czwartek, 13 grudnia 2018

Nie daj się życiu zagonić na śmierć

Momenty jak wiraże, gdy zdajemy sobie sprawę z kruchości życia, które w najgorszym wypadku kończy się w ułamku sekundy... 

To jeden z przykładów, gdy wydaje się, że naszą pogodną filozofię życia, można o przysłowiowy kant d... pobić...
 Prawda, że są takie dni, gdy masz ochotę znaleźć się na bezludnej wyspie i mieć święty spokój? I nie bez powodu są to dni grudniowe. Mnie nachodzą takie myśli, gdy czuję, ze świat wyślizguje mi się z dłoni i moje jego uporządkowanie wali się w gruzy jak domek z kart. Gdy ktoś boleśnie odchodzi, a ja nie mam sposobu by go choć pocieszyć, wziąć za rękę, nie mówiąc o tym – by zatrzymać, bo bilet w jedną stronę przy bijącym coraz ciszej sercu leży. I nie można go już kolejny raz przebukować. 
Gdy nieznany-znany człowiek, jeden z tych poważnych świadków życia, nadającym Twemu pisaniu sens teraz jest w potrzebie, a Ty nie masz żadnych narzędzi w ręku, by mu pomóc.
Gdy ktoś, kto karmił się moimi banalnymi słowami, potrzebuje teraz słów, które nie tylko zaspokoją głód duszy, ale podtrzymają fizycznie bicie serca, a wszyscy wiemy, że takich słów nie ma. I te moje, które krzepiły są dziś g... warte... 

Siadam na zgliszczu niezałatwionych spraw, porozrzucanych papierów, niezapiętych terminów. Muszę odpocząć od siebie samej. Poukładać priorytety, delegować obowiązki, wszystkie te nieważne – ważne sprawy. Być tam, gdzie rzeczywiście być powinnam, z ludźmi, z którymi naprawdę powinnam być. Reszta poczeka. Pranie, gotowanie, sprzątanie. Poczeka, albo „się zrobi” – czyimiś rękoma. Przez lata były to moje ręce, dopóki nie zrozumiałam różnicy pomiędzy „niezastąpiona”, a „obecna”
Mądrość przychodzi z wiekiem.
Z narodzinami. Ze śmiercią.
Przychodzi z pierwszym śniegiem i gwiazdką i zmęczeniem długich, łysych grudniowych dni.
Nie daj się życiu zagonić na śmierć.
Jeszcze nie.
A ja, reasumując, odsyłam do cytatu na górze. Świętuj życie! Nie ma lepszego prezentu od Boga, którego niektórzy nazywają SWOIM LOSEM. 
* Post pilotażowy mego najnowszego projektu: "365 dni mocy" . Zapraszam po więcej!

Sztuka, czy kicz?


Nie ma powodu, by dyskutować o smaku. To prawda. Ale bezustannie to robimy. Podziwiamy, zachwycamy się, oburzamy. Bodźce wzrokowe, słuchowe, zapachowe i smakowe dostarczają nam cennych informacji, koją lub podrażniają zmysły.
Co jest piękne, co jest brzydkie? Czym jest "wysoka"  i "niska" kultura? Czy książka jest dobra, lub zła i kto o tym ma decydować? Czytelnicy, czy krytycy, którzy często sami są niespełnionymi pisarzami?
Czy w dzisiejszych czasach, gdy wszystko jest względne, możemy nadal mówić w tych kategoriach? Tyle znaków zapytania, tyle interpretacji i zdań, ilu jest nas.
Ale wracajmy do rzeźby, której poświęcam dzisiejszy wpis.
Moja, że tak to ujmę, meteorologicznie szara Bruksela (i cała Belgia) od czasu do czasu jaśnieje kolorami, bądź też metaliczną rdzą. I budzi emocje w przechodniach, chociaż niewiele już rzeczy wydaje się w Brukseli dziwić.

Okolice Komisji Europejskiej, dzielnicy Etterbeek i Uclle wzbogaciły się jakiś czas temu (tylko ciągle nie miałam czasu o tym napisać) o ceramiczne potworki, które pretendują do miana sztuki i z pewnością dla jednych sztuką są, natomiast dla innych -  kiczem. Osobistą ocenę pozostawiam każdemu z Was.
W każdym razie w mieście zawrzało. Jedni mówią, że jest ładniej, kolorowiej. Inni trzęsą się z oburzenia:
„Świat na psy schodzi. Wstyd dla miasta!.”
„Nie można nazwać sztuką czegoś, co można kupić w większości turystycznych, rzemieślniczych sklepów.”
Ponoć celem było rozjaśnienie przestrzeni miejskiej. A prace nad „rzeźbami” powierzono młodym artystom.
„Gdyby spytać nieżyjącego już dziś specjalistę od sztuki przestrzennej, Jana Hoeta o takie nazwiska jak Susanne Boerner, Guillaume Bottazzi, William Sweetlove to przewróciłby się w grobie.” – twierdzą Belgowie.
Jan Hoet był wielkiej sławy prekursorem sztuki nowoczesnej i współczesnej w Belgii i za granicą, a także wielkiej kultury i klasy człowiekiem. W 1999 roku założył w Gandawie Muzeum Sztuki Nowoczesnej S.M.A.K  (Stedelijk Museum voor Actuele Kunst Gent.) 
Często bywam w okolicach placu Arezzo w brukselskiej dzielnicy Uccle. Tego samego, który jest miejscem akcji książki E.E Schmitta (pan od „Oscara i Pani Róży”) „Papugi z Placu Arezzo”. Papugi już dawno wypędzono, były niezwykle kłopotliwe i agresywne, zaczęły zagrażać innym ptakom, a nawet ludziom.
Ich miejsce zajęły zupełnie niegroźne, ale budzące wiele emocji dwa gigantyczne plastikowe pudle Williama Sweetlove'a. Ich autor jest artystą z wybrzeża, który jest wyznawcą nihilizmu, uważa, że ma on pierwszorzędne znaczenie. Zwłaszcza nihilizm Nietzschego, podkreśla. 

