niedziela, 30 sierpnia 2015

Bądź roztropny. Dziel się ostrożnie marzeniami.


Patrzę na datę ostatniego posta. No nie, to mi się raczej nie zdarza, aż taka przerwa w blogowaniu! Donoszę uprzejmie, że nie umarłam, nie wypaliłam się, nie brakuje mi pomysłów, nie wyjechałam na wakacje mego życia dookoła świata, tylko... szykuję małą, cichą rewolucję na wcale niemałą skalę! 
A to wymaga czasu, spokoju, narady, zastanowienia...
Więc się skupiam maksymalnie...
Kosztem czegoś niestety, w tym wypadku - kosztem blogowania. Bo jak łatwo policzyć, doba ma 24 godziny, z których to 24 godzin, osiem spędzam w pracy (kobieta pracująca), resztę poświęcam rodzinie, na odpoczynek i trywialne, powtarzalne czynności domowe... Brrr.
Do swoich spraw zasiadam zazwyczaj późnym wieczorem (czytaj: nocą), ale na szczęście, jak Napoleon - dużo snu nie potrzebuję... 

Już niebawem wszystko wróci po staremu nowemu: regularne posty o Brukseli i nie tylko... Cierpliwości...
Blog ulegnie mega liftingowi, pojawią się nowe nazwy, hasła przewodnie, projekty...

Druga książka jest na ukończeniu (tak, tak, to nie lipa!), pierwsza ulegnie pewnej metamorfozie i ruszy z ofensywą. Już nie za cały miesiąc po raz pierwszy zagoszczę w Mławie i czekają mnie ciekawe wydarzenia w stolicy. 
Będzie się działo! 

A to za sprawą fantastycznych ludzi (znowu!). 
Dzięki Madzi Bębenek  (znowu!) poznałam krąg kreatywnych osób z pasją i okazuje się, że sprawy niemożliwe stają się możliwe, terminy nie do zrealizowania - realizuje się w siedem  dni, a powietrze aż drży od pasji, energii, zaangażowania. Dzielę się już z wami ostrożnie moimi planami, ostrożnie - by nie zapeszać! 

W życiu ważne jest byś trafił na odpowiednich ludzi. Kluczowe jest - z kim dzielisz się swoimi sekretnymi marzeniami.. Przytoczę pewną historyjkę...

Kiedyś miałam podjąć pracę, pierwszą taką poważną, w pewnej zagranicznej firmie. Przerażona trochę tą propozycją, która spadła na mnie niespodziewanie, postanowiłam poradzić się pewnej (w moim mniemaniu) przyjaciółki. Bardzo plastycznie roztoczyła przede mną wizję mojej natychmiastowej kompromitacji, braku kompetencji i poziomu stresu. Poczułam się taka malutka... że aż się w sobie skuliłam. Dostrzegłam śmieszność własnej osoby. "Eee, jestem do dupy!" - jęknęłam i natychmiast chciałam odwołać rozmowę kwalifikacyjną. 

Przytomnie mąż mnie przytrzymał, mówiąc: "Zadzwoń jeszcze do kogoś innego. Nie poprzestawaj na zdaniu jednej osoby." Bez przekonania wykonałam jeszcze jeden telefon do innej koleżanki "z branży". Przez chwilę milczała po wysłuchaniu mnie, w końcu rzekła: "Jak nie weźmiesz tej roboty, to dopiero będziesz skończoną idiotką! Nigdy ci tego nie wybaczę!" 
"A jak się nie sprawdzę? Skompromituję?" - jęknęłam.
"To co" - przerwała mi - " Korona ci z głowy spadnie? Zabiją cię? Powiesz: dziękuję i do widzenia. Rzeczywiście to nie była dla mnie robota. Wzruszysz ramionami i wyjdziesz, zamykając za soba drzwi raz na zawsze.  Pomyśl jednak o tym, co potencjalnie tracisz, nie chcąc spróbować."


