wtorek, 30 kwietnia 2013

Tańcząc na linie skojarzeń – malarstwo Marka Okrassy.





Coś mnie w nich zachwyciło, zaniepokoiło, kazało się zatrzymać. Nie jestem znawczynią sztuki, ani średnią, ani żadną nawet. Ale w obrazach Marka Okrassy odnajduję to samo niezdyfiniowane zaczarowanie jak na pożółkłych kartach książek w dzieciństwie. Gdy za oknem śnieg, na drzewie przysiadł gil w czerwono-szarym kubraku, w piecu kaflowym ogień, a przed  małą dziewczynką w ciepłych rajstopkach, cała leniwa wieczność, początek magicznej przygody. Obok kubek z gorącym kakao, albo imbirowa herbata z kruchymi ciasteczkami, a z kolejnych stron jej książeczek wychodzą tanecznym, lekkim krokiem Ferdynand Wspaniały, Alicja, Dorotka i cały bogaty, nierealny świat. Podobnie jest tutaj. Bajka miesza się z prawdą, pod nogami skrzypi śnieg w bezsenną noc, a ty dajesz się prowadzić się za rękę autorowi przez ogród skojarzeń, niewymuszonego żartu, aż do zaskakującej puenty. Tak… te obrazy mnie uwodzą, bawią, cieszą. Zabierają do podróży w przeszłość gdzie wszystko jest łagodnym ruchem, płynnością, tańcem, zadumaniem, nostalgią, radością, ale nie tą wrzaskliwą, ale taka senną, spokojną, wyciszoną… Żartem i iluzją. Rządzą się swoimi regułami, zaskakują poczuciem jakiegoś rytmu, zachowanego porządku.  Bohatrowie obrazów żyją swoim życiem: chodzą, flirtują, uwodzą, prowokują. Dosłowność i wieloznaczność. Zdaje się, że wystarczy dmuchnąć, a postaci rozpierzchną się na wszystkie strony,  zniknie lodowisko, ulice, balowe sale. Otworzysz oczy i pomyślisz, że to był tylko naiwny, dziecięcy sen. I troche szkoda, że tak krótko trwał...
Przez chwilę pozwolił mi znów być tamtą odkrywającą po raz pierwszy piękno świata dziewczynką.


P.S. Obrazy autora można podziwiać ( i kupić) w galerii Katarzyny Napiorkowskiej w Warszawie lub Brukseli, a zapewne też gdzie indziej.

Wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony autora:








 


niedziela, 28 kwietnia 2013

Spódnica do zadań specjalnych.


Była sobie bombka. Kolor neutralny, grubość w sam raz na każdą porę roku. Gdy się znudziła przestała być bombką i stała się całkiem na pozór zwyczajną spódnicą. Ale to spódnica od zadań specjalnych. Mogłabym ją nosić na okrągło: z dresem i trampkami, ze szpilkami. Na spacer z psem i na proszony obiad. Do pracy i na zakupy. Dziś na sportowo, a w wersji eleganckiej w jednym z najbliższych postów. Sciskam i uciekam. Jestem mniej obecna w świecie wirtualnym, bo w tym tygodniu jestem zajęta bardzo miłymi gośćmi z Polski i im poświęcam mój wolny czas. Miłego tygodnia zyczę i więcej słońca :)

spódnica - zapomniałam, później zerknę na metkę, butki -mąż oczywiście, sweter - JBC, paltocik -?, płaszczyk - Zara, torebka -?, koszula czekoladowa - Caroline Biss, bluzka beżowa - Zara, bransoleta - Promod, wisior - prezent od syna.









środa, 24 kwietnia 2013

Ponad podziałami. Notre Dame de Chapelle.




Jest prawie południe, 31 kwietnia 2006 roku. Majestatyczny kościół, jeden z najstarszych w Brukseli, zapełnia się ludźmi. Tłumnie i śpiesznie podążają w jego kierunku. Milcząco, w skupieniu. Jest ich coraz więcej. Dominują Polacy i Belgowie, ale nie brakuje innych narodowości. Mury świątyni, w swoim ponad osiemsetletnim życiu widziały już wiele. Przeżyły pożary, dewastacje, bombardowanie. Stojąc w centrum popularnej dzielnicy Marolles, niedaleko słynnego Grand Placu i w bezpośredniej bliskości Place du Sablon, dają schronienie młodzieży, zakochanym parom, żebrakom. Bruksela to takie jedyne w swoim rodzaju miejsce, gdzie nie musisz iść do muzeum, by oglądać dzieła sztuki, jak tu w kościele Notre Dame de Chapelle, gdzie całkiem za darmo możesz kontemplować malarstwo Pietera Bruegela Starszego. Do dziś istnieje jego dom na sąsiedniej ulicy Wysokiej ( Rue Haute) a doczesne szczątki artysty znajdują się w kościelnych katakumbach.  Budowla częściowo w stylu romańskim i brabandzkiego gotyku poraża surowością ścian, a zarazem zachwyca przepięknymi witrażami, malowidłami i płaskorzeźbami. Ze względu na doskonałą akustykę, odbywają się tu koncerty. 



