sobota, 27 czerwca 2015

Koci bar. Le chat touille, premier bar à chat de Bruxelles.

Nie, nie, nie... Żadnych kotów! - zaprotestowałam - Akurat z kotami nie mam najlepszych doświadczeń.
- Pani Agnieszko - uśmiechnęła się dobrotliwie pani agentka od ubezpieczeń.
Wpuści Pani kota za próg i  już...Pani serce sprzedane! 
Jeszcze parę lat temu powtarzałam Pani słowa, byłam taka "wojująca z kotami",
dziś wojuję ze stereotypami, i sama się sobie dziwię, że tak "skociałam".



Hmmm, może coś w tym jest. W końcu ja z kolei sama mocno zeszłam na psy i bardzo sobie to chwalę...

To było wiele lat temu: Jako młoda dziewczyna znosiłam do domu różne kocięta by je udomowić. 

O ile z psami nigdy nie było problemu, z kotami szło jak po grudzie! 

Potłuczone szkło, zniszczone kanapy, rany drapane na całym ciele, w końcu i tak kocie dzikuski nie doceniając mego gestu, dokonawszy wszelkiego rodzaju zniszczeń noszalancko szły gdzie ich oczy poniosą. Widać nie były mi pisane, ani ja im.


Lata dziewięciesiąte. Bruksela. Rozglądam się za jakąś robotą by było na przeżycie. Telefon jeden, drugi, dziesiąty. Trafiam na Niemkę szukającą kogoś do pomocy w domu. Kogoś, kto LUBI KOTY. Okey! Można powiedzieć, że uwielbiam  koty! Ileż ona może ich mieć, zastanawiam się jadąc pod wskazany adres.

Piękna secesyjna kamienica w sąsiedztwie Unii Europejskiej. 

Wchodzę do środka. Tutaj też wszystko z rozmachem typowym dla bogatych burżuazyjnych domów z początku XX wieku. 

I koty. Dziesiątki kotów. Naliczyłam ponad sto... Są wszędzie! W piwnicy w klatkach, w łazience, sypialni, kuchni, na strychu. 

Obłażą mnie! 
Do tego kociego kramu jest jeszcze babka z zaawansowanym Alzheimerem, patrząca na mnie podejrzliwie i nucąca pod nosem marszowe piosenki rodem z Hitlerjugend. Ożywia sie na wspomnienie Polski i klepie mnie dobrotliwie po plecach, a mnie dreszcz przechodzi. Pod nogami plączą się dwa psy: jeden niewidomy, a drugi kulawy. Nad uchem skrzeczy ogromna, gadająca papuga... BŁAGAM, POZWÓLCIE MI SIĘ PRZEBUDZIĆ! PRAWDA, ŻE MI SIĘ TO WSZYSTKO ŚNI??? 

Idę tam jeszcze raz, chcąc się przekonać czy rzeczywiście był to tylko senny koszmar, bo sama sobie nie dowierzam. Ale koty nie znikają. Za trzecim razem uciekam spłoszona.
Sorry! Aż tak bardzo to ja ja jednak kotów nie lubię...


Wracam do Polski. Pewnego dnia znajduję na wycieracze małego koteczka. Miałczy przeraźliwie z głodu. No przecież nie jestem potworem. Wpuszczę i tylko dam mleczka, a później niech idzie swoja drogą. Koteczek wypił zachłannie miseczkę mleczka, mrucząc obszedł wszystkie kąty i nie zważając na mnie ułożył się w fotelu w salonie. I... zasnął. 

Uświadomiłam sobie, że właśnie spełniła się przepowiednia pani agentki od ubezpieczeń. 

Ieva i Leo

Później jeszcze kilkakrotnie znajdowałam koteczki na wycieraczce. Mama denerwowała się, że specjalnie ludzie podrzucają, bo zorientowali się, że mieszka tam taka głupia "co kochają ja wszystkie koty i psy". 

