czwartek, 15 listopada 2018

Życie nas zjada powoli.



"Nieraz usłyszysz o sobie ohydne rzeczy, niemające żadnego odzwierciedlenia w rzeczywistości. Raz rzucone w eter słowo lubi obrastać legendą. Zwłaszcza złe słowo. Ale to jeszcze nie powód, by przestać ufać światu. Nie powód, byś przestała zmieniać na lepsze Twój kawałek rzeczywistości. Gdy zamkniesz się na ludzi przez parę głupich i nieprzyjemnych doświadczeń życiowych, stracisz o wiele więcej. Stracisz szansę poznania na Twej drodze wspaniałych osób, które tę Twoją nadwątloną wiarę w drugiego człowieka codziennie przywracają."

Tak pisałam jakiś czas temu. Nie bez powodu powtarzam jeszcze raz te słowa. Sama wiem, jak nieraz trafione w serce, potrafią zawrócić nas w połowie drogi. Dopadają Cię prawie u celu i zabierają, spalają, unicestwiają resztki determinacji.
Żyjemy w czasach, gdy z jednej strony nie ma nic powszechniejszego, łatwiejszego i skuteczniejszego w docieraniu do ludzi niż słowo i obraz, a zarazem nic bardziej prostszego, bezkarnego i obrzydliwego – niż zabijanie ludzi słowem.
Te dzieci zaszczute w szkole, których życie kończy się śmiercią, ci dorośli kulący się pod ich gradem...
Za słowa przestało się ponosić odpowiedzialność.
Słowa przestały mieć swoje pierwotne znaczenie.
Wiem. W tych okolicznościach trudno ufać światu i ludziom...
Musisz uzbroić się w pancerz przeciwko słowom, nie zatracając jednocześnie na nie wrażliwości. Tylko jak to zrobić? Nie wiem. Może Ty masz prostą receptę?
Ja recepty nie mam, natomiast myślę, że brakuje nam konsekwencji.
Wystawiamy się na publiczny widok w mediach społecznościowych i cierpimy, gdy dopada nas hejt. Wiem, że tak być nie powinno. Wyznaję zasadę, że z nienawistnymi, kopiącymi po kostkach anonimami się nie gada. Trzymam się tego.
Nie można ludzi linczować, ale niestety od zarania dziejów istnieje ten rodzaj zadawania gwałtu, tylko jego formy ulegają zmianie.
Jeśli stajemy się w jakiś sposób publiczni – wiedzmy, że możemy przyciągnąć ludzi, którym nasza forma ekspresji się nie podoba.
Nawet bliscy mogą Ci robić wymówki, wstydzić się za Ciebie, bo im samym nigdy by nie starczyło odwagi. Znajomi będą się z Ciebie podśmiewać, (ale rzadko wprost, w oczy, bo nawet na to ich nie stać), że się wygłupiasz i palma Ci na stare lata odbija. Schowani za tarczą klawiatury, mogą dawać Ci na prive dobre rady.
Ja również zdaję sobie z tego sprawę, że oprócz armii wspierających mnie serc, są też i te, które szepczą po kątach z szyderczym uśmiechem.
I chyba nie jestem raczej osobą zbyt publiczną, bo nie dorobiłam się jeszcze osobistego hejtera. Może na początku przez chwilę, ale co to był za hejt – kupa śmiechu. Ponoć dopiero wtedy zaczynamy być popularni, gdy jesteśmy na równi lubiani, co nienawidzeni.
Więc jeśli dziś masz jeszcze wątpliwości drogi przyjacielu, czy ufać ludziom, być otwartym na świat, zacząć robić to co kochasz – powiem Ci, zaczynaj już dziś, nigdy nie będziesz przygotowany w stu procentach, zaczynaj teraz – reszty nauczysz się po drodze – na własnych błędach. Nie czekaj, w obawie przed krytyką, aż będziesz idealny. Ludzie skopią Ci dupę bez względu na to, jak bardzo będziesz się starał, ale to dobrze, będzie twardsza, a Ty mniej boleśnie odczujesz kolejny upadek.
Jeszcze się wzbraniasz? Widzisz jaki cholerny lęk może być paraliżujący?
To może zachęcę Cię w inny sposób.
Cokolwiek w życiu zrobisz, nawet gdy zje Cię hejt i krytyka – COŚ PO SOBIE POZOSTAWISZ. Namalowany obraz, napisaną piosenkę, wiersz, książkę, wyhaftowaną serwetkę.
Wierz mi, większość ludzi, którzy mogliby pozostawić po sobie jakiś ślad, NIGDY tego nie zrobią – ze strachu przed innymi, ze strachu przed samym sobą. I dlatego część z nich będzie Cię podziwiać, a druga część - kąsać i wyśmiewać.
Uśmiechnij się do nich. Ba, śmiej się ile sił w płucach, a kąśliwe słowa będą po Tobie spływać, jak woda po kaczce.
Kochaj ludzi i rób swoje.
„Życie nas zjada. Niebawem staniemy się już tylko bajką. Zachowaj spokój. Za sto lat będzie Ci wszystko jedno.”
Ralph Waldo Emerson

czwartek, 8 listopada 2018

Przestań gadać, zrób to!


"Sposobem na zaczęcie jest skończenie mówienia i podjęcie działania " Walt Disney

Gdy wydałam swoją pierwszą książkę prawie 4 lata temu, zaczęłam uważnie przysłuchiwać się temu, co mówią napotkani ludzie, a zaczęło ich być naprawdę dużo.
Spotkałam się  z wielkim entuzjazmem, poblażliwością, rzadziej niechęcią, niekiedy- uwielbieniem. 

Szczególnie ulubioną przeze mnie grupą odbiorców, są Ci entuzjaści,  którzy pod wpływem moich słów sami zaczęli tworzyć,  bądź też spełniać się w innych dziedzinach życia.  Serce rośnie! ❤❤❤ Brawo Wy!
                      🌼🌼🌼🌼🌼🌼🌼
Ale też jest pewna grupka ludzi, którzy wywołują uśmieszek na mojej twarzy. To Ci przekonani o swojej wyjątkowości, którzy NIGDY nie ruszą z miejsca, przed strachem,  że jednak mogłyby w gruzy legnąć ich własne wyobrażenia o nich samych.

To ludzie pod tytułem:

Mam wielki talent, tylko mi się nie chce.

Mówią z noszalancją: 
Gdyby mi się  chciało,  napisałbym bestseller, namalował świetny obraz, odniosłbym sukces w muzyce.

A ja cichutko dopinguję:
Na Boga, przestań gadać,  powtarzać to w kółko,  chwyć za długopis,  pędzel,  gitarę i ZRÓB TO!

Ale wiem, po poziomie noszalancji w ich głosie i stopniu pogardy wobec tych, co się realizują,  że nigdy tego nie zrobią.

Kiedyś na moje PIERWSZE spotkanie autorskie w Brukseli przyszła skromna, niepozorna dziewczyna i powiedziała: Bardzo chciałam Panią  poznać,  bo wie Pani, ja też napiszę książkę i będzie to bestseller.  

Uśmiechnęłam się do niej, było w jej słowach tyle, powiedziałabym naiwnej wiary, co zarazem skromności i prostoty.
Życzyłam jej tego z całego serca, bo nie było w jej głosie,  typowego dla takich twierdzeń nadęcia, z którym spotkałam się u wspomnianych wyżej osób. I choć gorąco  jej tego życzyłam, przyznam szczerze, nie byłam do końca o jej sukcesie przekonana.
I wiecie co? Anna Gruszczyńska, bo o tej dziewcznie mowa, i pisałam o niej w poprzednim poście, zrobiła to naprawdę! 

Napisała bestseller, pomaga tysiącom ludziom w ich problemach (Wilczo Głodna), dawno mnie wyprzedziła,  żyje ze swojej pasji,  czego o mnie nie można powiedzieć,  a co jest marzeniem każdego artysty.

Jak już wspominałam, spotkałam ją  niedawno  w samolocie, gdy wracałam z Konferencji Poetyckiej w Poznaniu. 

Uskrzydliła mnie na nowo,  tak jak  ja kiedyś na początku jej drogi, mam nadzieję,   dodałam jej skrzydeł.  🧚‍♀️🧚‍♀️🧚‍♀️
Jest jedyną osobą,  która powiedziała  mi, że  napisze bestseller i to zrobiła! 👍

Dlatego, jeśli  masz coś do zaoferowaniea światu, to przestań o tym gadać,  tylko TO zrób! 👍👍👍 Świat czeka na spełnionych marzycieli ❤ (a nie zadufanych w dobie dupków - to dopowiedziała w myślach złośliwa i krytyczna część mojej blond natury; nie słuchajcie tego) 
Cmok!

poniedziałek, 5 listopada 2018

Wracam, nie wracam, kręcę się w koło.


Nie ulega wątpliwości, że żyjemy po to by wzrastać. Zmieniamy się tak jak zmienia się nasze otoczenie, co szczególnie wyraźnie odczuwa się właśnie teraz, na tle przybierającej różne barwy i stany przyrody.
Jesień...
Że też właśnie teraz...


