czwartek, 25 lipca 2013

Znudzony nieustannemi nagabywaniami ze strony wierzycieli...pozna panią.


Wydawałoby się, że ogłoszenia matrymonialne i portale ramdkowe  to głównie domena naszych czasów. Nic bardziej mylnego. Istniały od dawna, tylko w innej nieco formie. Wyszperałam w sieci przykladowe ogloszenia matrymonialne. pobawmy się razem przy ich lekturze.

Znudzony nieustannemi nagabywaniami ze strony moich wierzycieli oraz doprowadzony do rozpaczy restauracyjnymi fryturami, pragnę wstąpić w związek małżeński z osobą, któraby od tych plag egipskich uwolnić mnie chciała. Mam lat 31, awanturnik, birbant i hulaka. Po ożenieniu na pewno się ustatkuję. Zdrowie dobre. Od przyszłej żony wymagam głównie dwóch rzeczy: wykształcenia, gdyż w szablonowej gąsce nie mógłbym się rozmiłować, i minimum 15 000 rs. posagu, potrzebnych do uregulowania moich interesów. Bezpieczeństwo dla posagu wskażę później. Fotografja niepotrzebna, gdyż uroda z sympatyczną powierzchownością nie zawsze chodzi w parze. Osoba nie zrażona moją otwartością, która zechciałaby nawiązać ze mną korespondencję celem bliższego poznania oraz omówienia warunków, raczy nadesłać list poste-restante pod adresem.


Wdowa w wieku kobiet Balzaca wyszłaby za mąż za człowieka poważnego, wykształconego i ze stanowiskiem, gdyby się znalazł taki. Jest nie ładna i nie brzydka, inteligentna i dystyngowana, a wykształcenie umie pogodzić z praktyczną stroną życia, bez obowiązków lecz i bez wiana.


Poważne. Młody człowiek lat 25, zamożny obywatel ziemski z gub. zach. Dla braku odpowiednich stosunków w Warszawie, pragnie zawiązać poważną korespondencję w celach matrymonialnych z młodą osobą do lat 20, usposobienia łagodnego, ze średnim wykształceniem, zamiłowaną w życiu wiejskim i posiadającą fortunę do 15 000 rs. w gotówce.


Wdowiec bezdzietny, lat 35, zarabiający rocznie do 600 rs. życzy sobie ożenić się z panną lub wdową bezdzietną, nie starszą od niego, nie ułomną, mającą prawo do szacunku, z posagiem około 5000 rs., które będą użyte na wzięcie dzierżawy folwarku.


Kawaler, katolik lat 35, brunet, dobrze wychowany, jak mówią przystojny, kupiec, pracowity i oszczędny, posiadający dobrą opinię, o średnich funduszach, pragnie zapoznać się w celach matrymonialnych z panną starszą, lecz nie starą lub wdową, lat najwyżej 33, łagodną, ale przy tem zaradną, gospodarną, oszczędną i bezwarunkowo porządek lubiącą. Ponieważ jedną z głównych podstaw szczęścia małżeńskiego jest zapewniony byt materialny pożądany przeto jest posag lub fach. Przez wzgląd na zobopólną godność uprasza się o oferty serjo.


Obywatel ziemski, szlachcic, właściciel majątku, lat 25, blondyn, wykształcony, przystojny, poszukuje dozgonnej towarzyszki, panny młodej, nie starszej nad lat 20, ładnej, wykształconej, muzykalnej, z dobrej rodziny. Posag nie wymagany. Oferty wraz z fotografiami proszę wysyłać pod adresem…


Sz. paniom, które okazały tak chętną gotowość podzielenia mych losów, nadsyłając prawie setkami oferty, serdeczne dzięki. Nie mogąc jednak odpowiedzieć równą gotowością tylu osobom, wybrałem jedną, resztę ofert według wskazania adresów odesłałem. – Bezinteresowny


Wdowa, ewangeliczka, posiadająca majątku 12 000 rs. Obznajmiona z praktycznem życiem i gospodarstwem miejskim i wiejskim, pragnie znaleźć męża w osobie kawalera lub wdowca bezdzietnego, od 40 do 50 lat mającego, łagodnego usposobienia, miłej powierzchowności, inteligentnego, z zacnej rodziny, z przyzwoitem nazwiskiem (bądź to w mieście, bądź na wsi) praktycznego, lubiącego ciche domowe pożycie. (…) Dyskrecję zapewnia się słowem uczciwości.


Kilka ogłoszeń z “Ilustrowanego Kuryera Codziennego” z roku 1933.
“Pokocham i poślubię zamożną panią za pomoc w ukończeniu studiów”
“Panna wysoka, brunetka, posiadająca gotówkę i wyprawę poszukuje inteligentnego rzemieślnika lub fachowca Żyda w celu matrymonialnym”
“Dentysta technik lat 30 pragnie poznać lekarkę dentystkę (…) w celu założenia wspólnego zakładu dentystycznego, gdzie ożenek niewykluczony. Dla wspólnego dobra cośkolwiek gotówki pożądane”
“Pragnę wyjść za funkcjonariusza państwowego. Szczegóły drogą korespondencyjną”

“Kawaler lat 28, masarz z dobrej rodziny kupieckiej, właściciel realoności pozna pannę lub wdowę – posag 2-3 tysiące dolarów, celem powiększenia przedsiębiorstwa”
“Kawaler lat 28, przystojny, łagodnego charakteru, na stałej posadzie, posiadający parę tysięcy gotówki poszukuje towarzyszki życia do lat 25, z posagiem do 15 tysięcy, gotówką lub w nieruchomościach. Rzecz traktuje serio”
“36-letni przystojny, wykształcenie uniwersyteckie, poważne stanowisko rządowe, zamożny, prawy charakter – szuka żony miłej, tylko z dobrego domu, do lat 30. Pośrednictwo rodzin pożądane…”
“Kawaler, szlachcic, lat 37, cośkolwiek gotówki, pragnie nawiązać korespondencję z odpowiednią panienką posiadającą skład cukierków lub skład kolonialny…”
“Która z panien Żydówek (wysoka brunetka) dobrego charakteru, energiczna, idealnych poglądów na zamiłowanie do pracy w polu i ogrodzie względnie posiada umiejętności zarządzania gospodarstwem i sprzedawania w sklepie (towary kolonialne) przy tym jest miłośniczką przyrody – proszona jest do chłopca podobnych zalet (lat 27) na towarzyszkę życia w jego domu własnym. Posag pożądany”
Zaczerpnięte z:
A. Lisak, Miłość, kobieta i małżeństwo w XIX wieku, Warszawa 2009
A. Lisak, Miłość staropolska, Warszawa 2007
mam 21 lat i szukam kogos do towazystwa muj num ( P.S. pisownia oryginalna)
spokojny 29 latek zapozna dziewczynę, w celu porozmawiania ,wyjscia na kawe itp, a co bedzie z poznia czas pokaze

Krągła 36latka pozna na stały związek

Witam, jestem normalną 36 latką mieszkającą i aktualnie studiującą w województwie kujawsko-pomorskim.Na co dzień jestem raczej spokojna jednak potrafię wystawić pazurki gdy jest taka konieczność.




Szukam miłego, błyskotliwego, wysokiego ( powyżej 180 cm), ciemnowłosego, silnego i dobrze zbudowanego mężczyzny z dominującym charakterem w wieku 34-40 lat bez nałogów ZDECYDOWANEGO NA STAŁY ZWIĄZEK A W DALSZEJ PERSPEKTYWIE MAŁZEŃSTWO I DZIECKO potrafiącego brać i dawać miłość. 



wtorek, 16 lipca 2013

Pies psu nierówny, jak człowiek człowiekowi.


