poniedziałek, 19 marca 2018

Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień


"Być może potrzeba tyle samo wysiłku, żeby wpasować się w tłum, co by się z niego wyróżnić, ale w ten sposób stajesz w swojej obronie. To ci, którzy podejmują ryzyko, osiągają wielkość. Ci, którzy nie chcą się wychylić, nigdy jej nie posiądą" Dita von Teese

Od kiedy napisałam post "Donosiciel, czy bohater", chodzi za mną pewna historia wygrzebana z zakamarków ulotnej pamięci. W sumie bez żadnego związku z tematem. Historia, która - chciałabym, by się nie wydarzyła. A ona powraca jak bumerang, zwłaszcza,  gdy śpieszno mi do szybkich, bezrefleksyjnych ocen. 
A wyglądało to tak. 
Lato było piękne tego roku, a mnie zachwycało dosłownie wszystko. Zachłystywałam się egzotyką Belgii, tak właśnie - jej egzotyką. No może nie bezkrytycznie, ale z wielką domieszką podziwu. W porównaniu ze zgrzebnym kolorytem PRL-u deszczowa szarość tego państwa była prawdziwą eksplozją barw. Pachniała wolnością. 
Nawet ten wspomniany, nieszczęsny deszcz, którym nas straszono - nie był w stanie ograbić mnie z zadowolenia życiem. Tym, tutaj belgijskim życiem. 
Byłam młoda i szczęśliwa na swój niewymagający sposób. Bo tak mnie nauczono. Oczekiwać niewiele.
Tej niedzieli po raz drugi i ostatni pojechałam na wielki brukselski bazar, znane od XIX wieku rzeźnie: Les Abattoirs d`Anderlecht, nazywany potocznie"batuarem". Znali go nie tylko wszyscy Polacy. Przy nim słynny kiedyś, i nie wiem czy ciągle istniejący, bazar Różyckiego na warszawskiej Pradze wydawał mi się kupieckim żartem, nieporozumieniem. 
Właśnie skończyła nam się wiza i poruszałam się jak w niemym kinie prawie niczego z otaczającego mnie świata jeszcze nie rozumiejąc. Dopiero zaczynałam się uczyć języka. Nielegalna - nie mówiąca - szczęśliwa
Na przystanku przy abattoirs zatrzymał się autobus, do którego zostaliśmy poniesieni na rękach, ramionach, popychani brzuchami innych pasażerów. I wchłonięci. Wszyscy wracali z bazaru z wytargowanymi na cały tydzień kurczakami, żeberkami, warzywami i owocami.  I nielegalnymi papierosami. Chwytaliśmy się wolną ręką drążków nad głowami, czegokolwiek; podskakiwaliśmy na zakrętach jak dyndające banany. Na najbliższym przystanku do autobusu weszła grupka hałaśliwych nastolatków. 
Z typową sobie nonszalancją śmiali się, wygłupiali i popychali. Szczególnie poszkodowana wobec ich zachowania była starsza, drobna pani. Kilka razy zacisnęła usta, ale gdy kolejnym razem poleciała na okno puściły jej nerwy i wykrzyczała coś o dzisiejszej młodzieży. Nie wiem tego na pewno. Mogłam się tylko domyślać, co w takich chwilach krzyczą wyprowadzeni z równowagi staruszkowie. 
A możne jej się coś wymsknęło o hołocie która tu się najechała? Tego też nie wiem. Mogę tylko zakładać takie scenariusze. 
Chłopcy spochmurnieli i zaczęli popychać starszą panią, już teraz z premedytacją, przekazując ja sobie z rąk do rąk jak szmacianą kukłę. Pamiętam, że miała na głowie lekki kapelusik. Jeden z nich strącił go jej z głowy, poszturchiwał i napierał na nią, a tembr jego głosu gęstniał i gęstniał. Kobieta utkwiła wzrok w czubkach swoich butów, jakby tam szukała ratunku, jakby żałowała swojej niewyparzonej gęby.  Nie reagowała na popychania i wyzwiska. Bierna, tylko co raz głośno przełykała ślinę. 
Mimo tłoku zrobiło się wokół nich pusto. I cicho.
I wiecie co? 

7 komentarzy:

  1. Myślałam ja i myślałam...od wczoraj, kiedy przeczytałam post. Ranek zawsze mądrzejszy od wieczora, bo w nocy świadomość kombinuje i myśli...i zawsze coś wymyśli. Wiemy tylko co w nas. Nie wiemy co inni mają w głowach. Nic, a nic. Możemy się domyślać, ale i tak nigdy na 100%. Mnie ruszyło, że widziałaś w oczach tamtego chłopaka "nadgorliwe, podniecenie donosiciela". Pomyślałam wtedy, że raczej chodziło o uwagę. Tak jak małe dziecko, chce uwagi chłodnej matki, wie, że jak jest grzeczne, przestrzega reguł, dobrze się uczy, to mama dostrzeże. Taka potrzeba i wiele innych, niepostrzeżenie przenosi na całe życie. Czekanie na nagrodę z zewnątrz. Nie wiemy co zagrało w autobusie. Nie wiemy co myśleli chłopcy, co pani starsza, co inni ludzie. Wiesz, co ty myślałaś. Na tamten czas. I tyle. Decyzja wynikła. Może nie fajna. Ale prawdziwa. Bo w nas to jest: strach, samolubstwo..czasem mi się zdarza. Czasem zdarzają się gorsze rzeczy. Wszystko jest w nas. Każdy diabeł i każdy anioł. Wybaczam to sobie. Za każdym razem wybieram. I się uczę :-) Długo, ale mnie zastanowiło bardzo. Dzięki :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo dxiękuję za taki obszerny i wnikliwy komentarz. Właśnie uświadomiłaś mi to, czego sama nie potrafiłam "zlokalizować " i nazwać, a co krążyło nienazwane gdzieś w zakamarkach umysłu. Tak. To był głód pochwały za dobry uczynek. Może nigdy w życiu jej nie otrzymał mówię o "donosicielu" z poprzedniego posta.
    A scena w autobusie, o tyle przedziwna, że jedynie moglam się domyślać jakie padły słowa. Uczestniczyłam biernie, okiem widza, jak w niemym kinie, co dodalo jeszxze dramaturgii całemu wydarzeniu. Tak. Całe życie się uczymy... Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten fragment brzmi jak początek powieści.
    Interesująco.
    Pozdrowienia :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Napisałam komentarz na drugim blogu

    OdpowiedzUsuń
  5. Great article..I am looking so forward to your blogcomment and
    I love your page on your post.. That is so pretty..
    ดูหนังออนไลน์

    OdpowiedzUsuń