środa, 28 października 2015

Peace & Love, czyli oglądam świat oczami psa.


Bardzo banalny post sławiący urodę życia...



Jesień sprzyja spacerom. Jak żadna inna pora roku sprzyja refleksjom i rozważaniom. Blondynka i jej pies ruszają przed siebie. To, że mieszkają w stolicy zjednoczonej Europy, nie zmienia faktu – że otaczają ich pola kartolfane i inne, a lisy podchodzą bezczelnie pod same domy.


Nic tak na mnie dobrze nie wpływa, jak długie samotne spacery z moim najmłodszym psem. Za zatrzaśniętymi drzwiami zostawiam gadające głowy wrzeszczącego telewizora, wszystkie realne i rozdmuchane problemy tego świata, imigrantów z Makrelą Angelą Merkel, ekologię, efekt cieplarniany, wybory oraz drzemiącego Kajtka i Tunię.
Tych dwoje weszło już w swoją jesień życia i nie ekscytuje ich ganianie z wywieszonym jęzorem po polach.

Tosiek odwrotnie. 

Z radością przeskakuje koleiny i bruzdy, a moje myśli z podobną lekkością skaczą z tematu na temat w mojej głowie.


Ktoś mi napisał, że mieszkam w „ładnych i ciekawych miejscach”. Jest o czym pisać, jest co pokazywać. Zastanawiałam się nad tym chwilę i doszłam do wniosku, że w czym innym jest przysłowiowy pies pogrzebany. 


Myślę, że to czy dane miejsca są ciekawe, zależy od tego jak na nie patrzymy. Moje patrzenie jest takie trochę jak bohaterki filmu „Amelia”, trochę ja Ani z Zielonego Wzgórza, trochę jak... kosmitki. W każdym razie kogoś nie z tej planety. 

Kiedyś ta „inność” bardzo mi przeszkadzała. Teraz do niej dorosłam, jest moim atutem i przyjacielem. Azylem. Odskocznią. Schronem przeciwbombowym.


Gdy mieszkałam w Polsce, nie miałam facebooka, innych niezbędnych i zdawałoby się oczywistych narzędzi ułatwiających życie, a jednak z podobną wnikliwością rejestrowałam otaczającą mnie rzeczywistość, dodawałam jej magii mego spojrzenia i ... opisywałam wraz z małym wówczas Kubusiem nasze weekendowe wyprawy w grubym zeszycie A4 z twardymi okładkami, okraszając je z rzadka zdjęciami. Niedawno, szukając czegoś w piwnicy natknęłam się na ten prymitywny, pierwszy blog.


Ba, ja nawet długo pracy w tej Polsce nie miałam. Na początku pobiadoliłam trochę, pospędzałam trochę czasu na pogaduszkach i herbatkach z koleżankami w podobnej sytuacji, ale szybko mi się znudziło. Zaczęłam robić jakieś drewniane kwiaty i inne cuda „niewidy”, które dumnie nazywałam rękodziełem artystycznym i które to „rękodzieło” bez żadnego powodzenia próbowałam sprzedać na bazarku na Ursynowie. Ale ile było radości, śmiechu, ciekawych ludzi na mojej drodze. Ile nadziei i marzeń. I tak jest dalej. Nie obrażałam się na życie. Nawet kiedy ono na mnie kładło lachę. I tak wiele od niego dostałam. Prawdopodobnie wtedy już instynktownie czułam, że jestem bogaczem!

Mam rodzinę, dziecko, oczy do patrzenia, uszy do słuchania, nogi do chodzenia...

Patrzę na świat z ufnością szczeniaka, a w oczach mam bezgraniczny zachwyt mego psa.



Bo od Tośka można wiele się nauczyć: zaufania, prostoty wyrażania uczuć, niezmąconej radości, wdzięczności, wierności, spontaniczności. Jak on chłonę świat każdym zmysłem. Staram się nie rozpamiętywać „wczoraj”, ani nie zamartwiać się na zapas o jutro!


„Staram się” – nie znaczy, że zawsze mi się udaje. Czasami bolą wykrzyczane słowa, niefortunne zachowania własne lub innych. Czasami kłują urojone schematy, które – gdy bardziej się zastanowić – istnieją tylko w naszych głowach. „Trzymajmy się faktów. I tylko faktów!” – przywołuję się do porządku słowami mojej pragmatycznej koleżanki. 