Wiecie co? To był wspaniały okres mego życia. Nie było lekko, ale wiele się nauczyłam. Poznałam nietuzinkowe dziewczyny, z którymi przyjaźń przetrwała po dziś dzień. No i miałam co wpisać do CV. W następnej pracy, bardzo mi się przydało to doświadczenie. Zaryzykuję stwierdzenie, że dzięki niemu, dostałam kolejną, ciekawą pracę.

Dlaczego o tym piszę? Uważaj na to z kim dzielisz się swoimi planami, czy marzeniami. Proszę, bądź ostrożny! Nie wszyscy zasługują na to by być powiernikiem twoich śmiałych pragnień!

Zapamiętaj:
"Niespełniony marzyciel nie jest najlepszym przewodnikiem."


czwartek, 20 sierpnia 2015

Scenka w sklepie.



 Jestem zachłanna na podglądanie codzienności. Tak, to jest zdecydowanie to - co mnie w życiu kręci najbardziej. Wiem, kto mnie zna - powie, że jak mam coś widzieć, skoro nie patrzę? Nie poznaję ludzi na chodniku, własnego męża, syna, dyrektora w pracy, który wyskoczył po bułki do pobliskiego sklepu dokładnie w tym samym czasie co ja. Stoi teraz za mną w kolejce, a ja mając wyniośle utkwiony w szybie wzrok, myślę: "Kim jest ten dupek za mną, który się tak na mnie gapi?" Ale nie przychodzi mi do głowy, że to jest mój "najgłówniejszy z głównych", łaskawie królujący nam dyrektor, który nie gapi się bynajmniej z tego powodu, że jestem taka "super girl", ale po prostu zastanawia się, co ja robię w godzinach pracy poza biurem. Na wszelki wypadek zabijam go pogardliwym wzrokiem. To taka reakcja obronna, gdy nie wiem:"who is who". Przebudzenie następuje przeważnie drastycznie. W tym przypadku, już za chwilę, gdy mijamy się na korytarzu mego piętra i wtedy eureka! Ach, przecież to ten facet ze sklepu! Upss! 

Zazwyczaj, jestem jak wyrwana z głębokiego snu, bo stąpam bezszelestnie w zupełnie innym świecie. Ale nie ujdą mojej uwadze szczegóły, rejestruję je w swoim umyśle w wysokiej rozdzielczości HD...

I tak sobie postrzegam świat kawałeczkami. I buduję z nich całościowy obraz. I obalam stereotypowe sądy...

Pamiętacie wrzawę i podzielone opinie na temat:" Jaką to my dzisiaj mamy młodzież!"?


Wczoraj w sklepie - taki oto obraz. W większości kas uwijają się studenci jako kasjerzy. W "mojej",  delikatne dziewczę z dołkami w policzkach. Pięknie zrobione oczy z rzęsami na pół twarzy. (Od razu widać, że takie w naturze nie występują). Długimi, starannie wymodelowanymi pazdraczkami co najmniej za 70 eurusów, z gracją stuka w klawisze na kasie. Taka malowana lala, myślę sobie. A kolejka, jak to kolejka - cały przekrój społeczny. Przychodzi pora na obdartego kloszarda. Elegancka pani stojąca za nim odsuwa się z odrazą. Inni też nie patrzą z sympatią. Fakt, zapaszek dawno niemytego ciała nie budzi zaufania. Czujny ochroniarz nie spuszcza z człowieka nieprzyjaznego wzroku. Jeszcze może coś ukradnie? Jakoś tak gęstnieje atmosfera wokół niego, jakby był trędowaty. Brak społecznego przyzwolenia na takich w publicznej przestrzeni. 


