środa, 29 kwietnia 2015

Nieposkromiony apetyt na życie.


Taki maj! Dziękuję! Szaro, buro, osiem stopni na plusie i z czego się tu cieszyć... Dlatego dziś szczególnie chcę was obdarować wielką dawką pozytywnej energii; chciałabym by niezależnie od okoliczności wasz apetyt na życie i jego pochwała - wzrastały. Bo jest  z czego się cieszyć, jest czym się dzielić. Człowiek te oczywiste prawdy po prostu zapomina. Lubi sobie ponarzekać! I ktoś z boku musi: puk! puk! otworzyć w głowie odpowiednie szufladki i uwolnić radość i wdzięczność. Po raz kolejny uświadomiłam to sobie kilka dni temu. Sama dostałam zastrzyk pozytywnej energii, w momencie gdy moje ciało i dusza potrzebowały jakiegoś koła ratunkowego. Ostatnio bywam szalenie zmęczona, przepracowana, niedowitaminiona, głównie brakuje mi, jak mniemam witaminy D... No,  bo wiecie, nie zawsze jest kawior..., nawet jeśli wyznaje się filozofię "urody życia", nawiasem mówiąc - jest to nazwa mego ulubionego miesięcznika.

Jakiś czas temu, pewnego dnia wyszłam z biura w południe, w pośpiechu - na zalaną słońcem ulicę. (Dziś raczej skłonna jestem zapytać: a co to jest słońce? Ktokolwiek widział? Ktokolwiek wie?) W pośpiechu szperałam w torebce, szukając telefonu. Rozmawiałam, pośpiesznie pakując zakupy w pobliskim sklepie do torby. Szybko skończyłam rozmowę, obiecując, że oddzwonię. No jasne, POLISH PEOPLE ALWAYS MOVING... Wracając ta samą drogą do biura, stanęłam najpierw jak wryta przed taką oto wystawą. Poczułam zawrót głowy i jak łaska spłynęła na mnie refleksja. Hej, stop! Celebruj życie. Nie zaganiaj się w kozi róg. Przez długą chwilę kontemplowałam wystawę sklepową, której zdjęcie zamieszczam poniżej.

 A później w bezpośrednim sąsiedztwie mego biura zobaczyłam jego... W samo południe wyniósł ze sklepu krzesło, zaaranżował otoczenie, wystawił rower i... chłonął życie, celebrował, patrzył łagodnie, kompletnie wyluzowany na mijających go w pośpiechu urzedasów. Przechodzili obok niego wąskim chodnikiem, który tylko na zdjęciu wydaje się taki szeroki - bo robiąc fotkę wyszłam aż na ulicę. Bruksela słynie z wąskich i nierównych trottoirs. Oczywiście, wcześniej zapytałam czy moge zrobić zdjęcie. Od słowa do słowa... Popłynęły opowieści. 



Wróciłam spokojniejsza, choć to własnie mój nieposkromiony apetyt na życie sprawia, że tak zachłannie je biorę, że mnie wszystko zachwyca, że w tym kosztowaniu wypalam sie jak zapałka. Taki paradoks...


Kiedyś tak wspaniale potrafiłam trwonić czas. Z czasem zatraciłam tę umiejętność, choc mam nadzieję, że nie zapomina się tego jak jazdy na rowerze, czy pływania. W dzisiejszym świecie, gdy czas stał się towarem luksusowym, trwonienie jego jest zanikającą sztuką, którą z wiekiem coraz trudniej mi opanować. Ciągle chcę więcej przeżyć. Muszę nauczyć się, że nie wszystko muszę, chcę, powinnam. Pewne rzeczy przyswoiłam, nad innymi pracuję, jeszcze inne  - odpuściłam. Głównie - darowałam sobie bycie perfekcjonistką. Ale daleko mi do luzu tego pana ze zdjęcia. Za to czas z rodziną i przyjaciółmi liczy się podwójnie. 



I pod takim hasłem minął ostatni weekend. Świadoma rezygnacja z wielu pozornie ważnych rzeczy. Mile spędzony czas z przyjaciółmi i ich uroczymi dziećmi. Byliśmy też na próbie... Bo muszę wam o czymś powiedzieć... Trzymacie się krzeseł i wyjmijcie jedzenie z buzi by nie zapluć ekranu. D. gra... Czarodziejskie (gadające) Zwierciadło w spektaklu dla dzieci. Dramatycznym głosem, odziera ze złudzeń na temat własnej urody złą macochę! Nie miałam tyle szczęścia co mój mąż i załapałam się jedynie do roli panny dworskiej, czyli kogo? dworzaninki? Tzn, takiej już wiekowej panny dworskiej :) Oczywiście, nie prosiliśmy się o te role, ale cóż, czasem trzeba wypełnić swój społeczny obowiązek. Wrócilismy do domu w doskonałych nastrojach. 

