niedziela, 19 listopada 2017

November 18th, 2017


Wasz czas jest ograniczony, więc nie marnujcie go na życie cudzym życiem. Nie dajcie się schwytać w pułapkę dogmatu, która oznacza życie według wskazówek innych ludzi. Nie pozwólcie, by szum opinii innych zagłuszył wasz wewnętrzny głos. I co najważniejsze, miejcie odwagę iść za głosem swojego serca i intuicji. Wszystko inne jest mniej ważne”Steve Jobs

Tak mi w oczy wpadł ten cytat i postanowiłam się z Wami nim podzielić...

Ale nie to jest tematem dzisiejszego posta. To znaczy, o tym przy okazji. Pamiętać te słowa trzeba i codziennie sobie je powtarzać. Ale dziś bardziej chcę napisać o tym, że jest mi niezręcznie po tak długiej nieobecności wracać do blogowania. Nie wiem, którymi drzwiami wejść i jak się zachować, jak Was powitać. Post ten będzie bardzo chaotyczny, jak zwykle po długiej nieobecności. Po nim pójdzie już bardziej gładko, zwłaszcza, że w zanadrzu mam wiele różnych tematów. Już za chwilę, za dzień, za dwa z nimi pojedziemy.
To, że mnie nie było, nie znaczy, że się obijałam. W międzyczasie dużo pracuję, ale też dużo siedzę na Facebooku. To prawda, biję się w piersi. Pęd życia wymusza na mnie te krótkie formy twórczości, dzielenie się myślami, a forma portali społecznościowych bardzo to ułatwia wciągając nas w spiralę uzależnienia. I nie wiadomo kiedy, zasypiasz i budzisz się z twitterem, fejsem i instagramem przy poduszce. I ten świat, wydumany w pewnym sensie, nierzeczywisty zasysa Cię nieraz aż na dno i ludzie zaczynają go mylić z realnym życiem. I są zawiedzeni, że mają tysiące znajomych, a na rzeczowe zapytanie, czy prośbę o pomoc, odpowiada taka znikoma liczba osób... I wtedy przywracają sprawom ich należyte miejsce i wartość. Budzą się ze snu. Ze mną nie jest na szczęście jeszcze tak źle, wiele rzeczy sobie już dużo wcześniej uzmysłowiłam, wiele sądów obaliłam, wiele przekonań przewartościowałam. I Facebook mnie nie zwiedzie złudzeniami i nie wyprowadzi na manowce zręcznie ustawianymi algorytmami, I za wiele nie oczekuję po papierowych, facebookowych znajomościach i tym bardziej miło, gdy trafiam na fajnych ludzi. Ale nie próbuję niczego oczekiwać, ani sama nie prezentować roszczeniowych postaw. 
​Staram się by to media społecznościowe służyły mi, a nie odwrotnie, choć na pozór może to różnie wyglądać. 

Ale wracam do meritum mego dzisiejszego wpisu. Czyli kajam się, kajam się, kajam...
W dodatku coś się stało i nie mogę newslettera do Was wysyłać, czekam, aż mój syn rozwiąże mój problem. 

Tytułem usprawiedliwienia, powiem, że naprawdę dużo pracuję. Sieję, sieję, sieję, i choć jeszcze nie zbieram, to już zaczynam widzieć wschodzące efekty mojej pracy. 
Niedawno były targi książki w Krakowie. Niedługo znów wyjazd do Polski na kilka dni i parę spotkań. W międzyczasie ciągnę kilka projektów (w rożnym tempie, z rożnym skutkiem):
- nowa powieść (nie zaglądałam doń od tygodni...)
​- książka dla dzieci (o przygodach pewnego pieska w Unii Europejskiej)
- zbiór opowiadań emigracyjnych, częściowo z pierwszej książki (dojrzałam w międzyczasie) plus inne nowelki,
- tłumaczenie na język francuski (znalazłam parę fantastycznych tłumaczy! Specjaliści od literatury porównawczej: polsko - francuskiej)
i takie tam inne drobiazgi... 