Na przylegającym do kościoła placu – niegdyś cmentarzu – mają miejsce liczne plenerowe imprezy. Tuż przy zakrystii stoi budka z „belgijskim spagetti” czyli frytkami, a do niej, bez względu na porę roku i pogodę długi ogonek klienteli.


To miejsce, a zwłaszcza kościół, ma swój polski akcent. Odkąd mała Misja Katolicka przy Rue Jourdan w dzielnicy Saint Gilles zaczęła pękać w szwach, tutaj przeniesiono wszystkie niedzielne msze i nabożeństwa. W pogodne dni, turyści, zwłaszcza młodzież wygrzewają się siedząc na kamiennych schodkach jak kury na grzędzie. Naprzeciw świątyni znajduje się restauracja słynąca z podrobów i doskonałej, życzliwej, dyskretnej obsługi.


Z boku wybudowano malowniczy skyte park. Jest cały pokryty graffiti. Misz-masz, wszelka różnorodność i kontrasty paradoksalnie tworzą jakąś harmonię.




Dwa kroki dalej w dół, zaskoczy cię swoim widokiem  inny kościół, malutki, jednonawowy. To kościół Brigittines. Reprezentuje styl baroku włosko-flamandzkiego. Do niego dobudowano identyczny w kształcie, ale na wskroś nowoczesny obiekt. Kościół nie miał szczęścia. Przechodził z rąk do rok, pełnił na krótko różnorodne funkcje, by w końcu stać się na dłużej Centrum Sztuki Współczesnej Ruchu, zwanego Akademią Ruchu.



Poszlibyśmy jeszcze dalej i dalej, Rue Haute, aż do Szpitala Świętego Piotra, odwiedzając po drodze liczne antykwariaty. Nie sposób też nie zahaczyć o "pchełkę", napopularniejszy targ staroci w Brukseli i jedyny taki targ w Europie – czynny siedem dni w tygodniu. „Pchełka” usadowiła się ( dosłownie) u stóp innego kościoła, który słynie z tego, że raz do roku święci się w nim: psy, koty i inne zwierzaki.
Zagalopowałam  się w tej wedrówce wgłąb starej robotniczej dzielnicy Marolles, wracam więc do Notre Dame de Chapelle.




Tamtego wiosennego przedpołudnia, o którym wspomniałam na początku, nie słychać szumnych gwarów. W kościele wypełnionym po brzegi panuje dziwnie podniosła atmosfera. Przedstawiciele różnych religii, narodowości, wierzący i niewierzący zebrali się by uczestniczyć w nabożeństwie poswięconym siedemnastoletniemu Belgowi. Chłopak został brutalnie zamordowany, ponieważ nie chciał oddać napastnikom Mp3. Joe Van Holsbeeckowi zadano pięć ciosów nożem. Oburzenie, gorycz, bezsilność. W pokojowym marszu przeciwko nasilającej się w mieście przemocy przeszło ulicami osiemdziesiąt tysięcy osób. Początkowo, nie łączono tej sprawy z Polakami. Kamery przemysłowe zarejestrowały ciemnoskórych agresorów. Sugerowano, że to mieszkańcy północnoafrykańskich krajów. Jednak bardzo szybko napastnicy okazali się polskimi Romami.


Niedowierzanie, konsternacja. Nagle okazuje się, że każdy Belg zna jakichś Polaków. I to od tej dobrej strony. Polski ogrodnik, sklepikarz, opiekunka do dziecka, miła sąsiadka z naprzeciwka... Solidni, usłużni, życzliwi, pracowici...  A tu Polak zabił...
Reakcja Polonii jest natychmiastowa. Rodzice chłopaka otrzymują od dzieci ze wszystkich belgijskich polonijnych szkół worki listów i rysunków. Kondolencje, wyrazy solidarności i potępienia zbrodni. Życia to nie wróci, ale widocznie robi na rodzicach duże wrażenie, bo zgadzają się uczestniczyć w nabożeństwie, które transmituje znany kanał ogólnokrajowej telewizji. W uroczystości biorą udział przedstawiciele polskich władz. Wydarzenie staje się ogromnym happeningiem przeciw przemocy. Jeszcze kilka lat później moi belgijscy znajomi wracają do tego wydarzenia. Mówią z podziwem o naszej solidarności, jedności, gotowości.



