Lęk. Część szósta.
Już macie pewnie dość mojej staruszki z ulicy Dobrego Wojaka Szwejka, ale obiecałam pewnym osobom, że doprowadzę tę trochę ponurą opowieść do końca. Tym, którzy nie lubią klimatu tego opowiadania, bardzo proszę o przejście do następnego, pogodniejszego posta (tutaj), albo póki co podryfowanie w innym kierunku blogosfery.
Poprzednia część "Lęku" tutaj.
A tutaj, część szósta, ostatnia:
Coraz bardziej męczył ją nierówny wyścig z
czasem. Czuła się zaszczuta i opuszczała ją nadzieja. Stawką w tym maratonie było
życie jej dziecka. Tożsame z jej własnym. Ataki stawały się częstsze. Bywało,
że noce spędzali na urgence. Mąż trzymał
ją za rękę, gdy odpływała ostatnia kropla nadziei z jej żył. Przestawała wtedy wierzyć
w Boga, który zdawał się być tylko wytworem jej wyobraźni, wyuczoną regułką
dziecinnych lat, plastikową figurką ze święconą wodą z Lourdes, jeszcze jednym
złudzeniem. Świat jawił się złowrogą wyjałowioną
glebą, a ludzie... Ludzie? Spotykała ich na codzień w swoich pracach. Paśli
nalane brzuchy, pili szampana, jeździli cztery razy do roku do Egiptu. Szastali
pieniędzmi, podczas gdy jej dziecko umierało na jej oczach z powodu ich braku. Klęła
z rozpaczy. Klęła z bezsilności. Gdy wydawało się, że modlitwy nie sięgają
nieba. Odmieniała słowo „kurewski” przez wszystkie przypadki. Nad ranem, wraz z
oddechem dziecka wracała Dobra Nowina. Patrzyli oboje złączeni w trwożnym
uscisku na błękitne żyłki napełniające się kolorem życia. Śmiejąc się przez łzy
przepraszała Boga za bluźnierstwa, kurczowo chwytając się nowej szansy, targując
się o jeszcze jeden dzień, jeszcze jeden oddech.
- Daj nam trochę czasu – prosiła. Brała w
naprędce prysznic, zgarniała włosy w kucyk, łyk kawy w przelocie i biegła z
ochotą do pracy, mimo, ze dłonie miała zżarte od chemii.
Nowe tygodnie nie przyniosły poprawy
stosunków z egocentryczną właścicielką kamienicy przy ul. Dobrego Wojaka
Szwejka. Przez krótkie chwile Alicja karmiła się złudzeniami. Szybko jednak
zrozumiała, że nie może liczyć na współczucie starej. Prawdopodobnie jej empatia
wypaliła się wraz z ostatnim dymem obozowego krematorium. Nie miała bliskich.
To było jasne.
Nadszedł wrzesień. Opadłe liście tworzyły grube dywany, słońce
stawało się bardziej obce, a ptaki szykowały się do dalekiej podróży. Ale nie
tylko w przyrodzie czuło się dziwne podniecenie. Dom na ulicy Dobrego Wojaka
Szwejka 80 też drżał emocjami. Na stole w salonie pojawiły sie tajemnicze
różowe koperty. Jak egzotyczne ptaki przysiadały na rogu stołowej serwety,
niemalże każdego tygodnia. Bezbarwne, pergaminowe lico staruszki napełniło się ciepłem,
oczy świeciły blaskiem, a usta były mniej zacisnięte niż zwykle. Z
niecierpliwością małej dziewczynki wypatrującej pierwszej gwiazdki, stała przy
oknie czekając na listonosza, który stał się od niedawna stałym gościem tego
domu. Coraz częściej prowadziła niekończące się rozmowy przez telefon w
nieznanym języku podobnym do
portugalskiego, ale bardziej miękkim i melodyjnym.
Tego jesiennego dnia, gdy dziewczyna ledwie
stała na nogach po nieprzespanej nocy, staruszka wyglądała szczególnie
promiennie gdy otwierała jej drzwi. Miała starannie ułożone wlosy i delikatny
makijaż. Po raz pierwszy Alicja widziała ją umalowaną. Ten prosty zabieg ujął
kobiecie dobrych parę lat. Wydawała się nawet ładną. Ubrana była odświętnie.
Ustrojony kwiatami salon nabrał łagodności.
Na stole stał siedmioramienny świecznik, a w kominku płonął ogień. W wielkiej
srebrnej paterze pyszniły się owoce granatów i dyni.
- Czy to jakaś szczególna okazja? Może pani
urodziny? - zapytała dziewczyna.
