sobota, 29 czerwca 2013

Opowiedz mi swoją historię...




Czasami boję się, że pewnego dnia was zgubię, że stracę, pomylę drogę. Że nikt mi nie odkliknie i nie zapuka. Bo przecież to tylko zabawa, żart, iluzja. Prawdziwe życie jest tam, po drugiej stronie. Po tej stronie łatwiej być szczerym, otwartym, łatwiej zawierać przyjaźnie bo one nie wymagają kontynuacji. Można być kim się chce. Można wykreować swoją rzeczywistość, przyszłość lub przeszłość. Utkać nić porozumienia z obcym człowiekiem. I uwierzyć, że łatwiej go zrozumieć niż siedzącą w sąsiednim pokoju żonę czy męża. W sieci każdy może napisać swoją historię. 

Plączę się już jakiś czas po blogosferze. To tutaj wdepnę, to tam sie zatrzymam, gdzie indziej przytknę ucho, przy niejednym zdjęciu serce mocniej mi zabije . Mam swoje stałe blogowe sympatie. Odwiedziny u niektórych z was to codzienna rutyna. Innych odwiedzam rzadziej. Są tacy co wpadam do nich gdy porządnie się stęsknię, ale za to od deski do deski nadrabiam zaległości, bywa, że zasiedzę się nieprzyzwoicie przy gościnnej wirtualnej herbatce. Czasami że do rana... Wyjątkowe blogi zostawiam sobie na deser. Jeszcze do innych z was wpadam na skróty, szybko, na jednej nodze. Niektórzy z was są przyczyną wypieków na mojej twarzy, innych po prostu dobrze się czyta. Wzruszacie, bawicie, zastanawiacie...




Ale są takie drzwi, do których pukam na próżno. Za nimi cisza i pustka, a wirtualny ogród pełen niegdyś pachnących róż porasta bezradnie chwastami. Temat zlikwidowanych blogów poruszała niedawno w jednym ze swoich postów Viosenka. To taka sympatyczna, modowa blogerka o uroczym, ciepłym uśmiechu. 

I gdy tak staję zawiedziona przed zamnkniętą dla mnie cyberprzestrzenią, robi mi się jakoś dziwnie nieporadnie... Jakby dobry znajomy przepadł bez wieści, wyjechał bez pożegnania.   Chcę gorąco wierzyć, że powody zniknięcia są banalne, błahe. Może znudziło się komuś blogowanie, może dostał awans i nie ma czasu na zabawę, może ma inną pasję... Albo inne, ważniejsze życiowe sprawy zmieniły priorytety.
Ale jako że jestem Kubuś Fatalista, pierwsze przychodzą mi do głowy najczarniejsze myśli, które rozganiam niecierpliwie jak chmurę natrętnych owadów... 



Wielka radość, gdy zagubiona owieczka odnajduje się cała i zdrowa wznawiając blogową działalność. Niedawno tak własnie odnalazła się moja dawna, dobra znajoma, która poznałam na pewnym portalu językowym. I wtedy jest wielka radość!

Każdy ma inne motywy istnienia w sieci. Jedni mają potrzebę gadulstwa, lubią pomędrkować i krótko mówiąc, od zawsze żyli słowem pisanym (tyle, że niegdyś w papierowych nośnikach pamięci, czyli zeszytach). I lubią poznawać barwnych ludzi. Należę do tej grupy. Inni chcą spędzić wesoło czas, może nawiązać wartościowe relationships. Są tacy, co w sieci szukają partnera i tacy co chcą złowić męża lub żonę, zarobić pieniądze, rozpowszechnić jakąś ideę. Albo nic nie szukają, dzielą się swoimi pasjami, radością, myślami. Są blogi pisane z nudów i profesjonalne. Każdy blog miał kiedyś swój początek. Narodził się z jakiejś myśli. Czy ja pamietasz? A jaka jest twoja historia? 
Opowiedz mi ją i...proszę, nie wyjeżdżaj bez pożegnania, bo zdążyłam się przywiązać i będę się głupio martwić...
Do następnego, miłego spotkania w necie :)


wtorek, 25 czerwca 2013

Jak cię widzą tak cię piszą?



Dziś znów będzie o tym co kobiety kochają najbardziej, a mianowicie o ciuchach. Mężczyźni też je lubią tylko inaczej, zresztą oni stosują jakąś dziwną logikę.
Niby szata nie zdobi człowieka, ale z drugiej strony- jak cię widzą tak cię piszą. A jaki jest twój stosunek do szmatek?



Mówią, że kobiety ubierają się dla mężczyzn. Guzik prawda! Co najwyżej się dla nich. .. rozbierają.
Prawdziwa kobieta ubiera się dla... innych kobiet, a konkretnie dla koleżanek. Bo nikt jak one nie doceni, nie dostrzeże, nie pozazdrości ze szczerego serca. Facet-patrzy globalnie. Kobieta-patrzy na detale I dostrzeże każde modowe faux pas.  
Do fatałaszków mam stosunek “lajtowy” i mocno filozoficzny. Lubię szmatki, ale mogę się bez nich doskonale obejść. Doceniam je, ale nie przeceniam. Bo jest czas strojenia piórek i czas nasunięcia przyłbicy i stanięcia do boju w zgrzebnym, bojowym stroju. Ale życie trzeba celebrować póki go starcza, póki piękne jest.


Moja znajoma mówi: “Mąż ma mi za złe, ze prasuję dorosłemu synowi skarpetki mimo, że dawno już z nami nie mieszka, a w rodzinnym domu w porze obiadu-gdyby niespodziewanie przyszedł, czeka
na niego nakrycie na stole. A ja wiem, że robię dobrze. Dzięki temu będzie pamiętał, ze rodzinny dom był życzliwy, ciepły i gościnny. Kto wie, co go w życiu spotka. Może to właśnie najpiękniejsze chwile
jego życia?”
Od jakiegoś czasu jej syn mieszka w Japonii. Rzadko się widują-taki charakter pracy. Częściej  przyjeżdża jego żona z ich córeczkami. Na nie też czekają wyprasowane rzeczy i dodatkowe nakrycia na stole – na wszelki wypadek, gdyby przyleciały niezapowiedziane. W ostatnim tsunami stracili wszystko, ledwie uszli z życiem. Budują od zera. Na nowo cieszą się każdą kokardą i sukienką. Bo trzeba cieszyć się małymi rzeczami. Niektórzy doceniają tylko ważne rzeczy w życiu. Tak trudno pielęgnować proste wdzięczności. Robimy to nieporadnie, mało spontanicznie, zawstydzeni, bo nie przystoi.


W ostatnia niedziele był w kościele chrzest. Babcia dziecka była wystrojona adekwatnie do okoliczności – jak na chrzest. Własny głównie. Cała spowita w białe koronki do złudzenia przypominała swoją małą wnuczkę, a raczej odwrotnie. Taka wersja – dzieciątko kilkadziesiąt lat później. Na głowie pełnej kunsztownych loków podskakiwała ogromna biała kokarda, która przy każdym najmniejszym poruszeniu kobiety rozpryskiwała po całym kościele setki złotych, brokatowych refleksów.


Siłą rzeczy większość wiernych zamiast na słowach księdza skupiała się na radośnie pląsającej kokardzie. Pląsającej, bo pani z wdziękiem przemieszczała się po kościele, robiła zdjęcia I nagrywała ceremonię chrzcin. Promieniała przy tym wewnętrznym światłem, bawiła się wspaniale, nieświadoma ścigającego jej pełnego dezaprobaty wzroku “kobiet w kwiecie lat”, często od niej młodszych w nienagannie skrojonych garsonkach. Fakt, może troche infantylna, a modystki skwitują – sporo w tym kiczu. Ile jednak trzeba siły by mieć odwagę tak radośnie cieszyć się życiem w tzw. “pewnym wieku”, któremu odmawia się szczypty szaleństwa w obawie przed wyśmianiem.


Gdy wyszliśmy z kościoła nasz syn się odzywa:
-       Myślałem, że to ona jest neofitką i że to jej  uroczystość - Nie pytam, kogo ma na myśli, bo wiadomo.
Jedziemy bez słowa, aż się odzywam do męża: “Wiesz, chyba chciałabym być w jej wieku taką radosną, szczęśliwą babcią, nawet infantylną, nawet za cenę wykluczenia z “normalnego środowiska”.
Mój mąż kładzie mi dłoń na ramieniu i mówi z pewnością nie zostawiającą cienia wątpliwości:
Będziesz!

Miało być o ciuchach? Chyba było… 



czwartek, 20 czerwca 2013

"Tu zaszła zmiana w scenach mojego widzenia"



Codziennie od lat jeździsz tą samą trasą do pracy. No, może z małymi wyjątkami. Wszystkie swoje dróżki codzienności znasz na pamięć, z zamkniętymi oczami. Jak sceny oglądanej wciąż od nowa sztuki. Jesteś widzem, a dla innych częścią tego spektaklu. 

Śmieszna pani w ciemnych okularach i białych skarpetkach bez względu na porę roku. Nie wiem skąd, ani dokąd idzie. Wiem tylko, że kiedy spotykam ją na początku długiej alei, jest jeszcze wcześnie. Gdy przechodzi na druga stronę na wysokości amerykańskiej szkoły z internatem, muszę przyśpieszyć, a gdy skręca w strone wysypiska śmieci - jest już jak na mnie bardzo późno!


Jest takie jedno miejsce gdzie światła długo się zmieniają, zazwyczaj załapuję się na czerwone. Po przekątnej patrzę w okna na parterze małego bloku mieszkalnego. To tylko mały bloczek, ale jakos tak szumnie sie nazywa:" rezydencje jakies tam". O 7.00 rano jeszcze okna śpią pod powiekami pastelowych zasłonek w angielskie kwiaty. O 7.30 przystojny pan w białym podkoszulku odsłania je i otwiera okno. Na parapecie stoi klatka z kanarkiem i czerwona pelargonia. To kuchenne okno, bo widzę nieraz jak pan nabiera wody do czajnika. Około 8.00 piją kawę: on i jego urocza partnerka w białym szlafroczku. Nieprzyzwoicie bez pośpiechu. Jakby nie byli niewolnikami czasu. Gdy za długo guzdrzę się rano - jest już po porannej kawie. Nikogo nie ma, pozamiatane jak to mówią, tylko kanarek żyje swoim małym kanarkowym życiem: obserwuje świat za oknem, czyści piórka i coś tam deliberuje sam z sobą.



Pewnego dnia nie ma pani, pana, kanarka, ani pelargonii. Przezroczyste okna  zieja pustką, a na drzwiach czerwony afisz drukowanymi literami krzyczy: "Na sprzedaż". 
Odczuwam smutek, bo zdążyłam się z nimi zżyć. Zastanawiam się nad motywami ich wyjazdu. Awans, powrót do kraju, zmiana mieszkania? A może sie rozstali? Może on pokochał inną? A może...umarli?...

Logo pewnego dużego banku, w ciągu jednej nocy zmienia się na zupełnie inne. 
Odkąd rozkopali drogę w pobliżu jednej z autostrad, za każdym razem mam wrażenie, że pomyliłam drogi. To za sprawą drzew, ktore wycieli w pień. Mam ochotę powiedzieć:
"Tu zaszła zmiana w scenach mojego widzenia"


A teraz parę słów o szmatkach. Ten drelich co mam na sobie to sukienka-koszula z Max Mary. Swietna, wygodna rzecz. sweterek z SH, a buty CK.


I jeszcze gorący apel:
Ludzie! proszę wytłumaczcie mi jak krowie na rowie ten nowy system obserwowania blogów, bym was nie straciła z oczu. Najlepiej w punktach, bo w sprawach technicznych jestem ciemna jak tabaka w rogu. A każdy kontakt z Google + napawa mnie irracjonalnym lękiem. Z góry dziękuję za wyrozumiałość i pomoc.






poniedziałek, 17 czerwca 2013

Po co komu królestwo ?


„ Czy lepiej kiedy jest król, czy kiedy go nie ma?” Zadaję sobie pytanie stojąc przed neoklasycystycznym pałacem w Brukseli, siedzibą króla. Jest to miejsce urzędowania miłościwie panującego od 1993 roku Alberta II. Urzędowania, ponieważ prywatna siedziba królewskiej rodziny znajduje się w Laeken znajdującego się na obrzeżach miasta. Aby jednak nie wyglądało na to, że król zamieszkuje peryferie, podciągnięto te tereny administracyjnie pod centrum Brukseli i mają one kod pocztowy 1000 Bruxelles. Nie chciał król do Brukseli, to Bruksela pofatygowała się do niego. 


Patrzę na harmonijny kształt budowli i starannie zaprojektowaną, oraz równiutko przyciętą roślinność przed pałacem. Tu nie ma miejsca na spontaniczność. Rozciąga się pryed nim brukowany wielki plac, a za nim park królewski. Na co dzień plac pełni rolę ulicy, a okazjonalnie zamienia się w miejsce defilad i uroczystości jak wszystkie inne place królewskie na świecie. 



Zapraszam na spacer do królewskiego parku. W XVIII wieku był to rezerwat myśliwski, zagospodarowany znacznie później na potrzeby dworu. W Brukseli wszędzie odcisnięte jest piętno magii i tajemniczości. Park widziany z lotu ptaka lub na mapie ma kształt głównego symbolu masońskiego: cyrkla i trójkąta. W całym parku jest więcej takich ukrytych symboli. Chcecie wierzcie lub nie wierzcie, ale mówi się szeptem, że to miasto pełne alchemii i tajemnych znaków. Może kiedyś wybiorę się również ich tajemniczą ścieżką by przeżyć dreszczyk emocji. 



W parku biegacze uprawiają jogging, dzieci chlapią się w fonntanie o ile pogoda na to pozwala lub bawią się na placu zabaw, a młodzi zakochani wylegują się na trawnikach. I nikt tu nikogo nie przegania, a służby porządkowe nie wlepiają mandatów za niszczenie zieleni. Co najwyżej grzecznie za pomocą tabliczki napominają biegaczy, by uprawiali sport w alejkach, a nie na trawie. 




Mimo, że trawniki okupowane są przez siedzących ludzi, lub grających w piłkę chłopaków, to zieleń wcale nie jest zniszczona, ni wydeptana. Po drugiej stronie parku królewskiego znajduje się Pałac Narodów (parlament federalny). Idealnie po przeciwległej stronie Pałacu Królewskiego – obie budowle podkreślają charakter ustroju Belgii jakim jest monarchia konstytucyjna.


Na maszcie pałacu powiewa flaga, to znak, że król pracuje. A na czym polega praca króla? Przede wszystkim na nie wtrącaniu się w urzędowanie licznych rządów tego niewiele ponad dziesięciomilionowego kraju.
Tak jak w Polsce największe emocje budzi polityka i kościół, tak w Belgii największe podziały w społeczeństwie, rodzinie, gronie przyjaciół budzi stosunek Belgów do instytucji króla. Ma ona tyleż zwolenników, co i przeciwników. Jedni wyciągają na dzienne światło królewskie „grzeszki”, a drudzy zażarcie bronią czci swego władcy i na honorowym miejscu w domu trzymają zdjęcie królewskiej pary w ozdobnych ramkach jak nadroższą relikwię.



A król sobie trwa w najlepsze... Dyskretnie usuwa się w cień, gdy poszczególne belgijskie rządy powstają, kłócą się, upadają. Bo król jest ostatnią osobą, która chce dolewać oliwy do ognia. On, bez wzgledu na emocje jakie budzi, miłosciwie panuje. Głównie sobie. Jego panowanie wywołuje więcej emocji, niż niedawny, długotrwały kryzys rządowy.
Kraj ten pobił niechlubny światowy rekord kraju bez rządu – równe 535 dni. Podczas gdy przedstawiciele poszczególnych partii nie mogli dojśc do porozumienia, gospodarka w najlepsze rządziła się swoimi prawami, ludzie chodzili do pracy, grali na giełdzie, kupowali, sprzedawali, państwo funkcjonowało. 