Gdy latem wyjeżdżaliśmy na wieś i musiałam czasem po coś skoczyć do domu do miasta, mój mąż mnie prosił:"Tylko błagam nie wracaj z żadnym kotem, czy psem".


Bruksela. Przebranżowiłam się. Zeszłam na psy. 

Nie mogę mieć już kotów, bo występuje konflikt interesów, zwłaszcza Kajtka, który jako bezdomny nieustannie był w stanie wojny z miejscowymi kotami. Niech dożywa spokojnej starości bez stresu. Ale koty nadal lubię - u kogoś. 

Ostatnio jak grzyby po deszczu wyrastają "kocie kawiarnie". Ma ją Paryż, Nika pisała u siebie, ma ponoć Kraków. My odkryliśmy z przyjaciółmi pierwszy brukselski bar z kotami niedaleko naszej pracy. W dodatku bar prowadzony przez miłą, młodą Polkę! Bardzo sympatyczne miejsce. 


Ale naprawdę trzeba kochać zwierzaki, by lubić takie miejsca. W przeciwnym razie - nawet się tam nie wybieraj! 


My nie mamy z tym problemu. Moi przyjaciele, mimo, że sami nie mają w domu zwierząt z różnych względów, spędzili tam ze mną urocze popołudnie. Aż nie chciało się wracać do roboty! No i zawsze jest tam jakiś kot do adopcji. To tak na marginesie, jeśliby ktoś zatęsknił za mruczącym przyjacielem. 


Ieva i Leo





Właścicielka, pani Monika, z pasją opowiada o swoich kotach i robi pyszną kawę. 



Leo: Też jestem takim małym, bezdomnym kotkiem do adopcji. Kto się mna zaopiekuje? :) 



sobota, 20 czerwca 2015

Szafa wędrowna.




O tej szafie miałam już kiedyś napisać. Wlecze się za mną przeż życie jak mój wyprawny bagaż. Zmienia się jej zawartość, jak zmieniają się priorytety czy upodobania. Czego ona już w sobie nie przechowywała! Była garderobą, szafą na pościel, moim skarbcem błyskotek i innych dupereli, biurem, meblem łazienkowym, kuchennym kredensem ze słoikami pełnymi kasz, mąk i... łakoci. 

Wiele ról pierwszoplanowych odegrała w swoim życiu. Ostatnio wyszlachetniała. Osiadła, przestała sie włóczyć po świecie. Z dumą gości na półkach szlachetną porcelanę i podszywający się pod nią kolorowy fajans. Moja Pani Szafa.



Należała kiedyś do kogoś, kogo nie ma już wśród żywych. Mając świadomość odchodzenia człowiek ten rozprzedawał swoje meble, za grosze, lecz uważnie, nie byle komu. Miały żyć dalej i być kochane, tak jak on je kochał. Miały dalej obrastać wspomnieniami, ale już nie jego... Ze spokojem patrzył jak ludzie oglądają jego meble. Temu dorzucił krzesła w gratisie, tamtemu pamiątkowy obraz. Tam gdzie szedł, nie potrzebował już swego wyprawnego bagażu. Innemu nic nie sprzedał, bo mu oczy kupującego się nie spodobały, nie widział w nich umiłowania dla drewnianych prostych mebli.




Szafa - mój symboliczny bagaż wyprawny. 

Ale tak naprawdę bagażem wyprawnym jest nasze dzieciństwo. Różnie ciężkie są nasze podróżne walizki, bo doświadczamy po drodze twardego lądu pod stopami i kołyszącego morza. 

I nie ma na to reguły, że to tylko dzieciństwo warunkuje naszą przyszłość. Za łatwo by było się z tego wytłumaczyć. Najprościej jest mieć na coś lub na kogoś zwalić. 
No way!

To przecież my dźwigamy ten bagaż i w dużej mierze oprócz genów, środowiska OD NAS samych zależy JAK go poniesiemy i CO z nim zrobimy. 

Co ja robię ze swoim?

