sobota, 26 kwietnia 2014

Pierworodna



Córka? Tak! Twojej starszej siostry. Poniekąd twoja własna.
Na początku trochę maskotka, na zasadzie: “Coś się dzieje!”. Euforia i zachwyt. To ona jest pierwowzorem miłości do twoich dzieci, które przyjdą na świat wiele lat póżniej.  Na niej uczyłaś się czułości , cierpliwości i choć z pewnym obrzydzeniem, zmieniania pampersów. Kiedyś domki dla Barbie, a teraz maskary do rzęs i "co tam w świecie szmat piszczy" – są waszymi ulubionymi, choć nie najważniejszymi tematami. Czasem trzeba pogadać o życiu i jego meandrach. Dokonać nie zawsze prostych, życiowych wyborów. I nie można jak kiedyś dać klapa w pupę, utulić, czy zapchać wrzeszczącą buzię smoczkiem. By załatwić sprawę. Oto stoi przed tobą dorosła kobieta. I tej kobiecie należy się prawda. Inaczej nigdy nie zagra szczerość i zaufanie między wami. Trudna misja ciotkowania. I nie zawsze wdzięczna. Czy udała się do końca, pokaże życie.  Najważniejsze jest to chyba, że ciągle jesteś na liście jej kontaktów i dostajesz, choc nieregularnie, ale jednak, maile przeplatane uśmiechem i łzami. I że cię nie wywaliła z “fejsbuka” nawet jeśli czasem dasz jej bobu tak,że jest na ciebie wściekła. Twoja, nie zawsze milcząca obecność na dobre i złe. Nagrodzona zaufaniem.  O krok za nią, nawet jeśli to deptanie po piętach nie zawsze jej w smak, a nawet często mocno uwiera. Ale za to, może wylać swoje żale ciotce w rękaw bez sakramentalnego:"a nie mówiłam!" 
Bo chrzestna to taka trochę druga matka, trochę siostra, trochę koleżanka, a kiedy trzeba - głos sumienia lub surowy, bezwzględny krytyk... Ale zawsze... SPRZYMIERZENIEC.






Oprócz nas w obrazie zagrały wszelkie odcienie różu i łososia:
sukienka - Mohito,
bluzka - Top Secret,
spódnica -H&M,
buty - uppps! nie pamiętam...





piątek, 18 kwietnia 2014

Moja nadzieja, że śmierć niczego we mnie nie skończy...

"Od kiedy myślę
Wlecze się za mną
Tak jak list gończy
Moja nadzieja
Że śmierć niczego
We mnie nie skończy"




A kwintesencją tej nadziei jest dla mnie właśnie Wielkanoc i dni ją poprzedzające. 
Moja nadzieja/wiara wykracza poza światopogląd, kulturę, szerokość geograficzną. Bez względu na to, gdzie bym się urodziła, kim bym nie była, istniałaby we mnie świadomość istnienia Jego. Bo przyszłam na świat z genem wiary. Moi niewierzący przyjaciele nazywają to naiwnością. Ja nazywam to - pogodnym zaufaniem i pewnością. 

Mawiają, że świat zachodni zabił Boga konsumpcjonizmem, łatwością dostępu. Ale ja paradoksalnie najgłośniej słyszę Jego głos w pustych nawach osamotnionych kościołów. Mówi do mnie tak wyraźnie. Nie zagłusza go blichtr, wrzawa, pycha - również tych, którzy powołani są do głoszenia prawdy o Nim.  Znajduję Go też w każdym napotkanym człowieku.




W te dni życzę wam spokoju i radosnego zaufania. Do Niego, do bliskich, do Was samych, do... szeroko pojętego Człowieka. By Człowiek zawsze w nas zwyciężał. Pomimo... Bo w dużej mierze, o to chyba właśnie chodzi. 

Ja w tym tygodniu zwanym Wielkim otrzymałam miłą, niezmiernie miłą niespodziankę. Która bardzo mnie wzruszyła... Naprawdę mam niezasłużone szczęście do ludzkiej życzliwości.  Sprawczynią tej niespodzianki jest Basia, autorka bloga Pięć pór roku





Obraz wisi już na ścianie w moim "duchowym" kąciku...