Przeciętnego Belga bardziej obchodzi na jaką dobrą uczelnię wysłać dziecko i czy uda się w tym roku jakieś atrakcyjne wczasy „ustrzelić” w „last minute”niż to, że może to wstyd przed resztą świata, że ponad rok nie są w stanie rządu sklecić.


Bo Belg nie ma kompleksów i niewiele go obchodzi tak zwana opinia publiczna. Przeciętny tubylec, mimo, że w jego kraju znajdują sie najważniejsze europejskie instytucje w głębi duszy pozostał wierny swemu małemu światu składającego się z wypieszczonego domku jak z bajki i malowniczego ogródka z równo przyciętą trawką, a w nim dzieci, pies i kot. Rytm przeciętnego Belga wyznacza poranna kawa z ekspresu, świeży sok z pomarańczy i celebrowanie wieczornego posiłku w restauracji przy akompaniamencie niekończących się rozmowy o podziale Belgii i słuszności istnienia lub zniesienia monarchii. I o tym, że wszystko drożeje i trzeba zaciskać pasa. I o pieknych czasach, ktore odeszły w niepamięć, gdy ludzie żyli sobie spokojnie, nie zamykano na klucz domów i nie obawiano się obcych.


Tutaj odbywają się małe koncerty. A w tak zwanym międzyczasie, znajdują nocleg bezdomni. Co prawda zdjęcie tego nie oddaje (akurat te było zrobione telefonem komórkowym), ale gdy tam bylismy zachodzilo akurat słońce, altana skąpana była w poświacie, a na środku w najlepsze chrapał sobie bezdomny. Wiem, że to pokraczne skojarzenie, ale nie mogłam oprzec sie wrażeniu, że jest krolem wszechśwaita. Nad glową ażurowy dach altany, przez ktory wpadaja złote promienie słońca. I on w tej poświacie. Przebudził się. popatrzył na nas, machnął do nas ręką, odwrócił sie na drugi bok i za chwilę znów chrapał. 


Zewsząd zerkaja na mnie takie dziwne kamienne postaci. Az się czuję nieswojo...



 Pełno zamkniętych na głucho bram...

     ... i zagubionych w zieleni tajemniczych budowli...                  

   za jedną z bram - ambasada USA


sobota, 15 czerwca 2013

Święto parafialne.



Dzisiejszy post miał być zupełnie o czym innym, ale z pewnych względów technicznych ukaże się dopiero (nieplanowo) jutro. Za usterki przepraszamy :)
Dziś krótko przedstawię wam aspekt duchowy życia emigracyjnego w Brukseli. Bo takie też tu istnieje :)

Dzieje polskiej emigracji zaczynają się po upadku Powstania Listopadowego. Nawiasem mówiąc nasz zryw narodowy pośrednio był czynnikiem, który ułatwił powstanie państwa belgijskiego własnie w 1830 roku.

Tam gdzie są duże skupiska Polaków, rodzi się szybko potrzeba duchowej posługi. Poska Misja Katolicka w Brukseli powstała tuż przed I Wojną światową i od tego można powiedzieć - ma ręce pełne roboty. Zaspokaja nie tylko duchowe potrzeby Polaków, ale pełni też rolę kulturalnego ośrodka, edukacyjnego ( nauką objete jest około tysiąc dzieci) i wiele innych.


Pierwszy raz byłam w Belgii dawno, dawno temu jeszcze w studenckich czasach. Drzwi misji stały otworem dla wszystkich, księża byli emisariuszami do więzienia, dostarczali paczki, pieniądze, informacje od rodziny zatrzymanym na nielegalnej pracy Polakom (były to czasy gdy wiekszośc Polaków pracowala na czarno). Udzielano za darmo pomocy prawnej, lekarze leczyli za "dziękuję", a przedstawiciele starej, inteligenckiej Polonii pomagali załatwić pracę. 

Polska Misją Katolicką opiekują się księża Oblaci (OMI). Ich zgromadzenie powstało we Francji po rewolucji francuskiej. "Misjonarze Prowansji" jak ich pierwotnie nazywano stawiali sobie za cel odnowę moralną spustoszonego przez rewolucję kościoła. 