Czerpię z dobrych wspomnień i doświadczeń. Są moja siłą.
Złe - spróbowałam nazwać po imieniu i po prostu się im przyjrzeć. I zaakceptować fakt, ze tak w życiu bywa, ale nie daje mi to taryfy ulgowej na moje dorosłe życie, by narzekać, czy usprawiedliwiać na przykład swoje lenistwo. :) 
Musiałam nieźle pogrzebać w mojej szafie. Niektóre rzeczy były sprawnie poutykane głęboko w jej czeluściach - mojej podświadomości.  


Dopóki tego nie zrobisz żadne psychologiczne zabiegi czy magiczne rytuały nie pomogą, gdy tam na dnie jest ciągle bałagan. Zajrzyjcie do blogerki o imieniu Gaja na jej Plantację Pozytywnych Myśli. Podaje garść praktycznych informacji jak radzić sobie ze swoimi bagażami, gdy są za ciężkie. Bardzo konkretne i trafione rady.

Jak się zrobi remanent w swoich podróżnych walizkach, lżej bedzie patrzeć w przyszłość. Wszak przed nami jeszcze kawał dobrej drogi! Ja zrobiłam, naprawdę jest jaśniej i lżej się idzie :) 

wtorek, 16 czerwca 2015

"Oczy szeroko zamknięte" i Zorganizowana grupa Przestępcza w moim domu.



Takie piękne, spokojne mieliśmy kiedyś życie. Dopóki bezwzględny prowodyr nie zamieszkał pod naszym dachem. Chwila słabości kosztuje nas utratę świętego spokoju. Cudne oczęta proszące o zaopiekowanie się omotały nas na naszą zgubę.  Nie dajcie się nabrać na piękne oczy! Młody, uroczy, nieprzewidywalny, brawurowy. Słodki drań! 

Czy ktoś mi wytłumaczy dlaczego kobiety lubią takich słodkich drani? 

Tosiek szturmem podbił moje serce!
Teraz w dodatku zorganizowały się i spędzają nam sen z powiek. Dosłownie.
W psiej bandzie nadzwyczaj szybko przejął wiodącą rolę . Nieraz jeszcze słucha starych i szanuje (od czasu do czasu), ale to raczej w ramach zdobywania cennych mafijnych doświadczeń. Coś jak przygotowanie rekruta zanim zacznie wymuszać haracze. Antonio korzysta z chytrości Tuni i brawury Kajtka. Bystry uczeń. Już w niektórych kwestiach przewyższył mistrzów. Jest nagradzany mruczącą aprobatą starszyzny. 



W piątek rano na moment straciłam czujność. Pobiegłam po telefon do sypialni. Gdy wróciłam na dół, karty kanapki zostały rozdane. Tosiek zdjął ze stołu przygotowany nam ludziom prowiant, poczęstował stare psy (jako że mają niskie podwozia , to nie sięgają stołu) a sam ... stworzony do bardziej atrakcyjnych zajęć, zajął się, o zgrozo, moim, następnym butem (trzecia para - wybiera najbardziej przeze mnie ulubione). W ostatniej chwili udało mi się go dopaść koło garażu i wyrwać mego cennego chodaka z paszczy złoczyńcy.

Naprawdę, wybryki Tosia nas przerastają. Nie znieślibyśmy ich, gdyby nie... miłość. A tak: "zamykam szeroko oczy".



Zamykasz szeroko oczy, wybaczasz niedociągnięcia... Odwracanie kota ogonem... 
Bo kochasz... Moi chłopcy strasznie się guzdrzą gdy gdzieś się wybieramy. Zazwyczaj się spóźniamy, niestety... Siedzę i ziewam, siedzę i zerkam na zegarek. Zawsze są zdziwieni, bo to przecież oni na mnie czekają! 

To tylka jedna z wielu codziennych sytuacji. Kiedyś byłaby karczemna awantura, dziś uśmiecham się pod nosem. Przymykam oczy...

Ciężko im się ze mną czasem żyje. Gubię klucze, zmieniam scenariusze, jestem nieraz rozedrgana, histeryczna, niepraktyczna. Kiedyś próbowali mnie zmienić. Dzis z teatralnym westchnieniem przymykają oczy... Bo kochają.

Musisz znać subtelną granicę, do której warto przymknąć oczy. Serce podpowie Ci gdzie ona sie znajduje. Mądrość uczy rezygnacji z drobiazgowości. Nie toleruje pobłażania błędom. Sam będziesz wiedział(a), kiedy warto mieć "oczy szeroko zamknięte".

Wiem, że kiedyś moi bliscy i ja przeminiemy. Moje psy prawdopodobnie przeminą najszybciej z nas, jesli zaufać normalnym procesom natury według zwykłej kolejności zdarzeń. Ogarnia mnie smutek, bo jednemu z nich już zaczęły błękitnieć oczy... Wiem, co to oznacza. Szykuje się powoli do ostatniej drogi... 

A gdy  przyjdzie kres na kres, nie chcę mieć poczucia, że straciłam cenny, wspólny odcinek drogi na rozdzieranie szat na bzdury. Wolę czasem przymknąć oczy i... kochać.  





sobota, 13 czerwca 2015

"Odmów uwagi swoim wrogom"