Za tydzień po raz pierwszy będę w Mons (Belgia) na wieczorze literackim, poprzedzającym miejscowe targi (ponoć największe w Walonii) jako jedyna Polka. W ostatni poniedziałek, po raz pierwszy zadebiutowałam na antenie belgijskiej rozgłośni RCF Radio Liege. I najśmieszniejsze jest to, że bardziej byłam zestresowana moim "drewnianym" francuskim, niż tym, że siadam przed mikrofonem. Zauważyłam, co mnie bardzo ubawiło, że mikrofon działa na mnie wręcz kojąco. Gdy założyłam słuchawki na uszy i ustawiłam go odpowiednio, wszystkie wątpliwości uleciały, a ja jak zwykle nie mogłam zapanować nad moim gadulstwem. Ja, która przez pół życia myślałam o sobie, że jestem nieśmiała! Nie bez znaczenia był fakt, że prowadzącą była przesympatyczna Pani Elżbieta Dedek, pianistka, zdobywczyni tegorocznej statuetki Polak Roku w Belgii, honorowa obywatelka Rawy Mazowieckiej i... Madagaskaru! Niezwykle barwna osoba. Myślę, że nasza znajomość jest zaczątkiem głębszej relacji. A wszystko za sprawą innej artystki, niezwykle utalentowanej i pełnej kobiecego wdzięku Nary Noian, mieszkającej i tworzącej w Belgii (a wcześniej we Francji) pianistki i piosenkarki pochodzenia armeńskiego. I tak dochodzimy do tego, jak ludzie doprowadzają nas do innych ludzi. Zawsze to głosiłam, ze jesteśmy dla siebie nawzajem największą wartością i niejedno spotkanie w zdawałoby się dość błahych okolicznościach może zaważyć na naszym dalszym życiu... 
Grafik na zbliżające się miesiące i trochę muzyki po kliknięciu tutaj: http://www.korzeniewska.com/blog/november-18th-2017

niedziela, 8 października 2017

Trzy razy NIE


Październik. Po wakacjach ślad zaginął, jedynie blade wspomnienie lata błąka się w pamięci. Zdążyłam się przestawić z dobrego (urlop) na nieuniknione (codzienność).  W mojej części świata wygląda to tak:
Witaj Belgio! Witaj słoto! Witaj Europo! 
A dokładniej - bardzo zaściankowa Europo - z punktu widzenia mego wiejskiego kąta we Flandrii. Zdałam sobie sprawę, że z pozycji Warszawy, Podlasia i ogólnie Polski - rzeczy tutaj wyglądają o wiele groźniej.
Często padają pytania internautów, "czy dużo jest policji na ulicach?" W domyśle, na skróty jest to pytanie o poziom bezpieczeństwa i zagrożenia terroryzmem.
Ja widzę jej niewiele u siebie, gdzie mieszkam. Ale i potrzeb takich nie ma. Cóż miałby robić terrorysta na mojej flandryjskiej wsi, gdzie głównie pasą się konie i krowy na łąkach. Za to w centrum, w Brukseli, w miejscach publicznych, przy żydowskich instytucjach (ale przy nich to już od co najmniej dwudziestu lat), na lotniskach sytuacja jest pod mocną kontrolą. Mówię "dzień dobry" uzbrojonym po zęby żołnierzom przy wejściu do metra, przy wejściu do centrum handlowego... Pewnie też woleliby pograć w piłkę, albo poleżeć przed telewizorem... Jedynie co mogę dla nich zrobić to życzyć nam wszystkim miłego, bezpiecznego dnia...