A Wy co sądzicie na temat współczesnej sztuki w Brukseli?
Podoba Wam się, czy przeciwnie? 
Po resztę zabawnych zdjęć i ciąg dalszy tekstu zapraszam tutaj: klik

poniedziałek, 3 grudnia 2018

List do przyjaciółki


KAMYKI NIEMOCY
"Słuchaj, ja dziś uśmiecham się do życia pełną gębą, ale uwierz mi – nieobce mi są takie stany. Nie będę się wymądrzać, wszak nie wchodzę w Twoje buty i nie wiem, jakiej skali są Twoje problemy. Powiem tylko, jak ja sobie radzę w takich sytuacjach. Gdy ciąży ciało, dusza, serce, staram się największym wysiłkiem ruszyć czubek góry lodowej moich problemów. Zmuszam się, by stawić czoło choć najmniejszemu z nich. Wiem, wymaga to nadludzkiej siły... Ale gdy nadkruszysz choć jeden z tych mniejszych kamyków niemocy: wykonasz telefon, zmusisz się do rozmowy na trudny temat z partnerem, spróbujesz negocjacji z firmą windykacyjną, która bombarduje Cię złowrogimi listami, poczujesz wielką ulgę i przypływ siły. Pokonasz strach. Pierwszy i najważniejszy krok do zwycięstwa. Dalej samo pójdzie. I nadejdzie dzień, gdy pełną gębą uśmiechniesz się do świata. Oni mają rację. YOU CAN DO IT! Tylko jeszcze o tym nie wiesz. Do roboty zatem."
Agnieszka Korzeniewska czyli ja 🤔

Jaki zbieg okoliczności. Gdy zabierałam się do wpisu o kamykach niemocy napisałaś do mnie, że nie dajesz rady. Że zżera Cię depresja i ciągnie na dno. Że rozedrgane histerycznie świąteczne dekoracje pogłębiają pustkę. Czyhają za drzwiami, oblepiają zgiełkiem, a za sztucznymi maskami świętych mikołajów – głęboka noc i nierozwiązane problemy Czeluść bez dna.
Odłożyłam telefon i przetarłam zmęczone od komputera powieki, rozprostowałam zdrętwiały kark i się zamyśliłam.
Znam stan, o którym piszesz. Znam tą epidemię niemocy, która jak zakaźna choroba obejmuje późną jesienią świat. Gdy przyroda nie ma już nic na swoje usprawiedliwienie, jesień wyłysiała i nie można zakamuflować przemijania kiścią barw.
Zapragnęłam być blisko Twoich trosk.
"To tylko taki przedświąteczny okres – napisałam Ci – każdy jest z lekka trącony depresją. Po tym wszystkim co przeszłaś, i z powodu tego jakie wartości prezentujesz – nie możesz się poddać teraz, ani nigdy. To byłaby zbrodnia. Nie jesteś sama, nawet jeśli w okno zagląda tylko nocy chłód. Gdy pomyślisz, zawsze znajdziesz przynajmniej jedną osobę, która jest Twoim cichym, lecz solidnym filarem. Mam nadzieję, że moje słowa, choć nierówne, chybotliwe z nich podpory, czasem jak zapałka na sekundę rozjaśnią mrok.
Dziś widzisz czarno.
Ale musisz wiedzieć, że...
Twoje stosunki z dziećmi/ rodzeństwem/ rodzicami/ byłym mężem/ światem/ Tobą samą – nie są gorsze, ani lepsze od stosunków innych normalnych ludzi, więc to nie mogą być powody do złych nastrojów. Niech się dzieje samo: życie płynie, a my z nim. Wybierajmy z niego to, co pozwala nam płynąc z prądem, dostrzegać sens i piękno świata, być wdzięczną za TU i TERAZ.
I nie daj sobie wmówić, że z prądem płyną tylko martwe liście.
Jest czas budowania zapór i czas akceptacji tego, co jest poza zasięgiem Twojej mocy. To drugie – jest oznaką dojrzałości. Niecierpliwej młodości nie daje się doń biletu wstępu.
Dlatego reszta, której nie potrafisz zmienić, niech się dzieje. Wbrew pozorom i naszym wysiłkom, mamy znikomy wpływ na to, co przychodzi. Ale to co z tym zrobisz, co dostałaś od losu – masz wpływ.
Stwórz swój rytuał rozwiązywania problemów. Najczęściej je rozdmuchujemy, ty zrób coś odwrotnego – podziel je na kawałeczki jak deser, a wypatrosz każdy z nich – jak rybę. Rozbite na kawałki problemy tracą na sile. Zaatakuj je. Jak w dzisiejszym cytacie na początku tego wpisu.
Rusz ten najmniejszy kamyk niemocy, reszta potoczy się z hukiem.
Dlatego uśmiechnij się. Może góry nie przesuniesz, ale jeden mały kamyk – dasz radę.
Nie bądź przy tym zbyt wymagająca dla świata i siebie samej.
Piszesz, że ja działam, że wciąż w drodze... w ruchu... że spełniam się...
Tak, ale pamiętaj, że trawa u sąsiada zawsze wydaje się bardziej zielona...
To prawda, robię wiele i daje mi to ogrom satysfakcji, ale ponoszę swego życia inne koszty, o których być może Ty nie wiesz. Każdy los ma swój cennik.
Mój, to chroniczne zmęczenie, ciągły pośpiech, huśtawki nastrojów. Też nieraz tracę sens... ale wstaję, otrzepuję pył z kolan, prostuję obolały kark, poprawiam tę cholerną koronę i zapier...m dalej. Bo innej drogi nie ma. Musimy wycisnąć maksimum z tych dni, które nam zostały, a nikt nie wie ile. By odejść bez żalu i w wielkim stylu, gdy przyjdzie czas, ale jeszcze nie teraz.
Więc wstawaj i idź do przodu.
Możesz zrobić wiele rzeczy, nawet jeśli wielu innych – z powodu Twoich ograniczeń nie uczynisz.
Ty powinnaś prowadzić bloga.
Smacznie gotujesz, pięknie fotografujesz. Masz intuicję. Prowadzić bloga, zarabiać na nim i być niezależna. To ma sens, nawet jeśli myślisz, że brzmi to idiotycznie.
Uśmiechasz się. Wiem, co masz na końcu języka. W końcu znam Cię nie od dzisiaj.
Uwierz, nie święci garnki lepią. Szkoda, że jeszcze tego nie czujesz, ale wiara we własne cuda może przyjdzie z czasem. Na razie niech to skromne ziarenko słowa w Tobie kiełkuje, niepokoi, doskwiera. Aż przyjdzie dzień, gdy zechcesz zmian dla siebie.
Jestem dziś bardzo zmęczona. Niewiele spałam. Ale cóż, trzeba pracować na materiale jaki jest. Ściskam i miej naprawdę dobry dzień w cichości swojej spokojnej duszy.
Wszystko będzie dobrze. Wiem co mówię. Często przechodzę przez burzę. Zaufaj mi.
A problemy?
Tylko ludzie martwi ich nie mają. Ty ciągle żyjesz.
Tylko nie mów, że chciałabyś się zamienić, bo uznam to za kiepski żart i Ci nie uwierzę.

czwartek, 15 listopada 2018

Życie nas zjada powoli.



