wtorek, 27 marca 2018



Wszystkie  moje opowiadania są wytworem mojej fantazji. Jakiekolwiek podobieństwo do prawdziwych osób, czy zdarzeń jest zupełnie przypadkowe i niezamierzone. 
Po raz pierwszy jej piękno dostrzegłam, stojąc na olbrzymim tarasie penthausu narożnego bloku, na rogu Alei i Rue des Tongres. Pomyślałam, że to wielkie szczęście móc, co ranek podziwiać jej urok, pijąc kawę na wielkim, wyłożonym tekowym drewnem tarasie,w otoczeniu ozdobnych krzewów i owocowych, egzotycznych drzew. W ogromnym apartamencie na dachu wieżowca mieszkało dwóch mężczyzn. W owym czasie Filip, z perspektywy moich wówczas dwudziestu lat, wydawał mi się starszym panem. Dziś powiedziałabym, że był pełnym uroku, przystojnym, dojrzałym mężczyzną. Jego przyjaciel był moim równolatkiem. Imponował mi wytrwałością i intelektem. Podczas, gdy ja z trudem przyswajałam sobie meandry i zawiłości francuskiego języka, on żonglował niedbale wiedzą, wahając się, w którym kierunku pójść. Studiował jednocześnie z ogromną łatwością medycynę i sztuki piękne. Nasz układ był prosty: lekcje francuskiego w zamian za prasowanie. Panowie świetnie prezentowali się w białych koszulach gdy wychodzili razem do teatru. Im brakowało czasu na prasowanie, ja – dysponowałam nim do woli. Miałam czas, ale nie miałam pieniędzy, Podobnie jak Mark byłam głodna wygodnego życia. Każdy z nas miał swoją do niego przepustkę. Dla mnie była nią znajomość języka. 
Mark potrafił z pasją przekazywać wiedzę. Lekcje z nim nabierały znamion misterium. Siadaliśmy w przestronnym, prawie pustym salonie z sięgającymi podłogi oknami, przy surowym, drewnianym stole. Nad naszymi głowami zwisał imponujących rozmiarów, prawdziwie kryształowy żyrandol, którego nie powstydziłby się niejeden pałac. Niekwestionowana perła tego domu. Nabrzmiałe, wykończone ostrym szlifem, pełne barokowego przepychu bulwy, dwa razy dziennie, rano i wieczorem odgrywały majestatycznie świetlny spektakl. Wschód i zachód słońca. Między mną, a Markiem nawiązała się nić sympatii, w której nie zaistniał żaden podtekst. Słowiańska blondynka i homoseksualny, francusko-włoski student. A jednak, coś bardzo silnie nas do siebie ciągnęło. Nigdy wcześniej, ani później, nie zdarzyło mi się spotkać kogoś, kto urodził się tego samego dnia, miesiąca, roku... Dwoje Wodników trzeciej dekady. Nie rozmawialiśmy o charakterze naszych prywatnych związków. Były lata osiemdziesiąte, a ja przyjechałam z Polski. Wszystko, co odmienne od mojej podlaskiej wsi, budziło zaciekawienie.
Naszą znajomość zapoczątkowało przypadkowe spotkanie w pobliskim supermarkecie, gdzie ja wieszałam właśnie anons na tablicy ogłoszeń, a Mark go przypadkiem odczytał jako pierwszy. Wyskoczył na chwilę po papierosy do sklepu, a wrócił z lekka zagubioną Polką, która niewiele wiedziała wówczas o sprzątaniu, ani prasowaniu. Filip omiótł mnie wzrokiem, który nie wykazywał entuzjazmu. Z rezerwą przystał na fanaberię partnera. Zapytał o cenę, wyłożył pieniądze i wyszedł do pracy. Odtąd ten scenariusz powtarzał się cyklicznie. Gdy tylko za Filipem zamykały się drzwi i dało się słyszeć leniwy zgrzyt drucianej windy, zaczynaliśmy grać w gierki na Play Station jak para psotnych dzieciaków. Mark wyciągał z ukrycia Lucky Strike, którymi z rozkoszą się zaciągał, bo w obecności Filipa nie palił. Chcąc dzielić nasz grzech na pół niezdarnie mu w tym towarzyszyłam. Oglądaliśmy filmy, gadaliśmy o ciuchach, gwiazdach, fryzurach, francuskim egzystencjonaliźmie. Jak na studenta sztuk pięknych przystało, mój przyjaciel miał nieskazitelnie dobry smak. Wskazał mi wiele ciekawych, artystycznych adresów w tym mieście. Ślepo podążałam za nim, ufając mu begranicznie. Przy nim nauczyłam się rozróżniać smaki win, mimo wypijanych wspólnie hektolitrów kawy i coca-coli. Czasami któreś z nas szło na Rue des Tongres po chipsy i ciastka. Bezkarnie i bez strachu trwoniliśmy czas, wiedząc, że Filip nie wróci do wieczora. Nie znałam w tym czasie zbyt wielu ludzi w Brukseli i mogę powiedzieć, że Mark był wtedy moim najlepszym kumplem. Bratem. Przyjacielem.  Czasami niespodziewanie pochmurniał. To były nasze gorsze dni. Krążył wokół tematu, nie nazywając rzeczy po imieniu, operował aluzją, domysłem, słowami kluczami. A ja gubiłam się, nie mogąc mu dotrzymać kroku. I wtedy mnie na chwilę zatrważał. Z wiosną coś się między nami popsuło. Pewnego razu przyszłam później niż zwykle, wiedząc, że Filip wyjechał służbowo na kilka dni. Oboje go trochę oszukiwaliśmy. Ja – w moim mniemaniu – niewinnie, spóźniając się do pracy. Miałam zapasowe klucze. Weszłam po cichu, wiedząc, że mój przyjaciel lubi dłużej rano pospać. Drzwi do sypialni były otwarte.
Na ciąg dalszy zapraszam tutaj: https://www.korzeniewska.com/fragmenty-twoacuterczo347ci/avenue-de-tervueren
Uwaga! Wszystkie publikowane tutaj fragmenty są moją własnością intelektualną i pochodzą z moich książek już wydanych lub będących w przygotowaniu do wydania. Zabrania się kopiowania i rozprzestrzeniania bez zgody autora i podania źródła. 

5 komentarzy:

  1. Jaka niesamowicie piękna znajomość. Mieliście ogromne szczęście,
    spotykając się wzajemnie.
    Wesołego Alleluja!

    OdpowiedzUsuń
  2. Soczysty język, budowanie napięcia, ciekawość świata i ludzi powoduje, że czyta się jednym tchem, gratuluję.
    Serdecznie pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Great article..I am looking so forward to your blogcomment and
    I love your page on your post.. That is so pretty..
    ดูหนังออนไลน์

    OdpowiedzUsuń