piątek, 29 czerwca 2012

Dni,kiedy diabeł schodzi na ziemię Noc Kupały w Zbydniowie.




Noc świętojańska... Najkrótsza noc w roku...
Wicie wianków i rzucanie ich na wodę...
Szukanie kwiatu paproci...
Obrzęd pochodzący z czasów pogańskich. Nigdy do końca Kościół nie wyplenił tej tradycji. Raczej ją zaadoptował ustanawiając Swięto Jana Chrzciciela. Co roku ten dzień wywołuje we mnie dwojakie uczucia. Z jednej strony jest to zapowiedź zbliżających się imienin mego Taty. Ale od kiedy dotknęłam pewnego miejsca, którego mroczna historia łączy się z tą jedyną w swoim rodzaju nocą - zwaną też Nocą Kupały -  nic nie jest już takie same...
Przepraszam was, ze czasami wieje smutkiem, a nawet grozą na moim blogu, ale... takie jest życie - wielobarwne, a ja...
... jestem gospodarzem tego skrawka wirtualnej przestrzeni, i bez poruszania również bolesnych tematów - sprzedawałabym falszywy obraz siebie... A tego nie chcę...

Ten post musiał powstać, bo od dawna jest w mojej głowie i nie daje mi spokoju. Ty jednak masz wciąż wybór. Nie musisz go czytać. Jednym kliknięciem myszki możesz powiosłować w radośniejsze obszary blogosfery. Ja muszę zmierzyć się z tym tematem...


Znacie te dni w historii świata, gdy diabeł nagle schodzi na ziemię? 

Dzieci w Biesłanie, World Trade Center, była Jugosławia, Rwanda, Syberia, Oświęcim.... Pojedyńcza, niespodziewana śmierć za zakrętem drogi w słoneczny dzień... 
Można wymieniać bez końca...

Zazwyczaj tragedię poprzedza spokój, cisza, sielanka. Nic nie zapowiada...

Jak w historii, ktorą chcę wam opowiedzieć.
1943 rok. Wzorcowo prowadzone gospodarstwo, dworek w jednej z małopolskich wsi.
Nadchodzi czerwcowa noc, która niesie ze sobą dziwny niepokój. Jest zbyt cicho.
Pozornie nie ma powodów do obaw. Tej nocy ma się odbyć weselne przyjęcie  w gronie rodziny i najbliższych przyjaciół. Mimo wojennego okresu to radosne wydarzenie. Życie przecież musi się toczyć.
Ale coś nie pozwala się cieszyć...
Po kolacji młodzi wyjezdzają do pobliskiego Sandomierza.
Zostają goście i gospodarze. 
Także dzieci.
Goście grają w brydźa, rozmawiają, degustują. Ale w tej ciszy jest coś, co nie pozwala się cieszyć, wyluzować. Coś co narasta niewidoczne w powietrzu, czai się po kątach, gęstnieje. Strach. Strach nieuchronności zdarzeń.
Tej nocy wszyscy, z wyjątkiem dwóch chłopaków giną zamordowani - w większości w swoich łóżkach.
Dla zestawu filizanek, ktore upatrzył sobie Niemiec, wlaściciel sąsiedniego majątku, a których dumny, polski szlachcic nie chciał mu sprzedać...
Oczywiście, filiżanki były tylko pretekstem do przejęcia majątku. i rozprawieniem się ze szlachcicem, który był podejrzewany o sprzyjanie ruchowi oporu. Słusznie zresztą.
Diabeł zszedł na ziemię i dokonał dzieła.
Niewiele musiał robić.
Zamieszał w umysłach ludzkich. 
I spirala zbrodni się nakręca. 
Jak w Zbydniowie, w majątku Horodynskich, o którym piszę:

"13 października 1943 r. na rozkaz Kierownictwa Dywersji Komendy Głównej Armii Krajowej, do Charzewic przybyła pięcioosobowa grupa Kedywu. Wykonano wyrok śmierci na Martinie Fuldnerze i jego rodzinie. Dwoma członkami grupy byli synowie Horodyńskiego.