Człowiek stawia na taśmie piwo, słoik ogórków i kładzie chleb. Pokazuje, że w wymiętej torbie ma jeszcze 4 puszki taniego piwa. Kasjerka obdarza go promiennym uśmiechem. Wyhamowała... Nie wymusza pośpiechu. Jakoś tak czas przystanął w miejscu. Zadaje typowe pytania, na które i tak zna odpowiedź. "Czy posiada pan kartę stałego klienta?", " Czy życzy pan sobie...?" "Czy byłby pan tak uprzejmy...?" Poświęca mu z buchalterską skrupulatnością całą swoją uwagę. Jej oczy się uśmiechają, buzia się uśmiecha, cała jest uśmiechem... Człowiek prostuje zgarbione plecy, grzebie w kieszeniach szukając drobnych, patrzy dziewczynie szarmancko w oczy. Cały rozkwita. Delikatna nić porozumienia rodzi się między tym dwojgiem po obu stronach kasy. Patrzę zauroczona jak młoda studentka podnosi jego udręczoną godność. Może inni tego nie widzą co widzę ja aż nazbyt wyraźnie. Człowiek otwiera brudną dłoń z czarnymi, długimi na centymetr paznokciami, wypełnioną bilonem. Dziewczyna bez najmniejszego cienia obrzydzenia (wiem, bo śledzę każdy jej ruch, wyraz oczu, grymas twarzy) wyławia i odlicza monety. Ciągle cała jest serdecznym uśmiechem. To nie jest zwykłe obsłużenie klienta, to celebracja człowieczeństwa. Patrzę wzruszona, jak jego oczy zapalają się blaskiem, jak się cały zmienia jak za dotknięciem czarodziejskiej różczki, pięknieje... Odchodzi wyprostowany, równym krokiem pewnego siebie mężczyzny. Dziewczyna nieśpiesznie odprowadza go autentycznie serdecznym spojrzeniem...
Wszystko trwało nie dłużej niż 2-3 minuty...

Dziś wpadłam tam na chwilę bo zapomniałam wczoraj kupić masło. W "mojej" kasie była już inna studentka. Nie patrzyła na ludzi, odhaczała jak numerki, zero uśmiechu. Jej "do widzenia" brzmiało jakby mówiła "spadaj frajerze"...




sobota, 15 sierpnia 2015

Po mojej prawej stronie Bugu.


Po mojej prawej stronie rzeki mieszkają fantastyczni ludzie. Chociaż zdania sa podzielone. Przekonałam się jednak, że to jak patrzymy na świat, zależy od tego jakie okulary mamy na nosie. Moje, malują rzeczywistość słonecznie jasno i dlatego zakładam, że ludzie są bardziej życzliwi - niż zawistni, Bóg bardziej miłosierny - niż surowy, a człowiek dla człowieka - bardziej kotwicą i żaglem, niż wilkiem. 

Moje myślenie naiwno-życzeniowe, sprawia, że nie mam za wiele oczekiwań od świata, a w związku z tym - niewiele rozczarowań. One, rozczarowania - sprawiają, że na moment zaskowycze mi zranione serce, ale za chwilę wytworzy się wokół niego chroniąca je blizna - część normalnego procesu gojenia się rany. To jedyne ryzyko dziecęcego zaufania do ludzi. 

W większości, moje nastawienie do otoczenia przynosi zauroczenie i mnóstwo wzruszeń. Co jeszcze bardziej każe wierzyć mi w słusznośc swojej ideologii.

Ale chciałam wrócić do tego, że po mojej stronie Bugu mieszkają fantastyczni ludzie, i opowiedzieć bez egzaltacji jak dobrze jest powracać między swoich, do ziemi, która Cię wydała, do tych co Cie zapamiętali małą dziewczynką. 

Po mojej stronie Bugu fantastyczni ludzie wybudowali restaurację z hotelikiem w szczerym polu i tchnęli w to miejsce życie. Wbrew wszelkim kraczącym, nie dość, że nie zbankrutowali - to jeszcze propagują dobre wzorce żywieniowe, robią okolicznościowe imprezy, organizują wydarzenia kulturalne. Do jednego z nich zaprosili mnie...