Dwa psy, a pies psu nierówny jak człowiek człowiekowi. Tunia, niby pies z założenia myśliwski, ale ma z myślistwem tyle co ja z aerodynamiką. Kajetek – urodzony łowca: czujny, bystry, nieufny. Jak snajper, oczyszcza swój teren z niechcianych gości. Jego motto: „Albo ja ich, albo oni mnie”. Nauczony, że o życiu decydują sekundy.  Bezwzględny morderca małych gryzoni. Tam, gdzie nie może szybkością i sprytem, zadziała podstępnie. Zakradnie się od tyłu i cap w łydkę! A zęby ma ostre, choć częściowo wyżarte przez próchnicę. 

Taki Kajtuś Rambo i Panna Migotka. Ona do wody nie wejdzie, choć psy jej rasy są świetnymi pływakami. Po rosie sztywno stąpa unosząc białe łapy, bo wilgoć ją w pazury kłuje. Z kałuży się nie napije, choć ze zmęczenia nosem się podpiera. Udaje, że kota nie widzi, woli wąchać kwiatki i łudzić się, że on nie istnieje. Podżegaczka – lubi Kajeta do walki zagrzać (z dala od konfliktu), a sama ewakuować się na kanapę. Pierwsza do miski, ostatnia do pracy. Podsłuchuje, obraża się, chowa w sercu urazy. 



Ale jak spojrzy tymi swymi smutnymi oczyskami i rzewnie zakwili, to każdy gotów jej wszystko oddać! Kajet jest w Migotce po uszy zakochany. Jest jedyną suką, która może mu na łep wleźć. Dosłownie i w przenośni. Ma facet cierpliwość, ale i ona sporadycznie się kończy. I wtedy Kajtek z mściwą satysfakcją będzie na jej oczach kostkę jadł nieczuły na jej niewieście histerie. I oblizywał... I mlaskał... I wzdychał... I pieścił... Ach, jaka smaczna... A ty suczyzno cierp, żeś taka podła! Ot zwykle małżeńskie przekomarzanie. Jednak, gdy przyjdzie co do czego to Kajetek swoją małą pierś nadstawi i gotów zginąć w boju za bliskich. Takie to już wierne, poczciwe psisko. 




Gdy wracam co dzień z pracy, czeka już pod bramką , a Tunia dopiero z trudem wygrzebuje się ze swoich piernatów. On je z gracją bywalca salonów, mimo, że nieraz głodem przymierał. Tunia połyka wszystko nie gryząc, pochrąchuje przy tym i sapie jak warchlak.

„Kobieto – mówię do niej – klasy trochę i kultury przy stole!”. Ale ona tylko łypie przekrwionym wzrokiem i skomli żałośnie. Dzięki moim psom nie-poznaję wiele osób. 
Kajet jest tak zaborczy i we mnie wpatrzony, że nie ma mowy bym porozmawiała z tą miłą sąsiadką z naprzeciwka, właścicielką łagodnego jak anioł labradora. Wiem tylko, że pracuje na komunie (urząd miejski). 
Omijam wielkim łukiem śmieszną parę  z ogromnym kudłatym psem. Zawsze idą gęsiego w tej samej kolejności: pies, niewiele od niego większa pani, pochód zamyka jej mąż-były komandos przyjaźnie do mnie machający ręką z daleka. 




Na łące często spotykam miłego chłopaka z sąsiedztwa. Ma przepięknego wilczura, który gdyby tylko chciał złamałby kark memu awanturującemu się Kajtkowi jednym ruchem szczęki. Ale jest dobrze ułożony jak jego właściciel. Od lat uśmiechamy się tylko do siebie (z właścicielem, nie z psem) 
Można by zaśpiewać: „Znamy się tylko z widzenia, a jedno o drugim nic nie wie”. To znaczy wiem: pan ma sympatyczną, filigranową żonę i jakiś rok temu urodziło im się dziecko, dziewczyna, bo przy ich furtce stał tekturowy bocian z wiązką różowych balonów w dziobie. Minęło parę miesięcy. Opadły liście. Na nowo zakwitły bzy. Jak ten czas szybko leci. 
Od święta widzę ich jak spacerują wspólnie, całą rodziną, a pies dumnie kroczy pośrodku. To taki miły widok. A z chłopakiem nadal wymieniamy sympatyczne uśmiechy. 

Za to unikam kipiącego złością wielkiego, choć niemłodego już pana spod lasu. Patrzy z pogardą na moje psy, aż mi się robi przykro. Oczami ciska błyskawice. Nie otwiera ust, choć ja przysięgłabym, że na mnie głucho i złowrogo warczy. Niecierpliwie szarpie za smycz swego rotwaillera trzymając go króko przy pysku. Robi to wbrew sobie, bo jego mowa ciała dobitnie wskazuje, że chętnie spuściłby psa ze smyczy. W tym przypadku jego pies wydaje się o wiele bardziej sympatyczny od niego. Nasza trójka przytomnie zmyka kładąc ogony po sobie, choć Kajetek próbuje coś tam jeszcze odszczekiwać.




Nieraz inni psiarze próbują ze mną zamienić parę słów ponad jazgotem Kajetana. Flamacy są bardzo konsekwentni jeśli chodzi o ich ojczysty język. Flandria to chyba jedyna taka kraina, gdzie ludzie doskonale rozumiejący co do nich mówisz po francusku lub angielsku z uporem maniaka i uśmiechem na twarzy gadają do ciebie jakimś dziwnym narzeczem, co niby łatwy jest, ale nie do nauczenia. Za każdym razem jak się za niego biorę to wymiękam na poziomie podstawowym zaawansowanym. Ale w końcu idzie się dogadać całkiem nieźle takim trój-narzeczem. Móc to chcieć. Czy odwrotnie?





Ech, kocham swoje psiska, równie mocno, choc każde inaczej. Cieszę się, że tyle radości wnoszą do naszego świata. I wymuszają na mnie odrobinę aktywności fizycznej po pracy. A ty co mi powiesz o twoim zwierzaku? 





A jeśli chodzi o sukienkę, którą mam na sobie to Sandwich, a buty Mexx. do usłyszenia:)

środa, 10 lipca 2013

Surrealizm za rogiem.




Dziwnym krajem jest ta Belgia. Przesiąkniętym absurdami. W życiu, sztuce, polityce. Mimo, że sie wydaje, że lada chwila rozpadnie sie na milion kawałeczków, ona sobie trwa w najlepsze. I nieźle ma się. Nie sposób mówiąc o tym państwie i jego stolicy nie wspomnieć o surrealiźmie. 


I nie tylko dlatego, że Belgia wydała jednego z największych prekursorów tego kierunku Magritta. Jego muzeum istniejące od kilku lat na placu królewskim należy do kategorii: must be,  a naprawdę warto.  Rene Magritte może nie dorownuje sławą Salvadore Dali, ale do mnie jego twórczość przemawia bardziej niż bohomazy tego drugiego. Rene nadał zwykłym rzeczom, zjawiskom, przedmiotom nowego znaczenia. Jego obrazy są jakby wyszły przed chwilą z książeczki z bajkami. Fruwające meloniki, jabłko zamiast nosa, okna i ludzkie wnętrza wypełnione błękitnymi obłoczkami i dużo, dużo fajek!
Taki surrealizm lubię, z takiego surrealizmu zbudowana jest Bruksela. Gdy rozum spodziewa się znanych treści przypisanych obrazowi – nagle jest zmuszony do gimnastyki. Bo oto okazuje się, że tam gdzie u wszystkich ludzi jest nos – u Magritta jest zupełnie co innego!