...a strofami wierszy  wielkopostnie karmię duszę. Najpiekniejsze rekolekcje! Dziękuję Basiu!





Jest jeszcze jedna 'książka" po którą sięgam. Za rzadko. Ale jej obecność na moim stole daje mi poczucie bezpieczeństwa. Ta wyjątkowa "książka" towarzyszy mi przez całe moje życie.


"Będziesz Biblię nieustannie czytał. Będziesz ją kochał więcej niż rodziców. Więcej niż mnie... Nigdy się z nią nie rozstaniesz... A gdy się zestarzejesz, dojdziesz do przekonania, że wszystkie książki, które przeczytałeś, są tylko nieudolnym komentarzem do tej jedynej Księgi" (Krąg biblijny, s. 9). Roman Brandstaetter
http://mateusz.pl/duchowosc/pb/jak-pb-01.htm





Pozdrowienia z mego miejsca na Ziemi, gdzie odnajduję nieustannie od lat Prawdę o sobie... Siemiatycze. Spokojnych, radosnych Świąt...


P.S. Jeszcze uwaga natury technicznej. Od dzisiaj chwilowo ograniczam częstotliwość blogowania do jednego posta na tydzień. Nie jest to bynajmniej spowodowane brakiem pomysłów (wręcz przeciwnie, te, aż kipią w mojej glowie), ale tym, że dzień jest dłuższy i więcej czasu spędzam aktywnie. Poza tym nie nadążam z odpisywaniem wam i odwiedzaniem waszych blogów. Do częstszego blogowania powrócę w długie, jesienno-zimowe wieczory... :)


środa, 16 kwietnia 2014

"Mój cień jest kobietą"



"Mój cień jest kobietą
odkryłam to na ścianie
on się uśmiechał falistością linii
i ptak bioder o zwiniętych skrzydłach
na gałęzi uśmiechu śpiewał"
Halina Poświatowska


Chyba nie ma cienia wątpliwości, o czym jest mój dzisiejszy post. I nie jest to post o prasowanym cieniu do powiek, ale o naszym wiernym towarzyszu. Twoje "alter ego", ciemna strona twojej osobowości, zepchnieta w podświadomość, "zamieciona pod dywan" konwenansów. Może jest jedyną, niezakłamaną, niewykreowaną cząstką nas? 
Cień to niedomówienie, mrok, lęk. Ale czasem bezpieczne schronienie. Mój azyl i wytchnienie. Osobiste, cierniste ścieżki mojej duszy, a nie ekspresowe autostrady na skróty do nieba. Moja prawda o mnie samej. Niektórzy boją się własnego cienia. Ja swój biorę dziś pod rękę, bo myślę, że skoro jest, to chyba dobrze? Znaczy, że ciągle istnieję... 


"Mój cień jak błazen za królową.
Kiedy królowa z krzesła wstanie,
błazen nastroszy się na ścianie
i stuknie w sufit głupią głową."
Wisława Szymborska

a czasami wlecze się za nami obcy cień. Pół biedy, gdy należy do osobistego męża... :)


"Szczęście nie jest kolorowym motylem, za którym musisz pobiec, jeśli chcesz go złapać.
Szczęście jest jak cień: podąża za Tobą nawet wtedy, gdy o nim nie myślisz."
Phil Bosmans
Oby szczęście zawsze podążało twoim śladem. I twoim, każdego z was drodzy czytelnicy. Niech wam nie przestaje deptać po piętach. Jak... cień. :)

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Bo ciebie nie można na chwilę spuścić z oka...




Moi kochani. 
Gdy jestem w drodze, posty docierają do was z opóźnieniem... Ale docierają zawsze... Nie giną w akcji, jak czasami ich autorka...
Ten post jest właśnie z serii tych podróżnych. Opisujących wstecz...



