poniedziałek, 7 listopada 2011

Dinant


Być w Belgii i nie odwiedzić Dinant.. Wożę tam wszystkich przyjaciół za każdym razem zachwycając się na nowo malutkim miasteczkiem,u którego stóp wije się rzeka Moza. Przedsionek gór, które w naturalny sposób, tak jak i rzeka określają granice rozwoju miasta. Granice, które są już maksymalnie wyczerpane. Więcej nie da się wydrzeć skałom i wodzie.

Miejsce ożywające latem, zapadające w lekki sen zimą. Wspaniała cytadela i historia przechodzenia miasta z rąk do rąk. Od zarania wieków strategiczne miejsce, łakomy kąsek dla sąsiednich mocarstw. Historia osady naznaczona rzeziami, pożarami, zniszczeniami.
I ciekawostka. Jedno z nielicznych miejsc, gdzie również dostrzeżono polskich turystów- przewodnik ( broszurka) w języku polskim. A latem wspaniałe zawody pływackie- startują w nich jedyne w swoim rodzaju dziwaczne łodzie zbudowane z czego się da: beczek od piwa, mebli i innych dziwacznych rzeczy. Czasami są to niezwykłe produkty ludzkiej wyobraźni. A ile przy tym zabawy, niektóre łodzie nie są w stanie ukończyć zawodów, inne budzą szacunek profesjonalizmem wykonania. I nie ważne czy pada deszcz, czy świeci słońce. Zabawa musi być przednia zawsze. Mieszkańcy Dinant i turyści czekają na ten dzień cały rok!






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz