niedziela, 8 października 2017

Trzy razy NIE


Październik. Po wakacjach ślad zaginął, jedynie blade wspomnienie lata błąka się w pamięci. Zdążyłam się przestawić z dobrego (urlop) na nieuniknione (codzienność).  W mojej części świata wygląda to tak:
Witaj Belgio! Witaj słoto! Witaj Europo! 
A dokładniej - bardzo zaściankowa Europo - z punktu widzenia mego wiejskiego kąta we Flandrii. Zdałam sobie sprawę, że z pozycji Warszawy, Podlasia i ogólnie Polski - rzeczy tutaj wyglądają o wiele groźniej.
Często padają pytania internautów, "czy dużo jest policji na ulicach?" W domyśle, na skróty jest to pytanie o poziom bezpieczeństwa i zagrożenia terroryzmem.
Ja widzę jej niewiele u siebie, gdzie mieszkam. Ale i potrzeb takich nie ma. Cóż miałby robić terrorysta na mojej flandryjskiej wsi, gdzie głównie pasą się konie i krowy na łąkach. Za to w centrum, w Brukseli, w miejscach publicznych, przy żydowskich instytucjach (ale przy nich to już od co najmniej dwudziestu lat), na lotniskach sytuacja jest pod mocną kontrolą. Mówię "dzień dobry" uzbrojonym po zęby żołnierzom przy wejściu do metra, przy wejściu do centrum handlowego... Pewnie też woleliby pograć w piłkę, albo poleżeć przed telewizorem... Jedynie co mogę dla nich zrobić to życzyć nam wszystkim miłego, bezpiecznego dnia...

Kilka dni temu jechałam do koleżanki na Square Ambiorix. Urocze miejsce w Brukseli. Słońce, leniwe spacery, wygrzewanie się na ławkach. Spokój. I przez moment pomyślałam, ze nikt by nie uwierzył, że kilka kilometrów dalej w chorych głowach niektórych mieszkańców rodzą się plany najohydniejszych zbrodni. Gdzie ręka rękę myje, gdzie skorumpowany policjant ostrzega terrorystów, a jego koledzy, uzbrojeni funkcjonariusze prawa boją się przekroczyć granice patrolowanych rewirów. Tak, są takie miejsca w Brukseli, których nie tylko biała kobieta, blondynka powinna zdecydowanie unikać za dnia, a tym bardziej w nocy.
* Czy to, że na co dzień chodzę do teatru, moje dziecko i znajomi używają miejskiej komunikacji, śmiejemy się i tańczymy, chodzimy na imprezy znaczy, że jest bezpiecznie? NIE
Zagrożenie terroryzmem istnieje i przypomina nam to nieraz trwożna myśl przycupnięta na ramieniu, gdy nagle w metrze zerwie się jakiś ruch...  I nie mam zamiaru udawać, że jest inaczej. Wybielać rzeczywistość.
"To nieprawda, że mamy w Europie wiek terroryzmu. Ostanie wielkie zamachy – zwłaszcza w Paryżu i Brukseli – zaburzyły nam perspektywę. W latach 70./80. W zamachach terrorystycznych na Starym Kontynencie ginęło o wiele więcej osób – tłumaczył w Krytyce Politycznej Piotr Niemczyk, współtwórca UOP, ekspert ds. bezpieczeństwa." 

Tak, wiem o tym, że więcej ludzi ginie na ulicach w wypadkach samochodowych, niż w wyniku ostatnich zamachów, tak wiem, że wiele więcej ludzi zginęło w zamachach w latach 70/80.

Tylko... CZEMU ma służyć ta argumentacja? 

Ma mnie uspokoić?
Sprawić, że uznam ten stan rzeczy za normalny?
Pobłogosławię terrorystom?


* A może wywołam w sobie poczucie winy, że "muszą" się uciekać do "takich" środków? NIE 
Nie ma przyzwolenia na cokolwiek co niesie śmierć. Chyba, że broniąc własnego życia. 

* Czy to znaczy, że jestem przeciw imigrantom? NIE
Żyję wśród nich. Też nim kiedyś byłam. Takim samym. Naprawdę. Też z łatkami stereotypów, np. Polaka - pijaka lub złodzieja. Bez grosza przy duszy, bez legalnego prawa pobytu, znajomości języka. I bywało, że nikt nie chciał ze mną gadać o zatrudnieniu, tylko dlatego, że byłam Polką. 


