sobota, 30 marca 2013

Życzenia wielkanocne :)



No i napadało! Kto nie zabrał ciepłych butów, szalika i czapki - ten gapa!
Moi drodzy, bez wzgledu na religię, wyznanie, kolor skóry życzę wszystkim jutro smacznego jajka :)
Na wasze blogi zawitam na spokojnie w świątecznym okresie. Dziekuję, że jesteście ze mną tak długo. Pozdrawiam!!!!




Klub wesołego kalosza

mamy też sfinksa, tylko jakiś taki brzydal z niego zaniedbany jak wszystko w moim miasteczku ):

Jedynie słuszna decyzja.


Hmmm. Piątek. Wielki Piątek w kulturze chrześcijańskiej, której jestem malutkim ogniwem. Ten wpis czekal na ten dzień. Od dawna intryguje mnie postać Piłata. Jej tragizm. Sprobowalam wczuć się w jego niewdzięczną rolę. A decyzje, które podejmujemy każdego dnia? Często, gdy nie możemy inaczej... We współczesnych czasach. Umywanie rąk jest mniejszym czy większym złem? Ostatnio czytałam kilka artykułów o galeriankach, samotności, młodocianych prostytutkach, aborcji... Byłam wstrząśnięta. Jak to się ma do Piłata? Jakoś tak mi się wszystko kojarzy, miesza. Nie, nie stawiam znaku równości między opisanymi historiami, ale cos mi mówi, że jakiś wspólny mianownik mozna znaleźć. A jakie jest twoje zdanie?



Był ciekawy tego oszusta. Krążyło o nim wiele plotek.
Pogodnym rankiem, gdy słońce wstawało nad miastem szykował się na spotkanie.
Miał doświadczenie ze złodziejami, buntownikami, fałszywymi prorokami. Podczas krótkiego jeszcze panowania, zdążył posłać do diabła niemałą rzeszę łotrów. Wątpliwy sukces w postaci awansu na prokuratora tej krainy uczyniły z niego bezduszną  maszynę do eliminowania hołoty. Odnajdował mściwą przyjemność w bezczeszczeniu ich świętych miejsc i utrudnianiu życia. Szczerze ich nienawidził. Ale dziś był dziwnie podniecony. Ruch i szum odgłosów zebranego na dziedzińcu motłochu zwiastowały przybycie skazańca. Wiele o nim słyszał. Oto on! 

Ich spojrzenia, wcześniej niż wypowiedziane słowa skrzyżowały się ponad głowami strażników. Jak dwóch przechodniów, którzy nigdy więcej się nie spotkają, jak dwa pociągi, na równoległych szynach mijają się w biegu. Zachwyciła go harmonia ruchów, kaskada spadających na ramiona miękkich włosów, silna szczęka.  Oczarowało go piękno ciała, którego nie mogły przykryć sponiewierane szaty przybysza.  Przypatrywali się sobie. Krótka chwila. Cała wieczność. Oskarżyciel i skazaniec. Młodzi, silni, bez przyszłości. W kącikach ust Jezusa tańczył nieznaczny, lekki uśmiech. Albo się Piłatowi tak tylko wydawało. Oczy nie wyrażały gniewu. Ni strachu. Były czyste i jasne. Jak niebo. Jak sumienie.

Tak nie zachowuje się skazaniec - pomyślał z podziwem Piłat. Poczuł sympatię i szacunek do tego człowieka. Sam nie wiedział dlaczego, ale intuicja podpowiadała mu, że nie jest to zwykły rzezimieszek.
Złowieszczy tłum napiera. Chcą krwi tego człowieka. 
Nie czuję w nim strachu, tego lepkiego zapachu ludzkiego przerażenia, którym emanują z siebie skazańcy – myśli Piłat. Często, gdy przymknie oczy czuje ten ludzki smród. Jeszcze długo po egzekucji…
I słyszy jak im biją serca z przerażenia, a krew z szumem szaleje w arteriach jak górskie potoki. Gardła zatyka im strach, pocą się i są gotowi wszystko zrobić, by uniknąć szubienicy. Piłat brzydzi się nimi. I rozkoszuje się władzą. Nie ułaskawia... Później długo zażywa relaksującej kąpieli by usunąć z siebie swąd ludzkiej trwogi.

Ten jest inny... Nie czyni cyrku, nie pada mu do stóp, nie próbuje się ocalić. Można powiedzieć, że jego obecność sprawia Piłatowi przyjemność. Już dawno się tak dobrze nie czuł w czyimś towarzystwie. Właściwie jest w Palestynie bardzo samotny…
Gdyby nie Prokura, jego piękna żona, którą bardzo kocha...
Wydaje mu się, ze Jezus czyta w jego głowie. Delikatna nić porozumienia rodzi się między nimi ponad wrzaskiem tłumu.  Słowa, nigdy nie wypowiedziane ustami...
W dziwnym momencie historii się spotykamy Piłacie, nie sądzisz? – uśmiecha się Jezus.
Tak…Dlaczego nie poznałem cię wcześniej? - Moglibyśmy razem wiele zdziałać!- myśli Piłat.
Ukrzyżuj go, ukrzyżuj - skandujący tłum przypomina o konieczności podjęcia decyzji.
Piłat dziwi się własnemu głosowi. Słowa same układają się w zdania.
Jezusie, widzę, że jesteś niewinny, nie chcę cię skazywać. Nie zagrażasz panowaniu rzymskiemu w Palestynie - szepcze przy twarzy skazańca – wystarczy, że odwołasz wszystko co mówiłeś, to nie jest takie trudne.
Nie martw się o mnie Piłacie, czyń swoją powinność - w jego błękitnych oczach nie znajduje kompromisu.
Nalegam Jezusie - syczy Piłat - odmawiasz prokuratorowi? Chciałbym mieć przy swym boku kogoś takiego jak ty! Znasz dobrze tych ludzi, ich obyczaje, jesteś jednym z nich. Daję ci szansę. Doceń to...
Nie mówiłem nic co nie byłoby złe albo przeciwko Cezarowi…
Wierzę ci Jezusie!
Więc odmów wykonania wyroku skoro wierzysz w moją niewinność - prowokuje skazaniec.
Z bijącym sercem wyszedł do tłumu - po raz pierwszy bał się tego motłochu. Nie znajduję w nim winy! - zawołał.
Nie jesteś przyjacielem Cezara! - złowrogo zafalował tłum.
Poczuł wściekłość. Wciągnęli go szantażem w swoje wojenki, w swoje brudne rozrywki. W których  nie do końca się rozeznawał. Wrócił na podwórzec.
Jezusie - odwołaj wszystko – poprosił - w przeciwnym razie będę musiał wydać cię hołocie, a widzisz, że nimi gardzę. Nie zmuszaj mnie do tego bym podpisał wyrok.
Cisza ciężkimi kroplami potu spływa po czole Jezusa.
Opamiętaj się w porę, mogę ci jeszcze ocalić skórę, ale nie nadstawię za ciebie głowy. Mam dla kogo żyć! Moja kariera… dopiero nabiera rumieńców... Hej, czy mnie słuchasz Jezusie?
Jest tylko jedna, jedynie słuszna decyzja... Dlaczego nie chcesz współpracować?...
Nie oceniam cię Piłacie…
Jakbyś śmiał… Mnie, namiestnika!
Oni to zrobią. Po wsze wieki…
Grozisz mi Jezusie?
Uśmiechnął się ze smutkiem.
Martwię się o ciebie, przyjacielu - zajrzał w głąb duszy prokuratora.
Piłat zadrżał.

Podzielisz mój los. Niedługo. Twoje życie tutaj dobiega końca...
Urzędnik skoczył jak oparzony.
Pora skończyć tę farsę!
Nie ułatwiasz mi roboty Żydzie!
Umywam ręce Jezusie, nie miej pretensji, próbowałem ci pomóc, odrzuciłeś moją dłoń.
Piłacie, nie opowiedziałeś się za prawdą…
Cóż to jest prawda? – gniewnie wygiął usta w pogardliwym półuśmiechu.
Z żalem to robię Jezusie… Polubiłem cię. Nie jesteś jak oni…
Do zobaczenia Piłacie z Pontu...
Nie myślę, że się spotkamy…
Niedługo Piłacie…


PS.
Piłat często nazywany jest prokuratorem, taką bowiem funkcję pełnił. Należy jednak pamiętać, że słowo prokurator oznaczało w starożytnym Rzymie zupełnie coś innego niż obecnie rozumiemy. Prokurator nie był sądowym oskarżycielem. Był urzędnikiem postawionym przez cesarza albo na czele ważnej jednostki administracyjnej (biura kancelarii, zarządu dróg, itp.) albo na czele prowincji. W tym ostatnim przypadku (dotyczącym Piłata) miał uprawnienia namiestnika. Dlatego w Encyklopedii PWN Piłat nazywany jest nie prokuratorem a prefektem Judei. Słowo to lepiej oddaje funkcję pełnioną przez Piłata, aczkolwiek nie jest precyzyjne. Prefekt bowiem był zarządcą miasta, a nie prowincji. Jedyny wyjątek stanowił Egipt, który nie był prowincją lecz terytorium cesarskim zarządzanym przez urzędnika w randze prefekta.

Jeśli chodzi o dalsze jego losy, po odwołaniu z funkcji prokuratora, mówią o nich pisma apokryficzne, których autorami byli chrześcijanie. Nie można jednak tych pism uznać za w pełni wiarygodne. Według nich Piłat miał popełnić samobójstwo, gdyż został oskarżony o niekompetencję. Jego ciało, wrzucone do Tybru, miało rzekomo dopłynąć w okolice Wiednia (Mons Pilatus). Niektóre wersje tradycji (Orygenes) czynią z Piłata chrześcijanina, a liturgie Kościoła prawosławnego i koptyjskiego uznają go za męczennika.”

***************************************************************


Jest pewien problem- powiedziała. Uniósł pytająco brwi - Jestem w ciąży.
Cisza. Bzyczenie zabłąkanej muchy o bursztynowych skrzydełkach w zagłębieniu okna.
Dobrze pamietała dzień, w którym do tego doszło. Zadzwonił do niej, wyciągając ją z łóżka po to by za chwilę do niego wrócić. Miał parę wolnych godzin między służbowymi spotkaniami. Ucieszyła się. Spotkali się „tylko na kawę”. Jak zwykle na kawie nie poprzestali. Jak zwykle kochali sie pospiesznie. Jak zwykle dźwięk telefonu wyrwał ich z miłosnego transu. Jak zwykle musiał jechać. Już. Zaraz. Jak zwykle uśmiechał się przepraszająco i obiecał wynagrodzić jej to pewnego dnia. Jak zwykle nie miała złudzeń. Ufała mu jednak wbrew logice. Na początku był układ. Z czasem układ rozbił się o burtę bliskości, której oboje byli spragnieni. On stał się jej najlepszym przyjacielem. Ojcem, matką, bratem, siostrą przewodnikiem. I kochankiem...

Ale teraz mężczyzna stojący przed nią w niczym nie przypominał tamtego człowieka. Wiadomość,  którą przed chwilą otrzymał sprawiła, że zgarbił się i w jednej minucie postarzał. Oprócz paniki w jego twarzy dziewczyna dostrzegła coś jeszcze. Głębokie bruzdy na czole i pod oczami. I cieniutkie pasma siwych nitek w ciemnych włosach.
Jesteś tego pewna? - czuła jak jego słowa nabierają ciężaru kamienia i z trudem przechodzą mu przez gardło.