W odwecie w dniu 19 października, obok cmentarza w Rozwadowie, Niemcy rozstrzelali 65 osób przywiezionych z Krakowa, Tarnowa, Rzeszowa i Mielca. Następnego dnia rozstrzelali 25 osób przy parkanie charzewickiego dworku (Polskaniezwykla - Obelisk w Charzewicach). Pomordowani w noc Kupały w Zbydniowie pochowani są w zbiorowej mogile na terenie dworskiego parku."


Smierć zebrała żniwo.
Resztę możecie doczytać tutaj:

http://adamchciuk.republika.pl/nkupal5.html

Jest wiele miejsc potwornych zbrodni. Nietaktem byłoby się licytować. To miejsce zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Wyobraziłam sobie delikatność czerwcowego wieczoru, radosne podniecenie, przyjemność odmierzania wspólnych chwil z kuzynami, ktorzy przybyli na ten dzień z różnych zakątków okupowanego kraju, dzieci bawiące się w chowanego w zakamarkach wielkich pokoi...

I myslę wtedy : błogosławiona niech będzie zwykła codziennosc, oby zawsze była - dla naszych dzieci i bliskich, nawet nudna, ale jednak bezpieczna....

Oby zawsze najwiekszym problemem były pryszcze na nosie i zbędne kilogramy...
Oby zawsze noc kończyla się bezpiecznym powitaniem ranka...
.

Żyć trzeba radośnie i w zgodzie ze swoim potencjałem. Trzeba
oczekiwać i dążyć do najlepszego, jednocześnie akceptując to, co
w swoim rozumieniu świata uważamy za tragiczne i niesprawiedliwe.
Trzeba szukać, prosić, pukać i cieszyć się, gdy wreszcie uzyskamy
to, do czego dążyliśmy.

    - Iwona Majewska Opiełka Akademia Sukcesu -
    - http://pozytywnemysli.pl/0/akademiasukcesu_6613/ -

chociaz z tą akceptacją to się nie zgodzę, pewnych niegodziwości nie da się zaakceptować, serce się buntuje...









niedziela, 24 czerwca 2012

Kapryśna panna



Bruksela jak rozkapryszona panna zalała się deszczem, zatupała szumem wiatru, zaburczała grzmotem porannej burzy i pewnie trzeba będzie wiele wylanych wiader dżdżu, aż do ostatniej kropli żalu by na jej oblicze powrócił radosny promień słońca okraszony lekką mgiełką błękitu. 
Taaak... Pada od rana. Na szczęście wiatr nie jest tak porywczy jak zapowiadano ( do 70 km/h).
Został nam na pocieszenie "spacer" samochodowy i sesja zza szyby auta.



Sterrebek: nasza ulubiona kawiarnia, dają tu pyszna kawę z kieliszkiem likieru i robią pyszne drinki. A poza tym: mozna palić na zadaszonym tarasie, co w oczach mego męża jest wielkim plusem




niżej: na pocieszenie truskawki :)



i reszta fotek z wycieczki :)





Place Flagey

Woluwe/Bruxelles


W symbiozie...



Na koniec poszłam w ślady Pierwszej Damy USA i innych znanych osób i w moim mizernym ogródku założyłam ogródek warzywny, nawet juz mi jakas papryczka wylazła... Dobra moda na kryzysowe czasy i nie tylko :) ładnie, smacznie i zdrowo. Pozdrawiam serdecznie. mam nadzieję, ze dla większości z was to był dobry dzień :)






piątek, 22 czerwca 2012

Worek różności przynoszę :)


Witajcie moje drogie!

Wreszcie piątek. Ten tydzień był dla mnie bardzo długi i zapracowany - tym bardziej się cieszę z weekendu. Może raz uda się pójść wcześniej spać niż o pierwszej nad ranem, jak to ostatnio bywało.

Ale przechodzę do rzeczy. Jedna z naszych koleżanek blogerek zauroczyła mnie pięknymi cytatami o miłości, które zamieściła z okazji pewnej, miłej rocznicy....

http://mala-czarna-style.blogspot.be/2012/06/1606-5-lat-mineo-jak-jeden-dzien.html

Możecie pośpieszyć złożyć jej życzenia. Dla mnie jej szczęście przypomniało starą piosenkę Axel Red, o byciu we dwoje, o uczuciu, o tym, że nie zawsze jest łatwo, ale pomimo to...

Piosenki możecie posłuchać tutaj:





Dla tych, którym obcy jest język francuski, powiem, że śpiewa ona między innymi o tym, że:

jeśli myslisz, że mogę cię opuścić  ze względu na jakiś szczegół, z powodu głupstwa, 
nie bój się, będę potrafiła to odróżnić...

Jeśli przestraszysz się pewnego dnia, że pozwolę Ci odejść

pod koniec lata, w niewłaściwym kierunku

nie bój się, nikt inny nie mógłby

tak łatwo Cię zastąpić...

później są wzruszające słowa o tym, że jest jedynym mężczyzną któremu nie boi się powiedzieć, że jest tym jedynym, z którym chce się zestarzeć...

...I nie zacznij się chować przede mną,
znam cię zbyt dobrze z tego,
znam na pamięć twą twarz, twe pragnienia,
i te zakątki twego ciała, które mówią mi,
że we dwoje wciąż jesteśmy siłą...

I pewnego dnia zechcę mieć z tobą dziecko,
I nie dlatego, że to już ta odpowiednia chwila...
Chcę cię widzieć w nim.
ujrzeć w jego oczach wszystkie twoje drobne wady,
bo ideał nie jest już moim celem...

i tak dalej, i tak dalej... detykuję nutkę wszystkim zakochanym :)

Chciałam wam jescze polecić jeden blog. W ogóle pomyślałam, że czasami będę reklamować blogi innych osób, które są trochę " inne" , nie tylko o modzie. Dziś gorąco polecam wam przeciekawy blog o życiu w Afryce, widziany oczyma siostry zakonnej pracującej z dziećmi. Agata ( siostra Jana Maria) lekkim, zabawnym językiem, bez zbednej górnolotnosci opisuje afrykańskie obrzędy, cały worek ciekawostek, niektóre dla nas Europejczyków szokujące, jak na przykład ten fragment opisujacy obrzed zaslubin. Nieźle się uśmiałam, bo w tamtych stronach największym komplementem jest porównanie wybranki do... krowy!
Podaję malutki fragment, który was może zaciekawi, a po więcej podaję link na dole


Panna młoda musi być poważna i robić smutne miny, by nikt nie posądził ją o to, że cieszy się z utraty dziewictwa. Obrzęd zaślubin pozostał ten sam: narzeczony oplata wybrankę specjalną rośliną, bierze do ust przygotowany na tę okazję mleczny płyn i ... opluwa nim pannę młodą wypowiadając słowa przyrzeczenia. Od tej pory żona jest jego własnością. 


http://szkolawkibeho.blogspot.be/2012/06/do-czego-w-noc-poslubna-przyda-sie.html?showComment=1340313342197#c3709211278233414379
















wtorek, 19 czerwca 2012

Szybki strój biurowy


Pamiętacie sukienkę z poprzedniego posta? No właśnie! Chcę do niej na chwilę powrócić. To jeden z tych fatałaszków, który jak sezonowa dekoracja- ulega zmianie za pomocą kilku szybkich, prostych dodatków.

Poniedziałek zaczął się przesympatycznie. Poranną burzą. Słuchałam pomruków piorunów i szumu deszczu, wdychałam powietrze przesączone ozonem... piłam kawę siedząc przy kuchennym stole w piżamie patrząc przez okno. Laptop stał juz "odpalony" czekając cierpliwie, aż wykrzeszę z siebie odrobinę entuzjazmu do pracy w poniedziałkowy poranek. Pozwoliłam sobie - z okazji teleworkingu na chwilę zupełnego luzu - włosy zebrane niedbale gumką, brak makijażu i magiczny zapach kawy, który ma swój czar tylko rankiem ... Chwilo trwaj!

Aż tu nagle! Natychmiast trzeba jechać do biura, nadzwyczajne zebranie pracowników w trybie natychmiastowym z powodu zmian personalnych - niezapowiedzianych - na najwyższym stopniu. Pragnę dodać, że na tym poziomie zmiany zazwyczaj są nieprzewidziane i brzemienne w skutki....

