czwartek, 14 lutego 2013

Zagubiony park.



Parc d’Egmont rozciąga się na powierzchni półtora hektara w samym sercu miasta. Zagubił się

 pomiędzy tętniącą życiem Rue de la Régence, Boulevard de Waterloo z jego snobistycznymi butikami i hotelami, Pałacem Sprawiedliwości i Pałacem hrabiego Egmonta.



Tak dyskretny, jakby go wcale nie było. Wtajemniczeni wiedzą, że warto do niego “ zabłądzić” w porze lunchu. Zwłaszcza latem jest przyjemnie. Nie dochodzą tu klaksony samochodów, ani ten cały miejski rozgardiasz. Można w spokoju ułożyć się w cieniu jaworowego drzewa, libańskiego cedru lub pod wielkim dębem i zagłębić się w lekturze. Abyś się zupełnie nie zapomniał i nie zatracił w czasie i przestrzeni, widoczna między drzewami, lśniąca złotem kopuła Palais de Justice i przylegająca do parku wielka bryła hotelowego budynku przypomną ci gdzie się znajdujesz…






Niemal pośrodku parku przykuwa wzrok zabawna figurka. To chłopczyk, który nigdy nie chciał dorosnąć… Kopia londyńskiego pomnika Piotrusia Pana, wyraz solidarności angielskich i belgijskich dzieci.



Mnie nogi niosą do neoklasycystycznej oranżerii w głębi parku przerobionej na restaurację. Miejsce dla niekoniecznie wybrednych klientów: jedzenie choć smaczne, wydaje się być odgrzewane w mikrofalówce. ( Moja lazania była gorąca na brzegach, a środek miejscami miała ledwie ciepły…) Personel , jak i moje danie, czyli plat, nie grzeszy żarem. Raczej chłodny i na dystans – pod koniec zaczyna się do mnie nieśmiało uśmiechać…



Takie zachowanie, to prawie norma. Nie myśl, że w brukselskich restauracjach będą ci padać do stóp, na zasadzie: “ klient – nasz pan”. Niewylewny sposób bycia, słynny belgijski pragmatyzm daje o sobie znać na każdym kroku. Belgowie wymagają czasu na oswojenie. Może dobrze przyswoili Małego Księcia i wiedzą, że przywiązanie niesie ze sobą ryzyko łez… Nauczeni historią własnego państwa, że nic nie jest dane na wieczność, nie angażują się emocjonalnie tak szybko jak Polacy. I nie nabierz się na ich profesjonalną uprzejmość. Nie myl jej z serdecznością czy przyjaźnią. Sytuacja zmienia się radykalnie, gdy stajesz się stałym klientem. Stały klient – to dla Belga ktoś, często bliższy niż niejeden członek własnej rodziny. Wtedy zadziwią cię swoim ciepłem i serdeczną troską.










Wychodzę jednym z wyjść zorientowanym na Boulevard de Waterloo i kieruję się w dół w kierunku Place Louise, i dalej bulwarem na południe. Jest on wielopasmową rwącą rzeką aut. Niektóre giną w czarnych otworach tunelu, inne poruszają się naziemnymi nitkami jezdni. Pośrodku obu przeciwległych pasów ciągną się wewnętrzne parkingowe alejki. Tutaj grzecznie jeden obok drugiego jak konie w stajni – stoją zaparkowane auta. Po mojej prawej ręce w głębi za kamienicami pyszni się wspomniany już Pałac Sprawiedliwości. Nie ma miejsca skąd nie byłby widoczny. Po lewej stronie bulwaru zaczyna się Saint Gilles, przepiękny, historyczny quartier – serce secesji. Dziś nie jest to ta sama dzielnica jak dawniej. Zamieszkuje ją 80 procent obcokrajowców, w większości Polaków i Marokańczyków. Tutaj, w okolicy Avenue Louise jest jeszcze w miarę bezpiecznie, ale im dalej w stronę dworca południowego – jest coraz mniej przyjemnie, a życie ludzkie posiada znikomą wartość.  