"Chcąc zniszczyć strach, skoncentruj się na odwadze. Chcąc
zniszczyć niedostatek, skoncentruj się na obfitości. Chcąc
zniszczyć chorobę, skoncentruj się na zdrowiu."
-- Charles F. Haanel
Zanim przejdę do meritum, zacznę od tego, że pogoda jest do d...
Akurat dzisiaj, gdy zaplanowałam ambitnie, że popracuję w ogrodzie. Zaniedbana roślinność wołała na mnie o pomstę do nieba. I pomsta przyszła w postaci szaro-burego nieba i deszczu, nie dającego nadziei na ładny dzień.
Nie powiem, że ogrodowe prace, to jest coś co najbardziej kocham robić. Ale jak już sie odpowiednio nastawię psychicznie, to nawet zaczyna mi się to podobać i dostrzegam zbawienne skutki kontaktu z naturą. Moje braki jako ogrodniczki pokrywam serdecznym stosunkiem do istot żywych, w tym roślin. Z upodobaniem gadam z kwiatami, szepczę im pod płatki, przepraszam za swoją niedoskonałość, za to, że pozwalam im zarastać i czasami skazuję na pragnienie. Nie umizguję się tylko szczerze przepraszam! Często je dotykam, muskam palcami (kto to wymyslił, że nie można dotykać kwiatów, bo nie będą rosły?), gratuluję im potomstwa - nowych pąków i jak nikt nie widzi - całuję listki. Wiem, mam nie po kolei pod czaszką. Może mi nie wierzycie, ale moje zabiegi działają! Moi zieloni przyjaciele wybaczają mi wszystkie zaniedbania, zwłaszcza, że szczerze obiecuję poprawę i tego się trzymam.
No, ale nie o listkach i pąkach miał być dzisiejszy post. Jeszcze tylko się potłumaczę trochę:
Ostatnio zaniedbałam bloga, ale podchodzę do tego ze spokojem, to część rytmu życia: odpływy i przypływy. Czasami trzeba naładować akumulatory i dać od siebie odpocząć innym. Też potrzebowałam odpoczynku od komputera. Jednak wczoraj znów zatęskniłam. Życie bez bloga jest niefajne, więc wracam. I od razu z ważnym tematem.
Wszyscy się czegoś boimy, jedni więcej, inni mniej. Niektórzy prorokują różne "kataklizmy". Mam parę bliskich osób, które w tym celują. Ja sama kiedyś taka byłam. Koszmarna! Wydawało mi się, że jak wiecznie będę mówić o niepowodzeniach, chorobach, przykrościach to będę bardziej przygotowana i mniej zaskoczona gdy przyjdą, a tym samym będzie mniej bolało... 
Ale przecież nie można przewidzieć wszystkiego! Gówniane niespodzianki przychodzą w życiu z najmniej oczekiwanej strony i nie trzymają się nic, a nic twego czarnego scenariusza! Nasza wyobraźnia jest ciągle zbyt uboga, wobec tego co może nam zafundować los!
Z czasem zdałam sobie z tego sprawę. Uzmysłowiłam sobie że wcale mniej nie boli gdy mam w głowie kilka możliwych wersji wydarzeń, a życie w ciągłym strachu jest koszmarem. 
Jeśli boisz się ciemności - to czy znaczy, że ona zniknie? Czy jeśli boisz się choroby i cierpienia, to twój strach będzie miał  magiczną moc oddalenia Cię od niego? Niektórzy panicznie lękają się wojny wiszącej na włosku, końca świata, trzęsienia ziemi. I co, łatwiej im się żyje? Nie. Wręcz przeciwnie. Przyciągasz to o czym myślisz. Co ma być i tak będzie. Przestałam zamartwiać się rzeczami, na które nie mam absolutnie wpływu np.opinią innych, bo tak właściwie: ile ludzi, tyle opinii, a z każdą można dyskutować.
Przestałam zważać na nieżyczliwych, koncentrując się wokół ludzi z dobrą energią. 
Ale chyba do takich wniosków dochodzi się z wiekiem, chociaż nie! Mam bliskich, którzy mimo statecznego wieku, zamartwiają się i katują wyobrażaniem samych smutnych, niedobrych sytuacji. Ja zmieniłam strategię. Koncentruję się wokół przyjaciół, nie tracę energii na walkę z wrogami. Szkoda zdrowia! 
"Walcząc, czyli podejmując wysiłek w celu zniszczenia "przeciwnika", paradoksalnie dodajesz mu siły. 
Walcząc z wrogiem, uzasadniasz jego istnienie. Stwarzasz go we własnej rzeczywistości i przyciągasz do siebie" (Prawo życia w obfitości)
Dlatego myślę "do przodu", koncentruję się na dobrych ludziach, którzy wnoszą coś do mego życia i ja wnoszę do ich. Wyczuwam niedobre klimaty, omijam je szerokim łukiem, do pieniaczy nabrałam obojętnego stosunku, nie drażnią mnie, nie wyprowadzają z równowagi, nie tracę na nich cennej energii, nie pociągną mnie za sobą w bagno pomówień. Wolę swoją siłę spożytkować na inne działania.  Nie można tego się nauczyć od razu. Kiedyś strasznie "przeżywałam", teraz bezwzględnie "olewam". 
Tobie też radzę. Odmów uwagi swoim wrogom, skieruj ją na swoich przyjaciół. Skoncentruj się odważnie wokół celów: dbaj o zdrowie, generuj życzliwość, śmiej się dużo i często, ciesz się z małych rzeczy, nie daj się spłoszyć nieżyczliwym i krytykantom, masz prawo być jakim chcesz być. A to jak Cię postrzegają inni - niech już nie należy do twego biznesu!
O! przejaśniło się! Idę do ogrodu. Panie Róże będą zadowolone z moich odwiedzin. A jutro napiszę o zorganizowanej grupie przestępczej w moim domu. 
Aha, jeśli codziennie skupisz uwagę na tym, czego naprawdę chcesz, na działaniu małymi krokami - tu i teraz - sukces murowany, nawet się nie obejrzysz kiedy! (Dlatego przed wyjściem do ogrodu "machnę" dwadzieścia brzuszków - lato się zbliża)
Lets go! 


niedziela, 7 czerwca 2015

"Kamienie mówić będą."

"Gdy gaśnie pamięć ludzka, kamienie  mówić będą …"



Dziś chcę Was dla odmiany zabrać do niezwykłego parku. Dawno już razem nie spacerowaliśmy. To jedno z tych miejsc w Brukseli, które znam od "zawsze", a które do niedawna było dla mnie wielką niewiadomą, gdyż wcześniej nie przekroczyłam nigdy jego progów. 

