Z ziemi włoskiej do Polski...
Stała na tarasie jak na dachu świata mając daleko w
dole lazur wody, tak jasny, aż od patrzenia bolały oczy. Po lewej stronie skrzyły
się niby kryształkami cukru szczyty Alp, a po prawej jak na dłoni ciągnęła się aż po
horyzont “Zatoka miliarderów”.
Ale jej rozmarzony wzrok spoczął na ogromnym kuchennym
blacie, który jak dobrze wyposażony, lśniący kosmiczny statek czekał w bojowej
gotowości pośrodku kamiennej kuchni. Z perspektywy tarasu prezentował się
wspaniale. Czego tam nie było! Ciężkie, miedziane casseroles i kamionkowe garnki, butelki i flakoniki, skomplikowane
kuchenne roboty i proste moździerze do rozdrabniania produktów. Dziesiątki
przypraw, bukiety ziół i procesja makaronowych wstążek, według grubości, długości
i kolorów, lśnące, sztywne stosy parmezanowych andrutów. Tętniące zapachami
serce domu.
Ach, jakbym chciała mieć taką kuchnię! – splotła z zachwytu dłonie na piersiach.
Cóż, była oszałamiająca wiosna… Świeciło słońce, szumiało morze, w głowie musowało wypite wino. Są sytuacje, gdy mężczyzna
traci swój instynkt samozachowawczy i robi coś, czego żałuje przez resztę swego
życia…
- Kupię ci taką, chcesz? – zawołał spontanicznie, z ułańska fantazją, ale za chwilę trochę się opamiętał. (Na szczęście nie wypił wystarczająco dużo, by całkowicie stracić głowę) – Ale pod
jednym warunkiem.
- ????
- Że w ciągu najbliższych sześciu miesięcy
nauczysz się gotować jak rodowita Włoszka – uśmiechnął się do siebie,
zachwycony swoją przebiegłością. Wiedział, że to nigdy nie nastąpi, chociaż zważywszy, że
entuzjazm żony wcale nie osłabł, z lekka się zaniepokoił. Gotowanie nie było
jej najmocniejszą stroną, ale kto ją tam wie! Bywała naprawdę nieprzewidywalna…
- Oczywiście, odpowiednio mniejszą i tańszą... - spróbował zejść z tonu.
- Jasne! - przytaknęła pokornie,
lecz ochoczo - Przecież ten stół tutaj jest wielkości całej naszej
kuchni!
"Zbyt spolegliwa" - pomyślał – "To nie wróży
nic dobrego... Ale nie uprawiajmy czarnowidztwa" - i mimo, że za winem nie
przepadał to nalał sobie jeszcze jeden kieliszek…
Po powrocie do domu życie zaczęło się toczyć swoim codziennym rytmem. Urlopowe obietnice straciły blask, a i chęć sprostania kulinarnemu wyzwaniu też jakby przygasła... Aż do czasu...
Podczas ich nieobecności sąsiedzi z wielką troską zajmowali się domem.
- Zaprośmy ich na grilla - powiedziała żona do męża - chciałabym się jakoś im odwdzięczyć za tę sąsiedzką przysługę.
- Dobry pomysł! - podchwycił mąż - Tylko może poczekajmy, aż będę miał mniej pracy, bo przecież KTOŚ tego grilla musi zrobić...
Ona podśpiewując spokojnie wyjęła pranie z pralki, rozwiesiła je, nastawiła następne, poszła zmienić pościel na górę, podlała kwiatki i nagle... jak grom z jasnego nieba dotarł do niej sens jego słów i zadał smiertelny cios jej miłości własnej!
Jak błyskawica spłynęła w dół po schodach i ziejąc ogniem wysyczała:
- Że niby ja nie potrafię grilla?! Że taka marna kucharka jestem??? Jak mogłeś mnie tak zranić! Już ja ci udowodnię! Pamiętasz obietnicę daną mi nad morzem Śródziemnomorskim??? Nie, to ci przypomnę!