 

I nie żal nawet butów zjedzonych przez Tośka. (Niespodzianka po powrocie) Życie nauczyło mnie szanowac rzeczy, ktore mam, ale nigdy, przenigdy nie żałować. Dlatego bez cienia smutku z mojej strony poszły do kosza. Trudno. Inni domy tracą, a ja tylko buty? Czymże są moje stare buty w skali kosmosu. Nawet nie pyłkiem, tylko jakimś mega kosmicznym pyłeczkiem. Tolo przysięgał, że to nie on trzyma w łapach moje ulubione pantofelki, to nie jego łapa, nie jego kieł, a tak w ogóle to nie wie o co chodzi! Cytrynka stoczyła się ze stołu sama i pogryzła, a on Tosiek ma tego ciągłego oskarżania dosyć! A poza tym, co miał robić jak nas tyle czasu nie było! Sami sobie jesteśmy winni! Po czym ziewnął i poszedł obrażony spać.






Wspaniała codzienność, która w innych częściach świata jest tylko marzeniem. Jak nie chwalić i nie celebrować. Uroda życia - mój sposób na bycie szczęśliwą tu i teraz. Nie trzeba szukać daleko. Sprawdziłam sama. Gorąco polecam. Agnieszka Korzeniewska. 






sobota, 25 kwietnia 2015

Boję się.



Mam swój azyl. Gdy dopadnie mnie zmęczenie codziennością, gdy chcę z rodziną włączyć "slow" na łonie natury, gdy pragnę podzielić się tym miejscem z przyjaciółmi, jest to obowiązkowy punkt programu. Nawet psy są mile witane w tej publicznej przestrzeni.
Około 40 km od Brukseli znajduje się miejsce wyjątkowe. To ruiny opactwa Cystersów w Villers-la-Ville.(fr. Abbaye de Villers) Opactwo zostało założone przez świętego Bernarda w 1146 roku jako 46 (!) filia klasztoru w Clairvaux. W średniowieczu budynek katedry musiał zapierać dech w piersiach, skoro jej ruiny robią do dziś piorunujące wrażenie. Nawa główna ma 94 m długości, a wysokość sklepienia 23 metry. Kościół zaczęto budować w stylu romańskim, ale ostatecznie dokończono w gotyku. To jedna z pierwszych w Belgii gotyckich budowli. Kres świetności opactwo przeżywało w XVI wieku. Szczęśliwy los odwrócił się od niego pod koniec XVII wieku, kiedy nadeszła Rewolucja Francuska. Rewolucjoniści dokonali strasznego spustoszenia. Patrząc na przykłady z mego własnego "podwórka", widzę analogię do zachowania bolszewików w Korczewie
Opactwo w Villers-la-Ville rozwiązano, a cały majątek nabył sprzedawca materiałów budowlanych. To miejsce nigdy już nie odzyskało dawnej świetności... 





Tu odpoczywam...
Tu kontempluję...
Słucham letnich koncertów nocą i podziwiam spektakl świateł...
Tu w mojej głowie rodzą się mądre i całkiem głupie myśli... Rogate, niepokorne, czasem przewrotne. To znów pogodne. 
Albo inaczej: to tu wreszcie zostawiam za drzwiami gonitwę myśli i oddaję się trudnej sztuce "niemyślenia".


Mimo upływu wieków ruiny ciągle budzą szacunek i respekt. Pewnie gdybym znalazła się tu w średniowieczu byłabym onieśmielona rozmachem budowli. Wszelki ogrom mnie przytłacza. Boję się nadmiernego bogactwa i potęgi. Jego krzyku i pewności siebie. Bo gdzieś zawsze tam kuli się po kątach ludzka pycha, przeplatana krzywdą. Ludzie od wieków wznoszą świątynie. Mówią, że na chwałę Bożą to robią. A mi na samym dnie serca coś przekornie szepcze, że głównie dla swego imienia wyrytego na wieki w kamieniu. Bo gdybyż było inaczej po co zapisywać złotymi zgłoskami na marmurowych tablicach nazwiska dobrodziejów? Wiem, wiem, dla potomnych, historyków to wiedza bezcenna! Bo jakże inaczej byśmy wiedzieli... Nie wiem tylko co na to Bóg? Czy Go ktoś pytał o zdanie? Czy mu serce nie pęka w tych kapiących złotem klatkach, w które zamkają Go ludzie? 
W Stalowej Woli, w środku betonowej, socjalistycznej pustyni jest mały, drewniany, zabytkowy kościółek. 



Bywałam w wielu przepięknych, katedrach w Europie. Zachwycają, budzą mój podziw, zapierają dech w piersiach... Powalają na kolana... Ale to własnie u świętego Floriana w Stalowej w zaciszu drewnianych, pachnących żywicą naw czuję najbliżej oddech Boga. Łatwiej usłyszeć co do mnie mówi. Jego słów nie zagłusza blichtr i echo odbijające się od olbrzymich ścian. Ta bliskość i naturalność, której próżno szukać w nadmiarze bogactwa. Jezus nie nosił lakierowanych pantofli od Louis Vuitton, ale rzemykowe sandały na bose stopy, albo i to nie. Co my ludzie zrobiliśmy z tego prostego przekazu? 
Takie to przewrotne mysli przychodzą mi do głowy patrząc na ciągle obecną potęgę ruin opactwa Villers-la-Ville. 