Wiecie jak to jest. Wpadasz do hipermarketu tuż po drodze z pracy. Nie opuścisz zieleniaka w dole ulicy, gdzie znajdziesz dosłownie WSZYSTKIE warzywa i owoce świata, a jeśli dziś ich nie ma to ambitna właścicielka Turczynka, sprowadzi je specjalnie dla Ciebie. Ciężko oprzeć się lodziarzowi na rogu, a cukierni de Baere, trochę dalej, opierać się jest absolutnym grzechem! Cotygodniowe pogaduszki w polskim sklepie z Kasią-właścicielką, to już tradycja, ale żeby park.... Na to ciągle brakuje czasu. 
A on sobie stoi, otwarta brama zaprasza.
Ludzie wchodzą i wychodzą.


I nie byłoby nic dziwnego w tym parku, gdyby nie to, że został zbudowany na miejscu cmentarza. Znajduje się w "komunie" (dzielnicy) Woluwe-Saint-Lambert, kiedyś były to obrzeża miasta. Jest to jedna z moich najbardziej ulubionych dzielnic Brukseli, zaraz po przyjeździe do tego kraju, mieszkałam tu trochę, zanim nie przeprowadziłam się dalej, za rogatki miasta w stronę Leuven. Cmentarz rozciągał się na powierzchni trzech hektarów i pełnił swoją rolę od 1897 roku.W 1966 roku dokonano ekshumacji ciał, a w latach 80 powstał tu park z dużą, wyodrębnioną przestrzenią do zabaw dla dzieci. 

Starych płyt nagrobnych użyto jako materiału do budowy chodników. Trochę dziwne uczucie mając pod stopami nazwiska zmarłych. Zauważyłam, że ludzie instynktownie chodzą obrzeżami alejek, a nie ich środkiem, jakby nie chcąc deptać pamięci zmarłych i symboli religijnych. Przeskakują z kamienia na kamień, omijając nagrobne płyty, jakby grali w klasy.






Ziemia długo oddaje to co w sobie pogrzebała. Znajomy Belg opowiadał mi, że jeszcze wiele lat później, dzieci bawiące się w piaskownicy znajdowały ludzkie kości. Za dnia -   ulubione miejsce rodzinnych spacerów, nocą park - stawał się areną wzmożonej przestępczości. Słyszałam, że zdarzały się nawet wypadki smiertelne... Ponoć to już przeszłość i bezpieczeństwo bardzo się poprawiło, czego bynajmniej nie zamierzam testować na własnej skórze.
Opuszczam park z miesznymi uczuciami. W głowie natrętnie kołacze myśl: memento mori... Patrzę na rozbawionych ludzi, rozkoszne dzieciaki i nie mogę oprzeć się wrażeniu przemijalności i kruchości życia. Cóż... Specyfika miejsca...
Zaspokoiłam swoja ciekawość, wiem już co kryje się za bramą z szumiącą fontanną pośrodku. Jednak na miejsce rekreacji preferuję inne brukselskie parki. Właśnie się do jednego z nich wybieram. Miłej niedzieli! 





środa, 3 czerwca 2015

Świat z natury jest dobry, tylko czasem psy buty zżerają.



Psychologowie wymyślili, że ludzie, którzy otaczający nas świat traktują z ufnością i entuzjazmem, czerpią z niego dużo więcej satysfakcji i radości. I ja się chyba z nimi wyjątkowo zgodzę!
Wtedy wszystko idzie lepiej, nie mówię, że jak z płatka. Ale nastawienie sprawia, że nawet poobijane kolana nie bolą. Otrzepujemy ubranie po upadkach, analizujemy, co poszło nie tak i dalej do dzieła!