"Nieraz usłyszysz o sobie ohydne rzeczy, niemające żadnego odzwierciedlenia w rzeczywistości. Raz rzucone w eter słowo lubi obrastać legendą. Zwłaszcza złe słowo. Ale to jeszcze nie powód, by przestać ufać światu. Nie powód, byś przestała zmieniać na lepsze Twój kawałek rzeczywistości. Gdy zamkniesz się na ludzi przez parę głupich i nieprzyjemnych doświadczeń życiowych, stracisz o wiele więcej. Stracisz szansę poznania na Twej drodze wspaniałych osób, które tę Twoją nadwątloną wiarę w drugiego człowieka codziennie przywracają."

Tak pisałam jakiś czas temu. Nie bez powodu powtarzam jeszcze raz te słowa. Sama wiem, jak nieraz trafione w serce, potrafią zawrócić nas w połowie drogi. Dopadają Cię prawie u celu i zabierają, spalają, unicestwiają resztki determinacji.
Żyjemy w czasach, gdy z jednej strony nie ma nic powszechniejszego, łatwiejszego i skuteczniejszego w docieraniu do ludzi niż słowo i obraz, a zarazem nic bardziej prostszego, bezkarnego i obrzydliwego – niż zabijanie ludzi słowem.
Te dzieci zaszczute w szkole, których życie kończy się śmiercią, ci dorośli kulący się pod ich gradem...
Za słowa przestało się ponosić odpowiedzialność.
Słowa przestały mieć swoje pierwotne znaczenie.
Wiem. W tych okolicznościach trudno ufać światu i ludziom...
Musisz uzbroić się w pancerz przeciwko słowom, nie zatracając jednocześnie na nie wrażliwości. Tylko jak to zrobić? Nie wiem. Może Ty masz prostą receptę?
Ja recepty nie mam, natomiast myślę, że brakuje nam konsekwencji.
Wystawiamy się na publiczny widok w mediach społecznościowych i cierpimy, gdy dopada nas hejt. Wiem, że tak być nie powinno. Wyznaję zasadę, że z nienawistnymi, kopiącymi po kostkach anonimami się nie gada. Trzymam się tego.
Nie można ludzi linczować, ale niestety od zarania dziejów istnieje ten rodzaj zadawania gwałtu, tylko jego formy ulegają zmianie.
Jeśli stajemy się w jakiś sposób publiczni – wiedzmy, że możemy przyciągnąć ludzi, którym nasza forma ekspresji się nie podoba.
Nawet bliscy mogą Ci robić wymówki, wstydzić się za Ciebie, bo im samym nigdy by nie starczyło odwagi. Znajomi będą się z Ciebie podśmiewać, (ale rzadko wprost, w oczy, bo nawet na to ich nie stać), że się wygłupiasz i palma Ci na stare lata odbija. Schowani za tarczą klawiatury, mogą dawać Ci na prive dobre rady.
Ja również zdaję sobie z tego sprawę, że oprócz armii wspierających mnie serc, są też i te, które szepczą po kątach z szyderczym uśmiechem.
I chyba nie jestem raczej osobą zbyt publiczną, bo nie dorobiłam się jeszcze osobistego hejtera. Może na początku przez chwilę, ale co to był za hejt – kupa śmiechu. Ponoć dopiero wtedy zaczynamy być popularni, gdy jesteśmy na równi lubiani, co nienawidzeni.
Więc jeśli dziś masz jeszcze wątpliwości drogi przyjacielu, czy ufać ludziom, być otwartym na świat, zacząć robić to co kochasz – powiem Ci, zaczynaj już dziś, nigdy nie będziesz przygotowany w stu procentach, zaczynaj teraz – reszty nauczysz się po drodze – na własnych błędach. Nie czekaj, w obawie przed krytyką, aż będziesz idealny. Ludzie skopią Ci dupę bez względu na to, jak bardzo będziesz się starał, ale to dobrze, będzie twardsza, a Ty mniej boleśnie odczujesz kolejny upadek.
Jeszcze się wzbraniasz? Widzisz jaki cholerny lęk może być paraliżujący?
To może zachęcę Cię w inny sposób.
Cokolwiek w życiu zrobisz, nawet gdy zje Cię hejt i krytyka – COŚ PO SOBIE POZOSTAWISZ. Namalowany obraz, napisaną piosenkę, wiersz, książkę, wyhaftowaną serwetkę.
Wierz mi, większość ludzi, którzy mogliby pozostawić po sobie jakiś ślad, NIGDY tego nie zrobią – ze strachu przed innymi, ze strachu przed samym sobą. I dlatego część z nich będzie Cię podziwiać, a druga część - kąsać i wyśmiewać.
Uśmiechnij się do nich. Ba, śmiej się ile sił w płucach, a kąśliwe słowa będą po Tobie spływać, jak woda po kaczce.
Kochaj ludzi i rób swoje.
„Życie nas zjada. Niebawem staniemy się już tylko bajką. Zachowaj spokój. Za sto lat będzie Ci wszystko jedno.”
Ralph Waldo Emerson

czwartek, 8 listopada 2018

Przestań gadać, zrób to!


"Sposobem na zaczęcie jest skończenie mówienia i podjęcie działania " Walt Disney

Gdy wydałam swoją pierwszą książkę prawie 4 lata temu, zaczęłam uważnie przysłuchiwać się temu, co mówią napotkani ludzie, a zaczęło ich być naprawdę dużo.
Spotkałam się  z wielkim entuzjazmem, poblażliwością, rzadziej niechęcią, niekiedy- uwielbieniem. 

Szczególnie ulubioną przeze mnie grupą odbiorców, są Ci entuzjaści,  którzy pod wpływem moich słów sami zaczęli tworzyć,  bądź też spełniać się w innych dziedzinach życia.  Serce rośnie! ❤❤❤ Brawo Wy!
                      🌼🌼🌼🌼🌼🌼🌼
Ale też jest pewna grupka ludzi, którzy wywołują uśmieszek na mojej twarzy. To Ci przekonani o swojej wyjątkowości, którzy NIGDY nie ruszą z miejsca, przed strachem,  że jednak mogłyby w gruzy legnąć ich własne wyobrażenia o nich samych.

To ludzie pod tytułem:

Mam wielki talent, tylko mi się nie chce.

Mówią z noszalancją: 
Gdyby mi się  chciało,  napisałbym bestseller, namalował świetny obraz, odniosłbym sukces w muzyce.

A ja cichutko dopinguję:
Na Boga, przestań gadać,  powtarzać to w kółko,  chwyć za długopis,  pędzel,  gitarę i ZRÓB TO!

Ale wiem, po poziomie noszalancji w ich głosie i stopniu pogardy wobec tych, co się realizują,  że nigdy tego nie zrobią.

Kiedyś na moje PIERWSZE spotkanie autorskie w Brukseli przyszła skromna, niepozorna dziewczyna i powiedziała: Bardzo chciałam Panią  poznać,  bo wie Pani, ja też napiszę książkę i będzie to bestseller.  

Uśmiechnęłam się do niej, było w jej słowach tyle, powiedziałabym naiwnej wiary, co zarazem skromności i prostoty.
Życzyłam jej tego z całego serca, bo nie było w jej głosie,  typowego dla takich twierdzeń nadęcia, z którym spotkałam się u wspomnianych wyżej osób. I choć gorąco  jej tego życzyłam, przyznam szczerze, nie byłam do końca o jej sukcesie przekonana.
I wiecie co? Anna Gruszczyńska, bo o tej dziewcznie mowa, i pisałam o niej w poprzednim poście, zrobiła to naprawdę! 

Napisała bestseller, pomaga tysiącom ludziom w ich problemach (Wilczo Głodna), dawno mnie wyprzedziła,  żyje ze swojej pasji,  czego o mnie nie można powiedzieć,  a co jest marzeniem każdego artysty.

Jak już wspominałam, spotkałam ją  niedawno  w samolocie, gdy wracałam z Konferencji Poetyckiej w Poznaniu. 

Uskrzydliła mnie na nowo,  tak jak  ja kiedyś na początku jej drogi, mam nadzieję,   dodałam jej skrzydeł.  🧚‍♀️🧚‍♀️🧚‍♀️
Jest jedyną osobą,  która powiedziała  mi, że  napisze bestseller i to zrobiła! 👍

Dlatego, jeśli  masz coś do zaoferowaniea światu, to przestań o tym gadać,  tylko TO zrób! 👍👍👍 Świat czeka na spełnionych marzycieli ❤ (a nie zadufanych w dobie dupków - to dopowiedziała w myślach złośliwa i krytyczna część mojej blond natury; nie słuchajcie tego) 
Cmok!

poniedziałek, 5 listopada 2018

Wracam, nie wracam, kręcę się w koło.


Nie ulega wątpliwości, że żyjemy po to by wzrastać. Zmieniamy się tak jak zmienia się nasze otoczenie, co szczególnie wyraźnie odczuwa się właśnie teraz, na tle przybierającej różne barwy i stany przyrody.
Jesień...
Że też właśnie teraz...


Najpierw odezwała się jedna z moich serdecznych, wirtualnych znajomych. Wydaje się,  że znamy się latami. Wydaje się?!
Przecież tak jest w rzeczy samej. Nasze drogi biegły obok siebie , przeplatały się, by nie powiedzieć: plotły.

Pierwsze doświadczenia literackie, pierwsze szlify, radości, sukcesy i rozczarowania. Towarzyszymy sobie w tym wirtualnym życiu, przeplatanym rzeczywistością.

Właśnie tak mogę powiedzieć o wielu z Was: starzy, dobrzy znajomi z którymi znam się dobre parę lat.

Na spotkanie z innymi ciągle czekam, ale dokładnie wiem jak ono przebiegnie. Po tylu latach wspólnego blogowania, pokładów wrażliwości jakie w sobie odkryliśmy,  dokładnie wiem, co sobie powiemy.

Są osoby, które spotkałam tylko raz, a tak naprawdę -  na życie całe...

Inni odeszli na wieki  Pamiętacie Judytę?
Jak bawiła,  uczyła,  wzruszała.
Słowa, krążą jeszcze po cybercmentarzu, odbijając się głuchym echem od pustych ścian.
Życie jest zmianą ku odejściu.
Zebrało mi się na wspominki.
Ale wracając do tematu  to Róża napisała: "Żal mi trochę twego dawnego bloga"

Pomyślałam, że chyba nie żałuję.
Życie jest wieczną zmianą.  To był piękny czas, który mnie ukształtował. A później zmienił. I nie oceniam w kategoriach: na lepsze, czy gorsze.
Dojrzewamy.
Wszystko się zmienia.
Pochłonęły mnie inne sprawy, inni ludzie, inny rodzaj własnej ekspresji.
Zapomniałam na chwilę,  że ciągle są jeszcze ludzie, co czytają blogi...
Szukałam środków wyrazu, eksperymentowałam z sobą samą. Dokonywałam świadomych i nieświadomych wyborów...
Przestało mi zwyczajnie brakować czasu na bloga...
Tamtego, niewinnego jak pierwszy pocałunek, momentami bardzo naiwnego...
Uśmiechnęłam się do siebie.

Wiesz Róża, otworzyłaś skrzynkę ze wspomnieniami. Wydawało mi się,  że wszystko już o Brukseli wiem, że przeszłam ją wzdłuż i wszerz, tak jak życie.
A jednak bardzo się mylę.  Poczułam,  że zapragnęłam znów Brukseli, historii, emocji...
Że jednak chyba trochę żałuję. (I kto to mówi! Twardzielka, co potrafi jednym ruchem zamknąć bez żalu porządny rozdział swego życia, nie mając cienia wątpliwości,  że tak ma być.)

Po raz kolejny mnie zainspirowałaś, Różo. Nie obiecuję,  że pójdę znów tą drogą.
Nie obiecuję nic, mam skłonność do niedotrzymywania obietnic, danych zwłaszcza sobie.

Jedno co mogę obiecać,  to to, że będę wierna własnej osobie i temu, co mi serce i ciało podpowiada.

Jak rzeka. Popłynę tam, gdzie mnie poczucie wolności poprowadzi.
Mogę kluczyć, zawracać,  bądź też być wartkim strumieniem. Zwalniać i przyśpieszać. Wypływać na oceany.