Można tak powiedzieć – wyszeptała wzruszona staruszka
– Symbolicznie narodziłam się na nowo. Odnalazłam rodzinę, a właściwie to oni
zdążyli odnaleźć mnie przed śmiercią. Nie wszyscy zginęli. To są już ich
dzieci. – tyle wypowiedzianych słów
jednym ciągiem. To musiało być coś wielkiego – pomyślała z podziwem dziewczyna.
Tylko tyle mogła wykrzesać ze swego zmęczonego umysłu. Jej myśli krążyły gdzie
indziej. I tak jak kiedyś staruszkę nie obchodziły jej opowieści, tak ją
niewiele teraz obeszły zwierzenia kobiety, która trajkotała jak katarynka, a jej policzki różowiły się wzruszeniem:
- Nie mogę się nagadać! Nie mogę nadrobić straconych
wspólnych chwil, jestem zachłanna wszystkiego co ich dotyczy! Nie mogę się już
doczekać kiedy ich zobaczę...
Za oknem było całkiem ciemno, gdy Alicja
odstawiała narzędzia pracy do schowka. Jesienne dni były krótkie, noc ją wyganiała
i przyganiała. Rozprostowała zmęczone kości, rozmasowała dłonią kark, gdy
zobaczyła uroczyście schodząca po schodach staruszkę. W podniosłym nastroju niosła
przed sobą trzy pudła. Gry planszowe? Alicja rozpoznała chińczyka i domino. Postawiła
je na wytartej ceracie kuchennego stołu.
Dzisiaj jest Nowy Rok - Rosz ha-Szana
–powiedziała - Dziwne, że właśnie w ten dzień przyszło mi się rozliczyć ze
swego życia – szepneła w zadumie.
Właściwie dawno już powinnam to zrobić. Moja ocena samej siebie nie wypada najlepiej
– skrzywiła się – Nie stanęłam na wysokości zadania...
Nie mogła opanować drżenia pomarszczonych
ust, z których wypływaly słowa. Opuszczały z ulgą gardło i rozpełzały się po
pustym domu krótkimi, urywanymi zdaniami.
Moja mała siostrzyczka.... Była za mała do
pracy... Podzieliła los innych dzieci. Nie potrafiłam ani pójść za nią, ani jej
uratować... Nie zrobiłam jednego kroku... Bardzo się bałam... Mogłam wybrać...
Tak robiły inne kobiety, inne matki... Oni śmiejąc się na to pozwalali...
Mówili, że i tak wszyscy skończymy tak samo, wcześniej czy później...
Esterka rozdzierająco krzyczała gdy nas
rozdzielali... Słyszę ją każdej nocy jak woła... Widzę, jak wyciąga do mnie
rączki... Nie miała jeszcze ośmiu lat... Słowa ginęły w dźwięku bębniącego o
szyby deszczu, który litościwie je zagłuszał.
Stały na przeciw siebie w ciemnej obskurnej
kuchni.

Alicja zamieniona, zaczarowana w słup soli. Wbrew
sobie. Ze zdrętwiałym karkiem pokrytym gęsią skórką. Patrzyła z odrazą na małą,
szczupłą, nieszczęśliwą staruszkę. Nie chciała być jej konfesjonałem. Ani
słuchać tych wojennych okropieństw. Była zajęta swoją własną wojną o życie
swego dziecka. A do tej tu kobiety miała dużo żalu.
- Zamierzam zmienić moje życie w nowym roku,
dziś... wykorzystać szansę jaką jeszcze raz dostałam... – usłyszała przez swoje
gorzkie myśli i bębniący deszcz.
Ale Alicja myślała o utraconej szansie swego
dziecka. I tylko o tym.
... To mój heszbon ha-nefesz... mój rachunek sumienia...
– szepnęła kobieta.
... Wyjeżdżam... Przyjmij te pamiątki i
pilnuj jak oka w głowie. To rzadkie egzemplarze – tak, to też już kiedyś
słyszała. Na początku pracy w tym przeklętym
domu.– Przyniosą ci szczęście... Możesz je drogo sprzedać.
Alicja z politowaniem wygięła usta, ale żadne
słowo nie przeszło jej przez gardło.
Były takie chwile, gdy nie mogła zrozumieć
swego zachowania. Jak teraz. Powinna wyjść. Zamknąć drzwi za sobą i zapomnieć.