Kiedyś bałam się odnosić z ufnością do świata, węszyłam wiszące w powietrzu wojny, choroby, swiństwa jakie ludzie moga sobie zrobić. Tyle, że to wcale w życiu nie pomagało. I moje zamartwianie się nie sprawiło, że ludzie przestali się zabijać, chorować, a świnie jak podkładali, tak podkładają.

W końcu dotarło do mnie, że uprzedzanie nieistniejących jeszcze wydarzeń, krakanie, czy podejrzliwość na nic się nie zdadzą.Bo nikt nam nagle nie zaoferuje innego, lepszego świata wolnego od trosk. A skoro nie, to po co trwonić cenny czas na uprzedzenia, czy dywagacje: co by było gdyby? 

Czyż nie prościej jest podejść do życia zadaniowo, z przeświadczeniem, że świat jest z natury dobry, ale nawet w dobrym świecie zdarzają się nieraz mendy czy negatywne doświadczenia. 

Ciężko żyć lekko - jak mawiał mój znajomy. 


Negatywne doświadczenie, pierwsze z brzegu - to takie, że gdy wracam do domu i widze, jak Tosiek zjada już druga parę moich ulubionych butów. A mąż spokojnie patrzy w telewizor. Bo nie jego. Buty nie jego, a nie telewizor. Gdyby Tosiek zabrał się za Gadającą Skrzynkę to reakcja pewnie byłaby natychmiastowa i adekwatna do uszczerbku na plastikowym cielcu! 
Swoja drogą zastanawiam się dlaczego psiak zżera akurat różowe? 

Czasami w tym fajnym świecie, którego jestem fanką zdarzają się mendy, o których pisałam juz poprzednio w którymś poście. Mendy czasem pisza donosy na innych i w taki sposób stają się Anonimami. Anonim brzmi szlachetniej niż menda, bo przecież sam słynny Gall nim był w słusznej sprawie zresztą. 

O instytucji Anonima też pisałam ze dwa lata temu. Donosiciel Anonim, to taka bardziej paskudna odmiana mendy, która bojąc się spojrzeć w oczy po kryjomu, zza węgła oblewa pomyjami uciekając zwrokiem. 
I jeszcze pół biedy gdy chodzi o donosy tego typu, jak się zdarzyło mojej znajomej, gdy pewnego dnia policja zastukała do jej drzwi. Z pewnym zażenowaniem policjant wydukał, że anonim mieli (od sąsiadki, he, he - żeby było jasno), że "Pani...że Pani... pierdzi w kratkę wentylacyjną i sąsiadka usnąć nie może..." - I tu stróż prawa oblał się purpurowym rumieńcem. No, ale z tego to co najwyżej można się pośmiać. 
Gorzej jak ciężejsze działa i do tego zupełnie wyimaginowane wyciągają. 
Jest jedno ale...


Donosiciele zapominają, albo tak są krótkowzroczni, że tak naprawdę to strzelają w swoje własne kolano, bo tchórzy i anonimów nikt nie lubi. Ani opinia publiczna, ani prokuratura, ani policja. Wszyscy nimi gardzą, choć sprawdzić muszą, takie procedury... Ale jak tylko się da - ukręcą hydrze łep. 

A wspominam o tym, bo też mam osobistą "wielbicielkę", która raz na parę lat się uaktywni i rzuci incognito paroma paszkwilami. A że i tak wszyscy wiedzą kto się kryje za tarczą anonima, to po prostu, luzik jak to mówią. 
A piszę to dlatego, żebyście nie przejmowali się takimi ludźmi, kiedy staną na waszej drodze. Każdy z was wie ile jest wart i prawda zawsze sama sie obroni. I niech to nie zmieni waszego pogodnego postrzegania rzeczywistości i kochania ludzi. 


Pamiętajcie! Świat jest z natury dobry, to nie ściema! Ale nawet w dobrym świecie zdarzają się czasem negatywne zdarzenia:) 
Zwykła statystyka - prawdopodbieństwo błędu. 
I niech moc będzie z Wami!
Do soboty!