To świetni księża na trudne, współczesne czasy. Mają w sobie wiele charyzmy, wrażliwości, zapału, są bezpośredni, oddani, idą z duchem czasu - stosują środki multimedialne, świetnie władaja językami, znają i rozwiązuja problemy współczesnego świata nie zamiatając ich wstydliwie pod dywan. Stawiają czoła trudnym wyzwaniom. I je wygrywają. Skupiają sie przede wszystkim na szeroko pojętej ewangelizacji i szerzeniu kultury.
Belgijski kościół umiera śmiercią naturalną, toczy go degrengolada. Od dawna Belgowie nie mieli żadnych powołań. Kościoły świecą pustkami, a konfesjonały służą za schowki na mopy i wiadra. Chrześcijańską kulturę w Europie wypiera islam, nic więc dziwnego, że w Polakach widzi się ostatnią deskę ratunku. Proszeni jesteśmy o udział w oficjalnych religijnych uroczystościach. Dowodem docenienia nas jest oddanie w opiekę jednego z najstarszych i najpiekniejszych belgijskich kościołów Notre Dame de Chapelle. Kościół ten stał się oficjalną pierwszą polską parafią w laickiej Belgii - decyzja ta jest zupełnym precedensem. 
Dodam tylko, że Misja Katolicka w Brukseli obejmuje duchową opieką ponad 20 000 Polaków. 
A oto jak wygląda życie parafialne Polaków. Tu konkretnie zdjęcia z kościoła w Leuven, gdzie bywamy (satelita Brukseli oddalona o 15 km) Porobiłam trochę zdjęć naszym parafianom. Szczególnie dzieci są wdzięcznym tematem mego fotoreportażu z czerwcowej imprezy.


 było przedstawienie...






były tez kiełbaski...





i różne zabawy z nagrodami...
 Najfajniejsi są najmłodsi parafianie...







 tez tam byłam i poderwałam fajnego chlopaka...
 ... ale nasze drogi się rozeszły...

 Nie zabrakło tańców...


miło patrzeć na młode rodziny...

wtorek, 11 czerwca 2013

Post szafiarski z dedykacją

 

Dzisiejszy post to dedykacja dla tych wszystkich, którzy wiedzą lub nie wiedzą. A o szafiarki tu bedzie chodziło. Głównie dedykuję mój wpis nielicznym odwiedzającym mnie tu panom, chociaż nie tylko.
Chodzi o to by "szafiarka" nie kojarzyła się z szafotem, Szaflarską, ani szatniarką :) Tu - ukłon w stronę Dark Passenger. Wyjaśnię też wam dlaczego szafiarki moderują posty. Tak, tak Antoni, ciebie mam na myśli. Krzysztofowi nie muszę nic wyjaśniać, bo on o nic nie pyta, ino z wdziękiem komentuje. Za co bardzo lubię Helę, bo to na pewno jej zasługa :) Ani też Mironq-owi, bo on od kilku tygodni maszeruje pieszo do Brukseli i na pewno nie w głowie mu szmaty. Nie wspomnę już o 44 kocie, wielbicielu alladynek, który z uporem próbuje je lansować - bo on z pewnością wie co to szafiarka :)




Szafiarstwo to nie moda, stowarzyszenie, nie organizacja. Drogie panie i panowie - szafiarstwo to pewien sposób widzenia świata, subkultura i wieczny happening. Każde wyjście szafiarki to nie jest jakieś tam sobie zwykłe pójście do warzywniaka, pracy, szkoły. To wieczna przygoda, inscenizacja. To styl życia. Ruch przyszedł do nas z Ameryki i nieźle namieszał w niejednej szafie!



Dziewczyny schwyciły za aparaty i do roboty. Ubranko i ciach! Dziesiątki fotek: w ulewie, na mrozie, na słońcu lub słocie. Później te najlepsze muszą znaleźć się na odpowiednim portalu lub własnym blogu, które w ostatnich latach wyrosły jak grzyby po obfitym deszczu. Hmmm. Nazwałabym to nawet klęska urodzaju... Bo szafiarką każdy być może, kto ubiera się lepiej, gorzej lub całkiem źle. Szafiarce potrzebny jest pomysł, aparat, podstawowy program do obróbki zdjęć i miejsce w sieci, gdzie wrzuci swoje fotki. Nie musi mówić, pisać, ani znać się na ortografii. Wystarczy, że robi zdjęcia. Bo zdjęciem przemawia. Stąd też szafiarki prezentują różny poziom. Staram sie wybierać te najbardziej ciekawe i inspirujące.