Na tę okazję przygotowali okolicznościowe menu:




choć i tak rekordy popularności biła fantastyczna beza księżnej Anny, specjalność restauracji:



Ale nie jest to jeszcze cała prawda o fantastycznych ludziach, jakich znam. Nie wszyscy mieszkają po mojej stronie rzeki. Niektórzy z nich przyjechali z lewej strony naszego pieknego, mrocznego Bugu. Jak Ewa i Asia z mężami, jak Janusz.

Na codzień pracujący w telewizji publicznej, reżyser, operator, scenarzysta i pasjonat. Człowiek - orkiestra, o niespożytej energii, którą dookoła rozdaje. Zrobił dla mnie rewolucję w swoim napiętym grafiku pracy, gdzies tam podzwonił, coś tam poprzekładał, przyjechał w prawie czterdziestostopniowy upał po pracy z Warszawy, by wrócić do niej nad ranem, bo nazajutrz musiał byc obecny na zaprzesiężeniu prezydenta. 

Janusz był osią i motorem naszego spotkania i dobrym, wspomagającym mnie duchem (już po raz czwarty! Rekordzista!)





Mówiąc szczerze, występowanie wśród swoich to ogromna przyjemność i zarazem duże wyzwanie. Tu jesteś sobą na sto procent, tu otacza Cię bezgraniczna życzliwość, ale też możesz być poddana surowszej krytyce. Bo ONI mają do tego prawo. Bo ONI pamietają cię małą dziewczynką i jak dobry rodzic dla swego dziecka wyłapują w lot wszystkie niedociągnięcia. Chcieliby byś była najlepsza! I to jest takie budujące. 







Nie zawiodła rodzina i przyjaciele, którzy licznie sie stawili...







Moi najbliżsi zostali odpytani na tę okoliczność. Najważniejsze co usłyszałam z ich ust, to: "spełniona matka i żona, to szczęśliwi domownicy" :) 





Spotkanie połączyło kilka pokoleń, nie zabrakło dzieci i młodzieży...
I tak siedzieli zasłuchani...







Dziękuję Rysiowi Mioduszewskiemu za profesjonalne zdjęcia i Karolinie za fachowy makijaż... 



Dziękuję organizatorom oraz wszystkim za liczną obecność, za dużo pozytywnej energii, za to że ... mam gdzie wracać.



wtorek, 11 sierpnia 2015

Powakacyjny post o niczym inicjujący rychłe nadejście jesieni... Summertime Sadness...




Powroty do rzeczywistości bywają bolesne, ale nie tym razem. Jakoś łagodnie weszłam w stan "po wakacjach". Jedynym mocnym akordem była próba uśmiercenia służbowego laptopa zaraz pierwszego dnia w pracy. Chyba przyświecało mi hasło, że laptop nie wielbłąd, pić musi, i poczęstowałam go przez nieuwagę prawie litrem wody mineralnej. Sprawna akcja reanimacyjna i nadzieja,że pacjent przeżyje. Z doświadczenia wiem, że kontaktu z sokiem pomarańczowym nie przeżywa, więc troszeczkę się martwiłam. Chwila prawdy nastąpiła dzis rano. Odpaliłam. Zrzęził, dyszał, chrobotał , kaszlał, migotal, ale w końcu... zadziałał ... Ufff ulga!

Jadę rano do pracy. Nadchodzi jesień. Przyglądam się zamglonym porankom. Słucham ulubionej, melancholijnej nutki...



Upalne dni pozostały na wschodzie. Jeszcze smakuję w myślach gwar, zapach i smak odbytych spotkań. Jeszcze grzeję się w cieple akceptacji podczas wieczoru autorskiego, ale opis spotkania zostawiam sobie na deser. By przedłużyć wakacje... 