Najgorsze co mi się ciągle zdarza, co (wnioskuję to z moich obserwacji) zdarza się większości ludzi – jest nadinterpretowanie rzeczywistości. A ona jest o wiele prostsza, niż nasze jej postrzeganie.

Trzymajmy się języka faktów...

Nauczyłam się za wiele nie oczekiwać od ludzi, co pozwala mi nie odczuwać zawodu. Gdy dotyka mnie coś z czym ciężko mi się zmierzyć, co wywołuje palpitacje serca, nakazuję sobie spokój i zadaję sobie pytanie: jakie znaczenie będzie miało to co przeżywam dziś, za dziesięć lat. Bo tylko rzeczy mające realny wpływ na naszą przyszłość warte są naszej uwagi. Emocje jakiekolwiek by nie były, są bardzo subiektywne i prawdopodobnie wyparują już za parę dni. I mówię to Wam ja – bardzo emocjonalna blondynka! 



Jak ja byłam kiedyś uzależniona od tego co pomyślą o mnie inni! Oczywiście, żyję w określonym społeczeństwie, które ma określony zestaw norm społecznych, które szanuję. Dlatego do pracy ubieram się jak do pracy, do kościoła – jak do kościoła, a na egzamin – nie pójdę w pidżamie. Ale to, że np. latem noszę kozaki na plażę, to już tylko moja sprawa. A to że komuś może to się nie podobać nie należy już do mego businessu. I jaka ulga! Jaka wolność, że nie trzeba sprostać oczekiwaniom całego świata.


Ciągle jestem bombardowana jakąś aplikacją: „Zobacz, kto ze znajomych usunął cię z Facebooka”. A na huk mi to wiedzieć, myślę zdziwiona. Nie odczuwam pokusy kontrolowania rzeczywistości. Znacznie bardziej pociąga jej rejestrowanie. Jeśli ktoś mnie rzeczywiście usunął z wirtualnych bytów, tym bardziej nie zasługuje nawet na szczyptę mojej  uwagi. Przecież ten facebookowy świat, którego nie mogę dotknąć tak naprawdę nie istnieje. Wystarczy, że Wielki Brat wyciągnie wtyczkę z prądu i skończy się zabawa i lajkowanie. I ciągle nie będzie to największym problemem ludzkości. 



Jadę wczoraj wieczorem samochodem. SMS od mamy. Ktoś jej naopowiadał, że w Brukseli doszło do walk z ekstremistami. „Droga Mamo, gdyby tak było, już byś o tym wiedziała. Złe wieści rozchodzą się szybko... „ Póki co jest spokój... Jeszcze jest... Ugotowałam pyszny kapuśniak, ponakarmiałam moich domowników, radość w sercu, gdy tak jedzą z apetytem. Ufam, że Europa się wreszcie zbudzi z letargu. A teraz jadę słuchając muzyki. Miasto jest takie piękne nocą. Inne... 

Jadę i podziwiam... To tylko mój czas. Dziękuję Bogu za zwyczajność. 


Czasami tak się roznamiętnię w tym zachwycie nad codziennością, że nie słucham GPS. No dobra, będę z wami szczera. Do GPSu powinnam mieć w zestawie pilota-człowieka, który mi będzie mi objaśniał co to gadające cudo ma na myśli. Jakoś logika twórcow nawigacji jest sprzeczna z logiką blondynki. Zawsze wyprowadzi mnie na manowce. Wczoraj zawiodła mnie podstępnie w okolice dworca Południowego, którego w pewnych godzinach samotna blondynka powinna unikać. Każdy mieszkaniec Brukseli to wie. Dopóki jechałam... szynami tramwajowymi wtopionymi w jezdnię wydawało mi się, że wszystko jest pod kontrolą, kiedy nagle, upss... asfalt się na krótki moment skończył i zostały same tory... (taki wyłom w jezdni). A odwrotu – jak często w życiu bywa – już nie ma. 




