środa, 12 października 2011

Mont Saint Michel II część

Zwiedzanie klasztoru proponuję zacząć najwcześniej jak się da.My sprawiliśmy się bardzo dobrze, bo już po 11.00 opuszczaliśmy wyspę by zahaczyć jeszcze o Omaha Beach. Rychło w czas, bo wąskie uliczki fortyfikacji zaczynały się zapychać z powodu napływu turystów. Normalnie na wyspie mieszka nie więcej niż kilkadziesiąt osób. Są to głównie obsługujący sektor turystyczny i nieliczni mnisi. Jednak to turyści robią straszliwy tłok przez okrągły rok.

Już po przekroczeniu bram fortyfikacji zrozumieliśmy jak wielkim błędem było zabranie z nami naszych czworonogów. Przeszkadzał im tłok, upał. Nie można było z nimi wejść do środka różnych budowli, więc zwiedzaliśmy na raty. Dwie osoby musiały zostawać z psami. 
Na dodatek Kajetek poczuł się w obowiązku bronić mnie przed wszystkimi wokół i nie przestawał rzucać się na ludzi, kąsać za łydki, szarpać za nogawki każdego, kto śmiał się zbliżyć do mnie na odległość nie większą niżpół metra- co w tym tłoku było sytuacją nagminną. Tunia, jak to Tunia- zero obronności, zdawała sie być cudownie nieobecna, ożywiała się tylko na zapach potraw unoszących się z licznych barów i restauracji.
Nasz Kajtuś chyba nigdy nie widział większego skupiska ludzi, ale też i ludzie nie widzieli psa o tak dziwnej urodzie ( mały łepek, wielkie uszy- nazywamy go nieraz pieszczotliwie Nietoperek). Po raz pierwszy w Kajtkowym zyciu zdarzyło się, że turyści zatrzymywali się komentując jego urodę, ba nawet robiąc mu zdjęcia, zupełnie ignorując Tunię, która do tej pory była niekwestionowaną gwiazdą.






to wszystko zalane jest wodą gdy przychodzi przypływ,po plaży nie zostaje ślad...


 widoki z góry



powyżej: skrzydlaty mieszkaniec wyspy 







Sw Michał- patron klasztoru 

1 komentarz:

  1. wow ale cudowne zdjęcia :-) Akurat teraz na kursie języka niemieckiego przerabiamy temat o małych wysepkach przybrzeżnych w Niemczech :-)

    OdpowiedzUsuń