Nie wiem jak będzie jutro.
Dziś wiem, że powracam, choć nie mam pojęcia jak mnie przyjmiecie. Nie było mnie tu bardzo długo tak naprawdę.  I nawet jeśli  fizycznie wpadałam tu na chwilę,  to sercem i tak błądziłam gdzie indziej. Stawiałam czoło różnym wyzwaniom. Dziś wiem, że chcę pisać głównie dla przyjemności,  choć oczywiście nie zamierzam zaprzepaścić tego, co osiągnęłam.
Kropkę nad "i" postawiła Anula, którą pamiętam jako początkującą blogerkę, gdy pojawiła się  na moim PIERWSZYM spotkaniu autorskim w Brukseli 4 lata temu!

Spotkałyśmy się kilka dni temu , gdy obie wracałyśmy tym samym samolotem z Polski. Ona: z Targów Książki w Krakowie, ja z Konferencji Poetyckiej w Poznaniu i Pile.
Obie pełne emocji.
Miło mi było patrzeć jak cudownie to dziewczę rozkwitło. Jak daje ludziom dużo z siebie, zwłaszcza tym, którzy borykają się z problemem zaburzeń żywieniowych.  Wygooglujcie sobie jej bloga:"Wilczo głodna"

Choć nie ma w tym mojej żadnej zasługi,  jestem dumna, że jej kariera (tak można powiedzieć,  bo żyje z pasji) rodziła się na moich oczach.

Powiedziała:"piszę regularnie dla moich odbiorców.  Właśnie na lotnisku dodałam posta."
A mi zrobiło się wstyd, gdy uświadomiłam sobie jak sporadycznie piszę... Wstyd!

Postanowiłam sobie go oszczędzić i po prostu zabrać się do roboty.

I właśnie teraz wypróbowuję opcję pisania na telefonie.  Okazało się,  że byłam permanentnie zalogowana w blogerze.
Czyż  to nie znak?

Podróże kształcą,  a ludzie inspirują.
I nieważne,  że "robimy" w tej samej branży.
Jak widać dla wszystkich nas " starczy miejsca pod wielkim dachem nieba" Poeta się nie pomylił...

Czyż to nie znak?
Pozdrawiam i mam nadzieję  - do środy,  a później- do soboty...
Jak za dawnych lat...
Za czasów Śliwkowej Czapeczki i Laviolettki.
Dwa razy w tygodniu, tylko mi pomóżcie odzyskać dawną  siebie.
U mnie wiele się zmieniło.  Np. skociałam. Ale będziemy do tego wracać





niedziela, 21 października 2018

Szowinistka?


Do napisania tego posta skłoniła mnie bezpośrednio pewna sytuacja w szkole, gdzie chodzę na niderlandzki. Na jednej z ostatnich lekcji dowiedziałam się, że szowinista, to osoba, która kocha swój kraj. Dosłownie. Być chauvinistisch to tyle, co:”zijn fier op hun land en hun koning(in)
Mówiąc szczerze, nie tylko mi zabito ćwieka. Wszyscy uczniowie, z wyjątkiem Belgów (chyba właśnie na ich użytek powstała ta definicja) mieli wielki problem z odpowiedzią na pytanie: ”Czy jesteś szowinistą?”
No, bo co odpowiedzieć, by było zgodnie z prawdą???

ciąg dalszy tutaj:
https://www.korzeniewska.com/blog/szowinistka
A jakie jest Twoje zdanie na ten temat?

piątek, 5 października 2018

WSZYSTKICH STRAPIONYCH RADOŚĆ


Miejsca na mapie - ekstrema. Gdzie się coś kończy, zaczyna: czyjś początek lub koniec świata. Miejsca - gdzie można się zaszyć, zwiać nawet od siebie samego, by usłyszeć myśli w swojej głowie, zamiast szumu cywilizacji, jej nieraz niezrozumiałego bełkotu.
Takim miejscem jest dla mnie maleńka miejscowość 2,5 km od Białorusi o nazwie Koterka. A dokładniej, niewielka cerkiewka położona w lesie na bagnach pod wezwaniem Ikony Matki Bożej "Wszystkich Strapionych Radość" 
I może powiesz, cóż to za atrakcja, ja Ci powiem - może nie jest to safari w Kenii, ani wodospad Niagara, ale pojedź tam, a doznasz wielu cudownych wzruszeń i spłynie na Ciebie spokój jak łaska, bez względu na to, czy jesteś wierzący, czy nie. 


Możesz mieć problem z drogą, która kluczy między drzewami i nagle kończy się szlabanem w poprzek drogi, umożliwiającym dalszą jazdę. Nie zrażaj się i nie poddaj zwątpieniu. Znalazłeś się u celu podróży. 
Wysiądź. Zaczerpnij wilgotnego powietrza. Posłuchaj jak pięknie dźwięczy cisza. 
Możesz się zagapić i nagle okaże się, że bezwiednie, nielegalnie znalazłeś się po drugiej stronie, przekroczyłeś granicę. 
Nie przejmuj się. Zostaniesz pouczony i odesłany na właściwą drogę. Służba graniczna dyskretnie, lecz skutecznie czuwa.



Sama Koterka została po II Wojnie Światowej rozdarta na dwie części, z których jedna znajduje się poza granicami naszego kraju. 
Świątynia w leśnym uroczysku powstała w 1912 roku, ale zanim to nastąpiło trzeba było pokonać wiele trudności. 
Ale wróćmy do początków. 

cd: Wszystkich Strapionych Radość

czwartek, 27 września 2018

Różowe okulary


 „Kup różowe okulary
Załóż buty nie do pary
Przez różową szybę patrz na świat” 

śpiewała kiedyś Natalia Kukulska, a ja wiedziałam, że śpiewa o mnie. I że to jest dobre, co śpiewa, a ja robię. I że moja życiowa filozofia jest kompatybilna z moim zachowaniem i doświadczeniem. Ci, którzy znają mnie to wiedzą – jak wygląda ze mną życie:
” Moje szaleństwo patrzenia na świat przez swoiste różowe okulary, bez rozkładania go na detale, jest jak izolacja.”
A jest od czego izolować się na co dzień.
Kiedyś wstawiłam do mediów społecznościowych zdjęcie przypadkowych okien, które mnie zachwyciły. (Napisałam wtedy o tym obszerny post, i nawet zamieściłam w cyklu:"Zaczarowanej...")
​Pierwszy komentarz był jak strzał: umyj okna! Później pojawiły się inne ciosy w szczękę, aż spadły mi z oczu różowe okulary!
Picture