Tyle tu nagromadzone absurdów i dziwactw.  Poczynając od narodzin Belgii. Mówi się, że powstała (została wymyślona) w... operze przez paru patriotycznych zapaleńców. A zwykłe życie przeciętnego mieszkańca Brukseli naszpikowane jest absurdem jak wielkanocna babka rodzynkami. Sędziwa babuleńka zwraca ci uwagę, że powinieneś zwracać się do niej panienko, a nie pani. O 15.00 nikt nie obsłuży w żadnej restauracji, mimo, że o jedzeniu Belgowie mogą rozmawiać dużo i z niespotykaną u nich namiętnością. Policjant nie używa kierunkowskazów w aucie, a dzwoniąc na pogotowie we Flandrii nikt nie udzieli ci pomocy jeśli nie rozmawiasz po flamandzku. Gdy codziennie staję wobec podobnych sytuacji myślę sobie:”Witaj w Belgii!”


Surrealizm belgijski jest obecny wszędzie, ale najbardziej widoczny jest w architekturze. Tu realne miesza się z tym co wymyślone, potraktowane jako żart, prowokacja. Pragmatyczni Belgowie mają swoiste poczucie humoru, zaskakują spojrzeniem na świat i życie.


Jadąc do pracy przejeżdżam codziennie przez jedno z największych w Brukseli rond: rondo Montgomery. Wszystko piekne, ładne, monumentalne, dostojne. Pośrodku ronda szumi wielka fontanna, jedna z odchodzących od niej ulic to fantastyczna Avenue de Tervuren. U wylotu drugiej ulicy znajduje się renomowany College St Michel, jedna z najbardziej snobistycznych szkół w Brukseli. Codziennie rano na wielopasmowym rondzie trwa samochodowa przepychanka: kto szybszy, większy, sprytniejszy. Na to wszystko z kamiennym spokojem spogląda generał Montgomery, a z jego generalskiego beretu spływaja stróżki gołębich kup. 


Aż tu nagle, mój wzrok przyciąga, jakby wyjęte z kontekstu... metalowe krzesełko o wysokości kilku metrów. Podobne jest do tych na jakich siedzą ratownicy na basenie – takie bocianie gniazda. Uważny obserwator zauważy jednak, że brakuje stopni, po których można byłoby się na nie wdrapać. Na pierwszy rzut oka rzeźba wydaje się zupełnie nie na miejscu: jak pięść do nosa, jak złudzenie. Ilekroć przejeżdżałam w pobliżu zastanawiałam się, co autor miał na myśli? Dopiero niedawno się dowiedziałam. Ciemny człowiek jestem na współczesnej sztuce się nie znający. Otóż pomnik jest efektem współpracy polskiej poetki Agnieszki Kuciak z belgijskim artystą Peterem Weidenbaumem w ramach projektu „ W stronę Brukseli” realizowanego wiele lat temu. Jego celem było wprowadzenie sztuki, w tym poezji do przestrzeni miejskiej.


Duch surrealizmu ma nie tylko materialny, namacalny wymiar. Nie wiadomo co jest prawdą, a co złudzeniem. Najbardziej spektakularnym, surrealistycznym wydarzeniem był zainscenizowany w 2006 roku... rozpad Belgii. W ciągu jednej nocy w części miasta wyrosły budki graniczne, blokady i bariery inscenizujące podział kraju na Walonię i Flandrię. Wedle tego podziału miałam mieszkać w flandryjskiej, tej „lepszej” części Belgii (lepiej rozwiniętej gospodarczo), ale mieszkańcom części walońskiej wcale nie było do smiechu. Autorem pomysłu byli dziennikarze jednego z tutejszych kanałów telewizyjnych RTB. Fikcyjny podział kraju w ciągu jednej nocy wprowadził ogromny zamęt w społeczeństwie, doprowadził do kilku ataków serca i kryzysów nerwowych, a także zawirowań finansowych wielu sektorów gospodarki. No i było o czym debatować przez następne długie miesiące i lata. Ponoć nawet posypało sie wiele procesów za poniesione straty materialne i, a moze zwłaszcza – moralne.
No, a rzeka, która jest, a jakby jej nie było?