Wrócić do swego dziecka, bo kto wie ile zostało im wspólnego czasu. Z tą myślą
zaczęła się oswajać nie wiadomo kiedy... A właściwie wiadomo – po ostatnim
ataku małej. A jednak stoi. Słucha wynurzeń obrzydliwie bogatej i skąpej
staruszki, która nie zrobiła jednego gestu by pomóc im w ich beznadziejnym
położeniu. W zamian obdarowuje ją starymi pudłami chińczyka, a ona stoi jak
słup soli i nie potrafi jej odmówić.
Mała, śmieszna, żałosna staruszka. I ona, nie
mniej żałosna w swojej niemocy.
Wyszła z głęboką pustką w sercu trzymając w
garści zwitek banknotów z miesięcznym wyprzedzeniem w rekompensacie za utraconą
pracę i trzy nadgryzione zębem czasu stare, prostokątne pudła. Drzwi głucho
zatrzasnęły się za nią, jak kolejny rozdział życia. Nie było sensu oglądać się
za siebie. Przygnębiona, noga za nogą wlokła się na przystanek autobusowy. Po
powrocie cisnęła pudła w kąt pokoju i niebawem usnęła znużona trzymając w
ramionach swoje ulotne szczęście – swoją małą córeczkę.
Ranek przywitał je intensywnym słońcem.
Prawdopodobnie jedna z ostatnich tak słonecznych sobót tego roku. Weekendy
lubili szczególnie, ba! Kto ich nie lubi! - i celebrowali je z wielką
starannością, by nie uronić ani minuty. Takie małe, wielkie cotygodniowe
święta. Tego dnia zazwyczaj mąż wracał troche wczesniej z budowy – ostatnimi
czasy praktycznie nie widywał za dnia swoich kobiet.
Alicja otrząsnęła się z przykrego wspomnienia wczorajszych
wydarzeń. Nauczyła się nie tracić energii na rozpamiętywanie tego co nie ma
wpływu na teraźniejszość, ani tym bardziej na przyszłość. Przygotowując w kuchni sobotni obiad, od czasu do
czasu zerkała na córeczkę bawiącą się w pokoju.
- W końcu nie mogę od ludzi oczekiwać więcej
niż dać chcą – myślała doprawiając do smaku gotujący się rosół na kawałku
cielęciny, którego słodki zapach roznosił się po niewielkim mieszkaniu.
Kuku, kuku – gruchała do siebie mała
dziewczynka tworząc pulchnymi rączkami skomplikowane miasta z klocków na
szachownicy parkietu – wytwory swojej dziecięcej wyobraźni. Niezmącone chwile
zwykłej szczęśliwości – uśmiechnęła się pod nosem matka dziecka.
Po pewnym czasie Alicję zaniepokoił brak
odgłosów z pokoju. Zazwyczaj w przypadku dzieci nie wróży to nic dobrego, a w
przypadku jej córeczki – szczególnie.
Po cichutku wyjrzała z kuchni: dziewczynka w
wielkim skupieniu rozkładała na podłodze kolorowe bileciki jeden obok drugiego – szeleszczące pięciuset eurówki...
Drewniana chochla wysunęła się z bezwładnych
palców, uderzając głucho o podłogę. Krople rosołu rozprysły się po kuchennej
ścianie. Krew odpłynęła z żył. Mała na dźwięk upadającej łyżki uniosła główkę
i usmiechnęla się promiennie, a w jej okrągłych policzkach pojawiły się dwa
urocze dołki.
Mama, mama! – zamachała cennym papierkiem jak
chorągiewką. Alicja dopadła podłogi i gorączkowo przegarniała stosy banknotów, podnosiła
do oczu, obwąchiwała jak pies.
- Skąd to masz? – wyharczała. Błękit w oczach dziecka pociemniał
gwałtownie, usta złożyły się w podkówkę do płaczu. Przestraszona dziewczynka
wskazała kąt pokoju, gdzie walały się zapomniane prezenty od babki - dziwaczki.
Alicja schwyciła gorączkowo dziecko w ramiona, które zaniosło się głośnym
płaczem.
- Ciii, Już dobrze... – zaczęła opsypywać jej
szyję pocałunkami – poczekasz grzecznie u cioci Gosi, mamusia musi szybciutko
skoczyć do sklepu. Zapomniałam czegoś...
Biegła ile sił w nogach. Biegła ile tlenu w
płucach. Biegła jakby miała nie zdążyć. Potrącała przechodniów, roztrącała
parasole. Gonił ją dźwięk hamujących kół i przekleństwa pod jej adresem. Serce
łomotało, a ona biegła nie przymierzając jak Forrest Gump. Na ulicu Dobrego
Wojaka Szwejka czas się przytrzymał. Własnie leniwie przejechała śmieciara.