I co wtedy robię?
Szybko myję włosy i zamieniam moja wczorajszą zwiewną sukienkę na strój biurowy. Nadaję jej powagi czarną marynarką z Promodu, której praktycznie w "normalnych" okolicznościach nie noszę. I jestem gotowa do pracy, choc jeszcze włosy nie wyschły do końca. A wygladam tak:






Czy też tak macie czasami? Siedzicie w jakichś bardzo poważnych okolicznościach, absolutnie niedopuszczalne jest okazanie nudy, która bezlitośnie zżera was od środka. A jakiś chochlik w waszej glowie zamiast skupiać się na wywodzie waszego interlocutora, analizuje ilość guzików w jego marynarce, albo kolor lakieru na paznokciach - jeśli jest to kobieta. 

Tak właśnie miałam tego popołudnia. Z pokerową miną uważnego, zorientowanego w wywodzie słuchacza, analizowałam sylwetkę naszej pani dyrektor z USA, zastanawiając się jakiej farby do włosów używa, i myślą błądziłam po waszych blogach. Nie, żebym nie lubiła swojej pracy. Wręcz przeciwnie, uwielbiam ją1 Nie cierpię tylko oficjałek, dyplomacji biurowej, całej tej oprawy i blichtru. Pewnie gdybym była celebrytką - jak nie jestem - ciężko byloby mnie uświadczyć na salonach. Cenię sobie polskie i zagraniczne gwiady, które nie mają za wszelką cenę " parcia na szkło". Ale odbiegłam od tematu. Dodam tylko gwoli usprawiedliwienia, że nie zawsze jestem taka nieuważna i rozkojarzona. Może przez to, że zostałam tak brutalnie wyrwana z domowego zacisza, w sumie nie wiadomo po co, bo po standartowym korporacyjnym bla, bla, bla, wymianie grzecznościowych uśmiechów, uściskach dłoni, przedstawieniem nowego szefa: " Umarł król! Niech żyje król!", i indoktrynacjyjnej przemowie o tym, jaka to świetlana przyszłość czeka Europę, daj Boże, rozjechaliśmy się do domu - to znaczy ci, którzy z niego przyjechali.

Buźka wszystkim! Jutro już środa :)


niedziela, 17 czerwca 2012

Trochę o wszystkim - takie niedzielne ględzenie...

Bóg stworzył kobietę i przyodział ją w sukienkę.
Tak - kocham sukienki!



Dlaczego sukienka? – zapytacie. Ponieważ jest genialna w swojej prostocie. Jeden kawałek materiału, który "robi" całość. To moja najbardziej ulubiona część garderoby. Królowa ubrań w mojej szafie. Dyplomatka mody: ukrywa to co trzeba ukryć ( w moim przypadku zaokrąglenia tu i ówdzie demaskujące miłość do jeżyków, princess tudzież prince polo), eksponuje to co warto pokazać! Może zachwycać różnorodnością stylów: do pracy, na randkę, na kawę z koleżanką....



Namiętnie kupuję sukienki, niektóre czekają jeszcze na premierę w czeluściach mojej garderoby, nieliczne odesłałam w niebyt piwniczny, by w chwili skruchy przywrócić je do łask, jeszcze inne poszły w ręce młodszych, zgrabniejszych, szczuplejszych... Moich siostrzenic. Bo ciuch – jak pieniądz – lubi krążyć! I sprawiać przyjemność.

Potrafię kupić sukienkę dla samej jej urody, wiedząc, że nigdy jej nie włożę - sztuka dla sztuki!
Wieszam na wieszaku na drzwiach szafy i napawam się jej urokiem. Późmiej moje siostrzenice robią z niej użytek.

Na szczęście stosunkowo rzadko chodze po centrach handlowych, chociaż moja siostra pewnie pokiwałaby głową i powiedziała, że „stosunkowo rzadko” jest pojęciem względnym. I nie jestem całkowicie pozbawiona zmysłu samozachowawczego, nie jestem zakupoliczką, choć na to momentami wskazywałby mój tekst. Bywają naprawdę długie okresy, gdy omijam sklepy dużym łukiem, po prostu są dni, gdy nie chce mi się grzebać w szmatach.
To musi być odpowiedni moment, stan ducha i umysłu.