Mąż dwoił się i troił. Przywoływał z zakamarków umysłu jej liczne spektakularne osiągnięcia kulinarne na przestrzeni ich wspólnego życia, ale było za późno! Zranienie zbyt głębokie, a krzywda wołająca o pomstę do nieba.

Zafurczały garki, zaświstały noże i tasaki i w godzinę wjechał na stół obiad włoski. No, może niezupełnie włoski, bo przecież trzeba było dokończyć przepyszne kluseczki od mamusi i ogórki małosolne.
Jedli, aż im uszy się trzęsły! Aż miło było popatrzeć,a perspektywa mojej wypasionej kuchni z każdym obiadkiem nabiera bardziej realnych kształtów. Mąż nie wie, czy bardziej cieszyć się z nowo narodzonego talentu kucharskiego, czy rozglądać się za kredytem na kuchnię w stylu śródziemnomorskim:) A ja... Cóż, zaczynam czerpać niekłamaną satysfakcję z kucharzenia! W dodatku domownicy doszli do wniosku, że takie polsko-włoskie jedzenie bardzo im odpowiada... Daleko mi jeszcze do doskonałości, ale chrzest bojowy już za mną. Na początek zrobiłam im filet cielęcy skropiony octem balsamicznym truflowym. No i staram się mieć w domu zawsze dobry makaron, parmezan i świeże zioła. Jak to się ma, to już resztę skomponuje się z tego co tam w lodówce aktualnie jest, bądź w ogródku i w 15 minut szybki obiad gotowy. Szybki i smaczny. A w razie wątpliwości jest Pogotowie Kulinarne - telefon do koleżanki, która jest skarbnicą tajemnej wiedzy w dziedzinie gotowania. Tak więc teraz od czasu do czasu pokatuję was jakimś swoim przepisem. I biorę was na świadków mężowskiej obietnicy! Słowo się rzekło, kobyłka u płota!
Kobieta rozgniewana gorsza od djabła, ale dzięki temu diablica nakarmiła głodne stwory i otrzymała kuchnię...Ma ktoś jeszcze ochotę na takie obietnice??/
OdpowiedzUsuńNo tak, mi już nikt geszenków sprawić nie chce!!
Pozdrawiam
kadrowane.bloog.pl
http://eksperyment-przemijania.blog.onet.pl/
Jeszcze nie sprawiła, ale obietnica ma szanse realizacji :) ale od obietnicy - do realizacji daleka droga. Ale się nie nie poddam!
UsuńAch , siedzę już tam przy tym rodzinnym stole! Nie mogę się opanować! Zapachy kuchni włoskiej panują nad mym umysłem i dobrym wychowaniem....
OdpowiedzUsuńJoasiu, a w czoraj było jeszcze lepiej! Nie wiedziałam nawet, że ja LUBIĘ gotować, aż strach, że czlowiek nie wie o tylu rzeczach co w nim drzemią!
UsuńO żesz! Facet nie wie nawet, jak jest już bardzo blisko spełnienia włoskiej obietnicy:-))))
OdpowiedzUsuńTrzymam kciuki!
Czasami nieświadomość ratuje przed depresją, niech w niej jeszcze słodko tkwi! a co tam, zapraszam was wszystkich na obiad! :)
UsuńOj te włoskie klimaty. Jestem na świeżo nimi zauroczona. A tak na marginesie, chętnie bym pokosztowała włoskich pyszności wychodzących z Twoich raczek. Buziaki!
OdpowiedzUsuńNastrojowo i pachnąco dzisiaj u Ciebie. Może przez te cudowne fotki. Odżyły we mnie wspomnienia włóskie i chyba dzisiaj w moim domu zapachnie włoszczyzną. Buziaki
OdpowiedzUsuńOj będzie się działo! czasami wystarczy jakiś impuls... :)
UsuńNo to powiem grubo !
OdpowiedzUsuńPodszedł Cię nieźle ;););)
A jak sie poprawiła jakość kuchni ....