Bo ja się boję... Skrajności napełniają mnie irracjonalnym strachem. Przepych i rozpaczliwa bieda. "Przebogactwo" rodzi nadużycia, nędza prowadzi do wykroczeń. Boję się demonstracji siły, sztywnych poglądów, ludzi ferujących wyroki, osądzających. Nieomylności, manipulacji, równego kroku podkutych butów. Braku wybaczenia... Ale ponad wszystko lękam się ludzi miałkich, bez wyrazu i braku własnego zdania. Ktoś powiedział, że "ten, kto zgadza się ze wszystkimi, nie jest wart, by ktokolwiek z nim sie zgadzał" Ci najmierniejsi okazywali się często najbardziej bezwzględnymi zbrodniarzami. Tak mi się plączą po głowie moje przekorne myśli...

Ale ruiny przepiękne... Pobudzają wyobraźnię, uczą pokory. Naprawdę warto tu przyjechać. I nawet mają przewodniki w polskim języku. Miło, prawda? 
Już widzę, jak Marchevka pakuje swój plecak...




Przez sam środek opactwa przebiega... linia kolejowa, którą wybudowano po Rewolucji Francuskiej za zgodą ówczesnego właściciela.(zdjęcie poniżej)




niedziela, 19 kwietnia 2015

Nie zawsze może być kawior.



Wstaje piękna niedziela. Wszyscy jeszcze śpią. Patrzę w okno na zalane słońcem podwórko. Zaraz pogonię się zapewne po bułki do piekarni. Uwielbiam takie niedzielne poranki, popołudnia są już dużo mniej przyjemne, przypominają mi nieuchronnie o poniedziałku. Ale jak głosi tytuł reportażu, który z moim udziałem napisała Anna Maruszeczko w majowej  "Urodzie życia"nie zawsze może być kawior! Zachęcam do lektury. Ta informacja jest głównie dla tych moich czytelników, którzy nie mają facebooka, lub wręcz się nim brzydzą. Ja po latach nieufności i obwąchiwania go z daleka, w końcu się do niego przekonałam, bo pomijając to, że jest strasznym złodziejem czasu, to dla mnie przede wszystkim jest potężnym nosnikiem informacji i docierania do czytelnika. Teraz zaczynam obwąchiwac się z Twitterem (do którego mam jeszcze większą awersje niż do "fejsbuka") i Instagramem. W związku z tym, że jestem osobą technicznie staroświecką, zajmie mi to pewnie parę lat, a w tym czasie wymyślą już co innego. Chyba, że w miedzyczasie ktoś nam wtyczkę z gniazdka wyciągnie i światło zagasi. Zanim podzielę się z wami pewną refleksją, która przeleciała mi lotem błyskawicy przez zaspany jeszcze umysł, zachęcę was do słuchania audycji z moim udziałem, dzisiejszego wieczoru w Radiu Podlasie. Audycja z serii "Serce jak obłok" będzie wyemitowana o 22.00. Radia Podlasie można słuchać online pod tym adresem.