Wszystkie rzeczy, które mam na sobie - z wyjątkiem butów, pochodzą z second handów.
A są to:
sukienka - Zara,
sweterek - Mer du Nord,
torebka - Esprit
Sukienka jest przeźroczysta, włożyłam pod nią drugą warstwę. Jest to, jak kto woli, bawełniana, haftowana halka, lub biała letnia spódniczka, którą mozna samodzielnie nosić, jako, że moda bieliźniana jest w łaskach. Czasami trudno rozpoznać czy to jescze koszulka nocna czy już zwiewna, seksowna sukienka.









Lawenda, to moja ukochana roślina. Mam do niej sentyment od... zawsze! Dziwne, być może nie wiedziałam jeszcze jak wygląda, a na dźwiek jej nazwy już zapalały mi sie iskierki w oczach. Tak jak miłość do niektórych regionów Francji, które znam tylko ze zdjęć, reportarzy, opowiadań...
Lawenda lubi towarzystwo róż, odstrasza owady, koi umysł, wprowadza dobre fluidy. Jest niewymagająca i wytrwała, krucha i zarazem silna. Jak kobieta...


Dzień minął nam dziś spokojnie, leniwie powiedziałabym. Pierwszy - bez deszczu! A to już jest coś! Zawstydzona trochę swoją opieszałością i dopingiem blogerek zrobiłam następne podejście do Magritte`a. Znów mi się nie udało, ale spóźniłam się tylko nieznacznie. Następnym razem uda mi się wejść do środka. Za to prezentuję kilka fotek, które tam zrobiłam. Sprawdziłam: pokonanie kilkunastu kilometrów - dystans: dom - muzeum, zajmuje mi autostradą dokładnie dziesięć minut. Oczywiście, jeśli nie ma korków. To tak na marginesie.



Zdjęcia pochodzą z okolic Pałacu Królewskiego ( tego, w którym król pracuje, a nie mieszka). Powyżej: rzeźba przy Muzeum Królewskim. Poniżej: jedno z ministerstw.





 Fragment Pałacu Królewskiego


 Ach ten Magritte...




Jedno z dzieł secesji: Budynek " Old England", kiedyś wielki dom towarowy, obecnie - Muzeum Instrumentów

poniedziałek, 11 czerwca 2012

Magritte mnie jednak nie lubi!

                                 Ostende
Witam kochani,
Nie bez powodu dziś u mnie na pierwszym planie znajduje się ślimak. Symbolizuje całą moją opieszałość z jaką od 2009 ( aż wstyd się przyznać!) nie mogę zwiedzić pewnego muzeum- w dodatku- nie tak daleko ode mnie- w samym sercu Brukseli. I nie mogę zwalać winy na czynniki zewnętrzne, bo wszystko aż zachęca do przekroczenia progów świątyni kultury. Dojazd idealny, miejsca parkingowego wbród, w środy - otwarte do późna. Chyba po prostu René Magritte, bo o nim mowa- mnie nie lubi...

Oczywiście jest w tym trochę mojej winy, muszę sie przyznać, że nie jestem milośniczka surrealizmu, którego jest jednym z największych przedstawicieli. Ale są przynajmniej dwa powody ku temu by zapoznać się bliżej z jego twórczością:
po pierwsze- jak wspomniałam jest jednym z najwiekszych surrealistów na świecie i przedstawicielem kraju, w którym mieszkam;
po wtóre- muzeum poświęcone jego twórczości jest ponoć szczytem nowoczesnosci. Jego otwarcie odbiło się głębokim echem w kulturalnych kręgach.

Ale ilekroć zebrałam się w sobie by tam dotrzeć, dziwnym trafem był... poniedziałek, czyli martwy muzealnie dzień, innym razem, zajechałam punkt szósta- powitały mnie zatrzaskiwane z głuchym trzaskiem muzealne wrota, jeszcze innym... ech! Straciłam nadzieję!


   Poland: Anusin


    Ostende