W odpowiedzi wyjęła z torebki test i wsunęła mu w dłoń. Podniósł plastikowy pasek wyżej w stronę światła brudnej żarówki, patrzył jakby nie dowierzał swoim oczom, ale dwie równoległe ciemnoczerwone kreski nie chciały zniknąć. Zacisnęła usta. Przeniosla wzrok na jego drżące rece. Nie wiedziała dlaczego w tej chwili myslała o tych wszystkich rzeczach, które nie stanowiły istoty sprawy. Nie były teraz ważne. Patrzyła i beznamiętnie poddawała analizie jego dłonie. Że też nigdy im się bliżej nie przyjrzała! To było ciekawe odkrycie. Jak większość mężczyzn, nie mógł poszczycić się dłońmi pianisty. Dość masywne, o krótkich grubych palcach. Teraz drżące i ściskające kawałek plastiku wydawały się jeszcze bardziej bezradne. Nie mogła uwierzyć, że to te same dłonie, które odkrywały zakątki rozkoszy w jej ciele, o których istnieniu nie miała bladego pojęcia. Nie do wiary! Dziś te ręce szukały wsparcia i ratunku.

Co zrobimy? - zapytała.
Była pewna, że pomoże jej rozwiązać problem, zajmie stanowisko. Odkąd obaliła układ między nimi, wielokrotnie obiecał, że jej nigdy nie opuści. I że będzie zawsze obok. Choć zdawała sobie sprawę, że może być inaczej.
To zależy od ciebie - umknął wzrokiem w bok.

Nie miał złudzeń co do tego, że to koniec sielanki, pięknego romansu. Skończył się,  zanim się jeszcze na dobre rozpoczął.  Kolejny raz w życiu stanął przed murem. Pat. Będzie co ma być. Co się zaczyna, kiedyś musi się skończyć. Nie zamierzał jej do niczego zmuszać, ale nie zamierzał jej też wyręczać. Był wściekły. Wszystko za szybko się potoczyło. I nie tak. Miał jedynie nadzieję, że dziewczyna podejmie właściwą decyzję. Słuszna decyzja była tylko jedna. Ale, kto wie co ona zechce zrobić, była naprawdę nieprzewidywalna. Nie miał ochoty znów zostawać ojcem. Był zmeczony. Emocje wynikające z posiadania dzieci miał dawno za sobą.
Jest jeszcze czas - to tylko zarodek - popatrzył na nią błagalnie.
Nie bój się, nie skomplikuję ci życia...
Już to zrobiłaś...

Tak, nadszedł dzień, gdy zapragnęłam mieć z tobą dziecko, ale ty już miałeś dzieci- trzy cudowne dziewczynki. Znałam je, ponieważ ich zdjęcia w dużych formatach stały u ciebie na biurku w pracy...
Czy znalazłoby się w twoim sercu jeszcze trochę miejsca na nową miłość? Dla dziecka zrodzonego z namiętności, poza prawem, z samotności i marzeń o miłości. To były pewnie tylko moje marzenia z miejsca skazane na niepowodzenie. Falstart. Wiadomość o jego mikroskopijnej, abstrakcyjnej w moim ciele i umyśle obecności nieźle zachwiała twoim światem.  O naszym dziecku, mówisz: „zarodek”... Czy tak myślałeś o swoich kolejnych dzieciach widząc dwie kreski na pasku testu?

To nie jest dobra wiadomość, prawda?
Nie planowalismy dzieci...
Ale mówiłeś przecież, że...
Nic się nie zmieniło, ale zrozum, nie chcę znów być ojcem...
Tak, rozumiem...
Co zrobisz?...
Jak to ja?... – popatrzyła zdumiona.
Uszanuję każdą twoją decyzję - przerwał jej niecierpliwie - ale pamiętaj, jest tylko jedna słuszna decyzja. Inaczej skrzywdzisz wiele osób i siebie też...
Umywasz ręce...
Nie zostawię rodziny, zrozum, nigdy nie było o tym mowy...
Twoje priorytety, tak wiem...
Zrozum...
A nasze dziecko?...
Twoje, proszę... To tylko zarodek, i myśl o tym tylko tak, proszę...- pogładził ją po policzku.
A jeśli...
Podejmij tylko słuszną decyzję, pamiętaj...
Kocham je...
Nie możesz kochać kogo tak naprawdę jeszcze nie ma. Kochasz swoje wyobrażenie dziecka...
Tak wiem, zarodek...

Otworzyła oczy. Dojrzała obskurne pomieszczenie socjalne na tyłach jego biura w wielkim wieżowcu. W przyćmionym, rozproszonym świetle niezwykle jaskrawie zobaczyła zmęczonego życiem mężczyznę, który mógłby być jej ojcem, dyndającą na cienkim kabelku nagą, zamgloną, żarówkę ponad ich głowami... I siebie. Poszukującą ciepła dwudziestolatkę.

Jechała tramwajem piękną, skąpaną w morzu jesiennych lisci aleją. O własnych siłach wracała ze szpitala. Nikt nie robił ceregieli. Uświęcony prawem, rozgrzeszony rozsądkiem i wyższą koniecznością zabieg nie trwał długo.  Jak wyrwanie zęba, a może jeszcze mniej boleśnie.Patrzyła tępo w szybę tramwaju, próbując jednocześnie przypatrzeć się swoim uczuciom. Ale nie pojawiło się nic, o czym piszą w książkach i nauczają na katechezie. Żadnego żalu, rozdarcia, poczucia winy. Nic. Pustka.
W komórce zalegały trzy nieodczytane wiadomości. Jedna od matki, przeżywającej nową miłość na Majorce, druga od ojca, który niepokoił się, że nie odpowiada na jego telefony. Trzecia wiadomość była od niego. Był z dziewczynkami i żoną w Disneylandzie, ale tęsknił i myślał. Wraca jutro i ma nadzieję...

Wagonik kołysał się na zakrętach. Podparła głowę dłonią i pomyślała, że wszystko jest jak dawniej. Świat zatrzymał się na chwilę i nic się nie stalo. Tylko trochę lat jakby przybyło i plecy przygarbiły się pod brzemieniem odpowiedzialności.  Jedynie słusznej podjętej decyzji.