Gdyby ktoś kiedyś w dzieciństwie powiedział nam, że nie zawsze w życiu może być kawior, mniej balibyśmy się ryzykownego wzlatywania ku słońcu i połamania skrzydeł.  Nasi rodzice w najlepszej wierze, często podcinają nasze lotki. Tak bardzo boją się, żebyśmy nie przeżywali zranień i życiowych zawodów, że z daleka trzymają nas od ognia. Wszystko po to, byśmy nie poparzyli paluchów. A przecież porażki są nieodłączną częścią naszego życia. My i nasze dzieci nieustannie od zawsze... kochamy, przeżywamy piekne chwile, zdobywamy szczyty, ale też... oblewamy testy w szkole, chorujemy, tracimy pracę, rozstajemy się z partnerami, bywamy porzuceni i upokorzeni. Dzięki temu hartujemy się, uczymy pokory, nabywamy wrażliwości... (Ale powiedz to komuś, kto właśnie przeżywa takie nieszczęście!)
Bez tych doświadczeń nie bylibyśmy w pełni sobą. To tylko najlepsze z możliwych lekcji. Żaden uniwersytet nie nauczy takiej odporności jak Uniwersytet pod nazwą Życie. Chociaż czasami nieźle mu urągamy. Że beznadziejne, bezbarwne, jak papier toaletowy i do d... 
Ja wiem, wiem postrzeganie życia jako szkoły hartowania nie uczyni ciężkich chwil lżejszymi, nie zaczaruje rzeczywistości, ale da siłę do przetrwania. Sprawi, że gdzieś tam podświadomie będzie tlić się światełko nadziei. Nie mówię w oderwaniu od rzeczywistości. To nie jest akademickie "pierdu, pierdu" o tym jak łapać swoje szczęście i nie dać się pokonać przeszkodom. Mówię z autopsji. Nie jestem ani lepsza, ani gorsza od każdego z was. Miałam chwile, gdy los przyginał mi kark i rzucał na klęczki, gdy nie chcąc się z tym pogodzić wierzgałam, broniłam się, kąsałam. Miałam chwile gdy niespodziewanie dla mnie rzeczy układały się w możliwie najlepszym kierunku. Z niedowierzaniem mówiłam wtedy: "Kurczę, ale mi się poszczęściło!" Musiałam stać się babą po czterdziestce by dopiero zrozumieć, że to nie szczęście mnie wybiera, ale że ja wybieram szczęście. A przeszkody, które traktowałam ja dopust Boży to tylko zwykłe niedogodności życia stawiające mnie do pionu. Tragedia jest wtedy, gdy brakuje na lek dla dziecka, w wyniku czego ono umiera, gdy tsunami zmiecie życie naszych bliskich w ułamku sekundy, gdy nie można odwrócić tego co nieodwracalne. Przestałam bać się krytyki i niepowodzeń, przed którymi rodzice chowali mnie pod kloszem. Też mam dziecko. Też drżę o Niego. Chcę by był szczęśliwy, kochany, akceptowany. Czasami za bardzo pcham się przed szereg by złagodzić mu życiowe potknięcia, gotowa jestem powtórzyć historię, zamknąć pod kloszem by zaoszczędzić mu losowych siniaków. To pewnie mam genetycznie uwarunkowane :) Nadopiekuńczość. Ale wtedy zapala się światełko. I mówię, że czasami w życiu musi zaboleć, a każdy ma prawo do błędów na miarę siebie. Moje doświadczenia i moje błędy nadadzą się raczej psu na budę i będą tylko mało wiarygodnym ględzeniem. Każdy chce się sam przekonać: poczuć, dotknąć, skosztować. I gdy nieraz widzę (bo sam nigdy się nie skarży), że mu własnie życie dało do wiwatu, przytulam go i mówię: "Widzisz synu, w życiu nie zawsze może być kawior" a gdzieś z tyłu głowy kołacze mi się kołysanka Dżemu i życzenie, by "dobry Bóg zawsze go za rękę trzymał": 


"Idź własną drogą, bo w tym cały sens istnienia aby umieć żyć, bez znieczulenia...
Jak na deszczu łza cały ten świat nie znaczy nic, chwila, która trwa, może być najlepszą z twoich chwil"...


Dlatego drodzy ludkowie, nawet "jeśli niebo zmęczy sie błękitem, wy nie traćcie promyka nadziei"! Gdy jakieś głupie problemy, przeszkadzacze wytrącają mnie na chwilę z rytmu życia odwracając uwagę od jego istoty mówię sobie:"Pomyśl, jakie to będzie miało znaczenie za dziesięć lat." I wiecie co? Pomaga! Większość z tych moich wyimaginowanych tragedii blednie i traci na wartości. 
A teraz dajcie mi motywacyjnego kopa, bym zaczęła pisać drugą książkę, której fragmenty gdzieś tam spoczywają zakopane w plikach komputerowych. O czym chcielibyście by była? Kontynuacja pierwszej, czy może coś zupełnie innego? Czekam na wasze sugestie i pomysły. W końcu pierwsza też zrodziła się pośrednio dzięki Wam. :) 


Moje magiczne, symboliczne drobiazgi: elegancki zeszyt do pisania od mego syna, długopis z okolicznościowym napisem od wydawnictwa "Białe Pióro"i szykowna szminka do ust od mojej przyjaciółki Ewy, która przysłała mi ją z komentarzem: "Agniesiu, mam nadzieję, że ci się przyda podczas następnych spotkań autorskich"... Przyda się Ewuniu, już 14 i 17 maja w Warszawie...

środa, 15 kwietnia 2015

Klepsydra mocno (nie)doskonała.