Zakrzyknęłam na jakiegoś młodego, śniadego człowieka, śpieszącego z rękami w kieszeniach i papierosem w zębach. Błagalnym gestem poprosiłam go o pomoc. W mig załapał o co chodzi. Przyklękając, zaglądając pod samochód, dając mi znaki to w prawo, to w lewo bezpiecznie przeprowadził mnie przez wyłomy. (To było trochę jak taniec na linie nad przepaścią.) Wyciągnęłam w podzięce wyprostowany kciuk, odmachnął mi ręką z uśmiechem i poszedł w swoją stronę. Będzie miał co opowiadać znajomym. Przecież blondynka jeżdżąca w nocy samochodem po torach tramwajowych nie zdarza się codziennie. Mam wielkie szczęście do ludzi! Zaufania do nich też uczę się od Tośka. 

Dziś mój pies wrócił z podwórka z utytłanym w glinie nosie. Można by powiedzieć w przenośni: „urobiony po pachy”. Jego mina zdawała się mówić: 

„No i co z tego, że nos w glinie. Zabawa była przednia!”.


Chciałam go skarcić, ale patrząc w jego roziskrzone, przeszczęśliwe oczy pomyślałam sobie: ”Jakie to będzie miało znaczenie za dziesięć lat?” 

Bez słowa wytarłam mu nos i łapy. 

Przejechał mnie z wdzięcznością swoim szorstkim jęzorem po policzku zanim zdążyłam się odchylić... 











niedziela, 25 października 2015

Marolles by Ieva. Sunday artist walk!


Co robić w Brukseli w niedzielny ranek, gdy nie ma co robić? To proste! Pójść w Marolles.
Robotnicza dzielnica w kształcie pięciokąta (Pentagon) usytuowana w starej części Brukseli, w sąsiedztwie Pałacu Sprawiedliwości, na styku Sablon, St Gilles i Ixelles. To tak najkrócej jak można powiedzieć o czymś, o czym można mówić bez końca. Chcesz poznać klimat tego miejsca, zajrzyj do moich wcześniejszych postów sprzed dwóch lat: Marolles i Marolles.Rue des Minimes



Marolles gwarantuje Ci, że nie będziesz się nudzić. Niby przeczesałeś je wzdłuż i wszerz, ale Ci się tylko zdaje, że znasz je jak własną kieszeń! Za każdym razem odkrywasz coś nowego. Taka jest cała Bruksela. Jedna wielka animacja. Porcjuje Ci emocje. Uwalnia stopniowo zachwyt. Odsłania po trochu swoje tajemnice.


Co do tego zgodni są wszyscy przyjezdni, którzy trochę uważniej zaczynają przyglądać się temu miastu. I jak ja, nie potrafią powiedzieć, kiedy ono uwiodło ich bez reszty!
Bardziej znana mi jest część Marolles w okolicach Placu Sablon. Mieszkałam w bezpośrednim sąsiedztwie.


Ale w ubiegłą niedzielę spotkałam się z Ievą, która zaprosiła mnie na niedzielny spacer – JEJ ścieżkami. „Pokażę Ci MOJE Marolles. To będzie spacer artystyczny.” Bo stara, robotnicza dzielnica to zarazem wylęgarnia artystycznych klimatów i jedynej w swoim rodzaju bohemy. Wszystko się przeplata, przesiąka: stare uliczki, antykwariaty z dziełami sztuki, ślepe zaułki ze ścianami pokrytymi komiksami, „prawdziwi brukselczycy” ze swoją charakterystyczną gwarą, biedni obcokrajowcy, snobistyczni bywalcy eleganckich kafejek w pobliżu Placu Sablon, artyści różnej maści, second handy i eleganckie sklepy, a bliżej dworca Południowego – orientalne bary z kebabami.



Spotykamy się koło słynnej windy, która nie przestaje transportować spacerowiczów z górnej części miasta, do serca Marolles i odwrotnie. Stamtąd ruszam za Ievą jedną z najbardziej znanych ulic: Rue Haute (Hoogstraat), czyli ulicą Wysoką. To najdłuższa ulica wspomnianego Pięciokąta.






Podążam za moją przewodniczką. Uliczkami, zakamarkami, chodnikiem i po kocich łbach. Przestępujemy progi artystycznych atelier i sklepów vintage. Zaczepiają nas uliczni domokrążcy i żebracy. Na słynnej „pchełce” podziwiamy różnorodność oferty handlowej! Oprócz smakowitych perełek, ileż tam rupieci, czyli „brolu”.


Oglądam się, bo słyszę polską mowę. To nasi rodacy podążają do Kościoła Notre Dame de Chapelle, znajdującego się w najdalej wysuniętym czubku marollowego pięciokąta.


Wracamy Rue des Tanneurs, która wiedzie do Bulwaru Południowego, a stamtąd, już tylko krok do Gare du Midi, nieco dalej szkoła przy Polskiej Misji Katolickiej, a przy niej księgarnia Pani Eli, i tak dalej i tak dalej... ale to już nie Marolles. To opowieść na następny spacer...





Wracamy z Ievą tą samą windą, która wypluwa barwną, ludzką masę u stóp najbardziej ponurego Pałacu Sprawiedliwości na świecie. Pochłania następną grupę spacerowiczów, by ich wysypać na progu dolnego miasta. Jeszcze tylko parę fotek na panoramę Brukseli. Jest sucho, choć trochę mgliście, widoczność jak na tę porę roku jest całkiem niezła.


Zwalniam migawkę aparatu. Gołębie z suchym trzepotem skrzydeł podrywają się do lotu. W tle ktoś na akordeonie przygrywa jeden z najsłynniejszych walców Johana Straussa.


Zwieńczeniem naszej porannej wyprawy jest odebranie przesyłki od zaprzyjaznionego polskiego przewoźnika na Bulwarze Waterloo.
Przecież nic tak nie pachnie Polską i rodzinnym domem,  jak siemiatycki chleb z PSSu i kiełbasa „Żywiecka”.  

I żadne brukselskie frykasy nie są w stanie na długo ich zastąpić.


Żegnam się z moją przyjaciółką, obie naładowane pozytywną energią na resztę dnia. Thank you Ieva B. 


Pełno tu ślepych uliczek, oto jedna z nich. Nasz polski akcent: Impasse de Varsovie.


Photos by Ieva and Aga Ko.
Więcej zdjęć szukajcie na Śliwkowa Czapeczka

wtorek, 20 października 2015

Ona zwariowała!


Wchodziłam na pokład samolotu gdy w kieszeni kurtki zawibrował telefon. Na Messengerze facebookowym wyświetliła mi się wiadomość. Byłam zestresowana, spocona, ledwie zdążyłam przed zamknięciem odprawy, jak zwykle „piszczałam” przechodząc przez bramkę, jak zwykle zostałam poddana starannym oględzinom. Później w pośpiechu zbierałam buty, telefon, laptop, biegnąc szukałam odpowiedniego „gate”, ściskając w jednej ręce bilety, dowód, kurtkę, a w drugiej toboły. Jak baba na targu obładowana. Nie cierpię tego!  I wtedy właśnie zawibrował telefon. Okulary (oczywiście) były na dnie torby. Wytężyłam zmęczone oczy. Literki ułożyły się w początek wiadomości, zanim rozmyły się w nieczytelną plamę. „Niespodzianka!” – pisała Agnieszka z wydawnictwa „Białe Pióro”. Wyświetliło mi się bajecznie fioletowe zdjęcie okładki książki. Była ona dosłownie zsypana drobnymi kwiatuszkami. Ale: „kto? co i jak?” - nie dane było mi doczytać, bo musiałam wyłączyć telefon...
Natychmiast usnęłam ze zmęczenia, nie zważając na chętną do pogawędki sąsiadkę z boku. A w Warszawie na nowo w biegu...
... I nie wiem już, czy najpierw spotkałam się ze Stokrotką i dostałam od niej książkę, czy wcześniej doczytałam wiadomość od Agi... Wszystko zbyt szybko się potoczyło i to niezgodnie z planem. W każdym razie zaskoczenie było totalne!



Stokrotkę poznałam dużo wcześniej zanim... no właśnie. Trafiłyśmy na siebie na pewnym portalu literackim, gdzie próbowałam swoich sił. Stokrotka już w tym czasie pisała dużo i dobrze. Nie zagościłam długo na wspomnianym portalu, zapewne trafiłam tam po to by nawiązać cenną znajomość i przenieść ją z czeluści cyber zagłębia do realnego życia. Podwójna „avantage”, bo od Stokrotki trafiłam do Joasi Rodowicz. (Zdaje mi się – taka była kolejność zdarzeń.) Ale o tej niezwykłej kobiecie – kiedy indziej.
Jadzia, znana w blogerskim świecie jako Stokrotka, to uosobienie skromności. Mówiąc szczerze nie spotkałam nikogo, kto narzucałby się swoją osobą komukolwiek mniej niż Jadzia. To znaczy wcale... Jest mimochodem, w tle, uważna, serdeczna, skupiona – a jakby jej nie było. A zarazem jest to osoba o niezwykłej wiedzy historyczno- geograficznej. Zwiedziłam z Jadzią wirtualnie kawał świata! Zaryzykuję twierdzenie, że to Ona powinna pisać podręczniki dla młodzieży. Ręczę, że młodzi ludzie by je pokochali i na pewno więcej zostałoby im w głowach!