Mam do tych zakątków przeogromny sentyment. Mnie również wieki temu przytuliło to miejsce. Stąd rozpoczęłam moją belgijską odyseję. Tu przeżyłam piękne i straszne chwile, momenty euforii i beznadziei. Między tymi uliczkami uczyłam się dorosłego życia ze wszystkimi jego konsekwencjami. Wracam jak do siebie, przytulam się jak do matki, czuję się jak w domu… Mimo, że ślad tamtych wspomnień zatarł czas…

Nie bez powodu parking na Boulevard de Waterloo zdominowany jest przez auta o polskich rejestracjach. Od lat był to umowny, nielegalny polski dworzec. Stąd odjeżdżały dziesiątki polskich autokarów, dopóki policja nie przegoniła ich w inne miejsce. Dziś można tu spotkać ( zwłaszcza w weekend) busy, tzw. “kamionetki” ( od fr. camion – ciężarówka), samochody osobowe ze wszystkich polskich województw. Oczywiście dominują te z Podlasia.
Czasami policja robi tu “czystki”. Wpada niespodziewanie kilka radiowozów i zaczyna się drobiazgowa kontrola. Polacy rozpierzchają się po terenie. Wiadomość lotem błyskawicy obiega polskie środowisko. Ustala się inne prowizoryczne miejsce spotkań przewoźników i ich klientów. Za tydzień wszystko wraca na swoje miejsce, a sobotnio-niedzielne “odprawy” toczą się swoim dawnym niezmąconym rytmem. Taka swoista zabawa z policją w “kotka i myszkę” , jeu de cache-cache.
Na ten umowny polski dworzec wpadają wszyscy, którzy mają jakiś interes: coś podać do Polski, kupić papierosy, odebrać paczkę… Ceny umowne, a klientela prezentuje cały przekrój polskiej Polonii: od unijnych pracowników, przez polskich drobnych przedsiębiorców, aż do robotników budowlanych i femmes de ménage. Swoisty klimat i folklor towarzyszy transakcjom.

Tu od rana pełnią dyżur Oni…
Każde miasto, kraj, wieś posiada takich stałych bywalców pełniących "wartę". Przesiadują u znajomych kierowców z butelką piwa w dłoni. Słuchają opowieści i plotek. Tu najszybciej można się dowiedzieć kto z kim, kiedy i dlaczego… Nie, żeby specjalnie ich to interesowało. Taki niedzielny rytuał. Są tu tacy, co wpadają na chwilę spotkać starych kumpli, kupują karton papierosów, chwile pogawędzą i odjeżdżają bo żona z dziećmi czeka w domu. Zostają ci, którym nigdzie, z różnych powodów sie nie śpieszy. Nie stają do wyścigu, bo i po co. Już nie nadrobią straconych szans. Czas pobielił im skronie i zaorał czoła bruzdami trosk. Patrzą beznamiętnie na podjeżdżających tu wypasionymi brykami dawnych kolegów, którym się powiodło. Kiedyś wspólnie z nimi pili, dziś łączy ich tylko zdawkowy uścisk dłoni, a czasem i to nie. Każdy z nich ma jakąś tam zadrę w sercu, czasami już zabliźnioną. Nie śpieszno im do domu. Wracają często do pustych mieszkań gdzie od lat nikt na nich nie czeka. Ich kobiety dawno rozpłynęły się  w snach.  Idą spać by nazajutrz stanąć rankiem do roboty i nie mieć zbyt dużego kaca. Tak od lat... Nie myślą niczego zmieniać. Ich egzystencję znaczy marazm. 

(zdjęcie z internetu)

Takich “Nas” można spotkać nie tylko przy polskich przewoźnikach. Jest więcej takich miejsc. Nie wymienię ich z nazw. One się zmieniają. Pozostają ci sami ludzie. To jedno z "dobrodziejstw" emigracji. Kiedy samotność i alienacja zżerają jak zaraza. I nie ma reguły  kogo przeznaczenie wskaże palcem. Ciebie, jego, mnie... Czasem to ci bardziej wrażliwi, niekiedy ci mniej zaradni czy zapobiegliwi. Nie brakuje wśród nich bardzo zdolnych, którym zabrakło determinacji, szczęścia, pracowitości?  Wyobraźni może. W każdym razie los się do nich nie uśmiechnął. Pominął przy rozdawaniu kart...

cdn


46 komentarzy:

  1. Ech takie smutne zakończenie wpisu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skręciłam w tamta strone i jakoś tak się smutno zrobiło, ale taka prawda... emigracja ma wiele barw...

      Usuń
  2. smutne smutne, emigracja rzadko kiedy jest tylko bardzo wesoła

    dziękuję za kolejną podróż w nieznane mi zakątki Brukseli :)
    czekam na więcej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kasiu, to nie daleko od ciebie :) możesz któregoś letniego dnia tam "zabłądzić" :)

      Usuń
  3. Rzeczywiście , zaczęłaś jak wprowadzenie do krainy czarów, a skończyło się prawie gorzko. Ja nigdy nie czulam sie nigdzie emigrantka, choc od ponad 20 lat mieszkalam w 4 krajach europejskich poza Polska. Moze dlatego, ze czuje sie nomadka i nigdy nie zerwalam z Polska, a w kazdym kraju żyłam wsrod różnorakich narodowosci i nie mialam okazji oglądać takiej polskiej emigracji jaka opisujesz pod koniec tego wpisu. Nigdy nie wyjechałam ani za chlebem, ani z innych powodow. Tak sie ułożyło. Poza tym zawsze często wpadałam do Polski i nie zerwałam kontaktów z krajem. CAle moje zycie bylam w podroży i ciagle gdzieś "wracam". Z drugiej jednak strony nie potrafiłabym chyba mieszkac poza Europa, a w kazdym razie nie mialabym na to ochoty. A zdalam sobie z tego sprawe za każdym pobytem w Stanach, kiedy dla Amerykanów nie bylam Polka, a po prostu Europejka...
    No ale w ciagu ostatnich 20 lat Europa bardzo sie skurczyła i coraz bardziej przypomina jedno mlae miasto o roznych dzielnicach.
    Pozdrawiam
    Nika

    OdpowiedzUsuń
  4. smutno mi się zrobiło na myśl o emigracji. może i niepotrzebnie, może i tam im (Wam) lepiej?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdumiewająca jest siła mądrych słów, kierowanych z głębi serca i popartych silną wiarą w to, co się mówi. Mnie również bliska koleżanka otworzyła w ten sposób oczy - z jej potoku słów wyłapałam zdanie, które uważam za jeden z głównych kluczy do powodzenia relacji międzyludzkich.
      Co do stwierdzenia, że "to wszystko przeminie", mogę potwierdzić, cytując "W rozpaczy swojej nie wychodź na balkon, nie wychodź,
      Do bruku z góry nie przychodź, nie przychodź, nie przychodź,
      Na smugę cienia nie wbiegaj, zaczekaj, trochę zaczekaj!"
      Ściskam :)

      Usuń
    2. Ines, znam, znam, przypomniałaś mi dawno zapomniane słowa! trafił swój na swego :) też ściskam! :)

      Usuń
  5. Pierwsze skojarzenie jak zobaczyłem ten pałacyk-podobny do pałacu w Kozłówce;drugie-totalny szok;że w centrum miasta może być taka perełka;coś jak obiekt wyjęty z innej "czasoprzestrzeni" i rzucony w wir współczesnego świata.
    Co zaś do Twoich refleksji odnośnie zachowań Belgów-poniekąd sam się im nie dziwię;bo-to zabrzmi okropnie-w obecnych czasach dzieje się tak coraz częściej;ludzie wolą się dystansować od siebie;trzymać na dystans-powiem więcej-kiedyś usłyszałem w pewnej sytuacji słowa "Pewnego dnia zabije cię Twój najlepszy przyjaciel"-i to jest puenta dzisiejszych czasów.Ludzie bardzo często "zabijają się" może nie tyle fizycznie;ale co gorsza...moralnie..

    OdpowiedzUsuń
  6. Sama sałata i mineralną. Wygląd wymaga poświęceń.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie sądziłam,że tak jest. W jednej chwili runął mój obraz długo budowany z wyobrażeń.
    Miłego dnia życzę!

    OdpowiedzUsuń
  8. piękne miejsca,piękne zdjecia:)pozdrawiam Serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  9. A potem wracasz do kraju i uczysz na nowo, od nowa asumilujesz sie u "siebie" i zaczynasz tęsknić za tym co było... i zastanawiam się podppatrując przyjaciół " wędrowców" tych którynm się udało i nie, tych którymn w dupach się poprzewracało i tych którym nie... jak opowiadają o życiu tam i o tęsknocie, czy nasze jestestwo określa przyzwyczajenie czy pochodzenie...

    Kiedy mieszkałam w Krakowie tęskniłam za "moim" lasem i pokojem... po studiach myślami dłuuuugo wracałam do Krakowskiego mieszkania..... Tyle że ja mam blisko by się przemieścić z tamtąd tu i na odwrót....

    Buziaki

    OdpowiedzUsuń
  10. Piotruś Pan! Nie wiedziałam, że ma swój pomnik! :D
    Stwierdziła właśnie, że mam duszę Belga :D

    OdpowiedzUsuń
  11. Restauracja zachwycająca, taka magiczna :D

    OdpowiedzUsuń
  12. Cudne miejsce pokazałaś i smutnym akcentem zakończyłaś:Ja mam bardzo dużą rodzinę i tylko jeden brat wyjechał z kraj€,mimo że mam przy sobie bliskich ciągle o nim myślę i ciągle mi go brakuje:kiedy przyjeżdża na urlop dni tak pędzą jak oszalałe a potem znów czekamy rok:Ślicznie wyglądasz:)))Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  13. Ślicznie nas oprowadzasz, lepiej niż niejeden przewodnik, ślicznie piszesz! Pozdrowienia!

    OdpowiedzUsuń
  14. Spódnicą jestem zachwycona.Uwielbiam takie fasony. :-)

    OdpowiedzUsuń
  15. Looks like a great interior of the restaurant.

    Greetings,
    Filip

    OdpowiedzUsuń
  16. Co do miejsc to z pewnością warte zobaczenia.

    OdpowiedzUsuń
  17. Właśnie takiej emigracji zawsze się bałam, że się nie uda, że zostanę na lodzie. Może to brak odwagi a może roztropnośc nie wiem tego i juz sie nie dowiem;)

    Świetna spódnica, fason taki jaki lubię.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Elu, to instynkt samozachowawczy :) a spódnica, to cameau czy jakos tak podobnie, zawsze zapominam jak pisze się nazwe tego popularnego sklepu :)

      Usuń
  18. Tyle czasu tutaj nie bylam! Nadrabiam podroz z Toba od Nalesnikarni. Najchetniej lazilabym za Toba krok w krok i sluchala jak opowiadasz. Stwarzasz taki rzewny, romantyczny klimat, nie chce mi sie z niego wracac. I sama wygladasz zawsze jak piekny kwiat, a moze jak piekna kobieta? Jedno i drugie tak bliskie siebie - mysle patrzac na zdjecia..
    Niezwykla, koronkowa sukienka jak z dawnej zapomnianej epoki, takiej szlachetnej aż nierealnej. Pieknego i slonecznego odpoczynku na koniec tygodnia Ci zycze..

    OdpowiedzUsuń
  19. uwielbiam takie sympatyczne parki i skwery, fajnie gdy są gdzieś w centrum miasta i z łatwością można się tam przenieść by 'złapać oddech' :)

    OdpowiedzUsuń
  20. Bardzo interesujaca propozycja bloga, felieton budzi piękne wspomnienia.Postanowiłam śledzić te przemyślenia i zapiski.Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  21. Taki park w środku wielkiego miasta to raj dla ciała i duszy .Dzięki za kolejny odcinek wędrówki po Brukseli. Fajny chłopczyk który nie chciał dorosnąć i fajna dziewczna koło niego .Też nieraz jesteśmy jak ten belgijski chlopczyk.....Miłej niedzieli Aguś.

    OdpowiedzUsuń
  22. You look great my dear!

    love all about this look



    kisses,
    Silvia


    http://rock-and-roses.blogspot.ro/

    OdpowiedzUsuń
  23. Bardzo ciekawie napisane, smutne trochę ale park piękny...pozdrawiam...

    OdpowiedzUsuń
  24. Aguś Jesteś jak cudowny przewodnik :)Wszystko dokładnie opowiadasz, czytając człowiek idzie po prostu obok Ciebie, siedzi i je tę sałatkę, popija wodą i przechadza po parku, zwiedza cudowne zakątki:)

    Tak my Polacy jesteśmy otwarci, może za bardzo dlatego często z tego właśnie powodu niejednokrotnie się rozczarowujemy i doznajemy olśnienia jak jest po obiedzie ..hi:*Powinniśmy brac przykład z Belgów, nie zaznalibyśmy tylu rozczarowań i nie przeżywali rozterek emocjonalnych ...tak właśnie;)

    Pozdrawiam serdecznie :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak Beti, z pewnością byloby prosćiej zyć, bez wielkich zobowiązań, bez oczekiwań i zranień. My Polacy celujemy w naszym "romantyźmie", sciskam :)

      Usuń
  25. Człowiek strasznie się wciąga w te opowiadania niczym w książkę:) Podoba mi się!:)

    OdpowiedzUsuń
  26. Uwielbiam Piotrusia Pana i myślę, że w każdym parku na całym świecie mógłby stać taki piękny pomnik jako akt solidarności wszystkich dzieci na całym świecie :)

    OdpowiedzUsuń
  27. och jak zawsze piękne zdjęcia i słowa; )

    OdpowiedzUsuń
  28. Uwielbiam czytać Twoje sprawozdania-takie wciągające....Mam za granicą bliskich wiec takie wiasdomości sa dla mnie bardzo ważne.Pozdrawiam serdecznie,Krystyna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. cieszę się, że możesz coś zaczerpnąć ciekawego w moim kąciku :)Pozdrawiam!

      Usuń
  29. Cześć kochana Agnieszko! Pięknie napisane, za każdym razem, gdy Cię "odwiedzam" czuję się tak, jak bym czytała świetną powieść i nagle muszę przerwać, bo ktoś dzwoni do drzwi, a gdy wracam wątek się rozpływa i cdn. :-) ! Masz niesamowity dar snucia opowieści, używasz pięknej polszczyzny, a emigracja nie zubożyła Twojego języka (w przeciwieństwie do mojej siostry, która ma problemy z wysławianiem się po 8 latach spędzonych za granicą). Ja również cieszę się niezmiernie, że się poznałyśmy, póki co - wirtualnie :-) Już kiedyś Ci napisałam, że być może będzie nam dane wypić kiedyś razem kawę :-). Napisałaś, że nie próżnowałam ostatnimi czasy. Wszystko dlatego, że Lucy wciąż mi powtarza, że mam być konsekwentna we wszystkim, co robię. Ustaliłam, że posty będą się pojawiać w środy i soboty - i ma mnie to mobilizować, trzeba ćwiczyć język i silną wolę. Gdyby nie Lucy, zdziadziałabym pewnie! Nawet jak jej nie ma przy mnie, słyszę w myślach co powiedziałaby, gdybym sobie odpuściła. Tak jak dzisiaj, kiedy miałam zbierać się na pilates i mi się nie chciało. Ale poszłam! Ba! Nawet pojechałam, tramwajem, bo mąż zabrał samochód. Lucy jest "lepszą wersją mnie" - albo ja jestem "gorszą wersją Lucy" ;) Naprawdę, mama musi mi wiercić ciągle dziurę w brzuchu, żebym doprowadziła każdą podjętą akcję do końca. Nie jestem leniem, jestem po prostu roztrzepana, chodzę z głową w chmurach i czasami trzeba wylać mi na głowę kubeł zimnej wody. Pytałaś o przeprowadzkę - wszystko idzie w dobrym kierunku, mieszkanie wykańcza mój teść, więc nie mamy się o co martwić! :-) Myślę, że pod koniec marca będziemy mogli się już przeprowadzić. Tymczasem codziennie za czymś jeździmy i bardzo dezorganizuje nam to nasz rytm dnia, ale jest fajnie! W końcu będziemy na swoim :-)! Lucy bardzo Ci dziękuje za miłe słowa, sprawiłaś jej dużo przyjemności... :-) Poza tym to bardzo mocne słowa - "wyobrażenie kobiety idealnej" - to naprawdę wielka pochwała...! Ale się rozpisałam :-) Do usłyszenia, Aguś, czekam na ciąg dalszy!!! Martyna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć, Agnieszko! Pytałaś, jak to się stało, że babcia z dziadkiem zdecydowali się zamieszkać w Bornem, po tylu latach spędzonych w Warszawie. Otóż, gdy babcia przechodziła na emeryturę, a dziadek już nie pracował, oboje postanowili znaleźć sobie miejsce, w którym mogliby spędzić przysłowiową "jesień życia". Początkowo miały to być tylko wypady "na lato" - a powrót na zimę do Warszawy. Tak się stało, że kolega z pracy babci wspomniał o Bornem, mieszkania były tanie, a i okolica ładna: jezioro, lasy, spokój, grzyby - które dziadek uwielbia... Nie przypuszczali, że zamieszkają tam na stałe. Tymczasem minęło ok. 16 lat od moich pierwszych wakacji w Bornem! Dziadek uwielbia ten spokój, ale babcia - dusza nieziemsko towarzyska - się męczy, brakuje jej koleżanek. Jedyna prawdziwa przyjaciółka babci z Bornego, pani Gienia, zmarła kilka lat temu... // O Bornem mogłabym opowiadać godzinami... Nie wiem, czy wiesz, ale Bornego bardzo długo nie było na mapach Polski - stacjonowały tam wojska niemieckie, a później rosyjskie. Dziadkowie mieszkają w byłych koszarach przystosowanych do warunków mieszkalnych. Borne jest moją prywatną Arkadią...// Dziękuję Ci za przemiłe słowa, jesteś kochana, Aga :* I bardzo bardzo wyjątkowa. Ściskam, Martyna