My kobiety. Świat nigdy nie był dla nas za bardzo tolerancyjny, a czas, bez względu na kulturę, nie działa na naszą korzyść. Facetom wiele się wybacza, a ty kobieto tłumacz się ze wszystkiego! (Ci pierwsi wychodzą obronną ręką z każdego skandalu i jeszcze kreowani są na bohaterów) Pewnie by nam wynagrodzić tę dziejową niesprawiedliwość, wtłacza się nas od dziecka w szeleszczące falbanki i różowości, kolor od nadmiaru którego robi się czasem niedobrze. Ktoś uwierzył, że na różowo można zakląć nasz kobiecy świat. Wymyślili (z pewnością był to mężczyzna, bo kobiecie coś takiego nie przyszłoby do głowy) by nasz wiek określać ilością przeżytych lat, podczas, gdy to kompletna bzdura! Znacie te dojrzałe panie pełne młodzięczej radości i na drugim biegunie... dwudziestolatki z mentalnością zgrzybiałych staruszek? Jakieś nieistniejące w naturze proporcje uznano za ideał kobiecych kształtów i wpędzono na wybiegi przerażająco chude modelki. (Mamo, ja się boję tych snujących się po scenie kościotrupów! Jak im się chude golenie do środka składają!) Niektóre z nas uwierzyły, że zbawieniem dla naszych ciał jest wstrzykiwany w nie specyfik paraliżujący mięśnie twarzy. I w nim upatrują źródła szczęścia...
Ale powoli coś się zmienia... Z radością zauważyłam na bilbordach reklamujących bieliznę kobiety o bardziej "normalnych" i częściej występujących w realnym świecie kształtach. To dobrze, wreszcie w świetle następujących trendów mogę sobie pozwolić na bycie klepsydrą (nie)doskonałą. 



Bez poczucia winy i wyrzutów sumienia sięgam po czekoladkę i  czerpię z tego radość. Chociaż wciąż parę rzeczy mnie denerwuje. Kosmetyki dla czterdziestolatek reklamują o prawie połowę młodsze ode mnie pobotoksowe maski wmawiając mi, że "jestem tego warta". Ba, jestem warta dużo więcej i nie specom od reklamy (to też trzeba sobie jasno uświadomić) decydować o stopniu mojej wartości. Nie, nie kupę tego kitu... Dojrzałam, zmądrzałam i ... kiedyś może bym ten kit połknęła, ale... już nie ze mną te numery, Bruner! 



Patrzę w lustro. Pochłonięta prawdziwym życiem, rzadko zastanawiam się na temat tego co widzę po drugiej stronie. Zazwyczaj mój umysł skupiony jest na innych, bardziej istotnych i ciekawszych aspektach rzeczywistości. Czasami jednak, odwracam uwagę od istoty życia i dostrzegam nagle delikatne, cienkie lecz zdecydowane nitki na moim czole. Zaglądam głębiej w chłodną taflę szkła. Zdumiona odchylam grzywkę i nie mogę się sobie nadziwić. Jakbym odkryła Amerykę! Dla świętego spokoju wklepuję w skórę (najczęściej jednorazowo), jakiś cudownie złudny kosmetyk, ktory obiecuje mi nieziemskie efekty i przez pięć minut czuję się jak milion dolarów. Później śmieję się do rozpuku sama z siebie jak mogę być tak podatna na te marketingowe "czary - mary". Na mnie raczej przemysł kosmetyczny fortuny nie zbije, już szybciej producenci butów, czy torebek. Niezmiennie dochodzę do wniosku, że wcale tak źle nie wygladam. Te parę zmarszczek mimicznych dodaje mi uroku. Gdy chodzi o argumenty na własną korzyść - potrafię być bardzo kreatywna i zarozumiała :) Ciągle jeszcze nie żałuję upływu wieku... Jeszcze nie. Co najwyżej tego, że nie mogę już nosić zakolanówek do bardzo krótkich spódnic, jak przed laty, bo wyglądałabym, delikatnie mówiąc nieestetycznie. Ale przecież świat jest nieskończenie bogaty, daje nam, kobietom szereg innych środków by wyrazić siebie. Nie próbuję za wszelką cenę zatrzymać młodości ubiorem. Lubię wywoływać uśmiech ludzi na ulicy, ale unikam śmieszności. 



Śmiesznością jest dla mnie uporczywe tkwienie w przeszłości. Doceniam dojrzałość. Nie jest dla mnie tematem tabu. I nie każ mi czekać, aż zgrzybiała starość pozwoli nosić purpurę. Tobie też to radzę, bądź sobą. Wyraź swoją osobowość w pogodny sposób. Nie wpadnij w pułapkę swego umysłu. Jeśli będziesz myśleć, że się starzejesz, co przecież jest nieuchronnym procesem każdego śmiertelnika, twój umysł natychmiast to podchwyci. Będzie ci podsuwał widok drugiego podbródka, zwiodczałych ramion, czy wystającego brzucha. Wpadniesz w spiralę przymusu wiecznej młodości i raz na zawsze stracisz swoją niezależność. Nie chcesz chyba być niewolnikiem? A więc raczej myśl o tym, ile jeszcze niezwykłych rzeczy masz do zrobienia w życiu, ile wspaniałych ludzi do poznania, miejsc do odwiedzenia, książek do przeczytania, ramion do przytulenia, łez do osuszenia... Nie będziesz wtedy miała czasu by skupiać się tylko na swoim ciele. I pewnego dnia, zaskoczona odkryjesz po drugiej stronie lustra fascynującą kobietę, w której twarzy delikatnym dłutem, czas rzeźbi subtelne bruzdy, a włosy  przyprusza migoczącym srebrem. W oczach tej dziewczyny dostrzeżesz znajome, wesołe ogniki i pomyślisz, że to nietuzinkowa postać! Pokochasz ją. Obiecuję Ci. Pójdź za nią. Z gracją nauczy Cię stąpać po rosie i omijać szerokim łukiem blichtr życia. Pokaże Ci co jest jego istotą. 
Nigdy nie będziesz żałować, że jej zaufałaś.
Ona kocha Cię bezwarunkowo.
To Twoje prawdziwe Ja.