Podczas gdy sama skupiam się głównie na emocjach w moim pisaniu, Jadzia z buchaltersko-archeologiczną skrupulatnością – oddaje sprawiedliwość dziejom. Skrupulatnie, lecz nie nudno. Wręcz przeciwnie. Czyta się z ogromnym zainteresowaniem, przy czym bogactwo faktòw historyczno-geograficznych, nie przytłacza. To bogactwo, spostrzeżeń, anegdot, refleksji.  


A teraz zwariowała! Wydała książkę i to w absolutnej tajemnicy, nawet przed najbliższymi! Bo taka właśnie jest Stokrotka. Ułożona i szalona. Delikatna i twarda. Jak jej Mama, której oddaje hołd na stronach swej uroczej książeczki.
Chyba rozumiecie, dlaczego moja recenzja twórczości Jadzi będzie taka osobista?  Nie potrafię mówić (pisać) o tej osobie bez emocji. Nie jestem recenzentką. Oceniam sercem, nie rozumem. Skupiam się na tym jakie struny w moim sercu porusza czyjaś twòrczość. Ta Jadziowa, uruchomiła w mojej duszy całą symfonię wzruszeń. Trzymam w dłoni stosunkowo cienką książeczkę, lecz niezwykle treściwą. Książka zaczyna się słowami: „Nie dla sławy i nie dla pieniędzy... nie po to by swoje ambicje i cokolwiek komukolwiek udowodnić... „ Taka właśnie jest autorka tej książeczki. Jej opowieści zebrane są w cztery tematyczne części: rodzinne wspomnienia, podròże, opowiadania dotyczące teraźniejszości i urocze anegdotki, ktòrych bohaterami są wnuki Jadzi: Szczerbaty i Pytalski.





Niby znam większość tych opowiadań, bo powstały podobnie jak moja książka na bazie postòw blogowych, ale smakuję je za każdym razem jak ulubione ciasteczko. Tyle tam treści! Odrywam kawałek po kawałeczku, jak poszczegòlne warstwy kakaowo-orzechowego, chrupiącego wafelka, delektując się jego smakiem. Wzruszam się przy bardziej osobistych treściach, ukazujących wrażliwość Stokrotki, chłonę wiedzę, przy tych bardziej fachowych, śmieję się przy opowiadaniach o wnukach. To znòw podziwiam merytoryczność, wartki, lekki język, konsekwencję. Ale wszystko co dobre, szybko się kończy! Nie wiem kiedy połknęłam całą książkę!
I aż żal, że tak szybko się skończyło...

Stokrotko, zostawiłaś w moim sercu wielki niedosyt!
Życzyłabym sobie, byś częściej wariowała, a owocem tego wariactwa były kolejne książki. Już dla szerszej grupy odbiorcòw. 

czwartek, 15 października 2015

Poproszona na dywanik.


Zostałam poproszona na dywanik. Nie ten czerwony, po którym stąpają hollywodzkie gwiazdy, ale serdeczny – od sympatycznych blogerek: DD i Dorothea. Tym bardziej go sobie cenię i uchylę rąbka siebie, choć robiłam to kilkakrotnie: tu i tu. i w wielu innych miejscach. Mam nadzieję, że z moich odpowiedzi nie wyłoni się obraz psychopatki. 






1)  Piszę bloga, bo to mòj sposób na wyrażenie tego co mi w duszy gra.

2)  Gdy miałaś naście lat, twoim guru i autorytetem był... 

Nie było takich osób. Pamiętam, że przeżyłam swoistą fascynację żołnierzami Szarych Szeregów. Zastanawiałam się jak ja bym zachowała się w podobnych okolicznościach, jaka byłaby moja odwaga, brawura, bezkompromisowość, wrażliwość...