środa, 27 marca 2013

Marzenia (2)


Moi drodzy oto druga część " Julki". Kto nie czytał pierwszej części, zapraszam tutaj:

Jednocześnie chcę powiedzieć, że wszystkie opisane osoby spotkałam naprawdę, są to rzeczywiste historie z życia wzięte. Oczywiście z przyczyn oczywistych musiałam zmienić imiona i niektóre okoliczności. Aha, i Julka to nie ja. :) Zapraszam.

Oto pysznił się przed nią jeden z ważniejszych dyrektoriatów zjednoczonej Europy. Przeszła powoli przez przeszklone drzwi i skierowała się w stronę recepcji.
- Mam spotkanie w sprawie pracy – wyszeptała uroczyście.
- Z kim? – rzeczowo zapytała dziewczyna.
- Z kim?... Nie wiem... Miałam być tu o siedemnastej... Może pani zadzwoni...
Dziewczyna spojrzała na nią z politowaniem.
- Proszę panią, tu pracuje dwa tysiące ludzi i jest ponad tysiąc biur. Jak pani chce, żebym zgadła z kim jest pani umówiona?
Julka czuła jak jej cudem wskrzeszona nadzieja rozpada się na miliony kawałków, a twarz pokrywa się palącym wstydem. Recepcjonistka popatrzyła na nią przyjaźniej i z litością wskazała stojące w holu skórzane kanapy.
- Poczeka pani, może ktoś tu po panią przyjdzie – powiedziała i wróciła do rozdzwonionych telefonów i licznych interesantów, tym samym zapominając o jej istnieniu.
Julka zdesperowana i bez większej nadziei obserwowała pędzących we wszystkie strony urzędników z unijnymi identyfikatorami na piersiach. Nikt na nią nie patrzył, nikt się nie interesował, wszyscy zaaferowani jakimiś ważnymi sprawami sprawiali wrażenie ludzi goniących swój własny czas. Około siedemnastej trzydzieści hol zaczął pustoszeć, a w głowie Julki zaczęła wypuszczać liście czarna rozpacz. O osiemnastej dziewczyna podniosła się ciężko z kanapy i z poczuciem życiowej przegranej skierowała się w stronę wyjścia. W tym momencie drzwi windy otworzyły się bezszelestnie i niewysoki, siwy w doskonale skrojonym szarym garniturze mężczyzna omiótł wzrokiem prawie pusty hol i bez wahania podszedł do zastygłej w bezruchu Julki.



Chyba jesteśmy umówieni – uśmiechnął się szeroko podając jej dłoń. Nie czekając na odpowiedź, zapraszającym gestem wskazał windę. Bez słowa wjechali na siódme piętro, bez słowa szła za nim długim wąskim korytarzem. Po obu jego stronach były biura: jednakowe, klaustrofobicznie małe prostokąty. Można dostać schizofrenii – przemknęło Julce w myślach.
Na końcu holu mężczyzna wszedł do jednego z biur, minął siedzące sekretarki i otworzył drzwi swego gabinetu. Wskazał Julce gestem głęboki fotel. Usiadła i skierowała wzrok na ściany. Tańczyły na nich barwne plamy ograniczone drewnianymi ramami obrazów. Plamy zaczęły układać się w kolorowe motyle. Dziesiątki, setki tańczących motyli! Była zachwycona! Mężczyzna rozbawionym wzrokiem podążył za spojrzeniem dziewczyny i jakby czytając w jej myślach powiedział: „Tak proszę pani. Nie jesteśmy tylko bezdusznymi urzędnikami. Mamy też kolorowe marzenia.”
 Zawstydzona wróciła do rzeczywistości i przybrała profesjonalną w jej mniemaniu postawę. Zauważyła na biurku mężczyzny swoje CV i list napisany co najmniej pół roku temu. Siwy człowieczek odchylił się do tyłu w fotelu i z nieukrywaną ciekawością się jej przyglądał. Kąciki jego ust i oczy ciągle zdradzały rozbawienie.
- No więc twierdzi pani, że jest najlepsza i że koniecznie musi pani u nas pracować. Skąd ta pewność i dlaczego właśnie do mnie pani napisała?
- Nie wiem – bąknęła dziewczyna – Mam wszystkie potrzebne kwalifikacje, ale czasem trzeba pomóc losowi... Gdybym tego nie zrobiła, do końca życia bym żałowała, że nie zmierzyłam się z moimi marzeniami...
- A może mamy wspólnych znajomych? – próbował sobie przypomnieć.
- Nie, nie mamy...
- Ale zdaje sobie pani sprawę, że takich jak pani jest tysiące... Tysiące absolwentów wyższych uczelni z kilkoma dyplomami w kieszeni... – drążył dalej.
- Tak, ale oni nie napisali do pana osobistego listu.
Rozbawiony wybuchł głośnym śmiechem, po czym spoważniał.
- No dobrze, postaram się pani pomóc, choć nie będzie łatwo. I nic pani nie obiecuję!
Po czym zaczął dziewczynie zadawać mnóstwo pytań. Następnie zaprowadził ją do innego urzędnika, a ten jeszcze do innego. Wszyscy zadawali podobne pytania i zupełnie różne. Śmiali się, żartowali, po czym znów stawali się śmiertelnie poważni i rzeczowi. Gdy w końcu zaspokoili swoją urzędniczą ciekawość, odprawili Julkę do domu każąc czekać na telefon.
Tym razem nie czekała długo. Sprawy potoczyły się błyskawicznie. Zdażyło się to, co normalnie się nie zdarza. W ciągu miesiąca Julka załatwiła wszelkie niezbędne formalności: pieczątki, spotkania, testy, badania lekarskie... wspomina ten okres jak sen. Trafiła do pracy do departamentu związanym z lecznictwem. Swego „dobrodzieja” nie widziała nigdy więcej. Administracja unijna jest zbyt rozbudowana. Mówiąc szczerze nie pamiętała nawet do kogo wysyłała swoje listy pół roku temu. Nazwiska wysokich urzędników unijnych odpowiedzialnych za rekrutację znalazła na chybił-trafił w internecie.