sobota, 11 kwietnia 2015

Tam, gdzie mieszkają ludzie o gorących sercach - Drohiczyn n/Bugiem. Zapomniana Perła Podlasia.


 

Ich położenie wyznacza wijąca się wstęga pieknej, niepokornej i groźnej rzeki; ich rytm życia monotonnie odmierzają pory roku. Małe, urocze miasteczka nad Bugiem. O przebogatej historii, często niedocenione... Ich mieszkańcy nie chcą się na to zgodzić. To ludzie o gorących sercach, wielu talentach i niespożytej energii do tego by "coś się działo" pomimo obiektywnych trudności, braku środków, wyludnionych po zmroku ulic. Im bardziej trudno, tym więcej kreatywności. W jednym z takich miejsc gościłam w ostatni czwartek. To Drohiczyn - perełka Podlasia, gród nad Bugiem, o którym już kiedyś pisałam. Nie będę rozwodzić się zbyt długo, bo jedną nogą już jestem w podróży. Powinnam była wyruszyć o świcie, przede mną 1500 km drogi, ale ciągle jeszcze nie moge rozstać się z miejscami, do których należy moja dusza, gdzie nieustannie grzeję się w cieple stuprocentowej akceptacji, przyjaźni, miłości. Niedługo napiszę więcej o Drohiczynie, ludziach, spotkaniu. Chciałam się tylko w naprędce podzielić pewną refleksją i złożyć podziękowania. Dziękuję serdecznie za pośrednictwem Pani Ani Bujno (która była motorem tego spotkania), wszystkim, którzy byli zaangażowani w tak pięknie przygotowany wieczór autorski, gościom, oraz mojej kochanej Ani Żebrowskiej (żałuję, że się nie spotkałyśmy), pomysłodawczyni całego przedsięwzięcia. 




Moja refleksja jest taka, że małe miejscowości do takich spotkań przygotowują się z ogromną starannością, one przygotowują się ... sercem. I ten wkład widać i czuć w każdym szczególe... Tak wcześniej było w Siemiatyczach, Ciechanowcu, a teraz w Drohiczynie.
Dziękuję bardzo.



To miejsca, do których zawsze wraca się z radością i wielką przyjemnością. Na drogę zostałam wyposażona w wiele wspaniałych, artystycznych upominków: przepiękny album o Drohiczynie, książki, rzeźbę, uroczy obrazek igłą malowany przez miejscową artystkę, kubek okolicznościowy... Aż żal odjeżdzać, ale... Nie zawsze może być kawior... Nie chcę, ale muszę - jak mawiał pewien klasyk. Kto będzie dla was  z takim zaangażowaniem odkrywał zakamarki Brukseli?Życzcie mi szerokiej drogi. Do zobaczenia wkrótce na blogu i w realu. Wasza siemiatycko-brukselska Aga. 


wtorek, 7 kwietnia 2015

Spotkajmy się w Drohiczynie nad Bugiem.

Kochani! Święta, święta i po świętach... a za pasem... drugie święta! Przynajmniej u nas na Podlasiu. I to jeden z powodów, dla których warto tu żyć. Pomiędzy odpoczynkiem po świątecznym objadaniu się, lub pieczeniem świątecznych mazurków pragnę Was poprosić o chwilę uwagi. Wiem, że nie wszyscy moi czytelnicy lubią facebooka lub inne portale społecznościowe. Niektórzy z Was wręcz cierpią na "facebookowstręt", dlatego tą drogą chcę Was zaprosić na spotkanie autorskie, które odbędzie sie pojutrze w Bibliotece Publicznej w Drohiczynie nad Bugiem o godzinie 18.30. 
Drohiczyn to wspaniałe miejsce, ktore cieszy się bardzo bogatą historią, kiedyś już przeze mnie opisywaną tutaj. A rzeka Bug, to dla mnie najpiękniejsza, niepokorna, nieprzewidywalna polska rzeka.
Kto może niech pocztą pantoflową przekaże wiadomość o moim wydarzeniu kulturalnym, bo nic tak skutecznie nie działa jak marketing szeptany. Mam nadzieję wielu z was zobaczyć osobiście pojutrze w nadburzańskim grodzie.  
Pozdrawiam,
Wasza Aga podlasko-brukselska.

sobota, 4 kwietnia 2015

Umieranie na raty.