Gdy nie wiemy, gdzie pojechać w wolne, niedzielne popołudnie, jedziemy przed siebie. Sprawia nam niebywałą frajdę odkrywanie nowych miejsc mimochodem. Rzadko kiedy się zdarza, że nie odkryjemy czegoś, lub nie spotkamy kogoś interesującego. Tej niedzieli też zdaliśmy się na ślepy los, który zaprowadził nas pod pewien kościółek niedaleko Wavre. Przyciągnęła naszą uwagę widoczna z autostrady wieża wśród drzew. Z bliska okazało się, że jest to cały zespół klasztorny z ciekawym parczkiem ze stacjami drogi krzyżowej, szkołą i cudownym obrazem Matki Boskiej. Rozleźliśmy się, choć może bardziej obrazowo brzmiałoby: rozsnuliśmy się, każdy w swoją stronę. Bo nie lubimy deptać sobie po piętach. Nie stanowimy papużek nierozłączek, umieramy w ciasnocie, ale oczywiście jesteśmy ze sobą na odległość wzroku lub głosu.



Podczas gdy mąż zwiedzał kościół, ja udałam się do parczku. Późniejsza relacja mego męża brzmiała tak:

"Wychodzę z kościółka, nigdzie jej nie ma. Zaglądam tu, zaglądam tam. Nic z tego. Zniknęła. Nagle słyszę gdzieś daleko jakby znajomy głos, ktoś nadaje... Ale jak! Na jednym wydechu! Słowa wylatujące z szybkością serii z karabinu maszynowego, przerywane tylko od czasu do czasu innymi głosami. Niewątpliwie potok słów należy do mojej małżonki, ale z kim ona u licha tak deliberuje, skoro nie widziałem tu oprócz nas żywego ducha. Idę za głosem. Zaglądam przez chaszcze. A jakże, prawie spodziewałem się takiego widoku! Moja małżonka otoczona wianuszkiem zasłuchanych emerytów z psami, coś tam im opowiada... Po chwili oni jej coś nadają. Wybuchy śmiechu. Serdeczne pogawędki. Jakby się od lat znali! Nie chcąc przerywać im tej miłej konwersacji wycofałem sie do samochodu i przez następne czterdzieści minut czytałem książkę. Na chwilę jej z oczu spóścić nie można!"


To samo mówi syn, gdy nie daj Boże uda się ze mną na zakupy do sklepu i koleżanki. Notorycznie przepadam w akcji. Ale co ja na to poradzę, że przyciągam niezwykle interesujących ludzi... Na każdym kroku... I dlatego jestem tak bardzo zakochana w życiu! Że już bardziej nie sposób!











niedziela, 6 kwietnia 2014

Église Saints-Jean-et-Étienne-aux-Minimes



Są niedziele, kiedy nie ma co ze sobą zrobić. Ale przecież jest Marolles, Plac Sablon i kościółek na Rue des Minimes. Można "powałęsać" się uliczkami à la warszawska Praga, połazić po targu z antykami, pozwiedzać liczne galerie, te stare i nowoczesne. Ale najbardziej lubię "zabłądzić" do kościółka świętego Jana i Etienna. O 10.30 można tam posłuchać kantat Jana Sebastiana Bacha wykonywanych przez artystów z całej Europy. Można wejść tylko na trochę, zasłuchać się na dłużej, bądź też przyjść specjalnie na cały koncert od początku do końca. Słuchają skupieni różni ludzie rożnych narodowości, stanów czy stopnia zamożności. Elegancka dama w wielkim kapeluszu, a obok niej podchmielony meloman z wymiętą reklamówka z Carrefoura. W przedsionku zwarty tłum 
żebraków. Gdy milkną ostatnie akordy i cichną brawa, oni ruszają szturmem na kościół z wyciagnietymi puszkami. Przepychają się przez siebie. Lecz koncerty są za darmo. Po koncercie idę obowiązkowo na  późne śniadanie do pobliskiej piekarnio-cukierni. 
Kościół, o którym mówię pochodzi z XVII wieku. Posiada wspaniałą akustykę, jak w sali koncertowej. Ale o jego wyjątkowości stanowi jeszcze coś innego. To jedyny kościół w Brukseli, który mimo, że przechodził z rąk do rąk podczas burzliwych dziejów historii, dzięki determinacji swoich wiernych i proboszcza ocalił swoją niezależność i obronił się nawet przed rewolucjonistami francuskimi. Chociaż był już nawet moment gdy zamieniono go na fabrykę papierosów "za karę" dla niepokornych parafian. Ich determinacja została w końcu doceniona do tego stopnia, że kościół został  im darowany na własność. Zahaczają o niego pielgrzymi z całej Europy idący szlakiem jakubowym do Hiszpanii. Wtajemniczeni rozpoznają tę drogę dzięki znakowi muszelki wmurowanej w chodnik. 
Marolles, gdzie znajduje się kościół to nie najczystsza dzielnica Brukseli, ale najbardziej klimatyczna. Pamiętacie, to tutaj rozgrywała się historia Julki z posta "Marzenia". 
Zostawiam was z garścią zdjęć. Przepraszam za literówki, ale piszę w hotelowym pokoiku w górach, gdzie mam bardzo marny zasięg. W środę obiecuję solidniejszy post. Pozdrawiam wszystkich cieplusieńko. Pa, pa kochani! 




