Bruksela jest jedną z nielicznych stolic na świecie nie posiadających swego naturalnego kręgosłupa jakim jest przepływająca przez miasto rzeka.  Taka jest popularna wersja.
Zaraz, zaraz! Ale przecież rzeka istniała -  kiedyś jej koryto wyznaczały obecne Boulevard Anspach i Lemonnier i co więcej – nadal sobie płynie. Tyle,  że teraz została...ukryta pod ziemią. Wybudowano kanał, częściowo zmieniono bieg koryta i biedaczkę zagoniono do ziemi zamieniając ją w system kanalizacji i scieków. Ponoć można gdzieniegdzie zobaczyć jej naturalne fragmenty wyłaniające się spod ziemi, ale ja tych miejsc nie znam.  Napiszę kiedyś o tym więcej w oddzielnym poście.








wtorek, 9 lipca 2013

Mini spotkanko blogowe i krótki weekendowy wypad.



Pierwsze blogerskie spotkanie udane! Co prawda było to spotkanie króciutkie, zaledwie muśnięcie spotkania, można powiedzieć. Ale pierwsze koty za płoty. Kasia jest się przesympatyczną, młodziutką blogerką z drugiego (patrząc z mego punktu widzenia) Polski. Okazało się, że mimo, iż mieszkamy w dwóch odległych od siebie miejscach, to mamy jedną wspólną znajomą! A tego ona - znaczy ta znajoma - sama nawet nie wie!


Kasia obdarowała mnie biżuterią swego wyrobu, którą zaprezentuję na swoim blogu. Dziś na początek piękny błękitny kwiatek. Ja jako, że nie mam takich manualnych zdolności mogłm ją tylko zaprosić na lody i kawę. Na nic więcej nie dało jej się skusić.

Myślę, że to nie jest ostatnie nasze spotkanie. Pozdrawiam cię Kasiu! :)


Oto kasiowy kwiatek na mojej bluzce, dziękuję!

Spotkanie z Ksią było bodajże w czwartek, a w weekend zanioslo mnie do Niemiec. A więc krociutkie sprawozdanie. Korzystając z pierwszego ciepłego weekendu tego lata pojechalismy za granicę. jaka tam zagranica, mozna powiedzieć - całe sto pięćdziesiąt kilometrów od Brukseli! Juz kiedyś mówiłam, ze Belgia (Bruksela) jest świetna baza wypadową w różnych kierunkach. 

Nie będę za dużo rozpisywać się o zabytkach tym razem. Podzielę się raczej spostrzeżeniami i opisze pierwsze spontaniczne spostrzeżenia. 



Niemcy nigdzie się w weekend nie spieszą, piją dużo piwa i używają przyjemności życia jakimi z pewnością jest dobra zabawa, dobre jedzenie i picie. Siedzą w kawiarniach, stoją na chodnikach, kelnerzy czasem podchodzą i bez pytania zmieniają szklaneczki stawiając tylko kreskę ołówkiem, który zawsze na wszelki wypadek zatknięty jest za uchem. Co do jedzenia to: dużo, obficie i...taniej niż w Belgii.
Ja do klubu piwnego nie należę wbrew ogólniepanującym trendom, ale solidarnie lałam w siebie hektolitry soku pomarańczowego. 



Kłódki też były...


i dużo żółtych pojazdów...






piątek, 5 lipca 2013

Mała smutna królewna. Część 2

Kochani na weekend znikam z blogosfery. ~Wszelkie zaległości (komentarze i wizyty) nadrobię w niedzielę wieczorem lub w poniedziałek. Przede wszystkim napisze wam o pierwszym blogerskim mini spotkaniu w Bxl z uroczą Kasią. Tymczasem zapraszam was na drugą część historii królewny Klementyny.
Sciskam i dobranoc!



cd.
Cóż, bajki o księżniczkach nie zawsze dobrze się kończą w realnym życiu, a życie księżniczek nie jest usłane różami. W związku z powyższym szczęście Klementyny nie mogło długo trwać. Musiała pożegnać się ze swoją ostoją jaką była dla niej Stephanie.  