Z ciekawością obserwuję przedwyborcze dyskusje na portalach społecznościowych. Są tacy, którzy cieszą się, że w mieście powstały nowe ławeczki, drogi, place zabaw. Inni wiecznie niezadowoleni: bo na ławeczki ptaki srają (wywalanie pieniędzy!), drogi i chodniki nie z takiej nawierzchni jak trzeba (chociaż wcześniej trzeba było brodzić w błocie po pas, pewnie było lepiej), a place zabaw? – ech, a nie lepiej było zrobić... więcej dróg czy ławeczek???
Wciskam mocniej moje różowe okulary na nos i odpływam w inną stronę życia. Gdzie ptaszek, kwiatek, piękna fasada, na którą można zagapić się po czasu kres.
Nie bez powodu ktoś powiedział:”Jakie patrzenie, taki świat”
Bo wszystko w naszych głowach początek naszych myśli ma.
Ale czy można przeżyć życie w otulającej foli izolacyjnej zamiast żyć?
(Na zdjęciach Karolina i Zuzia)
Odpowiedzi szukaj ze mną tutaj: klik


wtorek, 25 września 2018

„Odkryłam właśnie, że nie lubię jadać samotnych kolacji.”


Nadeszła jesień. Kurczą się dni. Zaczynam oszczędzać ziarenka czasu, choć i tak kilka gubię i nie doczekują zmierzchu. A może świadomie, z premedytacją opuszczam je cichutko na ziemię. A zegar cyka: tik - tak. Tik - tak...

Cokolwiek robisz ze swoim czasem i towarzyszy temu głębokie przekonanie o słuszności jego spędzenia (nie wykorzystania – to nieładne słowo) – jest dobre i właściwe. Bo każdy z nas jest w innym momencie życia i nie ma uniwersalnej rady dla wszystkich. To tak, jakby każdemu choremu przypisać ten sam antybiotyk, bez względu na chorobę. Czas jest wartością, ale wartością zmienną, zależną od naszej sytuacji życiowej, okoliczności i potrzeb. Czasami liczy się podwójnie, czasami potrzeba byśmy go twórczo trwonili, a czasami przypatrzyli mu się z uwagą.
Ale wracam do osobistego cytatu na dziś:
„Odkryłam właśnie, że nie lubię jadać samotnych kolacji.”
I nie o kolacje w sensie dosłownym tu chodzi. Zapraszam po resztę tekstu:

W 365 dni dookoła marzeń


Dziś zapraszam Cię do wspólnego projektu. Pomysł ten narodził się w mojej głowie już dawno. Kiedyś napisałam niepozorną książeczkę (to była moja druga książka) pod energetycznym tytułem: "W deszczu tańcz!" Nakład był niewielki, rozszedł się "na pniu". Słowa rozbłysły jak błyskawice, zrobiły trochę szumu, ponaprawiały serca, przetarły drogę i zgasły jak dogorywające iskierki w popielniku.
Wiele ludzi pyta mnie ciągle o tę książkę, jak również o to, czy będą następne części "Zaczarowanej". Nie umiem na to odpowiedzieć jednoznacznie, ponieważ wiem, że teraz już napisałabym tamtą książkę inaczej. To znaczy, przekaz byłby taki sam, bo ciągle sentencje w niej zawarte, myśli i cytaty, towarzyszą nie tylko mi w codziennej drodze i niosą siłę, dają moc.
Ale po prostu jestem już inną kobietą, z większym bagażem doświadczeń i w związku z tym, innym spojrzeniem na świat.
Pewne rzeczy się kończą, zamykają, inne warte są pamiętania i przekazu.
Dlatego chcę symbolicznie zamknąć ten pierwszy okres mojej twórczości, ogrzewając tych, którzy zasiedli ze mną przy wspólnym ognisku, od pierwszego napisanego słowa, a także tych, których ciągle przybywa.
I nieważne, że zaczynamy ten rok jesienią. Przecież to tylko umowne cyfry i dla każdego z nas, wiosna naszego życia może przypadać kiedy indziej.
Doprowadzimy ten rok do zaskakującej puenty.
​Dobra wiadomość jest taka, że CODZIENNIE dzielę się z Wami tym co uważam za ważne.
Zła dla niektórych wiadomość jest taka, że robię to na Facebooku, którego oni nie posiadają z różnych powodów.
Ale nie martwcie się. Całość złożę dla Was w postać barwnego, energetycznego motyla - KSIĄŻKĘ, notes, kalendarz, jak tam już sami sobie nazwiecie tę pigułkę szczęścia.
A póki co, będę przemycać promyki słońca w postaci postów na tym blogu.
Zostańcie ze mną.
Miejmy wzajemny wpływ na kolory naszych marzeń i użyczajmy sobie mocy!
Pozdrawiam Was serdecznie!
P.S. A kto ma FB, to proszę udostępnijcie mój projekt znajomym. Znajdziecie go na Facebooku pod nazwą strony: 365 dni mocy. Dzięki śliczne!

niedziela, 16 września 2018

Bądź saperem własnych lęków


Jerry Seinfeld powiedział:
"Według większości badań, ludzie najbardziej boją się publicznie przemawiać. Dopiero na drugim miejscu jest śmierć. Śmierć jest numerem dwa! Czy to może być prawda? Oznacza to, że przeciętny człowiek, jeśli pójdzie na pogrzeb, będzie lepiej czuł się w trumnie, niż wygłaszając przemowę."

Ja do nich nie należę, wręcz przeciwnie - gęba mi się nie zamyka, a zwłaszcza, gdy trzeba publicznie coś powiedzieć. Kiedyś myślałam, że powinnam się przygotowywać do oficjalnych przemówień, ale gdy po raz pierwszy zmierzyłam się z liczną widownią, na jednym z moich spotkań autorskich w Warszawie - słowa same popłynęły z głębi serca. I poczułam w sobie to "coś". Jakby przełącznik, taki mały pstryczek w głowie, który sprawia, że nie musisz szukać w sobie słów, dobierać. One płyną jak barwna rzeka, logiczne, poukładane, wierne Tobie i uczciwe. Szczere do bólu. Oczywiście, solidne przygotowanie nigdy nie zaszkodzi, a nawet jest potrzebne w wielu wypadkach, ale samo przygotowanie bez głębokiej wiary we własne słowa, szybko ujawni brak spójności. 
Bardziej od przemawiania, śmierci i podatków, bałam się ODMOWY. To sprawiało, że paraliżował mnie lęk przed wykonaniem telefonu, zmierzeniem się z trudną sytuacją, zadaniem pytania. Długo musiałam oswajać demony. Teraz już jest o wiele lepiej, ale czasami dopada mnie jeszcze ten absurdalny strach, dostaję palpitacji serca, pocą mi się dłonie, gardło ściska i drżą nogi jak na dywaniku u dyrektora w podstawówce.
Wiem, najtrudniej poskromić irracjonalne zachowania...

