niedziela, 11 września 2016

De Panne


Pojechaliśmy do la Panne. Odwiedzić Ulę i spenetrować belgijskie wybrzeże Morza Północnego w okolicach Francji. Ula przemierza je wzdłuż i wszerz, trzy razy dziennie. Trzy razy dziennie gada z pomnikiem Leopolda II, tam gdzie kończy się nadmorski deptak, a dalej już tylko wydmy. Bo Ula jest tak cudownie socjalną istotą, że nawet kamień nie pozostaje obojętny wobec niej. To moja przyjaciółka. 
"La Panne" jak mówią Walonowie i "De Panne" - jak mówią Flamandowie, popularnie przez nas zwani Flamakami. Te dwie literki robią dużą różnicę.  Głównie polityczną i narodowościową. La Panne to najdalej w kierunku Francji wysunięte miasteczko belgijskie. Stąd niewiele ponad 30 km do Dunkierki, a stamtąd do kanału La Manche. Do Francji chodzi się (jeździ) po prawdziwą francuską bagietkę, bo ta belgijska niewiele ma z nią wspólnego, że nie wspomnę już o naszej polskiej. Generalnie żywność jest tam tania, więc chętnie Belgowie robią za granicą zakupy. Wzdłuż wybrzeża, w kierunku Knokke jeździ tramwaj. Kiedyś marzy mi się taka nieśpieszna podróż tramwajem wzdłuż nadmorskich wydm tam i z powrotem. Ale tym razem pojechaliśmy z Madzią, dziećmi (dorosłymi) i Tośkiem, wokół którego ogona kręciła się cała nasza wyprawa :) Ale popatrzcie sami...

poniedziałek, 5 września 2016

Mons Sancti Michaeli in periculo mari. Cuda tego świata.


Wczorajszy pogodny wieczór. Idziemy spacerem w kierunku przepiękne oświetlonej bajkowej budowli na wodzie. Wokół nas - setki ludzi rożnych narodowości. Noc się zbliża, czuje się chłodną, morską bryzę. Ale nastrój jest podniosły - jakbyśmy zmierzali na jakieś nocne czuwanie. U stóp klasztoru - woda zalewa wejście do bram miasteczka - jest właśnie przypływ.  Ale naprawdę duży będzie dopiero za kilkanaście dni. Ludzie robią zdjęcia, tysiące selfie, ściagają obuwie i wchodzą do wody. Cieszą się jak dzieci. Słucham wielojęzycznego gwaru. Jest dziwnie podniosła atmosfera. Jakbyśmy uczestniczyli w misterium Boga, tajemnicy Wszechświata.  Powaga i radość, że coś tak wspaniałego jest naszym udziałem.  Gubię się w tłumie. Wszyscy się gubimy, sam na sam ze swymi myślami i zachwytem.
Sami - lecz nie samotni. 
Myślę o Bogu, przeszłości, o łączności pokoleń. O tym, że realizacja proroczego snu jakiegoś biskupa sprzed ponad tysiąca lat i nasza obecność tu i teraz pozwoliły w jakimś sensie przeciąć się naszym losom... 
Myślę o Kubie i Dziewczynce przy jego boku. Już naszej Dziewczynce... Niech mają dobry los.
Myślę o bliskich w Polsce. I o Tośku z Kajtkiem. I z wdzięcznością o Uli, która z naszymi psami chętnie została.  Odszukuję w tłumie ciepłą dłoń Kotlecika. Zamyka w niej wszystkie egzystencjonalne trzepoty skrzydeł mojej duszy. 
Podchodzimy prawie do samej bramy. Już bliżej suchą stopą się nie da. Grupka żandarmów pełni tu swój dyżur. To policyjni wolontariusze. Z jednym z nich  wdajemy się w pogawędkę. Ma ciepłą twarz, życzliwy uśmiech w oczach i jakieś 60 lat na karku. 
Z chęcią opowiada ciekawostki na temat Mont Saint Michel. 
Mimo znikomej garstki mieszkańców (około 50, co daje średnie zagęszczenie 13 mieszkańców/km2), to ciągle centrum gminy posiadające swego burmistrza! 
​Zagadujemy się dobre pół godziny. 
Jemu też czas szybciej mija. 
Niezobowiązująco, ciepło, lekko. 
Wracamy do hotelowego pokoju. 
Zmęczeni nadmorskim spacerem i upici tlenem zasypiamy prawie natychmiast. Około 2 km od magicznych świateł klasztoru na kamiennej wyspie.

cd: http://www.korzeniewska.com/blog/september-05th-2016