Wrzucasz więc swoje fotki na portalu,a tam już twoje siostry szafiareczki będą oceniać, zachwycać się, doradzać, krytykować (ale konstruktywnie) Bo jak w każdej społeczności podobni ludzie lgną do siebie i w naturalny sposób powstają Kółka Wzajemnej Adoracji, które maja swoich tropicieli. W necie toczą się prawdziwe walki między babami, a wiadomo jakie kobietki potrafią być bezwzględne. Na pewno na ten temat wiele mogłaby opowiedzieć Ela, z która poznałysmy się w dość burzliwych wirtualnych okolicznościach. :)


No więc koleżanki cię chwalą, a te z przeciwnego obozu wyzywają cię niewybrednie i bez pardonu. Czasem chodzi o zwykłe dokuczenie, a czasem o bezwzględna walke o miejsce w rankingach i jak mniemam zarabianie w sieci. Dobrze nie wiem, bo tanecznym, wirtualnym krokiem starałam sie omijać bagienne klimaty internetowe, skupiając się głównie na czerpaniu inspiracji i podpatrywaniu modowych rozwiązań u moich bardziej doświadczonych koleżanek. W  każdym razie, gdy dziewczyny idą na noże ( a potrafią bic się o swoje! Oj potrafią. A tu chodzi tylko o ciuchy. Aż strach pomyśleć do czego jesteśmy zdolne, gdy chodzi o poważniejsze powody!), gdy zaczynają się sypać wulgaryzmy to ciach - w sukurs przychodzi cenzura, nawet gdy ma sie opory i tak niesmacznie sie kojarzy.



Szafiarką może zostac każdy. Ci co nie są w temacie, myślą, że szafiarki to same puste głowy. Ale to nie prawda. Są tu wspaniałe, kreatywne dziewczyny, profesjonalistki, lekarki, wykładowcy ( wykładowczynie?), gospodynie domowe, pilne uczennice, artystki, studentki. Nie będę wyliczac ile  poznałam prawdziwych pereł, bo mogłabym kogos pominąć. Ale wy wiecie przecież o kogo chodzi, prawda? Z niektórymi z was spotkalam sie osobiście. Pozdrawiam w tym miejscu Beatę i drugą Beatę, Ironią zwaną.


Na wszystko przychodzi swój czas. Czas zabawy i fascynacji, nowych wyzwań. Kiedy poczułam, że szafiarska era dobiega końca i czas ruszać w nową wirtualną drogę, zamknęłam bez żalu tamte drzwi, zabierając ze sobą miłe wspomnienia o dziewczynach kochających zwykłe życie i niegroźną zabawę. Moim nowym dzieckiem jest mój blog, ktory pozwala mi na więcej samorealizacji. Poza tym czuję się tu jedynym gospodarzem, a że z natury jestem zaborcza :) o to (lub o tych) co moje (moi), to jest mi tu bardzo dobrze. Zachowałam kilka szafiarskich nawyków i nie wyrosłam z trochę próżnej kobietki, ale to chyba nie jest takie złe i godne dezaprobaty? :) Uwielbiam was gościć w moich skromnych progach i cieszę się jak dziecko na widok starych znajomych z dawnych szafiarskich czasów. Nie mam jednak  żadnej potrzeby by tam wracać. Tamten rozdział już zamknięty na zawsze, wszak nie wchodzi się nigdy do tej samej wody.


Głupio kończyc zdjęciem butów, ale tak wyszło. moje stare porwały mi się dokładnie w sklepie z... butami. Musiałam więc kupić nowe... Bo jak, boso chodzić? Pozdrówka!
Aha! Co by tradycji szafiarskiej stało się zadość: Sukienka - Elisa Blue, narzutka - Zara