Czas wracać do domu. Idę więc znów w pobliże Placu Sablon, gdzie zaparkowałam auto. Zahaczam jak zwykle o piekarnię „Pain quotidien” . Nie mogę oprzeć się wypiciu lemoniady ze świeżych malin. Mniamm!




sobota, 20 kwietnia 2013

Panie Dulskie


Dosyć dawno mnie nie było. Ale już jestem. Przechodziłam kryzys. Nie małżeński, nie zdrowotny, nie zawodowy, również nie tożsamości, ani wieku średniego. Takie kryzysy mnie się nie imają. Takie kryzysy to pikuś! Dopadł mnie kryzys wiosenny: pustka w głowie, komputerowstręt i awersja do wszelkiej aktywności. Nie ma na to żadnej rady, tylko przeczekać. Więc czekałam. Dziś poczułam, żee mija. I oto jestem. Wasze entuzjastyczne komentarze zachęciły mnie do dalszego flirtu z niebieskościami, chaberkami i wszelkimi odcieniami turkusu. Dobrze mi z tym. :)


Ale o czym innym dzisiaj będzie. Chcę was z kimś zapoznać. Ma lat dwadzieścia, czterdzieści i więcej. Chociaż umownie nazwę ją Panią Dulską, to ta osoba nie ma płci. Może nią być kobieta lub mężczyzna. To raczej pewien stan, zbiór cech, po których ją wszędzie poznacie. Zmarszczone krytycznie czoło, usta w kreskę, wzrok jakby z boku cię omiatający. Wie lepiej, bo dużo przeżyła. Dekalog ma w jednym paluszku i bezlitośnie bedzie ci wytykać twoje podknięcia w imię szeroko przez nią rozumianego miłosierdzia. Nie wybaczy ci dobrego samopoczucia i beztroski! Zrobi wszystko, by zgasić twoją radość i wpędzić w poczucie winy. 
Patrzy na ciebie przez pryzmat własnych o tobie wyobrażeń. Często mylnych i nie mających z rzeczywistością żadnego związku. Wkłada swoje myśli, podejrzliwości do twojej głowy, a pokrętne słowa do twoich ust. O których nawet nigdy nie pomyślałeś, żeby je wypowiedzieć. Ale ona pomyślała. Bo społeczność Dulskich tak świat widzi i ciebie w tym swoim skrzywionym widzeniu świata sytuuje. Szkoda mi takich ludzi, bo strasznie się ze sobą męczą. Dla nich czas gdzieś tam w miejscu stanął, zastygł, zaskrzepł w bryłki. Jak kostki cukru nasiągnięte wilgocią. Lubią kurczowo trzymać się tego co było, jakby czas był wartością stałą, a nie zmienną.


Ulubione argumenty:
A bo kiedyś było tak, a dziś nie jest...
A bo ja kiedyś komuś coś, a on mi nic...
A bo ja pamiętam, że ty mi coś, to ja tobie też coś, żebyś nie myślał, że ja tobie nic...
A bo oni nie z nami, więc przeciwko nam...
A bo ty to na pewno myślisz...
A bo ty na pewno nie pomyślałeś(aś)...
A bo nie powinnaś tak, ale tak...
A bo jak ty tak, to ja tak...
A bo co ludzie pomyślą...



Brrr!
Od toksycznych ludzi zachowaj mnie Panie...

Bo oni i tak wiedzą lepiej, dokładniej pamietają, dyskusja wszelka nie ma tu sensu, bo każde słowo może być użyte przeciwko tobie. Zresztą takim ludziom nie musisz się tłumaczyć. Zrób „klik” tak jak robisz to za pomocą klawisza na klawiaturze twego komputera i „delete” z twego realnego życia.

I co? Jaśniej wokół? Jaśniej... 