środa, 2 kwietnia 2014

Nie wstydzę się orzełka!


Jeden skromny orzełek, a taki nośny temat! Przyczynek do rozważań o charakterze modowym, etycznym, a nawet politycznym! Tytuł posta spontanicznie zaczerpnęłam od pewnej akcji w sieci, zorganizowanej kiedyś jako odpowiedź na usunięcie z niektórych rządowych portali symbolu orzełka w koronie. Cichaczem. Ale lud ciemny nie jest: patrzy, widzi, wyciąga wnioski, reaguje…
Później pojawił się Robert Kupisz ze swoimi T-shirtami z symbolem dumnego ptaka. Zimowa kolekcja Kupisza w 2012 roku zmieniła warszawskie (i nie tylko) ulice. Symbol polskości zaistniał w świadomości rodaków. Nie tylko celebryci z dumą zaczęli prężyć piersi z rozłożonymi na nich białymi skrzydłami. Choć początkowo tylko oni jako jedni z nielicznych mogli sobie pozwolić na oryginalne koszulki. “Orzełkomania” wywołała szereg dyskusji:
-          O stosowność używania symboli narodowych w modzie?
-          O granice plagiatu?
Czy np Amerykanom prezentującym ojczystą flagę na czym się da (gacie, ręczniki) można odmówić patriotyzmu i posądzić o pogardę? Oni kipią miłością do swego kraju i dumnie do granic histerii się z nią obnoszą!
Czy jest monopol na używanie symboli narodowych (które są wspólnym dobrem)?
Pewnie w określonych okolicznościach tak. Np Kupisz mógł zastrzec sobie wizerunek orła na określonym T-shircie (technika, kształt itp), ale czy ja używając narodowego symbolu na zupełnie innej koszulce dokonałam plagiatu? Niewątpliwie, można powiedzieć, że postąpiłam nieładnie “papugując” pomysł projektanta, ale przecież moja koszulka z Zary nawet nie udaje tej kupiszowej! Czyli nie udaję, że mam na sobie dość kosztowne (nie wiem, może teraz dużo tańsze niż na początku) dzieło polskiego projektanta, ale otwarcie mówię, że nadruku dokonał mój syn na moje imieniny dawno temu. Do tego celu wybrał najpiękniejszego w sieci ptaka (bo te orły też różne bywały na przestrzeni dziejów! Rozczapierzano im lub malowano pazury, głowę zwracano w różne strony, ściągano lub wkładano koronę, ubogacano różnymi innymi ozdobami) Mój ptak nie ma oklapłych skrzydeł jak te pod zaborami, nie przypomina ruskiej “kuricy”ani niemieckiej wrony. Jest jasny, odważny, pewny siebie – taki jak chciałabym by były moje myśli i marzenia.  Poza tym ma dla mnie wartość sentymentalną. Został podarowany przez najbliższą memu sercu osobę. Dlatego ma taki emocjonalny ładunek w sobie!
A jaki jest wasz stosunek do orła białego?
I do tego co wokół niego się dzieje?