Od tego czasu minęło ładnych parę lat. Widzimy się jeszcze rzadziej niż kiedyś. Ale przyjaźń zadzierzgnięta w marmurowych nawach kościoła przetrwała, choć w szczątkowej postaci. Dziś rano Julka przysłała mi maila: „ Dawno nie pisałam, bo koleżanka był na urlopie, a ja wpadłam w straszny kocioł. Przez dwa tygodnie, bylam sama ze 125 projektami. Nazbierało się zaległości w moich projektach - inne miały krótsze dedline niż moje - więc były priorytetami nad moimi. A do tego zmieniali nam system, więc doszły wszelkiego rodzaju problemy techniczne i im podobne, brak słów! Codziennie robię nadgodziny, po pracy idziemy do pubu odreagować na chwilkę, albo do fitness klubu. Mimo nadmiaru pracy jestem szczęśliwa. Kocham tę robotę! Jedyne czego żałuję, to tego, że tak rzadko cię widzę... I wiesz,chyba się wreszcie zakochałam... Wokół mnie fruwają motyle...”

The end... :)


sobota, 23 marca 2013

Marzenia (1)


Marzenia Julki nie były kolorowe jak barwne motyle, ani ulotne jak powiew wiosennego wiatru. Marzenia Julki podobne były natrętnym muchom, które powracały niczym bumerang i utwierdzały w pewności co do tego, kim powinna być. Odkąd Julka postawiła nogę na brukselskm bruku i zobaczyła budynek Berlaymont, wiedziała, że zostanie urzędnikiem. Unijnym urzędnikim. Mieszkała z ojcem, który dzielił lokum z czterema chłopa. Ojciec był zaradny i zgorzkniały. Nie mógł wybaczyć matce, ze odeszła do innego kiedy on tyrał w Belgii by zapewnić jej byt księżniczki w Polsce. 
Bo matka, jak każda piekna i świadoma swego uroku kobieta, swoje wymagania miała.


Julka współczuła ojcu i rozumiała matkę. Matka-księżniczka zasługiwała na księcia, a nie na zakochanego w niej po uszy rzemieślnika. Bo ojciec mimo, że miał dyplom wyższej uczelni w kieszeni, zarabiał na życie robiąc drewniane stoły i krzesła. To co, że piękne i stylowe. Dla matki był tylko zwykłym rzemieślnikiem o szorstkich dłoniach i przyziemnych marzeniach. Znalazła swego księcia z bajki. Małżonkowie podzielili się już dorosłymi dziećmi. Julka przypadła w udziale ojcu. Nie znalazłszy pracy w swoim małym miasteczku schowała głęboko w szufladzie dyplom psychologa i udała się na poszukiwanie szczęścia gdzie indziej. 



Rzeczywistość ją przygniotła. Stała się sprzątaczką i kucharką wracających z pracy, umęczonych robotą polskich pracowników budowlanych. Początkowo sprzątała i gotowała, bo wydawało jej się, że inaczej nie wypada. Ale stosy garów przerastały ją i przerażały. Podobieństwo fizyczne do matki było bólem dla ojca. Wszystko układało się inaczej niż sobie wyobrażała. Wtedy zaczęła uciekać w samotność. Wtedy spotkałam ją po raz pierwszy. W marmurowych, białych ścianach St Jean et Etienne aux Minimes szukała chwil wytchnienia i opracowywała strategię. Bo natrętne myśli-muchy zaczęły już wtedy coraz mocniej niepokoić. I szeptać, że traci czas. Że musi pójść pod prąd. Że to nic, że wszyscy tak pracują. Że powinna zostać tym, czym czuje, że być musi. Brakowało jej ciszy i osaczały natrętne pytania ojca, kiedy weźmie się do roboty, bo przecież po to tu przyjechała. A w Belgii dzieci nie żyją całe życie na garnuszku rodziców jak w Polsce. Jakoś tak przypadkiem wpadłysmy na siebie. Obie przyszłyśmy posłuchać koncertu w niedzielne popołudnie, bo kościół St Jean et Etienne aux Minimes  słynie z koncertów kantatowych Jana Sebastiana Bacha. Mówi się, że ten kompozytor doprowadził kantatę do mistrzowstwa. Koncerty najczęściej są darmowe, co nam bardzo odpowiadało w tamtych czasach.  Niechcący, jak to bywa w życiu, okazało się, że obie jesteśmy Polkami. To dzięki niedzielnym koncertom kantatowym poznałam historię Julki.
 Poznawałam ją stopniowo po skończonym koncercie w przylegającej do kościoła knajpce między jedną, a drugą szklaneczką cydrowego, biologicznego wina, dziesięć euro za butelczynę.