Aga kiedy zapraszasz ???!?! Mnie możesz nie wirtualnie ;(;( Hahaha ...
Ja to się dziwię, że się do tej pory jeszcze nasze drogi nie zeszły! Ale jestem dobrej mysli, ktoregoś dnia w końcu się zgramy i wtedy!... Myslę, że i relacja z naszego spotkania się pojawi. widzę, że nieraz 'kręcisz sdię" tam gdzies w moich okolicach, to zawsze dawaj cynk, może się uda, albo wstepnie jakąś sobotę lub niedziele na zwiedzanie się umówic, pomyśl, gdzie jeszcze nie byłaś? :)
UsuńWidzisz a ja mam ogromna ochotę na spacer po Brukseli twoimi ścieżkami ....
UsuńMaj miesiącem sukcesów zawodowych ... Uffff ... Ale tez urodzin ;) imprez urodzinowych rocznic - ale 31 maja mogłabym przyjechać ;)
Powiedz Tylko Słowo ;)
Widzisz, akurat wtedy my będziemy w Paryżu (ostatni długi weekend majowy), ale musimy ustalić następny wspólny wolny termin, to najlepiej ty mi wypisz kiedy ewentualnie mozesz spotkać się w czerwcu lub lipcu i ja zobaczę czy wtedy bedę. Moglibysmy umówić się na jakiś spacer po Brukseli, mam nadzieję, że pogoda dopisze, bo dziś to jest strasznie! póxniej wpadnę do ciebie na bloga, to sie przypomne z tematem:)
UsuńNastepny urlop kiedy???
OdpowiedzUsuńSerdecznosci
Judyta
Judytko, ja to uwielbiam twój blyskotliwy humor! :) Jedno zdanie i wiadomo o co biega... :):):) całuski!
UsuńA znasz historię porzekadła" słowo się rzekło...?" Biedny MĄŻ:-)))))))
OdpowiedzUsuńGratuluję Aga takiej werwy, samozaparcia. Ty należysz do grupy kobiet kształtujących oblicze świata!!!!!!
A Twój język jest jeszcze lepszy niż włoska kuchnia....
Oj, Basiu, czasem mam kompleksy, że za duzo chaosu wprowadzam w zycie moich bliskich, ale oni uspokajają, że nadążają, nadążają... Nie byłoby to możliwe bez mojej opoki - mego męża, który równoważy ten chaos:)
UsuńNo i kuchnia będzie, bo jak się kobieta uprze to nie ma mocnych ;)
OdpowiedzUsuńgdzie diabeł nie może... :) sciskam, Julka!
Usuń:-)))
OdpowiedzUsuńTo będziesz miała piękną kuchnię :-)))
Ech te kobiety :-)
dopiero się ucieszę, jak będę miała:) póki co ciesze się umiarkowanie, nauczona doświadczeniem :) ale gotowanie polubiłam? - polubiłam!
Usuńa gdyby tak kuchnia z personelem;))) to zmywanie, to pucowanie, szkoda życia na takie czynności
OdpowiedzUsuńTrzy pary męskich rąk plus zmywarka, to chyba całkiem niezly personel, prawda? :)
UsuńJeśli chodzi o przepisy - jestm za!
OdpowiedzUsuńJeśli chodzi o tematykę wnetrzarską - jestm za!
Oj, będzie się działo:-)
i tak nie doścignę Mistrzyni... Madziu! :) ale podgladam twoje pomysły!
UsuńTylko nie kuchnia! :))
OdpowiedzUsuńdo niedawna tak myslałam, tylko zajmowanie się ogródkiem wydawało mi się bardziej nudne, ale i to się zmienia z wiekiem... na korzyść ogródka oczywiście:) do wszystkiego trzeba dojrzeć. A, że jestem trochę opóźniona w 7rozwoju (co tylko wychodzi mi na zdrowie) zamierzam bliżej 70tki dojrzec tez do ręcznych robótek, które są rodzinną tradycją w domu mego męża. Ech, tyle jeszcze przede mną! życie jest piękne! :)
UsuńO to wspieram i popieram, trza tylko utrafić w to, co sie naprawde polubi i życie zaczyna sie robić przyjemne :)
UsuńCholera, po co ja tyle lat gotowalam. Ani kuchni mi nikt nie kupil ani nawet zbytnio nie docenil… :)
OdpowiedzUsuńTo oczywiscie z przymruzeniem oka.