      Usuń
    2. dzięki za zaspokojenie mojej ciekawości:) właśnie tak mnie to zaintrygowało, bo znałam historię tej miejscowości, że nie było jej na mapie i że to piękne miejsce. Pozdrów gorąco babcię i dziadka!

      Usuń
  30. Aga dziękuję za kolejną wycieczkę:) Bardzo zmartwiłaś mnie, że źle się czujesz. Mnie się wydaje, że to pogrypowe. Czasami skutki grypy odczuwa się nawet dwa lata. A Ty jednak przechorowałaś się w święta mocno. Oszczędzaj się i ubieraj ciepło. Ja trzymam kciuki do powrotu do zdrowia całkowitego i szybkiego. Buziaki ślę - Majka:)

    OdpowiedzUsuń
  31. a Ty znowu zwiedzasz same piękne miejsca! jak ja zazdroszczę :)

    OdpowiedzUsuń
  32. oo dziś muszę skrytykować troszkę stylizację,
    - buty zakrywają zgrabne łydki lavioletki i skracają długie nogi, dodałabym tutaj jakieś botki na obcasie, reszta natomiast prezentuje się bardzo ładnie.

    no i kolejna ciekawa podróż po Brukseli, miło tu wpadać :)
    Buziaki

    A.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nobody perfect :) he, he. a dobra krytyka nie jest zla, wezme pod uwage w przyszlosci, choc czasmi bardzo lubie schowac sie w taka otulajaca mnie kiece :)buziaki!

      Usuń
  33. twoje posty wciągają mnie jak książki! Stale mam wrażenie , że Belgia to zaczarowana kraina! A ty tak słodko pozujesz w tej jasnej spódnicy, jak Alicja w Krainie Czarów :D zakończenie smutne, ale daje do myślenia. Podoba mi się twoje określenie "my". Bo "oni", to też "my", "my" moglibyśmy być "nimi". Mam nadzieję, że nie namotałam teraz i rozumiesz o co mi chodzi ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zwróciłas uwagę na to, co bardzo dobitnie chciałam podkreślić :)nie chciałam pokazać, że "oni" są tacy, a "ja" nie. Oni są częścią mnie i całej Polonii. To równie dobrze mogłabym być ja lub ktoś z moich bliskich, pozdrówka :)

      Usuń