Jadę i postrzegam... Postarzało nam się lato! Patrzę na zmieniające się pole za domem. Przyglądam się sama sobie jak się zmieniam, ewaluuję, dojrzewam. Jak każdej jesieni ulegają zmianie  moje oczekiwania, priorytety, marzenia, plany... Starość? Ponoć zaczyna się wtedy, gdy zamiast żyć, żałujemy straconych okazji... Ja póki co dziekuję Bogu za codzienność, że nas nie ubyło... I planuję... Z życiowych sytuacji każdego dnia wyciągam wnioski, uczę się nieustannie siebie i innych, jak każdy popełniam gafy, które potocznie ludzie nazywają "dawaniem d... ".  Ale po czterdziestce nabyłam cudownego dystansu. Wybaczam sobie upadki i innym też. Wybaczam, nie pobłażam... Bo o ile potknięcia to ludzka rzecz, o tyle taplanie się w upadku i użalanie sie nad sobą jest niewybaczalne.  Trwanie w niemocy jest paraliżujące. A czasami wystarczy, zejść sobie samemu z drogi i nie przeszkadzać. 
Mówisz, że kryzysy...
Tak wiem, też je miewam cholernie często. Ale dziękuj za nie. Są jak przystanki. Dzięki nim rodzi się determinacja, dzięki nim pokonujesz siebie słabego. One dają ci siłę. Uruchamiają rezerwy instynktu samozachowawczego, o którym nawet nie wiedziałeś, że go masz aż tyle. Ja z każdego kryzysu wychodzę madrzejsza, lepsza, mniej naiwna, bogatsza... Ty też.
Czasami wstrząs jest potrzebny, jak w przyrodzie. Jedno musi obumrzeć by narodziło się coś nowego. 


I też potrafię sobie wymyślać różne rzeczy, by nie zająć się własnym rozwojem. Nasza podświadomość w tym względzie jest naprawdę bardzo kreatywna. Obwiniamy szefa, system, współmałżonka, szkołę, by dalej nie wziąść życia we własne ręce. Bezpieczniej je nieraz przebimbać, niż może... osiągnąć sukces w jakiejś dziedzinie? Ja przez długi czas tkwiłam w maraźmie, zasłaniając się argumentem, że... nie mam pieniędzy by rozwijać swoja pasję! Dziś się z tego śmieję. Nie rób z siebie ofiary. Źródła niemocy szukaj w sobie, a nie w warunkach zewnętrznych. Gdy dopada cię i zasysa "czarna dziura" rozpaczy, pomóż sobie. Masz cały wachlarz możliwości: pogadaj z Bogiem, psychologiem, pójdź do lasu, na rower... Albo wykonaj telefon ratunkowy do przyjaciela. Cokolwiek, co przynosi ulgę duszy i stawia do pionu. 


Wiem, że trochę dziś smęcę. Bo jestem sama. Jeszcze tydzień. Później mój dom zapełni się znów tupotem ludzkich i psich nóg, hałasem i wiecznym bałaganem, aż będę skrycie marzyć ponownie o chwili samotności. Jednak gdy nadchodzi, to do końca nie smakuje, jak się tego spodziewamy. W sensie dosłownym również. 

Odkryłam właśnie, że nie lubię jadać samotnych kolacji. Ale cóż: "W życiu nie zawsze może być kawior". Odliczam dni do końca tygodnia, kiedy moi panowie wrócą z Tośkiem. A póki co mam WAS. Pocieszajcie mnie please :) 



wtorek, 4 sierpnia 2015

Mówić, nie mówić?


Ludzie marzą o spotkaniu swojej drugiej połówki TEGO SAMEGO jabłka w życiu, a ja luźno przytoczę za Grocholą: "Módlcie się by to było JAKIEGOKOLWIEK jabłko, bo najczęściej się trafia połówka gruszki czy innego owoca." Dlatego też obserwacja i doświadczenie życiowe każe mi raczej postrzegać związek dwojga ludzi jako dwa zbiory zachodzące na siebie (a nie połówki tego samego jabłka). Mają wspólną część, ale również tylko własne, odrębne obszary...




archiwum.wiz.pl


I tu dochodzimy do sedna sprawy. Jak przetrwać w małżeństwie/ partnerstwie i nie zwariować? Gdzie jest granica prywatności i czy coś takiego istnieje? Czy mówicie o wszystkim swoim małżonkom, czy istnieje jakiś margines, za który druga połówka nie może, albo przynajmniej nie powinna wchodzić? 