Ja tam gotowac lubie, ale juz sie nie katuje wymyslnymi potrawami jak jeszcze z 10 lat temu… Upraszczam i juz.
Tak tylko pisze, cobys nie wpadla w przesade z gotowaniem, bo latwo wowczas utracic przyjemnosc z samego pichcenia :))
Pozdrowienia
Nika
Jestes słodka! :) Nika, dzięki za rady, wiem, że wiele osób popada w przesadę z nowymi pasjami, tracącą tym samym przyjemność z gotowania, mi to raczej nie grozi. Moim wentylem bezpieczeństwa jest mój szwagier z nami mieszkający, on uwielbia gotować i to on zajmował się dotychczas kuchnią. Czyli układ jest idealny, bo ja go będe wyręczać od czasu do czasu. I też robię to co ty. Po prostu większość przepisów upraszczam i przystosowuję do swoich realiów, czy wielkości zaangażowania tego dnia. Tak w ogóle, to daleko mi do was - gotujących od dawna, więc nie śmiejcie się z moich radosnych kulinarnych wypocin, bo to co dla was jest banalnym daniem, dla mnie moze być kunsztem kulinarnej sztuki. :) ale dziekuje wam za otuchę i zyczliwość :)
UsuńPozdrówka!
Czy zawsze męski punkt widzenia musi się różnić od kobiecego? Moim zdaniem warta skórka za wyprawkę i dobry krok małżonek poczynił układ taki ustanawiając. W zasadzie niczym nie ryzykował, jeśli białogłowa do kuchni się nie nadaje i wybitne talenty w przypalaniu jajecznicy i wody na herbatę wykazuje.
OdpowiedzUsuńJeśli zaś owa niewiasta ukryte dotąd talenty kulinarne odnajdzie i smacznie, kolorowo i różnorodnie gotować zacznie, to czemuż by warsztatu dla rozwijania tych talentów dla radości ogólnej stadła nie powiększyć? Oczywiście każdemu według potrzeb i zasług - do ugotowania obiadu na cztery osoby nie jest potrzebna kuchenka na osiem palników. ;-)
O, mój ulubiony wedrowiec wpadł do mnie na bloga, z ktorym jakoś nie mam szczęścia się spotkać ): ani w Bxl, a teraz u Joasi na wernisażu. No własnie tak puchenka na 8 palników mnie powaliła, bo moja ma 4 i to dwa wiecznie szwankują! I jak tu ugotowac na 4 osoby??? a ta na tym zdjęciu ogromna kuchnia służyła zaledwie dwóm osobom na codzień... Mówię, służyła, bo jedna z tych osób niestety właśnie odeszła na zawsze... życie...
UsuńPrzypomina mi się historia mojej fumfelki, mąż zrobił jej kuchnie jaką chciała, ona zaś dlatego że długo czekała, też wystawiła książkę kucharską piękną na pięknej podstawce i teraz czeka on.
OdpowiedzUsuń;))
Kuchnia z foty mnie powaliła!
o, to to! dobry rewanż! Niech się teraz mąż tak napatrzy, napatrzy na tę książkę, aż będzie czuł się syty :)
UsuńInnymi słowy, to o Tobie! A więc ...kobyłka u płota! Możesz teraz czuć się właścicielką tej pięknej kuchni. Skoro najważniejsze, czyli umiejętności, masz już "w paluszku":-))).