Pozostał po niej słodki smród odpadów i walające się resztki kartonów i puszek,
które nie załapały się na wywózkę. Alicja przypomniała sobie, że to był
pierwszy zapach jaki poczuła w nozdrzach, kiedy pewnego dnia, wiele lat temu
postawiła po raz pierwszy nogę na brukselskim bruku. Na Ulicy Dobrego Wojaka
Szwejka jak zawsze siąpił deszcz i nie było żywego ducha. Pod numerem 80
panowała cisza. Nie pomogło kołatanie do drzwi. Nikt się nie pojawił. Ze ściany
zniknęła złota tabliczka z imieniem, jak znak odzyskanej na nowo tożsamości.
Pozostała po niej ciemniejsza, prostokątna plama. Na wysokości okna
przytwierdzono wielką, ciężką tablicę: „For Sale”...
THE END
pierwsze zdjęcie takie tajemnicze;))
OdpowiedzUsuńNie zgadłam :(
OdpowiedzUsuńRozyczko, jestem bardzo ciekawa twojej wersji, od samego poczatku! Musisz mi powiedziec! plissssss
Usuń„Bała się odkąd sięgała pamięcią…. Nie miała przyjaciół z obawy, że ją opuszczą. Ubrań tylko tyle by związać je w mały węzełek gdy zajdzie potrzeba i by nie żałować kolorowych sukienek. Żadnego kota, psa, ani rodziny. I Bogu dzięki. Nie tęskniła za nikim i za nikogo nie była odpowiedzialna. Nikomu nic winna…. Najbardziej bała się nocy. Z przerażeniem małego dziecka wyczekiwała ranka, a później podrzemywała w fotelu szykując się do kolejnego starcia z królem ciemności – nocnym koszmarem.”
UsuńTakie zdania wypowiadają kobiety, które doznały przemocy ze strony swoich mężów. Przypuszczałam, że jej trauma jest tym spowodowana. W sumie aż tak dużo się nie pomyliłam, bo jej ukrywanie się w cieniu życia też było spowodowane przemocą, tylko na większą skalę.
Zaskakujący finał, choć tak naprawdę bardzo ludzki. Stara kobieta odzyskała ludzkie uczucia i chciała naprawic swą oschłość. Zrobiła to subtelnie, bez epatowania obdarowanej, by jej nie upokorzyć po raz wtóry.
OdpowiedzUsuńchcialoby sie powiedziec: samo zycie......... milego dnia:)
UsuńNie zawsze podobne historie kończą się pozytywnie:)))Bardzo mi się podobało:))Pozdrawiam serdecznie
OdpowiedzUsuńWzruszająca opowieść...
OdpowiedzUsuńPięknie piszesz, czytałam z zapartym tchem!
Dziękuję za chwile z Twoją wyobraźnią!
Dobre;zwłaszcza słowa o nadrobieniu utraconego czasu i zaniedbanych chwil...warto pamiętać o tym i korzystać z takiej możliwości;warto się czasem zastanowić nad sobą i nad tym co robimy...bo czyż relacje z bliskimi nie są najważniejsze?
OdpowiedzUsuńNigdy nie jest za późno aby być szczęśliwym! Fajnie Aguś piszesz , lektura wciąga, myśl nad książką.....Buziaki.Basia
OdpowiedzUsuńNie próbowałam nawet zgadywać zakończenia, czytałam z wielką przyjemnością i czekałam na kolejne kawałeczki. Szkoda, że życie nie zawsze pisze takie optymistyczne zakończenia.
OdpowiedzUsuńBardzo lubię czytać Twoje skrawki Lęku. :) Zdjęcia cudowne.
OdpowiedzUsuńPięknie, po prostu pięknie Agnieszko!
OdpowiedzUsuńPozdrawiam Cię serdecznie.
Piękne ale smutnawe , proszę coś bardziej radosnego napisać :) Buziaki :*
OdpowiedzUsuńKropka
Przeczytam z zapartym tchem. Teraz muszę pomilczeć...
OdpowiedzUsuńWygladalam dalszego ciągu z ogromnym zaciekawieniem , ale i z szacunkiem dla autorki za tak wstrzasajacy temat.
OdpowiedzUsuńPieknie, obrazowo i subtelnie napisany tekst, wstrzasa ludzkim sumieniem, zmusza do myslenia i ulozenia w kolejnosci tego, co w zyciu jest rzeczywiscie wazne. Jestem pod duzym wrazeniem, dziekuje!