Podczas wakacji wpadają mi w ręce częściej różne kobiece czytadła, bo w ciągu roku z trudem znajduję czas nawet na regularne czytanie książek, nie mówiąc o gazetach. W jednym z ostatnich numerów Claudii zrobiono ankietę, w której postawiono pytanie:


O czym nie mówimy swoim małżonkom? Takie drobne, niewinne przemilczenia lub kłamstewka.  





Wiem, wiem, wiem! Przecież niektóre z Was oczy by mi wydrapały, przecież one wiedzą absolutnie WSZYSTKO o swoich partnerach. Tak jak znam matki, które twierdzą, że wiedzą absolutnie wszystko o swoich dzieciach. A okazuje się, że sąsiedzi wiedzą o ich dzieciach więcej niż one same. 

Dlatego pokornie twierdzę, że o swoich bliskich wiem tylko tyle ile oni chcą, abym wiedziała. 


I nie wyklucza to dobrych, przyjacielskich relacji między nami. Szanujemy swoją odrębność, swoje skryte marzenia, swoje lęki, czy niektóre wstydliwe sytuacje. Nawet nie chciałabym wiedzieć ABSOLUTNIE WSZYSTKIEGO o nich. Bo to znaczyłoby dla mnie, że nie mają swojej odrębności, swojej osobowości, że potrzebują drugiej osoby do tego by o sobie stanowić w elementarnych sprawach

Na szczęście na codzień spotykam się w większości ze zdrowymi postawami. Rozsądny mąż nie chce nieraz znać niektórych niewinnych kobiecych sekretów, choć z pewnością zdaje sobie z nich sprawę. Mój, zdecydowanie odwraca głowę od tzw. aspektów zakupowych. Myślę, że nie chce znać prawdy o ilości butów, które kupuję, no bo co mężczyzna może wiedzieć o kobiecym zapotrzebowaniu na buty? No co? Nawet jak się dowie to i tak nigdy tej potrzeby nie zrozumie. Z kolei ja mam tę świadomość, że mąż nie opowiada mi o swoich lękach związanych z pracą, no bo po co obarczać mnie rzeczami, na które i tak nie mam żadnego wpływu - argumentuje. Czasami przymykam oko na to ile czasu jeździ czołgiem (wirtualnym). Świadomie zaciemnia mi (czyt: klamie) obraz na temat ilości wypalanych papierosów. I zdarza mu się jadać na mieście, podczas gdy w domu jest ugotowany obiad. A że przytrafia mi się dokładnie to samo: pójść na lunch z psiapsiółką, mimo gotowego obiadku w domu - więc potrafię być wyrozumiała. 


Więcej niewinnych grzeszków (męża) na dzień dzisiejszy nie pamiętam. Ale sobie przypomnę! (On oczywiście myśli, że nie znam jego wszystkich przemilczeń, a ja, jak na mądrą kobietę przystało, utrzymuję go w tym przekonaniu.) Zapewne działa to też w drugą stronę. Z pewnością wie o mnie więcej niż mi się wydaje. W końcu nie jest  głupi! Nie wyszłabym 
przecież za głupka!






A oto, do czego mężczyźni nie przyznają się swoim partnerkom (według Claudii, sierpniowy numer)

- W biurze otaczają mnie piękne kobiety,
-  Męskie wieczory nie zawsze są męskie,
- Jem niezdrowo, kiedy żona nie widzi,
- Nie mówię jej, co robiłem dzisiaj w pracy,
- Fantazjuję nie tylko o swojej partnerce,
- Nie dzielę się z żoną swoimi lękami.




Kobietki wcale nie są lepsze:

- Udają, że ta gładka cera to zasługa genów,
- Ukrywają, że ta trzecia para butów w tym miesiącu sama się kupiła, a tak w ogole... to       jeszcze panieńskie... (patent mojej koleżanki MM.)
- Wyrzucaja stare ubrania męża,
- Flirtują, gdy tylko nadarzy sie okazja,
- Ukrywaja, że obiad wylądowal w koszu... 

