stokrotek oczywiście i innymi sympatycznymi podarkami od serca. Towarzyszył jej JanToni, pełen uroku starszy pan, sypiący fraszkami jak z rękawa. Inni znajomi też przyprowadzili swoich znajomych - nietuzinkowych ludzi. Warszawska Ela przedstawiała mi swoje koleżanki, a każda z nich niebanalna! Zaraz na wstępie wręczyła mi pęk, nie przez przypadek, fioletowych tulipanów. Moi wydawcy dzielnie biegali za mną po Warszawie, nie zabrakło ich i w Tarabuku. Przybył znajomy z Google+ ,którego nazywam "telewizyjnym Januszem" z dziewczyną- wstępnie jesteśmy umówieni na Podlasiu. Ogólną sympatię budziła pełna uroku pani w czarnym kapelusiku, która rozbrajająco przyznała, że trafiła na spotkanie zupełnie przypadkiem. Po prostu wyszła na chwilę po... kapustę do sklepu i zobaczyła przez szybę, że coś się święci w Tarabuku. Więc została i nawet zabrała głos w dyskusji oraz obowiązkowo zakupiła książkę. Czas jaki mieliśmy minął dużo za szybko, pożegnaniom i umawianiom nie było końca. Aż tu nagle przede mną wyrosła... Ona. Od razu ją poznałam, mimo, że nie widziałam jej nigdy na oczy w realu. Poznałam ją po bujnej czuprynie i pieknych oczach. Ina, Karolina z bloga: "Świat według Iny"
Niezwykle inteligentne dziewczę kryjące ogrom swojej wrażliwości pod płaszczykiem małomówności. Dostałam od niej kolczyki "hand made" ( w których dzisiaj byłam w pracy)barwną chustkę (na belgijskie słoty) i śliczną fioletową zakładkę :) Zresztą... dostałam mnóstwo różnych wzruszających drobiazgów. Wracamy w nocy na nasze Podlasie. Nie czuję zmęczenia. Nieźle mnie kontakt z wami nakręcił. Dobre emocje aż wibrowały w powietrzu. Chciałam by już było nazajutrz. Byłam głodna ponownych spotkań z ludźmi. Następne warszawske przystanki: Floriańska i Cava - Złote Tarasy. Ale o tym kiedy indziej. 


Zdjęcia nie powalają jakością, ale oddają trochę klimat spotkania. 



Poniżej: Z JanTonim






"Odległośc nie ma znaczenia, ona tworzy tylko niepotrzebny dystans..." moja białostocka Dorota. 


Z Iną, właścicielką pięknych włosów i mamą Julka.





środa, 4 marca 2015

Najtańszy bilet do szczęścia.


Przerwę na chwilę swoje relacje ze spotkań autorskich, chociaż pośrednio temat dziś poruszony bedzie ich dotyczył. Pogadajmy o pielęgnowaniu wdzięczności w naszym życiu. Niby każdy o tym wie, niby prosta sprawa jak drut, ale nie zawsze ją sobie uświadamiamy. To jak z Yeti czy świętym Graalem, każdy słyszał - nikt nie widział. Odkąd wyrosłam z malkontenctwa i stawiania wymagań życiu - pojawiła się w nim nowa, pusta przestrzeń gotowa na wyrażanie wdzięczności. Gotowa na pielęgnowanie prostoty. Ale żeby dojśc do tych najprostszych prawd, trzeba najpierw doświadczyć całej palety emocji w swoim życiu: tych dobrych i złych. Jednakowoż są potrzebne, byś zrozumiał jak masz wiele powodów do okazywania wdzięczności. Ktoś powiedział: " Bycie na szczycie swojej góry, czymkolwiek ona dla Ciebie jest - docenisz tylko mając w świadomości wspomnienie znajdowania się u jej dołu". Odkąd zaczęłam pielęgnować wdzięczność w moim życiu, stało się ono bogatsze i głębsze. Bo wdzięczność rodzi wdzięczność, a na kamieniu zakwita miłość. 
Nie myślcie, że jestem taka mądrala od urodzenia. Długo zajęło mi zrozumienie podstawowej prawdy, że świat nie jest mi nic winien. Był tu przede mną... Dużo lat upłynęło, błędów się popełniło, zanim nabrałam dystansu do siebie, świata i ludzi. I tak narodziłam się nowa ja. 
Dziś gdy mi koleżanka mówi:"Syn nie dostał się na studia, tylko się powiesić!", to zapala mi sie lampka ostrzegawcza. Hej, droga koleżanko, coś mi się zdaje, że pilnie trzeba popracować nad pielęgnowaniem wdzięczności i priorytetami!