A zauważyłeś/aś, że nieznajomi ludzie boją się do siebie uśmiechać i mówić sobie "dzień dobry" na ulicy? Kulą się w sobie jakby zostali przyłapani na gorącym uczynku. Zawstydzeni uciekają wzrokiem, lub czmychają w popłochu jakby od tego zależało ich życie! Bo w pewnym sensie zależy. Zamykając się w sobie pozbawiamy się szansy poznania wspaniałych ludzi, a czasem zwykłe uśmiechnięte "dzień dobry" sprawi, że poznasz przyjaciela, lub zrobisz interes życia.
Nie bój się uśmiechać. To nie boli! 
Niedawno spędziłam fantastyczny weekend w Hajnówce. 
dalszy ciąg moich wakacyjnych rozważań tutaj: klik

sobota, 8 września 2018

Wkurzam się!


Codzienne życie zachwyca mnie na każdym kroku, ale czasami też zwyczajnie wkurza! A co konkretnie? Najczęściej są to drobne sprawy w skali świata. Nawiasem mówiąc, zauważyliście jak niebywałym pojęciem jest SKALA? 
Już Neil Armstrong stawiając stopę na Księżycu intuicyjnie wyczuwał jej potęgę, a jego słynne zdanie: "Dla człowieka to jeden mały krok, dla ludzkości skok ogromny" obiegło świat. Choć są spiskowcy, którzy twierdzą, że nie postawił on nogi na Księżycu i to wszystko jest bujda na resorach. 
Ale ja nie o Armstrongu, księżycu ni skali chcę dziś z Wami porozmawiać. To króciutki tekst o tym, co mnie w mojej Zaczarowanej Codzienności drażni. Każdy z Was ma na pewno swoje własne "ziarenka piasku", które uwierają pod stopami. Często dla innych są to nieracjonalne powody do zniecierpliwienia, czy ataku złości. Bo każdy z nas jest inny. Pewnie nawzajem będziemy zdziwieni naszymi powodami do irytacji. Podzielmy się nimi, może być niezła zabawa! Zacznę od siebie: 
# Wkurza mnie to, że terminale w jednym ze znanych mi centrów handlowych są instalowane tak nisko, jakby  były robione dla krasnoludków lub dzieci: na wysokości mego brzucha i widzę, że to nie tylko mój problem! Trzeba zgiąć się do połowy by zobaczyć co jest na wyświetlaczu i wstukać odpowiednie dane. Koszmar! Ktoś wziął w łapę (moja spiskowa teoria), bo nie wierzę, że tak marny projekt wygrał przetarg. Drobna rzecz, a utrudnia życie. 

# Zawsze mam ochotę dać upust mojej frustracji, gdy jestem w jednym z "polskich" banków i do każdej operacji Pani w okienku (Bogu ducha winna!) drukuje całe płachty papieru. Co ekolodzy na takie marnotrawstwo naturalnego surowca? Pewnie w bankach nie bywają, bo pilnują ducha puszczy, więc ich to tak nie mierzi jak mnie. W przedziwnym razie już dawno przed bankami i innymi instytucjami stałyby transparenty: STOP papierowemu marnotrawstwu.  

Jeszcze raz im się dostanie (ekologom) Nie widziałam ani jednego, jak moje życie długie i w biodrach szerokie, na żadnej autostradzie, blokującego ruch śmierdzącym ropą i benzyną samochodom. A jeżdżę dużo i też zasmradzam, chociaż nie tyle co setki tirów, które to robią skuteczniej i wytrwalej niż ja. Co jest, że o tym ani słowa nigdzie na świecie? Transport kolejowy towarów, mimo, że dużo bardziej ekologiczny, został praktycznie wyeliminowany z życia. Dziwnie Unia milczy na ten temat jak zaklęta. A przecież paroma ustawami można byłoby się z tym rozprawić. Skoro niezrzeszona Szwajcaria potrafi to skutecznie zrobić ograniczając ruch ciężarówek na rzecz transportu kolejowego, to Jej Wysokość Unia powinna to zrobić jeszcze lepiej. Chyba, że istnieją lobby, którym nie zależy, a wręcz odwrotnie... Życiodajna ropa...
Ech, czepiam się! 

# Kiedy słyszę zdanie "To też tylko człowiek", w stosunku do "autorytetów" przyłapanych na niecnych czynach czy też całkiem małych świństewkach.  (politycy/ księża/ nauczyciele/ psycholodzy/ sędziowie/ inni lekarze etc.) 

sobota, 1 września 2018

Mapa ludzi


Przypadki chodzą po ludziach, a po ludziach - kierowcach - jeszcze częściej. Tak i ze mną było, gdy pełna nadziei i euforii zmierzałam naszą rodzimą A2 w stronę Wielkopolski. Zawsze mam dobry humor na myśl o gościnnym Poznaniu i okolicach. Tym razem miały być moim udziałem dwa spotkania autorskie w ramach projektu: "Ścieżka koło drogi" w Puszczykowie (Muzeum im. Arkadego Fiedlera) i CKiE (Centrum Kultury i Edukacji w Kwilczu) Miały być...

Pomiędzy Łodzią, a Łęczycą, gdzieś mniej więcej na tej wysokości, szczęśliwa gwiazda zawinęła znad mojej głowy i poszybowała jak torpeda w inną stronę świata, a moje leciwe auto zaczęło powoli opadać z sił, aż w końcu na którymś tam kilometrze wyzionęło ducha. Jestem blondynka, ale na tyle farbowana, że wiedziałam, że sprawa jest poważna. Coś mi świtało, że padło turbo, przy okazji znacząc na asfalcie tłusty olejowy szlak, a szlag, który trafił mnie jednocześnie z awarią auta przybrał postać niekontrolowanej histerii i agresji zwróconej w stronę, no kogo?
Męża oczywiście! Bo kto winien, jak nie on! I nie miało w tej chwili znaczenia, że umył mi auto przed podróżą, napełnił pod korek bak i wyczyścił w środku.
Podczas gdy cała we łzach, że nie zdążę na spotkania, własnie telefonicznie dokonywałam na nim rytualnego mordu, nadeszła, a właściwie nadjechała pomoc. W pełnym znaczeniu tego słowa: pomoc drogowa.
Wierzę w Anioły w ludzkiej postaci. Serio. Miewam z nimi do czynienia, bo nie wypada mówić że mam z nimi konszachty, choć na to raczej by wyglądało.
Pan, nazwijmy to X poszedł o wiele dalej poza standardową pomoc. 

