piątek, 23 lutego 2018

Moc wiatru i wody...


Co prawda Belgia to nie Holandia i jej symbolem nie jest młyn, wiatrak, ani tulipan, ale z racji sąsiedztwa, poświęcę tematowi trochę uwagi, zapoznając Was z moimi ulubionymi miejscami w Brukseli i Leuven - spod znaku młyńskiego koła, oraz wiatracznego skrzydła.
W kulturze europejskiej ważna, choć niejednoznaczna postać młynarza doczekała się wielu interpretacji. Podobnie jest z symboliką miejsca jego pracy.
Jak Europa długa i szeroka, młynarz cieszył się fatalną reputacją! Zły, przebiegły skąpiec, mający konszachty z siłami nieczystymi. Zaprzęgający do pracy złe moce. Zachłanny, lubieżny łajdak! Taki obraz młynarza wykształcił się głównie w Średniowieczu. 
W późniejszych wiekach wykształcił się drugi, zupełnie odmienny wizerunek młynarza. Wesoły, jowialny, rumiany jegomość nie stroniący od hedonistycznych uciech. 

I tak przez cały XVIII i XIX wiek rozśpiewany i rozbawiony młynarz, będzie szedł pod rękę ze swoim kulturowym poprzednikiem - typem spod ciemnej gwiazdy.

Również obszernej i niejednoznacznej symboliki doczekał się sam młyn. Przez długi czas młyny i wiatraki uchodziły w Europie za miejsca, gdzie rządzą nieczyste siły. Ponoć nocną porą w wodzie przy młyńskim kole rozlegały się jęki nieochrzczonych duszyczek nienarodzonych dzieci i wszelkiej maści demonów. Z drugiej strony: ta diabelska konotacja nie kłóciła się z chrześcijańską symboliką wiatraka. Jego skrzydła stanowi równoramienny krzyż, a przemiał ziarna w mąkę znajduje odwołanie do teologii. 
o moich belgijskich wiatrakach czytaj tutaj:

czwartek, 8 lutego 2018

Podsumowanie stycznia 2018


Styczeń - miesiąc wdrożeń. 

Styczeń dobiegł końca. Czas podsumować pierwszy miesiąc nowego roku. Mimo, że nie był to najkrótszy z miesięcy (31 dni) to minął bardzo szybko! Nazywam go miesiącem wdrożeń. Zaczynamy realizować nasze postanowienia, kupujemy mnóstwo pięknych kalendarzy i notesów (nie ominęła mnie ta pokusa) i czasami ulegamy złudzeniu, że piękna nazwijmy to "infrastruktura" załatwi za nas temat. Bo my ciągle jeszcze zmęczeni  starym rokiem nie zabieramy się ostro do roboty!. 
Skoro jesteśmy przy notesach i kalendarzach, to przyznam, że to moja ogromna słabość! Ostatnie moje ulubione, to dwa kalendarze. Jeden z nich solidny, piękny, duży, starannie wykonany. To kalendarz Pier Luigi. Dostałam go od przyjaciółki i cieszę się z niego jak dziecko! Pięknie wykonany, estetyczny, obszerny, wygodny. Mimo, że zajmuje sporo miejsca, nie rozstaję się z nim. Dla mnie ma wygodny format A4.

Czy wiecie, że firma Pier Luigi używa papieru, który powstaje z ... kamienia??? Tak, to nie żarty! Wysokiej jakości papier, miły w dotyku. Papier w stu procentach ekologiczny, do którego zużywa się 50% mniej energii, a także nie wykorzystuje się w ogóle wody, ani drzew. Są wytrzymałe i wodoodporne. Naprawdę! Odsyłam Was do ich strony, skąd zaczerpnęłam przytoczone informacje.
Kalendarz Pier Luigi – to zdecydowanie mój przyjaciel w notatkach! Można pobrać również wersję na telefon (co uczyniłam), choć zdecydowanie przedkładam nad wirtualne – prawdziwe zapiski. To ogromna przyjemność pochylać się nad takim kalendarzem.

Dla równowagi przedstawiam również inny kalendarz, który jednogłośnie przegrywa dla mnie z pierwszym. Mógłby jedynie konkurować , jeśli chodzi o format, kolorystykę i design. Zachwyci z pewnością tych, którzy lubią swoistą eksplozję barw i kwiecistość wyrazu. Na stronach i okładce aż roi się od wibrujących mandali, barwnych ptaków i egzotycznych zwierząt. Jest to kalendarz z cytatami Paulo Coelho. I mimo, że, dawno i szybko wyrosłam już z tego autora. Jednak gdy zobaczyłam wspomniany kalendarz na półkach Empiku, ręka wyciągnęła mi się doń bezwiednie. Kupiłam go z myślą, że bardzo przyjemnie będzie sięgać do niego w szaro-bure dni. Jest terapią dla oczu i duszy. Bardzo poprawia moje samopoczucie.
Traktuję go jako „notatnik pierwszego kontaktu”, to znaczy zapisuję w nim wszystko co mi do głowy wpadło w ciągu dnia, a co nie znalazło się już na zamkniętej na ten dzień liście: to do, Taki mój swoisty brudnopis, śmietnik. Później oddzielam rzeczy ważne, od mniej ważnych. Niektóre z nich wciągam na listę zadań na najbliższe dni, resztą nie zawracam sobie głowy.  
o książkach przeczytanych przeze mnie w styczniu i refleksjach na temat granic pasji, przeczytajcie tutaj: https://www.korzeniewska.com/blog/podsumowanie-stycznia-2018