Zapewne większość z Was zajrzy do mnie już po odśpiewanym Alleluja w doskonałych świątecznych nastrojach. I ja te świąteczne, radosne nastroje muszę Wam, niestety trochę popsuć. Przepraszam. Zawsze jestem na opak i pod prąd. Z dystansem do spraw, które niespodziewanie wstrząsają światem, gdy opadnie kurz emocji, głównie tych złych: bezsilności, złości, nienawiści. Wtedy zaczyna mnie nosić, wiercić w głowie, uwierać w sercu i pchać się na język pod klawisz... 
Gdy piszę te słowa, jest sobota, Wielka Sobota. Za mną 1500 km drogi, a za oknem pada gęsty śnieg. Nastrojem jestem ciągle w centrum Triduum Paschalnego. Jeszcze nie odczuwam radości świąt. Ty gdy to czytasz, część z Was jest już po świątecznym jajku, część dopiero szykuje się do Wielkanocy, a dla innych jest to zwykła niedziela jak każda inna. Każdy by chciał by była pogodna. A ja tu ględzę o umieraniu...
Niedawna katastrofa airbusa w Alpach. Bezsensowna, głupia, niepotrzebna, tragiczna... Pocieszanie się, że pasażerowie i załoga "zginęli na miejscu." Zaczęłam zastanawiać się, co to właściwie znaczy.
Mówią, że ich umieranie nie trwało długo. Czy to znaczy, że ich smierć była podobna pacnięciu komara łapką na muchy? Tak po prostu: był człowiek, nie zdążył pomyśleć i go nie ma? Jak zdmuchnięcie świeczki, po której zostanie niewidoczny obłoczek dymu? 
Wmawiamy to sobie, by mniej bolało, taki znieczulacz. Przynajmniej ja tak myślę. Gdy nie możemy strzepać bólu jak porannego chłodu z ramion, próbujemy przynajmniej wierzyć, że umieranie na raty nie istnieje... 
Kiedyś oglądałam program o katastrofach morskich. Uczestnik jednej z nich, cudem ocalały wspominał, że cały wypadek trwał ułamki sekund, a jemu wydawało się, że to trwa lata. Całe jego życie przed oczyma, a w sercu ból i świadomość umierania. Kadr po kadrze. Mówił, że był zdumiony, gdy po wielu miesiącach odtworzono tamtą sytuację, mając już wszelkie potrzebne elementy tragicznej układanki. Gdy było jasne ponad wszelką wątpliwość, że akcja ratunkowa była przeprowadzona błyskawicznie i nie trwała dłużej niż 20 minut licząc czas dotarcia do pierwszej ofiary, tego właśnie człowieka... On przysiągłby, że jego męczarnia trwała całą wieczność... 
Myślę, że nie istnieje coś takiego jak "śmierć na miejscu". choć bardzo, ale to bardzo pragnę uznać to za pewnik. Według mnie przez obiektywnie krótki tunel czasu, każdy musi przeczołgać całe swoje życie. Sam. Zdumiewająco inna perspektywa...


Ale są jeszcze inne rodzaje umierania. To powolna śmierć tych co zostali przy życiu, gdy zginął ktoś bliski. Albo gdy zawodzi cię ktoś, za kogo byś oddał głowę i serce: mąż, żona, dziecko, rodzic, przyjaciel... Dopada nas cała gama ambiwalentnych uczuć. Od nienawiści i żalu do miłości i współczucia. Poczucie krzywdy i niesprawiedliwości. Już wolałbyś sam nie żyć ,ale musisz trwać, bo to nie jest jeszcze Twój czas by zejść z tej sceny. Życie nabiera smaku bezbarwnej kartki papieru, noc uwiera, boli świt. Takie powolne wwiercanie noża w plecy. Gdy tracisz złudzenia i reszta twoich dni jest tylko marną egzystencją... Czasem próbujemy desperacko w czym innym odnaleźć sens życia. Nie jest jednak łatwo trzymać uśmiech na twarzy i wysoko podniesioną głowę dla świata. Bo świat kręci się dalej i nie daje nam taryfy ulgowej.
To nieprawda, że mija czas i zabliźnia rany - powiedziała mi pewna staruszka przed śmiercią...
Chciałabym wierzyć w to, że ludzie ginąc "na miejscu" cierpią mniej, a ich odejście ma jakiś głębszy sens. 
Te święta dla mnie jako dla osoby wierzącej niosą taką nadzieję, że jest coś więcej poza tym co istnieje tu i teraz. Ty nie musisz się ze mną zgadzać. 
Pozwolę sobie zacytować Piotra Michalaka, który ujął bardzo zgrabnie to co chciałabym Wam na koniec powiedzieć:


"Są wśród moich Przyjaciół i Czytelników osoby, które w to wierzą, jak i sceptyczne. Ja to szanuję. Bo jedną z lekcji,
które daje nam autor tego święta jest to, aby miłować drugiego człowieka - bez względu na to, gdzie jest. Dlatego...
Z okazji Świąt Wielkanocnych, życzę Ci właśnie dużo miłości". 
W sumie wszystko się do niej sprowadza bez względu na Twój światopogląd. Wspaniałych świąt w gronie najbliższych i odpoczynku od komputera! :)

środa, 1 kwietnia 2015

Było ich trzech.


