wtorek, 11 października 2011

Mont-Saint-Michel część I

A dzis trochę geografii. Zabiorę was w podróż do jednego z najczęściej odwiedzanych miejsc we Francji ( 2 miejsce po Paryżu). Jest to wycieczka z cyklu: " Moje małe podróże". Małe, bo tylko takie uskuteczniamy z dwóch powodów. Pierwsze, to nikt na dłużej nie chce zaopiekować się naszymi kochanymi włochatymi potworkami, a nie wyobrażam oddania ich do psiego hotelu. Chyba im i mi serce by pękło! Po wtóre: każde plany wakacyjne, inne niż wyjazd do Polski, przegrywają z powodu naszego przywiązania do rodzinnych stron. Jak pomyślę, że mój jedyny w roku urlop mam spędzić z dala od mego magicznego domku, ogrodu, porannej kawy w kroplach rosy, zapachu trawy o zmierzchu, nieustających wizyt odwiecznych przyjaciół, z którymi zjadło się przysłowiową beczkę soli, barwnych opowieści naszej 90 letniej babci o światłym jeszcze umyśle nie naznaczonym starczą demencją i chyżym wzroku ( wyszywa i czyta bez okularów!). Och, Babcia przedwojenna elegantka ( nie waż się pokazać babci nieumalowana!) zasługuje na oddzielną opowieść i na pewno się u mnie jej doczeka. Jej życie naznaczone było ciągłą ucieczką- poczynając od rodziców, którzy ledwie uszli z życiem przed ruską rewolucją zostawiając 2 świetnie prosperujące sklepy na Newskim Prospekcie w sercu St Petersburga, aż po II Wojnę Swiatową, kiedy to babcia wykradana była dwukrotnie z transportu do Niemiec przez zakochanego dziadka. Należy do ludzi, którzy kilkakrotnie w życiu tracili wszystko, mimo to wychodzili ze wszelkich opresji zachowując pogodę ducha i lekką radość życia oraz delikatnie kpiący dystans do siebie. No, ale to nie o babci opowieść tym razem.
Wracając do tematu, tak więc przez nasz patriotyzm lokalny nasze poznawanie świata jest mocno ograniczone, zostają kilkudniowe wypady, ale jak już zjadę do Polski ( na emeryturę?) to sobie odbiję!
W pierwszej kolejności polecę do Kanady! A tak!
Ale powróćmy do Saint Michel.
Leży w Normandii jakieś 500 (?) km od Brukseli. Wyjeżdżając o 2.00 w nocy mieliśmy szansę "zaliczyć" wzgórze i zahaczyć jeszcze o słynną plażę, na której w 1944 lądowali alianci. 

 ( fotka z internetu)
Wymagało to od nas nadzwyczajnego wysiłku jako, że normalnie jesteśmy bardzo niezdyscyplinowani i normalnie chodzimy spać po północy. Ale tym razem stawiliśmy się jak jeden mąż , zaspani, w kuchni na dole. Załuję tylko, ze mój syn był wtedy w Polsce i nie mógł z nami pojechać. Tak więc pojechaliśmy: ja z mężem ( dyrektor wycieczki), siostra ze szwagrem i Joasia, moja siostrzenica, która ponoć jest taka niepokorna i pyskata jak ja, tak mówią w rodzinie... ale dzięki temu cieszy się względami mego męża, jest jego pupilką, bo jak żywo przypomina mu mnie sprzed 20 lat ...

Na początku pominę milczeniem fatalny stan autostrad francuskich ( chodzi mi o czystość, bo do autostrad nic nie mam), toalety... brud, smród i ubóstwo...
Natomiast same widoki zwłaszcza z mostu Pont de Normandie. 

 ( fotka z internetu)
Dech zapiera, gdy przekraczaliśmy go o świcie, w pierwszych nieśmiałych promieniach słońca. Most ciągnie się ponad 2 km i jest na wysokości 20 piętra. Polecam filmik z you tube:

http://youtu.be/kivu_5PGzwI

Sam klasztor Saint Michel wpisany jest na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Początki datują się na 9 wiek naszej ery. Dzieki swemu położeniu miał zawsze znaczenie strategiczne, obronne, swego czasu służył też jako więzienie. Zakon , który tam istniał i w okrojonej formie istnieje do dzis to Benedyktyni. Z St Michel jest już bardzo blisko do Anglii i ta bliskość zadecydowała o tym, że właśnie niedaleko stąd rozpoczął się desant na Europę w 44 roku, ale o tym później.
Największą ciekawostką jest to, że przy St Michel sa jedne z największych przypływów. Wyspa, która w ciągu dnia jest półwyspem, odcięta jest od świata raz dziennie. Turyści muszą pilnie śledzić godzinę przypływu każdego dnia, by w porę opuścić klasztor. w przeciwnym wypadku, ich samochody  na ich własna odpowiedzialność mogą znaleźć się pod wodą zalane kilkunastometrową falą. czasami jest bardzo niebezpiecznie jak w ubiegłym roku, gdy helikopter musiał ewakuować mamę maruderkę z dwójką dzieci, która nie bacząc na ostrzeżenia zbyt późno opuściła klasztor.


 te fotki są sprzed roku, a my jak to turyści, którzy wstali o 2 nad ranem i maja za sobą ponad 500 km podróż- trochę wymięci i mocno nie szafiarscy... :)




cały ten parking pokrywa  morze w czasie przypływu 




a poniżej widok z góry ( z klasztoru), księżycowy krajobraz...




to tyle na dzisiaj, w następnym odcinku:

Kajet awanturnik i straszenie turystów; - wielki dzień Kajtka-doceniona uroda; wpadka z kluczami...-Omaha Beach- Szeregowiec Ryan

3 komentarze:

  1. właśnie zobaczyłam Twój profil i widzę, że jesteśmy sąsiadkami z podlasia ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. tak, tak ja już wcześniej gdzieś dojrzałam, że pochodzimy z tych samych stron. Jesteś chyba z Białegostoku ( dosyć często tam bywam jak jestem w Polsce), a ja z Siemiatycz. Pozdrawiam sąsiadko 1 :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Aguś dziękuję za tą piękna podróż i zdjęcia :-) Buziaki

    OdpowiedzUsuń