A jednak nie, jest taka osoba. To siostra mojej mamy. Pisałam o niej na blogu. Określę ją krótko: kobieta niezłomna. Wyjątkowa.  Niezwykle wymagająca w pierwszej kolejności od siebie, a potem od innych. Takich ludzi już dziś szukać ze świecą. 

3) Jak tamta fascynacja ma się do dziś, gdy masz dziesiąt lat?

Często zadaję sobie pytanie czy byłaby ze mnie dumna. Odpowiedź wypada różnie. Ale bez wzglęu na wszystko kochała mnie bezwarunkowo. Co do tego nie mam najmniejszej wątpliwości. Nadal czuję tę miłość.


4) Z nieba spadło Ci 10 tys. Złotych, ale moższ je wydać tylko na siebie. I co zrobisz?

Tylko na siebie? To powiem przewrotnie. Największą zrobioną sobie frajdą  jest dawanie innym. Najlepiej anonimowo.
Uszczknę sobie na torebkę i buty, żeby nie wyszło, że ze mnie taki ideał, a resztę: spełnię marzenia innych. To najbardziej mnie kręci. Kasa mnie się nie trzyma, przepływa tylko. I tak ma być! Łatwo zarabiam i łatwo tracę. Raz bogacz, raz żebrak J To uczy pokory i zdrowego podejścia do forsy. 

5) W codzienności nie mogłabym obyć się bez: bliskości.




 6) A na emeryturze to chciałabym... Co to jest emerytura?

 7) Jak książka to z gatunku... dobra powieść obyczajowa, thriller      psychologiczny, popularno-naukowe, biografie...

8) Czasem mi wstyd, ale do łez wzrusza mnie... ten fajtłapa z klapniętym uszkiem, miś Uszatek. Już jako dziecko płakałam nad jego losem i że zawsze samotnie idzie spać...

9Są przedmioty, które kojarzą mi się z dzieciństwem. Dla mnie to... fartuszek z Gąską Balbiną...

10) Każdy ma jakiegoś bzika, każdy jakieś hobby ma... Pisanie/ Blogowanie/ Poznawanie ludzi/ Psiarstwo...


11) Każdy ma jakiś talent, ty masz w darze od natury... łatwo zjednuję ludzi, budzę w nich dobre emocje, nawet nieźle wychodzi mi (nieraz) pisanie, a poza tym... Beztalencie  ):

12) Gdybyś mogła cofnąć się do czasu, aby coś zmienić...

Nic bym nie zmieniała. Nie żałuję żadnych doświadczeń życiowych, błędów, porażek. Bez nich nie miałabym tej wrażliwości i tej siły co mam. Byłabym... niekompletna. 


13) Trzy życzenia wypowiedziane do złotej rybki:

- żeby czyjś los się odmienił, skoro ja nie mogę pomóc...

- Złota rybko, złota rybko: pragnę ładnie śpiewać, tak lubię sobie nucić, a wychodzi to jak dźwięk metalu po szkle... obdarz mnie muzykalnością... please!

- dzieci powinny mieć szczęśliwe dzieciństwo, nie powinny ponosić konsekwencji rozgrywek dorosłych; ich wzajemnych wojenek na skalę rodziny ni świata. zrób coś w tej sprawie... 


14) Najbardziej lubisz... czekoladę? ... Ups!...

15) Nie cierpisz, gdy... jestem bezradna. Bezradność mnie bardzo upokarza.

16) Największym szczęściem jest... przynależeć do kogoś i mieć się o kogo troszczyć, kochać...





wtorek, 13 października 2015

Magia słów.

Zaczęło się tak. Pewnego dnia osiadłam, zapuściłam korzenie. Miałam swój dom, no może nie tak do końca mój - bo wynajęty. Własny kawał łąki udający ogród, pośrodku której rósł rozłożysty dąb, kierując ku niebu swoje pokiereszowane ramiona. Za łąką widać było nierówne wstęgi pól uprawnych, rów melioracyjny pretendujący do miana rzeczki i dalej, aż po horyzont wijące się pasma  dróg przelotowych, na których jak w ukropie - od rana do nocy uwijały się samochody.