Spódnica-Only, buty i bluzka-Promod, naszyjnik-JBC, narzutka-Mer du Nord, torebka-SH

niedziela, 14 kwietnia 2013

Ekspresowy post bez zbędnych słów :)



Na szybko wrzucam sobotnio-niedzielny post z ostatnimi "zimowo-wielkanocnymi' fotkami jednocześnie oznajmiając, że zimowy sezon tej wiosny uważam za zakończony!
Poza tym króciutki cytat, taka myśl na niedzielę:

"By zachować szacunek dla samego siebie, lepiej zniechęcić do siebie
ludzi, postępując zgodnie ze swym sumieniem,
niż zjednywać ich sobie, robiąc to, co uważamy za niewłaściwe."
- William Boetcher
cytat pochodzi z :http://www.pozytywnemysli.pl/
dobranoc:)
 sukienka-SH, tunika-Esprit, torebka-H&M, płaszczyk-Mais ou est-il le soleil?, komin-Veritas, butki-mąż







środa, 10 kwietnia 2013

Jechali...



Moja Bruksela to także ludzie losy, opowieści o ludziach. Oto znów jedna z nich.

Jechali, jechali, jechali. Ona z głową na jego ramieniu wypłakiwała resztki snu. On z mocnym postanowieniem, że odmienią wspólnie ich los. Nie mieli nic, a właściwie mieli. Całą masę długów, które wygoniły ich do Brukseli. A tu każdy, kto pojechał, wracał bohaterem. Wracał do miejsca zapomnianego przez Boga i centralne władze. Tam, skąd pochodzili, tylko ryb było pod dostatkiem. Dzieci pozostały pod dobrą opieką. Najlepszą z możliwych. Powtarzał to jak czarodziejskie zaklęcia gładząc ją niezdarnie po głowie nie nauczony dawać czułości. Ręka w rękę, serce w serce budowali znojną przyszłość z dala od tych co najbardziej ich kochali. Ona pilnowała obce dzieci, które z czasem zaczęły mówić na nią mama, dokładnie wtedy, gdy własne przestały ją nawet poznawać. On podjął robotę na budowie u Greka. Przez okrągly rok , nawet deszczową, łagodną zimą naprawiał dachy. Za niższą od przeciętnej stawkę, bez zabezpieczenia - i ... ubezpieczenia. Ona drżała o jego życie czekając każdego wieczoru z obiadem. Żal, tęsknotę i smutek wynagradzały okupione ciężką pracą szeleszczące zielone banknoty. Rozkładając je od czasu do czasu wieczorem na stole, cieszyli się jak dzieci. W tym właśnie okresie byli najprawdopodobniej najbliższymi sobie ludźmi. Powiększająca się co tydzień kupka przybliżała ich i jednoczyła w drodze do celu.  Ona przestała prać na okrągło swoje dwie bluzki z najtańszego discountu, on przestał skręcać machorkę i zaczął wychodzić z chłopakami na piwo. Widmo komornika zostało zażegnane.



„Teraz wreszcie pożyjemy" - odsapnął mężczyzna i swoimi zdrewniałymi od pracy dłońmi coraz częściej zaczynał przytulać swoją żonę budząc w niej dawno uśpione uczucia. Ona dawno zapomniała jak to jest śnić. Zapracowała swoją kobiecość na śmierć, a jedyne sny jakie miewała to te, że już nigdy nie zobaczy swoich dziewczynek. Budziła się zlana potem i później długo nie mogła usnąć nad ranem. Wsłuchiwała się w chrapliwy oddech swego męża i próbowała uspokoić czas, który spłoszony kapał bezlitośnie ciężkimi minutami przybliżając świt.
Co dwa tygodnie pchali ciężką paczkę w kraciastej torbie do jednego z przewoźników. Nie żałowali swoim dzieciom niczego. To wszystko, czego sami nie mieli i jeszcze więcej. Choć dziewczynki były jeszcze takie małe. Zbyt małe by to wszystko docenić. I by pamiętać lata rozłąki. Przynajmniej oni tak się łudzili i wracali do domu ze spokojniejszym sercem. Dzwonili często i rozmawiali przez błogosławionego skype, bo właśnie dorobili się pierwszego laptopa. Głównie rozmawiali z babcią, bo dziewczynki były małe...
Później on surfował po internecie, a ona odmawiała różaniec. Później on smarował ją maścią od stawów i myślał z dumą, że mimo ciężkiej pracy i trudnego życia, pozostała piękną kobietą. Kochali się w naprętce bez gry wstępnej, bo zegarek odmierzał bezlitośnie czas, a za oknem dniało. I tak minęła kolejna wiosna, lato, jesień.



