czwartek, 30 maja 2013

Pozwól, że ci się przedstawię...

Dzisiejszego wieczoru miałam zamiar dalej zwiedzać z wami Brukselę, ale w ostatniej chwili zmieniłam plany. Postanowiłam wam wreszcie opowiedzieć o sobie zdjęciami, może nie tak ładnie jak to zrobił the Dark Passenger, który zaprosił mnie do tej zabawy, ale postaram się, bazując na zdjęciach, ktore sama zrobiłam.


1.      Codziennie widzisz…

        Nadzieję




2.      Ubranie, w którym mieszkasz:

       Moja pogodna samotność.




3.      Ulubiona pora dnia.

      Świt, gdy wszyscy śpią, a ja z kubkiem kawy celebruję ranek lub pędzę autem przed siebie.




4.      Coś nowego…
Nieustanny dreszcz oczekiwania na najlepsze, co jeszcze przyjdzie.




5.      Właśnie tęsknisz za:
      Doliną Bugu - musi tam byc pieknie o tej porze roku...




6.      Piosenka, która chodzi ci po głowie…
      Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść niepokonanym...



7.      Nagłówek twojego tygodnia.
Życie to nie próba generalna, powtórki nie będzie, oraz:
Żyj z całych sił i uśmiechaj się do ludzi.




8.      Najlepszy moment tygodnia.
Zdecydowanie piątek po południu, gdy wszystko jeszcze przede mną…




9.      Kim chciałeś(aś) być jako dziecko?
Chlopakiem.




10.  Nie rozstajesz się z…
Marzeniami i ...aparatem fotograficznym



11.  Co można znaleźć na twojej liście marzeń?
Stworzyć azyl dla ludzi i zwierząt.



12.  Twoja miłość od pierwszego wejrzenia.
Mój syn.




13.  Coś, co robisz cały czas.
Piszę, fotografuję, pielęgnuję wdzięczność, podglądam zycie, nie dosypiam…



14.  Zdjęcie tygodnia.



15.  Ulubione słowo, wyrażenie?
Zarozumiałością oraz bezczelnością człowieka jest mówienie, że zwierzęta są nieme, tylko dlatego że są nieme dla jego tępej percepcji. M.Twain



16.  Najlepszy moment roku.
Wszystko najlepsze zaczyna się jesienią…




17.  Ktoś, kto zawsze potrafi cię uszczęśliwić.
Moi mężczyźni i moje psy.



Nie mam pojęcia kogo wyróżnić, tak wielu z was chciałabym zaprosić do wspólnej dalszej zabawy, więc zapraszam...ochotników, dobranoc :)


niedziela, 26 maja 2013

Coś dla ducha, czyli nie samymi frytkami człowiek żyje.(część 1: Gotfryd Bouillon)




Mówią, że Bruksela jest brudna i nudna, grymaszą, że deszczowa. Jak dzisiaj. Mamy koniec maja, a temperatura na dworze zaledwie około dziesięciu stopni Celsjusza. Najstarsi Belgowie nie pamietają tak deszczowego i chłodnego maja! Mimo to warto odwiedzić Brukselę dla kilku rzeczy. Zostać tydzień – by przychylniej na nią popatrzeć, kilka miesięcy by się z nią zaprzyjaznić, parę lat – by pokochać to miasto! Za czekoladki, frytki, piwo, szeroko rozumianą różnorodność i za...sztukę.
Gdybym miała w Brukseli poświęcić jeden dzień na tę ostatnią – zdecydowanie zaczęłabym moją wędrówkę od Place Royale ( Plac Królewski) - miejsca licznych muzeów i zabytków.  







Pośrodku placu stoi pomnik kamiennego, dumnego rycerza. Mosiężnymi ostrogami spina swego wierzchowca. Linia tramwajowa omija go łukiem z dwóch stron.  To Gotfryd de Bouillon (Gotfryd z  Bouillon) – organizator i przywódca pierwszej wyprawy krzyżowej do Jerozolimy w celu jej odbicia z rąk Arabów. baron Gotfryd de Bouillon jako jeden z pierwszych odpowiedział na apel papieża wzywającego do obrony Jerozolimy przed najazdem muzułmańskim. Wyruszył ze swoimi rycerzami w roku 1096, a trzy lata później zdobył święte miasto. By móc pozyskać potrzebne środki zastawił swój zamek w Bouillon na południu kraju. Na marginesie: warto ruszyć się kiedyś z Brukseli w kierunku Luksemburga, by zwiedzić tę jedną z najstarszych belgijskich średniowiecznych fortyfikacji. 



Zamek robi wrażenie, bujna przyroda cieszy oczy, a przy odrobinie szczęścia – z dużym prawdopodobieństwem, można załapać się na pokazy szkolonych jastrzębi, sępów, sów, sokołów i orłów. Latem organizowane jest nocne zwiedzanie zamku z pochodniami i wiele innych atrakcji. Póki co wracajmy do Brukseli,  do pomnika Gotfryda.




Wyprawom krzyżowym przyświecały szlachetne cele: odbicie świętego miasta z rąk muzułmańskich, ich ochrona oraz zapewnienie chrześcijanom dostępu do ich miejsc kultu. W rzeczywistości stały się pretekstem do grabieży i wielu nadużyć i rozpoczęły epokę krwawych wypraw krzyżowych.  