Ok. Julka spięła się w sobie i znalazła prasowanie, by wykazać domowej społeczności, że coś pożytecznego robi. O ile prasować mogła w domu, to już z nauką było trudniej. Bo Julka obsesyjnie uczyła się i surfowała po internecie w poszukiwaniu pracy. W domu zaś nie znajdowała odpowiedniego klimatu, zwłaszcza, gdy lokatorzy jej taty wracali z roboty. Uciekała z książkami do pobliskiej knajpki. Wypijała niezliczone filiżanki zielonej, ekologicznej herbaty trzy euro za kubek, co mocno nadszarpywało jej budżet i wkuwała na pamięć podręczniki egzaminacyjne na pracownika unii. Uczyła się ich na pamięć bo nijak nie dało się ich wziąć na rozum.
Nawet nie była zdziwiona tym, że koncertowo przeszła wszystkie sita weryfikacji. Teraz nastąpiło najgorsze. Umieszczona na liście oczekujących pod numerem trzy tysiące siedemdziesią dwa miała z pokorą czekać, aż któregoś dnia Unia się o nią upomni.
Pierwsze dwa miesiące czekała z radosnym podnieceniem. Później powoli poddała się zwątpieniu. Może dlatego, że drzewa zaczęły gubić liście, a moźe dlatego, że ojciec coraz częściej robił je wyrzuty. Którejś bezsennej nocy, w desperacji, wiedziona instynktem napisała dwadzieścia listów motywacyjnych, do których dołączyła dwadzieścia życiorysów i włożyła je do dwudziestu śnieżno-białych kopert. Następnego dnia wysłała je do dwudziestu najważniejszych komórek Komisji Europejskiej. I odetchnęła z ulgą. Nie zarzuci sobie, źe nie zrobiła wszystkiego co mogła! Gdy resztki podświadomej nadziei skonały w agonii Julka wzięła się za „uczciwą robotę” jak to sugerował jej ojciec. „Nazbierała godzin” – jak tu się mówiło i zaczęła zarabiać pieniądze. Przestała przychodzić w niedzielne popołudnia do kościoła na koncerty, bo w niedzielę też sprzątała.
Po pół roku, gdy zapomniała o sprawie i kategorycznie zakazała sobie jakichkolwiek marzeń – zadzwonił telefon. Nie kojarzyła głosu, adresu ni nazwy firmy. Zresztą nawet dobrze nie usłyszała. Telefon odebrała w metrze i hałas przetaczających się z hukiem wagoników zagłuszył słowa dzwoniącej kobiety. Z pewnym ociąganiem zapisała nazwę ulicy i godzinę. Nie chciała więcej się w życiu rozczarowywać.
Nazajutrz przed siedemnastą stanęła pod wskazanym adresem i jej serce napełniło się słodką melodią. 
cdn
to też Marolles...



Rzeczy nie są takie, na jakie wyglądają.




Codziennie jadąc do pracy przejeżdżam koło małego kościółka w sąsiedniej miejscowości. Przed kościółkiem znajduje się skwerek z wielką spróchniałą wierzbą i równie pokiereszowaną przez starość brzozą. Zwieszone do samej ziemi ramiona wyglądają jakby z trudem utrzymywały ciężar gałęzi. Ogólnie miejsce to jest zaniedbane i jedynie te dwa drzewa przyciągają wzrok zasłaniając skromną świątynie, która drzemie sobie z tyłu w zapomnieniu.
Jakiś czas temu oburzenie moje sięgnęło zenitu, gdy dostrzegłam rozkopany skwerek i ani śladu drzew! 
Szybko, jak to w Belgii bywa z architekturą ogrodową - posadzono duże już żywoploty, drzewka, rozwinięto trawniki i posadzono bratki. Jednak już po chwili oburzenie przeszło w zachwyt, gdy ujrzałam przepiękne zielone witraże kościółka. Słońce prześwietlało go na wylot co dawało niesamowity efekt. Zobaczyłam tę małą, niepozorną świątynię w zupełnie nowym świetle - dosłownie i w przenośni!
A przecież znam to miejsce od paru lat! To znaczy, tak mi się tylko wydawało...
Zrozumiałam, czemu mialo służyć usunięcie tych na pół umarłych drzew....
I przypomniała mi się bajka o dwóch aniołach.... Posłuchajcie... 



Bajka o dwóch aniołach
Dwa podróżujące anioły zatrzymały się na noc w domu bogatej rodziny.
Rodzina ta była bardzo zamożna, lecz mało gościnna i odmówiła aniołom nocowania w pokoju dla gości, który znajdował się w ich rezydencji. W zamian za to anioły dostały miejsce w małej, zimnej piwnicy. Po przygotowaniu sobie miejsca do spania na twardej podłodze, starszy anioł zobaczył dziurę w ścianie i naprawił ją. Kiedy młodszy anioł zapytał dlaczego to zrobił, starszy odpowiedział:
"Nie wszystko jest tak, jak nam się wydaje."



Następnej nocy anioły przybyły do biednego, ale bardzo gościnnego domu farmera i jego żony, by tam odpocząć. Po tym jak farmer podzielił się, resztą jedzenia jaką miał, pozwolił spać aniołom w swoim własnym łóżku, gdzie mogły sobie odpocząć. Kiedy następnego dnia wstało słońce, anioły znalazły farmera i jego żonę zapłakanych. Ich jedyna krowa, której mleko było ich jedynym dochodem, leżała martwa na polu. Młodszy anioł, był w szoku i zapytał starszego anioła:
"Jak mogłeś do tego dopuścić? Pierwsza rodzina miała wszystko i pomogłeś im - oskarżył starszego anioła - druga rodzina miała niewiele i dzieliła się tym co miała, a ty pozwoliłeś, żeby ich jedyna krowa padła".




"Nie wszystko jest tak, jak nam się wydaje"
- odpowiedział starszy anioł. Kiedy spędziliśmy noc w piwnicy tej rezydencji, zauważyłem że w tej dziurze w ścianie było schowane złoto. Od czasu kiedy właściciel się dorobił i stał się takim chciwcem niechętnym do tego by dzielić się swoją fortuną, w związku z czym zakleiłem tą dziurę w ścianie, by nie mógł znaleźć złota znajdującego się tam. W noc, którą spędziliśmy w domu biednego farmera, Anioł Śmierci przyszedł po jego żonę. W zamian za nią dałem mu ich krowę.
"Nie wszystko jest tak, jak nam się wydaje."

Bajkę opowiedziałam dzięki: 
http://www.frieling-interkultura.com/bajkaoaniolach.htm




A on też zasłuchał się chyba, sliczny piesio mieszkający w sąsiedztwie. Widać miał ochotę na bliższą znajomość! :)


Fioletowa


Nazwa zobowiązuje. Postarałam się więc i kolorystyką ubrania nawiązuję dziś do nazwy mego bloga. Korzystając z minionych już niestety - cieplejszych dni, zrobiliśmy kilka zdjęć w sąsiedniej miejscowości. Tak było kilka temu, bo dziś już śnieżynki tańczą w powietrzu, wieje zimny wiatr i jest prawie zerowa temperatura, którą odczuwa się jak minusową. Zima jeszcze wprost nie zaatakowała, ale prowadzi wojnę podjazdową. Ale tego dnia beztrosko korzystaliśmy z resztek jako takiej pogody.