Księżniczki nie rodzą się dla swojej przyjemności. One nie rodzą się nawet dla przyjemności swoich rodziców. One przychodzą na świat w ściśle określonym celu. Mają być kartą przetargową, która zapewni królestwu najkorzystniejszy politycznie mariaż. Wkrótce o Stefanię upomniał się ten polityczny świat. 

Gdy osiągnęła odpowiedni do reprodukcji wiek, podobnie jak jej siostra Louise musiała porzucić swój panieński stan. Wkrótce przekonać się miała, że trudne lata spędzone w rodzinnym zamku były rajem w porównaniu z tym co miało czekać ją przy boku męża, Rudolfa w Wiedniu. Jej małżonek i jego matka zrobili wszystko by obrzydzić jej życie i upokorzyć. Ale to oddzielna opowieść. W wieku dziewięciu lat „la fillette”, Clementine została rozdzielona z siostrą. Od tej pory łączyła je tylko gorąca, serdeczna korespondencja i bardzo rzadkie spotkania.



Jakby tego było mało, przeżyła dramat pożaru zamku, w którym straciła życie jej ukochana niania. Te wszystkie okoliczności hartowały charakter dziewczynki.

Po matce odziedziczyła miłość do koni i głęboką wiarę chrześcijańską, po ojcu zaś inteligencję, upór i przebiegłość oraz ... bardzo przeciętną urodę. Nie okazywała swego silnego charakteru, udając uległą i posłuszną. Aby przeżyć w bezdusznym, zimnym zamku, przeszła przyśpieszony kurs dyplomacji.

Król, coraz częściej zaczynał doceniać swoją najmłodzą córkę. Wydawała mu się najbardziej sensowną kobietą w jego najbliższej rodzinie. Małżeństwa jego starszych córek skończyły się kompletnym fiaskiem, a nawet ogromnym skandalem na miarę Europy. Clementine zaś coraz częściej reprezentowała królową w oficjalnych uroczystościach, w końcu całkowicie ją zastępując przy boku swego ojca. Dał jej z czasem nieograniczoną swobodę.  Nie wiedział kiedy przywiązał się do niej tak mocno, że nie wyobrażał już sobie bez niej życia. Do tego stopnia, ż ... zabronił jej zamążpójścia. 
Na początku, gdy Clementine była jeszcze dzieckiem, obojgu było to na rękę. Aż pewnego dnia na zamku pojawił się nieznajomy...

Kim był ten piekny młodzieniec do którego mocno zabiło serce siedemnastoletniej Clementine? To książę Victor – Napoleon. Tak, tak, z tych Napoleonów. Mieszkał w skromnym jak na księcia domu przy Avenue Louise nr 253. Z powodów politycznych przebywał na wygnaniu w pobliskiej Belgii.



Coup de coeur, nagły poryw serca i nadzieja na wyrwanie się z murów zamku w Leaken.

Jednak król Leopold II kategorycznie nie zgodził się na ślub swojej najmłodszej córki, która kochała z wzajemnością. Ani wtedy, ani nigdy! Kochankowie byli sobie wierni...dwadzieścia lat! 

Smierć Leopolda II dała nadzieję na to by mogli być razem. Do dziś postawa króla i jego bezduszność wobec swojej najmłodzej córki nie znajduje zrozumienia. Tym bardziej, że sam żył wówczas w konkubinacie z młodszą o kilkadziesiąt lat wykształconą, młodziutką prostytutką i aktorką.

Następca Leopolda II, Albert dał „młodym” zielone światło. Clementine miała wówczas trzydzieści osiem lat, a jej mąż Viktor był od niej starszy.