Najbardziej rozbroiło mnie jednak wyznanie pewnego staruszka, który powiedział, że jego żona od kilkudziesięciu lat nie wie, gdzie chowa on słodycze, których jeść mu nie można, ze względu na stan zdrowia...  

A jakie są twoje niewinne kłamstewka lub przemilczenia?
Takie, które choć stanowią tajemnicę, to nie rzutują na jakość waszego związku?
Nie mówię tu oczywiście o kłamstwach dużej wagi, podwójnym życiu, które zagraża rodzinie, czy związkowi i na co absolutnie nie można przymykać oka.

O swoich malutkich grzeszkach możesz wypowiedzieć się anonimowo. :) żeby tajemnica pozostała tajemnicą :)

sobota, 1 sierpnia 2015

Wiara w Ciebie czyni cuda.


Sierpień. Czuję na karku lekki powiew wczesnej jesieni. Niektórzy jej nie cierpią, dla mnie ma ona zbawienny, terapeutyczny smak. Nie wydźwięk, znaczenie, ale właśnie - SMAK. Smakuje czereśniami, agrestem i niedojrzałą śliwką węgierką, od której, jedzonej zachłannie cierpnie język. Jesień ma też zapach: wiatru, nocnego chłodu i pustki zżętych (?) pól. Pachnie ziemią, której częścią tak bardzo się czuję. Włącza mi się jakiś turbo-atawizm, dotykam go każdym zmysłem. :) Jak pies chłonę jesień węchem. Pragnę jej się nawąchać na całą zimę! No i kolory ma ta pora roku, rzecz jasna! Żaden mistrz pędzla jej do pięt nie dorasta! Może co nawyżej u niej uczyć się rzemiosła! 

I tak gdzieś w okolicach grudnia moja jesień pokornieje i łysieje. "Październiczeje" - pozwolę sobie powtórzyć za poetą. Entuzjazm nadchodzących świąt miesza się z przeraźliwą tęsknotą, która zaczyna deptać mi po piętach. Tęsknotą - za nieobecnymi. Kurczowo obejmuję i tulę do siebie życie. Póki jest...

Budzę się rano i zastanawiam się, który mam dzień urlopu. Przekraczam właśnie połowę wakacji i od tej pory następuje odliczanie wstecz... Moja pula wolnych dni i nocy niebezpiecznie maleje, a ja zastanawiam się - gdzie popełniłam błąd, bo jakoś tak mi te dni przeciekły przez palce...  Pod skórę nieświadomości wkrada się lodowaty lęk... Irracjonalny, no bo czego tu się bać?... W końcu jesień - pisałam o tym wielokrotnie - to początek wielu nowych zdarzeń, zalążek śmiałych marzeń i realizacji planów... Nie marudź. Jesień jest ok!


Wracając przedwczoraj z Białegostoku widziałam niecodzienne (dla mnie) widowisko. Na łąkach przy drodze bociany urządziły ptasi poligon, manewry przed odlotem, szkolenie rekrutów. Niebo było pełne bocianich dziobów, łap (chyba bardziej nóg?) i trzepoczących skrzydeł.

Młode bocianiątka bawiły się, dokonywały brawurowych zwrotów, ścigały się jak lekkie biało-czarne szybowce... Beztroskie. Nikt ich pewnie nie straszył, że nie dadzą rady. Gdyby znały swoja trasę, pełną niebezpieczeństw, wiele z nich pewnie by nawet nie wyruszyło w tę drogę. Powiedziałyby sobie, zakładając skrzydło na skrzydło: "Ja pierdzielę, przesiedzę jakoś tę zimę u gospodarza, może nie dadzą mi zdechnąć z głodu ".

Ale nikt nie zachwiał wiary w ich własne skrzydła, nie mają w mózgu takiej opcji, że się nie uda. W końcu to specjalność nas - ludzi... One są pewne swoich możliwości. Na niebie - swobodne jak ryby w wodzie!