W związku ze sporą ilością zdjęć do publikacji, dziś będą aż TRZY posty! Potrafię zaskoczyć? Tak, siebie najbardziej! Na koniec jeszcze opis ciuszków, którego właściwie nie ma co dodawać, ponieważ wszystkie moje zgrzebne fatałaszki były juz poprzednio. Jedynie chcę poświęcić chwilę uwagi torbie. Sama w sobie nie jest czymś nadzwyczajnym. Powiedziałabym nawet, że jest bezpłciowa, taki bezkształtny skórzany worek. Ale ma jedną, a właściwie dwie ogromne zalety. Bardzo odpowiada mi jej kolor pasujący praktycznie do wszystkiego. Poza tym ma swoją bliźniaczkę w wersji mini ( na zdjęciu) i sprawdza się, gdy trzeba gdzies włożyć aparat fotograficzny. Nazywam ją " torbą reporterską" :)


Ametyst ( atrybut Violettki :)



środa, 20 marca 2013

Marolles. Rue des Minimes. (1)





Rue des Minimes! Jak ja lubię tę nie szeroką, ale długą uliczkę na początku biegnącą niemal równolegle do Rue de la Régence,ale dużo zaciszniej, z dala od tramwajowego zgiełku i depczącego we wszystkich kierunkach tłumu! Rue des Minimes to dla mnie taka uliczka „klucz”. Tutaj którędy bym nie poszła, mając za plecami bryłę pałacu sprawiedliwości – zwiedzę Marolles wzdłuż i wszerz, docierając w końcu do punktu wyjścia na Place Sablon.  Hmm, właściwie to należałoby spenetrować prostokąt ulic pomiędzy Rue des Minimes i Rue Haute, placem Sablon  i kościołem Notre Dame de Chapelle. Przestrzeń ta zawiera wszystko, co dla tej dzielnicy charakterystyczne. Sama nazwa ulicy jest stosunkowo młoda ( XVIIw.) Pochodzi od nazwy braciszków zakonnych, którzy mieli tu swój zakon. Fenomenem tego miejsca jest fakt, że zadomowiło się tutaj wiele galerii z afrykańska sztuką. Jest to jeden z najwiekszych ośrodków sztuki afrykańskiej w świecie.

4girls.pl
Afrykańska kultura na stałe wpisała się w belgijski krajobraz. Patrząc na historyczne powiązania Belgii z jej koloniami wydaje się to naturalne. Na ulicach moje oczy cieszą barwne stroje afrykańskich kobiet, nie razi mnie nawet nadmiar biżuterii. To kobiety świadome swojej kobiecości i seksualności. Młode, czy stare, z wielkimi jak kosze pupami, czy nieziemsko smukłe i posągowo piękne – wszystkie przyciągają wzrok. Na brukselskich ulicach, zdominowanych przez uniseksualne, szare, oszczędne w formie ubrania Belgijek – Afrykanki wyglądają jak dostojne pawie z rozłożonym kolorowymi ogonami. I tak też się zachowują. Dostojnie, powoli smakują życie. Po co się śpieszyć! Jutro też jest dzień. Każdy, kto zetknął się z Afrykańczykami, wie, że ich rytm życia wyznacza inny czas od naszego. Myślę, że nam trochę współczują...
Kiedyś naszymi sąsiadami była pewna kongijska rodzina. Okno mojej kuchni wychodziło na ich taras i ogród. Pozwoliło mi to mimochodem przyglądać się ich życiu. Życie moich sąsiadów biegło spokojnym, wyznaczonym przez naturę rytmem. Z nastaniem wiosny, sąsiadka potrafiła spędzać nieruchomo długie ciepłe popołudnia w ogrodzie wyciągnięta leniwie na skórzanej kanapie wystawionej z salonu. Odwracała brązową buzię do słońca, gładząc swoje splecione w cienkie warkoczyki włosy. Później wracał z pracy jej mąż, siadał na brzegu kanapy i dalej bez pośpiechu gładził żonę po głowie. Dla przykładu - mój mąż wracał jak każdy zapracowany tubylec o zmierzchu, a ja w tym czasie zdążyłam ugotować obiad, posprzątać kuchnię i poprasować. A tych dwoje zaczynało dopiero rozkładać się z garnkami... w ogrodzie – jeśli ku temu sprzyjała aura. Gdy zaczynało padać, sąsiedzi przenosili się do domu, a kanapa zostawała na dworze, aż do... wyschnięcia. A że aura w Belgii jest kapryśna bywało, że stała tak długie tygodnie...
Któregoś dnia, na ugorze za domem ( zanim powstał tam ogród) sąsiad z synem zasadzili drzewo. Od tej pory ulubionym ich zajęciem było słuchanie jak ono rośnie. Sąsiad po przyjściu z biura, rzucał teczkę na bok na ziemię i będąc jeszcze w garniturze siadał w kucki przy roślinie i podparty dwiema rękami tkwił tak dobrą godzinę lub dłużej. Naprawdę nie wiem jak on to robił, bo mi w takiej pozycji łydki drętwieją już po kwadransie.
Jak myślicie, kto z nas ma więcej wrzodów na żołądku? My czy oni?...