Mała, smutna królewna z belgijskiego zamku w Laeken ze starej panny przemieniła się w spełnioną, najszczęśliwszą na świecie kobietę. W dodatku żonę następcy francuskiego imperium. Szczęśliwie urodziła dwójkę dzieci, a o swoim mężu pisała, że:

 „jest jej szczęściem, mądry, zabawny, kochający, czuły, a noce z nim są ekscytujące”.

Była jedyną z córek Leopolda II, o ktorej opowieść można zakończyć słowami:”żyli długo i szczęśliwie”

Happy End :)



środa, 3 lipca 2013

Mała smutna królewna. 1 część


Drodzy ludkowie, dziś przy okazji ogloszenia abdykacji przez krola Belgii wypadałoby jakiś krolewski temat poruszyć. pomyślałam, ze to dobra okazja by przybliżyc wam postać krolewny Klementyny. O obecnej parze krolewskiej napisałam pare słów na moim drugim blogu, można TAM sobie skoczyć i przeczytać. 
Zapraszam więc na opowieść o małej, smutnej krolewnie.

Był sobie król. Nazywał się Leopold II. Ten sam, który zbudował secesyjną Brukselę i stworzył potęgę kolonialną Belgii. Król wraz z królową zamieszkiwał zamek w Leaken, który jak wiele innych tego typu budowli skrywał mroczne rodzinne tajemnice. Ten nie był wyjątkiem. Konkretnie słynął z tego, że nie było w jego murach miłości, co też nie było jakąś rewelacją na tle innych zamków. Miłość to deficytowy towar w kapiących złotem królewskich komnatach na całym świecie.


Po parku błąkała się samotnie mała, smutna królewna. Księżniczka Clementine była najmłodszą córką Leopolda II. Miała dwie starsze siostry i brata, którego nie znała. Jego śmierć w wieku dziesięciu lat, a jej narodziny wiele lat później – trzeciej dziewczynki - ostatecznie przekreśliły nadzieje władcy na przedłużenie dynastii w prostej linii. Ustawodastwo belgijskie nie przewiduje dziedziczenia tronu przez kobiety. Dzień narodzin Clementine nie był dla króla darem niebios. Była rodzinnym dramatem. Rozczarowany władca całkowicie odsunął się od żony, której nigdy nie kochał. Właściwie nie mogąc znieść jej widoku wysłał ją do posiadłości w górach Spy – znanego europejskiego kurortu. Królowa została odprawiona wraz psami, lamą i papugami. Czy może być większe upokorzenie dla kobiety? Ale Leopold II miał skomplikowaną i nieprzyjemną naturę. Nie był dobry dla rodziny. Nie był dobry nawet dla samego siebie.


Za lustrami czaił się lęk, w lichtarzach słabym ogniem migotał smutek, a po pałacowych korytarzach snuła się samotność. W takiej atmosferze wzrastała mała Clementine. Zapomniana przez obcych sobie rodziców nauczyła żyć się we własnym świecie. Tam były kolorowe marzenia, książę na białym koniu i czytane nocą romanse, odkąd nauczyła sie czytać. Tak jak jej matka głód miłości i brak czułych pocałunków rekompensowała sobie strojnymi kapeluszami i pieknymi sukniami. Ile takich niekochanych królewien można spotkać w dzisiejszych schoppingach?
Podczas, gdy starsze siostry Clementine były wychowywane z całą surowością, o jej istnieniu król zdawał się nie pamiętać, co było o tyle szczęśliwą okolicznością, że nie była brana pod uwagę w matrymonialnych planach swego ojca.

Najbliższymi jej ludźmi była ukochana guwernantka Mademoiselle Drancourt i starsza o osiem lat siostra Stephanie. Na ile to było możliwe, trzymały swoją pupilkę pod kloszem z dala od zamkowych problemów. Pod ich opiekuńczymi skrzydłami „la petite Clementine” mogła mieć namiastkę prawdziwego, beztroskiego dzieciństwa. 

* na zdjęciach: królewska domaine w Leaken i słynne królewskie szklarnie.

cdn