Kilka dni temu jechałam do koleżanki na Square Ambiorix. Urocze miejsce w Brukseli. Słońce, leniwe spacery, wygrzewanie się na ławkach. Spokój. I przez moment pomyślałam, ze nikt by nie uwierzył, że kilka kilometrów dalej w chorych głowach niektórych mieszkańców rodzą się plany najohydniejszych zbrodni. Gdzie ręka rękę myje, gdzie skorumpowany policjant ostrzega terrorystów, a jego koledzy, uzbrojeni funkcjonariusze prawa boją się przekroczyć granice patrolowanych rewirów. Tak, są takie miejsca w Brukseli, których nie tylko biała kobieta, blondynka powinna zdecydowanie unikać za dnia, a tym bardziej w nocy.
* Czy to, że na co dzień chodzę do teatru, moje dziecko i znajomi używają miejskiej komunikacji, śmiejemy się i tańczymy, chodzimy na imprezy znaczy, że jest bezpiecznie? NIE
Zagrożenie terroryzmem istnieje i przypomina nam to nieraz trwożna myśl przycupnięta na ramieniu, gdy nagle w metrze zerwie się jakiś ruch...  I nie mam zamiaru udawać, że jest inaczej. Wybielać rzeczywistość.
"To nieprawda, że mamy w Europie wiek terroryzmu. Ostanie wielkie zamachy – zwłaszcza w Paryżu i Brukseli – zaburzyły nam perspektywę. W latach 70./80. W zamachach terrorystycznych na Starym Kontynencie ginęło o wiele więcej osób – tłumaczył w Krytyce Politycznej Piotr Niemczyk, współtwórca UOP, ekspert ds. bezpieczeństwa." 

Tak, wiem o tym, że więcej ludzi ginie na ulicach w wypadkach samochodowych, niż w wyniku ostatnich zamachów, tak wiem, że wiele więcej ludzi zginęło w zamachach w latach 70/80.

Tylko... CZEMU ma służyć ta argumentacja? 

Ma mnie uspokoić?
Sprawić, że uznam ten stan rzeczy za normalny?
Pobłogosławię terrorystom?


* A może wywołam w sobie poczucie winy, że "muszą" się uciekać do "takich" środków? NIE 
Nie ma przyzwolenia na cokolwiek co niesie śmierć. Chyba, że broniąc własnego życia. 

* Czy to znaczy, że jestem przeciw imigrantom? NIE
Żyję wśród nich. Też nim kiedyś byłam. Takim samym. Naprawdę. Też z łatkami stereotypów, np. Polaka - pijaka lub złodzieja. Bez grosza przy duszy, bez legalnego prawa pobytu, znajomości języka. I bywało, że nikt nie chciał ze mną gadać o zatrudnieniu, tylko dlatego, że byłam Polką. 


Różnica między ludźmi jest w sposobie myślenia. I to tak naprawdę jest zarzewiem wszelkich konfliktów, poczynając od rodziny, aż po narody. Ja bardzo chciałam się zintegrować, żyć pełnią życia i nie uważałam, że mi się coś od świata należy. Bo nic mi się ni należy bez wkładu mojej pracy, chęci, możliwości talentu. I przed przyjściem na świat nie podpisywałam z Bogiem kontraktu, że będzie łatwo i sprawiedliwie. Że będę piękna, bogata i szczęśliwa. Trudno mi było zwalczyć moje własne ograniczenia w mojej głowie, stereotypy przywiezione z Polski, wrodzoną nieufność i megalomanię. Ale się udało ciężką pracą. I jestem z tego dumna. Pozbyłam się uprzedzeń, zachowując jednocześnie moją polską tożsamość bez kompleksów, ni nadmiernego gloryfikowania. Po prostu, czuję się właściwą osobą we właściwym miejscu.

* Czy mam receptę na to, jak sobie z problemem imigracji poradzić? NIE.
Tak jak nie mam recepty na ruchome piaski na pustyni Tengger, nieuleczalne choroby, głód, tsunami, własne lenistwo, zwykłe kurewstwa i podłości tego świata wobec ludzi i zwierząt. 
Ale to nie znaczy, że nie mając recepty muszę dorabiać do sytuacji jakąś ideologię, która zamiecie moje lęki pod dywan świętego spokoju. 
Nie mam recepty na uzdrowienie Europy, nie mam recepty na pokonanie własnych lęków o przyszłość niespokojnego świata, ale na Boga, przywróćmy wartość słowom i nazywajmy rzeczy po imieniu. 

W telewizji, internecie politycy wypinają dumnie piersi, wpierając ludowi, że się nie boimy. Owszem, wy - nie panowie i panie, bo z reguły nie poruszacie się środkami transportu publicznego. My - tak.
Zacznijmy od podstawowej rzeczy. Nazwijmy rzeczy po imieniu.
 
cd pod adresem: www.korzeniewska.com