"Wdzięczność to najtańszy bilet do szczęścia" - to naprostsza prawda i zarazem tytuł książki, którą warto przeczytać. Mimo, że straciłam głos, prawie nie spałam, jadłam tylko dzięki rodzinie i przytomnym koleżankom, które wpychały we mnie pożywienie, to wróciłam ze spotkań z wami bardzo ubogacona, choć zmęczona.  Rozsadzała mnie wdzięczność. Gdy po powrocie zaczęły spływać w necie pierwsze komentarze, wasze reakcje na prive, byłam bardzo zaskoczona, jak walnięta obuchem w łeb. Piszecie o zastrzyku pozytywnej energii, o tym, że dodałam wam odwagi, że udziela wam się mój optymizm, że macie chęć na zmiany w swoim życiu... Byłam zdumiona, bo to jest dokładnie to, czego doświadczyłam od Was! Uświadomiłam sobie, że to reakcja łańcuchowa. Ktoś kiedyś też zaszczepił we mnie marzenia, obudził wdzięczność, a ja tylko zarażam tym dalej! I to do mnie wraca spotęgowane! To wdzięczność i prostota pozwalają mi na głębszą relację z ludźmi napotkanymi na mojej drodze. Ułatwiają dokonywania wyborów, znoszenia trudnych chwil. Odkąd potafię cieszyć się z małych rzeczy, to jakbym los na loterii wygrała! Nie zawsze jest sie gotowym na taka postawę, ale jeśli raz wdzięczność stanie się twoim udziałem - uczynisz z niej styl i filozofię swego życia. Może ten krótki fragment pozwoli Ci obudzić w Tobie szczęście:

JESTEM WDZIĘCZNA:
  • za podatki, które płacę, bo to znaczy, że mam dochody,
  • za ubrania, które są nieco ciasne, bo to znaczy, że mam jedzenie na stole,
  • za to, że trzeba skosić trawnik i wymalować dom, bo to znaczy, że mam swój własny kąt (…),
  • za osobę, która fałszuje, śpiewając, bo to znaczy, że mogę słyszeć,
  • za zmęczenie i ból w mięśniach, bo to znaczy, że mogę ciężko pracować,
  • za budzik, który dzwoni z rana, bo to znaczy, że mogę żyć kolejny dzień”.

Taaak... 
Tosiek skopał nam dziś znów ogródek (byłam wściekła!), ale to znaczy, że mamy sporą przestrzeń życiową. Wróciłam zmęczona z roboty, ale to znaczy, że mam pracę. Jutro bedę musiała wstać rano, dużo wcześniej niż zazwyczaj, by odwieźć koleżanki synka do przedszkola, ale to znaczy, że mam przyjaciół, którzy mogą na mnie liczyć. Tęsknię za mężem, który wyjeżdża na kilka dni służbowo, ale to znaczy, że ciągle go kocham po 20 latach małżeństwa... I tak dalej, i tak dalej. Mogłabym tak wyliczać bez końca...
A ty za co dziś jesteś wdzięczny/a? 

niedziela, 1 marca 2015

Pierwszy warszawski przystanek. UKSW


Punktem wyjścia była Bruksela. Lekką ręką zaczęte dzięki Asi i Jagódce w księgarni pani Eli. Później już tylko sentymentalne jak mój przewodnik, momentami łzawe - powroty. I ludzie, czyli wy. Moja wartość bezwzględna. Bez was żadne z tych spotkań by się nie odbyło. Albo odbyłoby się nie tak. 
Pierwszy przystanek. UKSW Warszawa - Bielany. Ciepłe przyjęcie. Znane twarze profesorów, promotora. Siostra Maria - mój administracyjny Anioł Stróż. Przyjechała, choć jest już dawno na zasłużonej emeryturze. 


Monika - dobry duch i organizatorka tego fajnego wydarzenia. 



I czuję się jak dzieciak, co wyrósł gdzieś w świecie i wraca do domu. Patrzą na ciebie z dumą, w końcu wyszedłeś spod ich ręki. To oni cię "dokończyli" jako ukształtowanego człowieka. Wcześniej miotałam się po różnych szkołach to tu to tam, zdecydowanie bardziej niecierpliwie głodna życia niż wiedzy. To ich osobowości nadały ostateczny szlif mojej duszy, zostawiły piętno. Miłe, serdeczne słowa od pani prodziekan. I książki. Na dobrą drogę najlepszy prezent. 



Obecność Pana Darka dodaje mi otuchy. W końcu talentu do wystąpień publicznych nie wyssałam z mlekiem matki. Za to z pewnością szczęście do ludzkiej życzliwości. Pan Kowalski wprowadza w temat, później przekazuje mi pałeczkę. Oboje pochodzimy z tych stron. Oboje znamy belgijską rzeczywistość. Opowiadamy na zmianę, dopowiadamy, pan Dariusz czyta fragmenty książki, przekazujemy sobie mikrofon. Powiedziałabym, improwizowany koncert  na cztery ręce, dzięki doświadczeniu aktora - wychodzi wybornie. Zasłuchane twarze... Musimy kończyć. Szkoda... Jak ten czas, dobry czas, szybko biegnie... 



Kolejny przystanek. Tarabuk. Warszawskie Bielany. Ale o tym następnym razem. To, że ja żyję moimi spotkaniami, nie znaczy, że wy macie żyć pod ich dyktando. Będę je wspominać sukcesywnie, chronologicznie - by na długo mi tych wspomnień zostało. W międzyczasie będą inne ważne blogowe tematy... Jak dawniej. Powracam do was dawną Agą, jaką byłam zanim moje życie nabrało lekkiego rozpędu... W dużej mierze to wasza sprawka! Jesteście sobie winni. To wy wprawiliście w ruch to niezwykle oporne koło mojej wiary i zaufania do samej siebie. I teraz się turla nabierając szybkości. Prawdopodobnie to mój najlepszy czas za co bardzo WAM dziękuję!

* Niektóre zdjęcia pochodzą ze strony UKSW