Ale wracam na Rue Minimes. Jako, że Bruksela jest chaotyczna i nieprzywidywalna, już na poczatku mój wzrok przykuwa barwna komiksowa ściana jaskrawie odróżniająca się od sąsiednich kamienic w tym miejscu. To: „Passe-moi l`ciel”, fresk scienny Stefa Flatera, znanego twórcy komiksów. „Passe-moi l`ciel” jest rysunkową parodią życia po śmierci. Głównym bohaterem dowcipów jest święty Piotr i jego druh Nestor (symbolizujący śmierć). Wszystko w formie żartobliwej, trochę niegrzeczne, czasami lekko pikantne... Taka jest cała Bruksela. Niby stara, niby ułożona, a co i raz puszcza oko do turysty burząc tradycyjny układ budowli, ulic, placów zaskakującym, kolorowym, zabawnym akcentem. Bo Belgowie mają swoje specyficzne poczucie humoru. 




poniedziałek, 18 marca 2013

Saint Patrick Day (yesterday)



Wczoraj przypadał dzień świętego Patryka – patrona Irlandii. Wyczytałam w internecine informację, jakoby tego dnia odbędzie się parada w miejscu znanym i uczęszczanym. Pomyślałam, że dobrze się składa, że przypada to święto w niedzielę – dam upust moim amatorskim, reporterskim  zapędom. Nawet ubrałam się na zielono jak zachęcali organizatorzy parady. I co? I nic! Było bardzo zimno i ani śladu Irlandczyków! Czyżby wszyscy przenieśli się do pubów? Byłam niepocieszona! Dobrze, że dzień wcześniej przezornie pstryknęłam pare fotek w pubie niedaleko mojej pracy na rogu Avenue Louise et Rue Bailli. Czasami chodzę tam w południe na grillowaną kanapkę. 



Swojska atmosfera, smaczne jedzenie i przemiła obsługa. Te wszystkie cechy naraz już się prawie w lokalach gastronomicznych nie zdarzają! Dlatego warto tam zajrzeć. Jednak radzę unikać weekendów! Nie ma gdzie przysłowiowej szpilki wsadzić! Robotnicy, studenci, menadzerowie, ramię w ramie śniśnięci przy barze.



Niektórzy skierowali tu swoje kroki zaraz po pracy. Zanim pojadą do domu to szklaneczką whisky rozpoczną weekend. Inni zabawią tu do rana. Gwarnie i wesoło jak w ulu! W pozostałe dni, zwłaszcza wczesną, południową porą jest prawie pusto.
W Brukseli znam 6 irlandzkich pubów, z tego aż trzy w dzielnicy europejskiej, niedaleko Schuman. Żaden z nich nie narzeka na brak klienteli!

A oto mój "patrickowy" strój. W rzeczywistości sukienka jest trochę dłuższa. Gdy przysiadłam na murku - jakoś tak się uniosła w górę...
Sukienka -Esprit, płaszczyk - River Woods, szal - Veritas, biżuteria - butik pani Hani, torba - miejscowy butik, buty - prehistoryczne :) ale ciągle mieszczą się w standartach klasyki - zwykłe proste oficerki.




i na koniec dowód na to, że wiosna do Brukseli przyszła :)



niedziela, 17 marca 2013

Marolles. wstęp.

Moja opowieść o Marolles jest bardzo długa. Aby więc była bardziej "strawna" podzieliłam ją na kilka mniejszych części, by nie zanudzić. Zapraszam.


Tym, czym dla Warszawiaków jest warszawska Praga, tym dla mieszkańców Brukseli jest dzielnica zwana Marolles. Aby się do niej dostać  z placu Poleaert najprościej jest zjechać windą w dół wprost na Rue des Minimes. 



Skarpa, na której wznosi się Pałac Sprawiedliwości kończy się gwałtownie jakby ktoś odciął kawałek wzgórza. Poniżej rozciąga sie dolne miasto, pozostałość starej robotniczej dzielnicy. Znaczna jej część została zniszczona podczas budowy Pałacu Sprawiedliwości. Budynek sądownictwa podzielił dzielnicę na dwie części: „lepszą” i tę „gorszą” - leżącą w cieniu szarego gmachu i dawnych wspomnień. Marolles to królestwo “brocantes” i antykwariatów. W pobliżu wznosi się szpital świętego Piotra. W średniowieczu znajdowało się w nim leprozorium, czyli miejsce dla trędowatych. Centralnym i charakterystycznym punktem Marolles jest targ staroci i antyków na Place du Jeu de Balle. Jest to chyba jedyny taki pchli targ w Europie, który jest otwarty siedem dni w tygodniu. Plac symbolicznie wyznacza granicę między Marolles bogatym i biednym. W pogodne dni, zwłaszcza wolne od pracy przepływa tędy podwójnym nurtem ludzka rzeka w kierunku bogatszego Sablon i odwrotnie.
Targ staroci usadowił się bezceremonialnie u stóp Kościoła Notre-Dame-de- l'immaculée conception. Jest to kościół kapucynów, w którym raz do roku, bodajże jesienią odbywa sie poświęcenie zwierząt domowych. Mogą przyjść właściciele ze swoimi czworonożnymi pupilami i dokonać ich pokropienia święconą wodą. W końcu to nasi bracia mniejsi.



Marolles to w dawnych czasach wylęgarnia proletariatu, ruchów społecznych, królestwo rzemieślników, artystów, a także... dzielnica czerwonych latarni. To własnie z misją ratowania prostytutek przybyły tu  w XVII wieku siostry zakonne  ( Soeurs Apostolines), znane bardziej pod łacińską nazwą “Mariam Colentes”, która z czasem zmieniła się w “ Maricolles” by ostatecznie uzyskać formę: “ Marolles”. W 1715 roku zakonnice opuściły ten teren, ale nazwa pozostał po dziś dzień.




To dzielnica ludzi mówiących dialektem – bruxellois, który jest mieszaniną flamandzkiego i francuskiego, port docelowy ceniących sobie wolność, “joie de vivre” choć nie mających za wiele grosza w kieszeni. Kolorytu nadali temu miejscu najpierw Żydzi, Hiszpanie,  później Marokanie i w końcu Polacy. Ale Marolles zatraca powoli swój charakterystyczny klimat ulegając procesowi gentryfikacji i z drugiej strony „sablonizacji”. Antykwariusze ze swoimi drogimi sklepami wciskają się coraz głębiej w stare, biedne Marolles wypychani przez cukierników i restauratorów z ciągle drożejącego Place Sablon.


Oto próbka brukselskiego dialektu w piosence. Czy nie przypomina wam swoim charakterem tego z warszawskiej Pragi?



 Pozdrawiam was fioletowo życząc miłego, niedzielnego popołudnia.

sukenka JBC, torba i sweterek - mały butik