Wiadomość przyszła nagle. Młodsza z córeczek przestała mówić. Dziecko z tęsknoty wyrywało włoski z głowy zadając sobie tępy ból.  Na małej blond główce powstał mały, łysy placek.
Pakowała się w poczuciu winy połykając łzy. Pakowała się w poczuciu krzywdy, bo on znów był daleki. Mówił, że to fanaberie, i że w dupach im sie przewraca, bo wszystko mają. A ona pamiętała, że są bardzo małe...
„Patronka”, czyli pracodawczyni popadła w histerię. Mówiła o sobie w trzeciej osobie: „ Jak ty to sobie wyobrażasz?! Jak madame zostanie sama z dziećmi? Madame musi chodzić do pracy! Dlaczego to jej robisz?! Dzieci cię polubiły, będą miały traumę! Kogo Madame tak szybko znajdzie i gdzie?!”.  Zawsze potulna, dzis miała ochotę napluć „madame” w twarz. Ale tylko milczała. Matka pracodawczyni schwyciła ją ukradkiem za ramię w kuchennym przejściu. Popatrzyła jej w oczy i powiedziała: „ Jedź! Twoje dzieci są najważniejsze. Są małe tylko raz. Może zdążysz jeszcze je kochać.” Wcisnęła kobiecie zwitek banknotów do kieszeni. Jakby wiedziała, że za ostatni miesiąc nikt jej nie zapłaci. Nie dochodziła swoich praw. Była na czarno.
On się boczył, gdy wsiadała do autobusu. Urażony odwrócił głowę, gdy chciała mu posłać ostatnie spojrzenie.  I znów jechała, jechała, jechała... Autobus kolebał się na zakrętach. Słuchała rozmów dookoła, śmiechów i śpiewów. A łzy kapały, kapały, kapały...



Wróciła w porę. Dziewczynki ciągle były małe... Tuliła je i nie miała juz łez by płakać. Później chodziła z nimi do piaskownicy i do miasta na lody. Nie miała pracy, ale ręce pełnie roboty. Szyła, uprawiała ogródek. Kochała. Nie śniła juz wcale. Serce jej stwardniało. 
On dzwonił coraz rzadziej. Coraz rzadziej płyneły szeleszczące banknoty. Strzepała z siebie złudzenia jak okruchy chleba z fartucha. W końcu ustało wszystko... Ponoć się rozpił, ponoś znalazł sobie kogoś. Odetchnęła z ulgą. I nie szukała. Miała dla kogo żyć. Wspomnienia pogrzebała. Nie było czego wspominać. Teraz żyła naprawdę.

Ta historia wydarzyła się w realnym świecie...

P.S. Na zdjęciach: Marolles, jedna z najstarszych, robotniczych dzielnic Brukseli.

niedziela, 7 kwietnia 2013

13 godzin stąd do wiosny.



Jeśli mam podsumować mój tegoroczny, krótki, wielkanocny urlop to ujełabym to następująco:
za krótko, za szybko, zbyt intensywnie, za zimno. Widziałam się z bliskimi przez chwilę ( dobre i to), z wieloma przyjaciółmi i znajomymi nie widziałam się wcale, nie chodziłam na ulubione spacery nad Bug, bo wszystko zasypane było mokrym, ciężkim śniegiem.
Po trzynastu godzinach jazdy samochodem z ulgą przywitałam chociaż chłodną to słoneczną dzisiejszego ranka belgijską wiosnę.
Powoli wrócę do regularnego blogowania, przepraszam za zaległości, ale takie krótkie wyjazdy sprawiają, że moje ulubione zajęcie, jakim jest prowadzenie bloga, zawieszam na kołku.
Niechże tylko się ogarnę na co przeznaczam pierwsze trzy dni, a później już popłynę wartkim, blogowym nurtem :)
W Polsce, w kwietniu przydał mi się po raz pierwszy kożuszek i ciepłe botki:




a belgijską panią Wiosnę witałam już w lżejszym stroju:


Szeroki, gruby pasek ma przyciągnąć wzrok i odwrócić uwagę od pszenno-ciasteczkowego brzuszka, który jest efektem nieposkromionej miłości do łakoci. Właśnie z chłopakami, po przeczytaniu pewnej mądrej książki poleconej nam przez naszych przyjaciół, postanowiliśmy unikać pszenicy w produktach, czytaj: nie jeść wszystkiego co przynosi radość podniebieniu, a talii dodaje centymetrów. Zobaczymy czy się uda poskromić pszenicznego głoda :) Jest to rodzaj eksperymentu, nie zarzekam się, że będę konsekwentna ( polubiłam się nawet z dodatkowymi centymetrami), ale spróbuję. Można życzyć mi powodzenia i do usłyszenia niebawem.




kolczyki - prezent. Dziękuję Dorciu :)