Różnica między ludźmi jest w sposobie myślenia. I to tak naprawdę jest zarzewiem wszelkich konfliktów, poczynając od rodziny, aż po narody. Ja bardzo chciałam się zintegrować, żyć pełnią życia i nie uważałam, że mi się coś od świata należy. Bo nic mi się ni należy bez wkładu mojej pracy, chęci, możliwości talentu. I przed przyjściem na świat nie podpisywałam z Bogiem kontraktu, że będzie łatwo i sprawiedliwie. Że będę piękna, bogata i szczęśliwa. Trudno mi było zwalczyć moje własne ograniczenia w mojej głowie, stereotypy przywiezione z Polski, wrodzoną nieufność i megalomanię. Ale się udało ciężką pracą. I jestem z tego dumna. Pozbyłam się uprzedzeń, zachowując jednocześnie moją polską tożsamość bez kompleksów, ni nadmiernego gloryfikowania. Po prostu, czuję się właściwą osobą we właściwym miejscu.

* Czy mam receptę na to, jak sobie z problemem imigracji poradzić? NIE.
Tak jak nie mam recepty na ruchome piaski na pustyni Tengger, nieuleczalne choroby, głód, tsunami, własne lenistwo, zwykłe kurewstwa i podłości tego świata wobec ludzi i zwierząt. 
Ale to nie znaczy, że nie mając recepty muszę dorabiać do sytuacji jakąś ideologię, która zamiecie moje lęki pod dywan świętego spokoju. 
Nie mam recepty na uzdrowienie Europy, nie mam recepty na pokonanie własnych lęków o przyszłość niespokojnego świata, ale na Boga, przywróćmy wartość słowom i nazywajmy rzeczy po imieniu. 

W telewizji, internecie politycy wypinają dumnie piersi, wpierając ludowi, że się nie boimy. Owszem, wy - nie panowie i panie, bo z reguły nie poruszacie się środkami transportu publicznego. My - tak.
Zacznijmy od podstawowej rzeczy. Nazwijmy rzeczy po imieniu.
 
cd pod adresem: www.korzeniewska.com

poniedziałek, 2 października 2017

Jeszcze będzie pięknie...


„Nie trzymaj się fałszywego przekonania, że bez niektórych ludzi i rzeczy nie jesteś w stanie istnieć.”

Tak. Kiedyś podobnie jak Ty byłam zlepkiem opinii innych ludzi o sobie. Z wielu wstydliwych powodów, jak zrobienie komuś przykrości, lub o wiele częściej – strachu przed osądzeniem, bałam się przestać podążać za tłumem. Tłumiłam własne niepokorne myśli i uczucia. Myślałam, że nie potrafię się obyć bez różnych ludzi, miejsc, rzeczy – moich fałszywych kotwic. Później przybyłam długą drogę. Nie chcę o niej opowiadać. Każdy ma swoje doświadczenia. Z perspektywy doświadczeń człowiek postrzega sprawy inaczej.
Dlaczego dziś podjęłam ten temat?
Bo spotkałam kobietę, którą spotkało zło. Opuścił ją partner. Beznamiętnie, rozważnie porzucił ją z dwójką dzieci. Był jej całym światem. Takie historie mimo swojej dramaturgii są tak powszechne, że to prawie banał życia i temat przewodni co drugiej telenoweli. Znasz takie sytuacje, same bywamy ich bohaterkami. Nie po raz pierwszy i ostatni spotkałam kogoś, kto budował swoje wątpliwe poczucie wartości na ruchomym piasku czyjegoś „ja” poświęcając całe swoje życie i talenty. Kogoś, kto mając wielkie poczucie straty i opuszczenia myśli, że bez tej osoby nie będzie mógł żyć. 

Nie po raz pierwszy i ostatni sama doświadczam strat i zawodów. Na okrągło. Bo takie jest życie. Czasami sami musimy coś lub kogoś opuścić, by nie pociągnął nas na dno. Hazard, alkohol, toksyczny związek, blokującą Twój potencjał pracę... 

Droga nieznajoma przyjaciółko. Gdy płaczesz bezsennymi nocami, że nie potrafisz bez niego żyć, kraje mi się serce, lecz cierpliwie czekam, aż pierwszy etap żałoby minie. Bo i tak prawdopodobnie moje słowa trafiałyby w próżnię Twojej obecnej rozpaczy. Ale gdy osuszysz łzy, spojrzysz w przejaśniające się niebo, może dotrą do Ciebie moja serdeczne wiadomości.  I zrozumiesz ich sens. 
Jedna z nich jest taka, że prawdopodobnie przeżyjesz swoją rozpacz po stracie, jak 99,9 % innych ludzi i świat się nie skończy. Natomiast nastąpi przełom w Twoim życiu. Wiem... Oderwanie się od spraw i ludzi wymaga cholernie dużo siły. Dużo wiary w siebie, w innych, w naturalny porządek rzeczy... Miotamy się. I wiesz co się wtedy dzieje?
Przeczytaj ciąg dalszy