Pamiętacie jak mówiłam, że o klimacie Brukseli stanowią ludzie? Bez nich byłaby ona tylko niewielką stolicą małego kraju w środkowej Europie; miastem o powierzchni porównywalnej do Katowic, czy Jaworzna, w którym mieszka nie tak znów wiele ponad milion mieszkańców. To właśnie ludzie nadają kolorytu szarym, zadeszczonym ulicom. Jakoś tak desperacko, powodowana instynktem samozachowawczym budzi się w nas, Brukselczykach z konieczności bądź wyboru, pogoda ducha i optymizm. Bo jakoś trzeba przetrwać i nie zgłupieć :)


Odkąd dzięki Nice zlokalizowałam i poznałam pizzerię "Mniam, Mniam", dziwnie moje drogi, głównie kołowe ,przebiegaja koło tego lokalu na rogu... Niby gdzie Kortenberg, Ixelles a gdzie Merode, a jednak, przysięgłabym, że pizzeria leży w pobliżu mego domu i jest zawsze "po drodze". Zwłaszcza w takie niedziele jak ostatnia, gdy nie tylko gotować, ale nawet żyć się odechciewa, a za oknem rzuca żabami... Mąż jest mocno na "tak" - byle pizza nie z Pizza Hut, młodemu obojętnie jaka - byle nie ziemniaki i schabowy! Więc pomykam. Godzina taka - między klientami - chwila wytchnienia, lokal pusty. Można spokojnie pogadać, zanim pizza, sprawnymi dłońmi pana Pawła - się "zaczyni". Nie pierwszy raz jestem w "Mniam, mniam", ale po raz pierwszy spotykam panów: Pawła, Piotra i Michała. Wcześniej poznałam Pana Darka i właściciela. Mam nieodparte wrażenie, że personel dobierany jest według pewnego klucza, może zupełnie nieświadomie. Panowie są pogodni, dowcipni, otwarci i przysięgłabyś, że ich słowa uśmiechają się do ciebie, zachęcając do rozmowy! A każdy ma wiele do powiedzenia! A oczy im błyszczą wesołymi iskierkami!
W bardzo krótkim czasie dowiaduję się o najświeższej miłości Pana Piotra - jego wnuczce. Poza tym Pan Piotr pochodzi z tego samego miasta na Podlasiu co mój mąż. 


Michał i Piotr

Zresztą my tu prawie wszyscy pochodzimy z Podlasia. Jesteśmy znaczącą siłą w tym mieście, czego sobie do końca nie uświadamiamy. Ale wracając do wnuczki...  Ach te małe dziewczynki raz dwa owijają sobie tych dorosłych facetów, swoich dziadków dookoła małego paluszka. To czuć i widać w rozkochanym wzroku, gdy o niej mówi. Wydaje mi się, że z nich trzech, to pan Paweł dźwiga najcięższy bagaż życia na plecach. To z pewnością niezły materiał na melodramat. Może kiedyś Pan Paweł go napisze, zwłaszcza, że nie brakuje mu wrażliwości i głębokich literackich przemyśleń. 

             Paweł

Póki co, z wielkim znawstwem i lekkościa podrzuca pizzę, zanim wsadzi ją do pieca. Pan Michał, może z racji młodego wieku, a może dlatego, że nie dopuszczamy go do głosu mówi najmniej. Za to z wielką starannością miesza mi drinka o doskonałych proporcjach. 
Za oknem leje, z radia sączy się muzyka, w piecu dochodzi smakowite ciasto, a ja nie mogę się z Panami nagadać jakbym znała ich od dawna. Czuję się tu jak bym była między swymi. Jestem między swymi. 
Taki właśnie jest klimat polskiej pizzerni niedaleko Merode... 

Kochanie - dziwi się mąż - z tego "Mniam, mniam" to chyba przez Koluszki jechałaś... Pizza prawie ostygła.
Dlaczego akurat przez Koluszki - wzruszam ramionami. - Owszem, zahaczyłam o Płock, Bielsk Podlaski, Siedlce... ale żeby zaraz Koluszki... 

Pozdrawiam Was Panowie z pizzerni: specjalistę od wesołych napojów (Michał), wypasionych sałat (Piotr)


i najbardziej włoskiej pizzy (Paweł). Do zobaczenia w następną deszczową niedzielę pachnącą aromatycznymi ziołami i leciutko zakrapianą drinkiem, po którym świat wydaje się bardziej kolorowy. Może po znajomości jakąś kartę VIP dostanę ;) Żartuję!