OdpowiedzUsuńHola, hola, nie tak szybko! Na razie są obietnice! a moja kuchnia bedzie oczywiście skromniejsza i 4-krotnie mniejsza wersją tej na zdjęciu, bo jak wspomniałam ta, którą mam obecnie w Bxl jest niewiele większa od tej wyspy na fotografii, hi, hi :)
UsuńMmmm obiad w włoskim stylu z dobrym winem; coś wspaniałego tylko..przykro mi;że Ty jako wytrawna gospodyni tego bloga i postów o kimś zapomniałaś; o kimś bardzo ważnym kto powinien być na obiad;a na pewno byłby wdzięczny nawet za resztki ze stołu..a tu go nie ma ;-(. Biedny Kajtuś ze swoją Mamą zdziera łapki biegnąc do kolejnego sportkania;nawet pod stołem;a tu nic ;-).
OdpowiedzUsuńo, nie, nie, drogi Panie :) o Kajetku i Tuni nigdy nie zapominam, wolę sobie od ust odjąć, zreszta widac po ich tuszy. Gdybym była w Stanach to mogliby mi te psy odebrać, jakieś pogotowie zwierzęce, ta wizja mnie tak przeraziła, że troszeczke je odchudzam, ale łatwo nie jest, niestety!..
UsuńTylko ja mówię o wirtualnym Kajtku który od kilku tygodni gdzieś podąża za swoją przybraną Mamą i myślałem;że może się dochrapał choć małej kosteczki; bo bidak jest zapomniany; a gnat który dostał od lisicy był jego ostatnim jedzeniem ;-(.
Usuńcha, cha! załapałam! Jestes uroczy:) postaram się niedługo poprawić! :)
Usuńoch, włoska kuchnia to jest to co lubię.
OdpowiedzUsuńObiad robi się w "trymiga"
Kocham pasty.
Pozdrawiam serdecznie:)
Och, ja też! żeby tylko tak jeszcze w biodra nie szły jak idą... :) buziaczki
UsuńTo teraz mąż musi spełnić obietnicę ha!ha! Jedzonko wygląda pysznie.
OdpowiedzUsuńŚwietne to opowiedziałaś Agnieszko, czytam z wielką przyjemnością.
Pozdrawiam...
Pysznie u Ciebie i przebojowo:)))taką kuchnię też bym chciała:)))Pozdrawiam serdecznie:))
OdpowiedzUsuńPiękne krajobrazy, włoska kuchnia ........och jak mi to pasuje.Buziole
OdpowiedzUsuńBCH
Cudna kuchnia, pogoda i cudnie podane jedzenie :)
OdpowiedzUsuńZazdraszczam :)
Przepięknie :)
OdpowiedzUsuńMarzy mi się taka większa kuchnia, pełna światła, bo z wielkimi oknami, z ogromnym jasnym zlewem, mnóstwem szafek i ogromnej przestrzeni roboczej... ech :)
nie ma to jak kobieta - furia w kuchni, włoskie smaki pestka, powinnaś wtedy coś z angielskiej, ze swoim polotem dopiero pokarzesz mężowi, na co Cię Kochana stać
OdpowiedzUsuńU mnie wszyscy uwielbiają potrawy z włoskiej kuchni, mniam :-) Ja dopiero pierwsze kroki stawiam w tym kierunku, ale szybko się uczę, bo jak widzę euforię przy stole, to chce się robić! Twój filecik jednak zdecydowanie wymiata, mogłaś przy okazji przepis dorzucić...
OdpowiedzUsuńChyba z powodu zapomnienia dzisiejszego śniadania najbardziej przemówił do mnie makaron i pełny talerz
OdpowiedzUsuńPozdrawiam
Lubimy makaronik, mniammm:)
UsuńWhat a top collection of picture, love the landscapes.
OdpowiedzUsuńGreetings,
Filip
Thank you Filip :)
UsuńNo cudne to jest Agnieszko! Gratuluję pomysłu i wykonania !!!!
OdpowiedzUsuńZajrzyj proszę na mój blog na chwileczkę, bo tam zdjęcie i parę słów tylko.../nt. wernisażu Joasi/
Serdeczności :-)
Juz lece...:)
Usuń