Codziennie wieczorem zastygałam z kubkiem herbaty w dłoniach na tarasie patrząc na dramatyczne dogorywanie słonecznej kuli na granicy horyzontu. Wtedy przypomniał mi się Mały Książę i pomyślałam, że powinnam mieć swoją różę, bo taki ogród - łąka, bez królewskiej rośliny, jest jakiś oszukany. 


Nigdy nie byłam dobrą ogrodniczką. Toteż sporo czasu mi zajęło zanim się zdecydowałam na odpowiedni kwiat w pobliskim centrum ogrodniczym. Tysiące uwięzionych za metalową siatką róż wyciągało do mnie bezgłośnie swoje ramiona. Wstydliwie, prawie ukradkiem dotykałam aksamitnych płatków, badałam jędrność łodyżek, poświęcałam im uwagę wiedząc, że robię im płonne nadzieje. Że wyjadę stąd tylko z jednym kwiatem. W końcu się zdecydowałam. Wybrałam średniej wielkości roślinę. Ani szczególnie ładną ni brzydką, nie starą i niezbyt młodą. Będziemy do siebie pasować. - pomyślałam.



W domu w garażu znalazłam mocno zużyty szpadel i tępym ostrzem wygrzebałam dziurę w tłustej glinie tuż przy tarasie. Posadziłam moją herbacianą różę, przydeptałam rozpulchnioną glebę, obficie podlałam wodą za pomocą zakupionej na tę okoliczność plastikowej konewki i powiedziałam:

Masz tu wszystko co jest potrzebne do życia: ziemię, powietrze, deszcz i słońce, noc i dzień. Żyj! Radź sobie.

Szybko zapomniałam o swojej róży kupionej dla kaprysu. (Mówiłam, że marny ze mnie ogrodnik.) Któregoś dnia, gdy po kolejnym długim wyjeździe wróciłam do domu, zastałam martwy sterczący kikut. Bez trudu wyciągnęłam suchy badyl z ziemi i odrzuciłam go na stertę skoszonej trawy w kącie ogrodu. Zwiotczałe łodyżki spoczywały na niej jak na śmiertelnym łożu, suche pąki, którym nie dane było na dobre rozkwitnąć wystrzeliwały martwymi powiekami płatków w niebo. Wiatr poruszał i szeleścił rdzawymi jak zaschnięta krew listkami. Smętnie to wygladało. Było mi głupio. Ale pewnych rzeczy nie można w życiu cofnąć. Choćby czegoś tak banalnego jak śmierć herbacianej róży.

Nazajutrz po przebudzeniu skierowałam pierwsze kroki do ogrodu. Ona ciągle tam tkwiła na stercie trawy jak niemy wyrzut sumienia. A czego się spodziewałam? Że zniknie? - pomyslałam poirytowana własnym sentymentalizmem. 

Codziennie na świecie umierają miliony ludzi, tryliony roślin powtarza swój cykl życia i śmierci, gaśnie tysiące gwiazd. A ja roztkliwiam się nad losem jednej uschniętej róży? 

Jakaś paranoja! 
Poszłam do pracy starając się więcej o tym nie myśleć.
Jednak wieczorem nie mogłam dalej udawać, że mnie to nie obchodzi. Czułam wręcz, jak martwy kwiat przyzywa mnie do siebie. Nie mogłam tego znieść! (Nieunikniona konsultacja z psychiatrą zdawała się tylko kwestią czasu) Z irytacją schwyciłam badyl za kruche ramiona, wysuszony korzeń umieściłam w otworze, przysypałam na nowo grudkami gliniastej ziemi. (Doprawdy, co ja wyprawiam!) I wtedy... coś we mnie pękło. Utuliłam delikatnie moją różę i bez większej nadziei, zaczęłam szeptać słowa przeprosin. Za zaniedbania, brak empatii, za egoizm. Za to, że tak daleko mi do ideału, za wszystkie popełnione w życiu błędy. Z potokiem słów popłynęły łzy, które niosły ulgę. Rozejrzałam się wstydliwie, czy sąsiedzi nie są świadkami niecodziennego widowiska i mocno zaniepokojona własnym zachowaniem udałam się do domu.

Długo brałam prysznic tego wieczora. Dźwięk spadających na moją głowę kropel zagłuszył pomruki nadciągającej burzy. Po chwili strumień wody  obmywający moje ciało znalazł wspólny rytm z gwałtownym deszczem bębniącym o parapety okien. Po długiej porze suszy, front gwałtownie się załamał przynosząc upragnione opady.
Ukojona szumiącą melodią spałam z ufnością noworodka. 