Bo wiara w siebie czyni cuda...

Ech, my ludzie, gdybyśmy choć w niewielkim stopniu byli jak te bocianie dzieci przed odlotem... A my? Boimy się ufać sobie i innym. Wierzyć we własne możliwości. Bo jakiś cień wątpliwości pozostaje. Taka zaszłość, ułomność dzieciństwa: " Niech ja Cię skrzywdzę, ale inni niech Cię docenią"- Brzmią mi w uszach słowa niektórych nauczycieli na różnych etapach zdobywania wiedzy. I tak, w dobrej wierze – wyświadczyli mi/nam niedźwiedzią przysługę. I człowiek tak czeka na to docenienie, aż nie zauważa, że życie przeczekał. I pies z kulawą nogą nie pochwalił! I tak boi się zaufać, że potencjalnie najpiekniejsze momenty życia przechodzą mu koło nosa. 



Hej, wiara w siebie to nie grzech!

To niezbedny element wzrostu i rozwoju Twego i Twoich dzieci. Bez tej wiary nie będziesz nigdy wiódł życia twórczego i szczęśliwego, nie będziesz jak ten wolny, bociani żółtodziób prujący z pewnością siebie w przestworzach.


Ja w Ciebie też wierzę. Chociaż czego to mi o Tobie nie naopowiadali! 
Że się nie nadajesz, że nie potrafisz, że nie chcesz...

Wiem, że każdy do czegoś się nadaje. Czasem tylko nie starcza determinacji i czasu by to "coś" odnaleźć. Moje szukanie tego "czegoś" zajęło mi połowę dorosłego życia. Na szczęście podświadomie, zawsze wierzyłam, że jest jakaś dziedzina w której jestem niezła, choc szaleństwem byłoby się do tego głośno przyznawać, by nie być posądzonym o zarozumiałość! Ale nie wszyscy są tacy uparci i zdeterminowani. I nie wszyscy mają w sobie tę wrodzoną nutkę szaleństwa, która chroni przed "normalnym życiem". Oczywiście wiele razy w siebie wątpiłam, ba, codziennie to robię! Ale wątpliwości nie paraliżuja mego działania, już nie...

Więc nie martw się, że ludzie oceniają Ciebie i mówią... Od tego są żeby mówili i oceniali. 
A ja nie daję wiary temu co słyszę o Tobie.
Daję wiarę swemu własnemu poznaniu Ciebie. Mówisz, że ryzykuję? Ale ile mogę zyskać gdy poznam Cię bliżej!

Spotkałam Ciebie tu i teraz.

Buduję swoja prawdę o Tobie bez obciążeń. Ufam temu co sama widzę, a nie temu - co inni o Tobie mówią.
A widzę wiele: twoją wrażliwość, gdy pobiegłaś/eś na pomoc komuś bez wahania, twój uśmiech gdy patrzysz na dziecko. Pamiętasz, by nie zabrakło mego ulubionego chleba, gdy przychodzę do Ciebie w gości, potrafisz pięknie śpiewać, rysować lubi opowiadasz tak ładnie, że aż się chce słuchać...

Drobne, codzienne zdarzenia, które składają się na całą o Tobie prawdę... I vice versa. Na Twoją prawdę o mnie...

Ufaj tylko temu co sam widzisz. A patrz nie tylko oczami. Patrz sercem. Ono nie zawiedzie. 





Jesteś białą, niezapisaną kartą, którą chcę zapełnić złotymi zgłoskami. Samodzielnie. Bez pomocy innych.

Chociaż mowisz, że z Ciebie beznadzieja. Że jesteś takim nieprzystosowanym do (tego) świata Świrkiem Muchomorkiem.
Ja w to nie wierzę. Bo widzę w Tobie ogromny potencjał.

Moja wiara W CIEBIE uczyni cuda...
Tak jak wiara innych we mnie sprawia, że chce mi się chcieć.