    Widok z zamku.

Gotfryd nigdy nie wrócił do swego Bouillon. Mógł zostać krolem Jerozolimy, ale odmówił zaszczytu. Nazwał się skromnym „Obrońcą grobu Pańskiego”. Walczył jeszcze dalej w Egipcie, a zmarł w niewyjaśnionych do końca okolicznościach. Został pochowany w Jerozolimie. Pewnie nie wszyscy wiedzą, że to właśnie jemu zawdzięczamy nazwę popularnych kostek rosołowych – „bulion” („boullion”).  W drodze do Jerozolimy jego ludzie gotowali tak zwaną “zupę nic”, którą nazwano imieniem rycerza.  Teraz już popularne kostki rosołowe, używane tak powszechnie w twojej kuchni będą kojarzyć ci się z Belgią.





        Smerfik




cdn

środa, 22 maja 2013

Piękne jak okręt pod pełnymi żaglami.




Dzisiejszy post miał być zupełnie o czym innym, ale za przyczyną pewnego człowieka, który opowiada świat obrazem, i to nie byle jak opowiada (Patrz tutaj), musiałam zmienić temat mego dzisiejszego wpisu. Mowa o The Dark Passenger, który zainspirował mnie swoim bodajże przedostatnim wpisem.

Nie bez powodu użyłam piosenki Wilków jako tytułu. Piękne kobiety ( i niekoniecznie o to widoczne piekno tylko chodzi), konie w galopie i ... stalowe maszyny unoszące sie w niebo mają ze soba coś wspólnego. Bynajmniej dla mnie mają. Zaliczam je do tej samej kategorii piekna absolutnego, które uosabia wolność bez granic, siłę i delikatność zarazem.

Mieszkam niedaleko ( kilka kilometrów) od lotniska. W sąsiedztwie jest dużo łąk. Obserwuję samoloty, karmię chlebem konie. To są nasze ulubione zajęcia w zagonionej codzienności, zatrzymanie się na chwilę, celebrowanie prostoty. Cieszę się gdy "ustrzelę" przelatującą nad moją głową maszynę. Tak blisko, że pęd powietrza zapiera mi dech w piersiach, gdy widze wyraźnie metalowy brzuch. Znamy takie miejsca dla wtajemniczonych, gdzie można podejść do samego ogrodzenia. Gdy jest słonecznie miłośnicy stalowych rumaków wylegują się na zboczach porośniętych trawą, by za chwilę, na moment zerwać się i "ustrzelić" przetaczający się z rykiem silników nad naszą głową samolot.
Czasami jeździmy tam późnym wieczorem, nocą prawie. Wtedy okazuje się, że jest nas całkiem dużo, miłośników skrzydlatych maszyn. I cieszę się jak dziecko, gdy te ogromne metalowe ptaki delikatnie i miękko z gracją bezpiecznie siadają na płycie lotniska. Co za radość!

Ale co będę dużo opowiadać. Popatrzcie na fotoreportaż z naszych okolic.




Nasz wiejski dworzec kolejowy.











 A to nasz polski akcent w przestworzach :)





Przemykający przez moją cichą wieś TGV

 Jeśli o ubranie chodzi to jest to sukienka Jackpot, buty - Mexx, sweterk - któraś z popularnych sieciówek (nie pamiętam), torebka - Cameleon



piątek, 17 maja 2013

Ecru i malina.



Chcę wam dziś dać odpocząć na chwilę od tych moich opowieści o ludziach. Ostatnio wymęczyłam was Nataszą. Dziś odwrotnie, będzie szybko, lekko, kolorowo... Zdjęcia robione tydzień temu. Ta piękna pogoda na fotkach jest tylko mglistym wspomnieniem. W Brukseli pada, pada, pada... Czyli wszystko w normie: Welcome in Belgium! Moja spódnica do zadań specjalnych. Kto ją pamięta? Jeśli nikt, to TUTAJ można podejrzeć. Tym razem w wersji troszkę eleganckiej. Niedzielno-spacerowej, mozna by powiedzieć.
Tego dnia wiało potwornie, a moja spódnica jak widać na zdjęciach rozpoczęła z wiatrem niewinny flircik, aż musiałam ja co chwila przytrzymywać by nie odfrunęła przy mocniejszym podmuchu. :)




Ecru i malinowy to takie słodkie, łagodne połączenie. Gdy jestem w odpowiednim nastroju lubie się tak ubrać. Mam na sobie: spódnica- Manoukian, torebka - Esprit, płaszczyk - St Olivier, pierścionek - pracownia artystyczna, sweterek - SH, buty - Tamaris, wisior - Asia i Basia




To jeden z tych kłopotliwych prywatnych zameczków w mojej okolicy ( jakies dwa kilometry ode mnie), ktorego gospodarze muszą mocno się głowić jak to utrzymać.




Namiętnie fotografuję przydrożne kapliczki, które spotyka się tu na każdym dosłownie kroku - znak dawnych chrześcijańskich czasów.




Ilekroć pójdę z młodym by mu kupić jakieś buty, to za każdym razem ustrzelę sobie jedną lub dwie pary. Dobrze, że młody rzadko kupuje buty... :)