Następnego poranka dotarłam spóźniona do pracy. Deszcz padał całą noc i dzień. Późnym popołudniem wyjrzało zza chmur blade słońce. Gdy wróciłam do domu ujrzałam moją różę obsypaną tysiącem drobniutkich listków, którym spieszno było na świat. U jej stóp jak stara, niemodna sukienka ścielił sie dywan rudych martwych blaszek liści. Wiatr porywał je pojedyńczo, figlował z nimi, zwodził, a gdy już nabierały zaufania i coraz odważniej szły z nim w pląsy, jak cyniczny kochanek obracał je w pył bezlitosnym podmuchem.

Patrzyłam zdumiona na swoją odrodzoną różę. Miałam wrażenie, że się do mnie uśmiecha.

Wtedy prawdopodobnie po raz pierwszy pomyślałam o sprawczej mocy słów.
   
Zapewne każdy z nas odczuł ich zbawienną, lub niszczycielską siłę. Są słowa, które niosą otuchę, choćby brzmiały banalnie. Zwykłe: „będzie dobrze, dasz radę, jestem z Tobą” nie zaczarują rzeczywistości, ale sprawią, że poczujesz moc, dadzą bodziec do działania, pomogą wytrwać. Są słowa, które zabijają na raty, dopóki nie wybrzmi w nich do ostatniej nuty trucicielska energia.

Słów się nadużywa, skąpi, zakłamuje.
One mogą zdziałać cuda.
Słowa należy ważyć.
Nie rzucaj ich na wiatr, bo Ci nigdy nie uwierzę.

Należy zawsze tak pisać, jak gdyby pisało się po raz pierwszy i ostatni. Tyle powiedzieć, jakby to miało być pożegnanie i tak dobrze, jakby to miał być debiut.”


                
Kiedyś, gdy byłam dziewczynką, nie potrafiłam bronić się przed jadem złośliwych wypowiedzi. Zwłaszcza, że nauczona byłam ufnie brać je za dobrą monetę.
Teraz zmądrzałam. Wiem, że mogą być narzędziem w rękach głupich ludzi. Buduję swój kokon, w którym się przed nimi chowam. Złe słowa nie dosięgają mnie i nie ranią, odkąd wyobrażam sobie, że to bezwolne kulki papieru, a nie zdradzieckie, zatrute strzały. Coraz częściej ta taktyka zdaje egzamin. Ale nie każdy posiada tę odporność. Znam osoby, które uwierzyły, że są nieatrakcyjne, za głupie, nieudane – i takimi się stały.

Nie szczędź dobrych słów ludziom, one nie kosztują. Moją pasją jest wynajdowanie w każdym człowieku wyjątkowych cech. To fascynujące zajęcie! Gdy im o tym mówię, widzę jakie zachodzą w nich zmiany. Rozbłyskują im źrenice, prostują się plecy, grymas na twarzy zastępuje początkowo nieśmiały, niedowierzający uśmiech. Kocham odkrywać w ludziach ich dobro i talenty! Kocham inspirować do wzrostu. To chleb oddany, kiedyś też wiele dostałam od innych. Dzielenie się dobrym słowem, a co za tym idzie – energią – jest niewyczerpywalne! To jedyne bogactwa natury, których nigdy nie zabraknie.

Ale nie tylko leczę słowem. Zdarza mi się ranić jak nikt! Zatrutymi strzałami trafiam prosto w serce. Potrafię wykazać się nie lada kreatywnością. No cóż, nobody perfect. To oznaka nie tyle złośliwości, co bezradności. I wyłazi ze mnie bezradna blondynka, co na język nie choruje.

Na moim oknie wyrósł w doniczce taki dziwoląg (zdjęcie poniżej). Gdy widziałam, że chuda, powykręcana łodyga nie uniesie ciężkiej czapy grubych liści, zaczęłam codziennie zachęcać go do wysiłku i walki. I stał się cud! To silny, dzielny kwiat, który desperacko wygrał swoje życie. A widziałam go już umierającego. Chociaż właświe nie powinno mnie dziwić.



Skoro nawet woda zmienia odpowiednio swoją strukturę pod wpływem wypowiadanych pod jej adresem dobrych lub złych słów...