Jednemu kotki, drugiemu rybki....


... a ja - kocham psy. Z wzajemnością!

Wszystko się zaczęło od tego, że odkąd pojawiła się w naszym domu Panna Kotta, wokół której zawirował świat i nasze serca, Tosiek niestety, został odsunięty pozornie na drugi tor i odczuwa na sobie wszelkie „dobrodziejstwa” posiadania młodszego rodzeństwa tuż po narodzeniu. A więc zachwyt rodziców skierowany na maleństwo  i obowiązki, obowiązki, obowiązki...
Nawet w mediach społecznościowych musiał oddać palmę pierwszeństwa tej małej uroczej, szarej szelmie, którą zachwyca się cały facebookowy świat.
Tak być nie może. W końcu to Tosiu jest naszym psem ukochanym, „umiłowanym” jak mawia jego pan, a mój osobisty mąż.

Dlatego też dzisiaj porozmawiamy o naszych braciach mniejszych, których przedstawicielem jest nasz PIES.
Ale... chyba nie wszyscy tak kochają psy jak ja. W przeciwnym razie nie powstałoby tyle negatywnych porównań z udziałem naszych najmilszych czworonogów. 

Mówi się „na psa urok”, „pogoda pod psem” i „pieskie życie”. Czasami jest „zimno jak w psiarni”, a ktoś jest skąpy i nieuczynny „jak pies ogrodnika, co sam nie zje i drugiemu nie da”.
Nie wiem dlaczego mówi się, że ktoś „łże jak pies”, albo jeszcze gorzej:”jak bura suka”. Przecież np mój Tosio jest uosobieniem szczerości i uczciwości i gdyby potrafił po ludzku gadać, też na pewno by nie łgał. Wystarczy spojrzeć w te oddane, wesołe oczyska.
Pomijam już określenia”psia kość”, „psia krew” i inne. A wszystkie skojarzenia ze słowem „suka” na pewno też obce wam nie są i niestety do komplementów nie należą. Natomiast już można spierać się co do określenia „pies na baby”. Są mężczyźni, którzy uważają, że to komplement, świadczący o męskim wigorze, podczas, gdy gdy wśród pań na pewno są zdania podzielone, zwłaszcza, gdy to określenie miałoby dotyczyć własnego męża.
Ech, nie mają psy lekkiego życia!

cd. Chciałabym być takim człowiekiem, za jakiego uważa mnie mój pies

wtorek, 3 lipca 2018

Aby Twoja Ewa nie szukała węża...




Gdzie byłeś Adamie, gdy Ewa zaczęła rozmawiać z wężem??? Dlaczego cię przy niej nie było? Może zajęty byleś piwkowaniem z kolegami, oglądaniem meczyku, czy całonocna grą na komputerze (to już moja własna dygresja).
Musiała być bardzo samotna, skoro zaczęła gadać z wężem. A on sprawiał pozory, że ją słucha...


Dlaczego komunikacja między ludźmi jest kluczowa? Przeczytaj!

https://www.korzeniewska.com/blog/zeby-twoja-ewa-nie-szukala-weza

piątek, 22 czerwca 2018

Nie daj sobie wmówić!


"A więc jeździmy na, nie zawaham się powiedzieć, sekciarskie szkolenia, konferencje, eventy. W świetle reflektorów, przy ogólnej euforii, wspomaganej  różnymi sztuczkami manipulacji tłumu tracimy resztki rozumu. Zapisujemy się na najróżniejsze, o kant dupy pobić, szkolenia za grube pieniądze, bo tylko dzisiaj... dla wybrańców... Wracamy do domu z pełną torbą mniej lub bardziej wartościowych książek, które czytamy z wypiekami na twarzy. Później stawiamy wszystko na jedną kartę, zmieniamy kierunek swoich działań o 180 stopni, zwalniamy się z pracy, otwieramy firmy, bierzemy pożyczki by kupić pakiety startowe.  (Naprawdę znam takie osoby!) 
Znajomi patrzą na nas jak na oszołomów, w końcu odsuwają się od nas, ale do nas jeszcze i tak nie dociera, że to nie dlatego, że zazdroszczą nam mającego wkrótce nastąpić spektakularnego sukcesu. 

No bo przecież... Skoro Henry Ford, Walt Disney, J. K. Rowling... 

I gdy my bujamy się z niespłaconym kredytem (miało być tak pięknie!), wspaniali, ogólnie znani guru gdzieś się ulotnili. I nie kwapią się by sprzedać nam pomysł, jak wyjść z tego gówna. 


Stop, głupcze stop! Opamiętaj się!
Spróbujmy to uporządkować."


całość przeczytaj  TUTAJ


niedziela, 13 maja 2018

Druskienniki - idealne miejsce dla skołatanych nerwów



Kiedy myślę: Druskienniki, pojawiają się w mojej głowie przyjemne skojarzenia: spokój, relaks, leniwa beztroska, aktywny sport, natura, dobre jedzenie, sielanka... Taki swoisty raj na ziemi i to w zasięgu mojej podlaskiej ręki, zaledwie 60 km od wschodniej granicy Polski. 
Odpoczynek, nie tylko dla ciała, ale też (a może głównie) dla skołatanych nerwów. 
Błogostan. Nazwa miejscowości pochodzi od litewskiego słowa, oznaczającego: sól, która z kolei nawiązuje do zdrowotnych właściwości słonych źródeł leczniczych. 
Odkrywając Druskienniki, wydaje nam się, że odkryliśmy Amerykę, ale zalety i potencjał tego miejsca docenił już król Stanisław August Poniatowski, car Mikołaj, a z bardziej nam współczesnych - marszałek Piłsudski, który przy okazji podreperowania zdrowia przeżył tu miłosną przygodę rozkochując w sobie uroczą panią doktor. Ta historia nie skończyła się szczęśliwie dla kochanki... Przypłaciła ją życiem. 

cd: https://www.podlasieswiat.com/roacute380no347ci-blog/druskienniki-idealne-miejsce-dla-skolatanych-nerwow