Najpierw odezwała się jedna z moich serdecznych, wirtualnych znajomych. Wydaje się,  że znamy się latami. Wydaje się?!
Przecież tak jest w rzeczy samej. Nasze drogi biegły obok siebie , przeplatały się, by nie powiedzieć: plotły.

Pierwsze doświadczenia literackie, pierwsze szlify, radości, sukcesy i rozczarowania. Towarzyszymy sobie w tym wirtualnym życiu, przeplatanym rzeczywistością.

Właśnie tak mogę powiedzieć o wielu z Was: starzy, dobrzy znajomi z którymi znam się dobre parę lat.

Na spotkanie z innymi ciągle czekam, ale dokładnie wiem jak ono przebiegnie. Po tylu latach wspólnego blogowania, pokładów wrażliwości jakie w sobie odkryliśmy,  dokładnie wiem, co sobie powiemy.

Są osoby, które spotkałam tylko raz, a tak naprawdę -  na życie całe...

Inni odeszli na wieki  Pamiętacie Judytę?
Jak bawiła,  uczyła,  wzruszała.
Słowa, krążą jeszcze po cybercmentarzu, odbijając się głuchym echem od pustych ścian.
Życie jest zmianą ku odejściu.
Zebrało mi się na wspominki.
Ale wracając do tematu  to Róża napisała: "Żal mi trochę twego dawnego bloga"

Pomyślałam, że chyba nie żałuję.
Życie jest wieczną zmianą.  To był piękny czas, który mnie ukształtował. A później zmienił. I nie oceniam w kategoriach: na lepsze, czy gorsze.
Dojrzewamy.
Wszystko się zmienia.
Pochłonęły mnie inne sprawy, inni ludzie, inny rodzaj własnej ekspresji.
Zapomniałam na chwilę,  że ciągle są jeszcze ludzie, co czytają blogi...
Szukałam środków wyrazu, eksperymentowałam z sobą samą. Dokonywałam świadomych i nieświadomych wyborów...
Przestało mi zwyczajnie brakować czasu na bloga...
Tamtego, niewinnego jak pierwszy pocałunek, momentami bardzo naiwnego...
Uśmiechnęłam się do siebie.

Wiesz Róża, otworzyłaś skrzynkę ze wspomnieniami. Wydawało mi się,  że wszystko już o Brukseli wiem, że przeszłam ją wzdłuż i wszerz, tak jak życie.
A jednak bardzo się mylę.  Poczułam,  że zapragnęłam znów Brukseli, historii, emocji...
Że jednak chyba trochę żałuję. (I kto to mówi! Twardzielka, co potrafi jednym ruchem zamknąć bez żalu porządny rozdział swego życia, nie mając cienia wątpliwości,  że tak ma być.)

Po raz kolejny mnie zainspirowałaś, Różo. Nie obiecuję,  że pójdę znów tą drogą.
Nie obiecuję nic, mam skłonność do niedotrzymywania obietnic, danych zwłaszcza sobie.

Jedno co mogę obiecać,  to to, że będę wierna własnej osobie i temu, co mi serce i ciało podpowiada.

Jak rzeka. Popłynę tam, gdzie mnie poczucie wolności poprowadzi.
Mogę kluczyć, zawracać,  bądź też być wartkim strumieniem. Zwalniać i przyśpieszać. Wypływać na oceany.

Nie wiem jak będzie jutro.
Dziś wiem, że powracam, choć nie mam pojęcia jak mnie przyjmiecie. Nie było mnie tu bardzo długo tak naprawdę.  I nawet jeśli  fizycznie wpadałam tu na chwilę,  to sercem i tak błądziłam gdzie indziej. Stawiałam czoło różnym wyzwaniom. Dziś wiem, że chcę pisać głównie dla przyjemności,  choć oczywiście nie zamierzam zaprzepaścić tego, co osiągnęłam.
Kropkę nad "i" postawiła Anula, którą pamiętam jako początkującą blogerkę, gdy pojawiła się  na moim PIERWSZYM spotkaniu autorskim w Brukseli 4 lata temu!

Spotkałyśmy się kilka dni temu , gdy obie wracałyśmy tym samym samolotem z Polski. Ona: z Targów Książki w Krakowie, ja z Konferencji Poetyckiej w Poznaniu i Pile.
Obie pełne emocji.
Miło mi było patrzeć jak cudownie to dziewczę rozkwitło. Jak daje ludziom dużo z siebie, zwłaszcza tym, którzy borykają się z problemem zaburzeń żywieniowych.  Wygooglujcie sobie jej bloga:"Wilczo głodna"

Choć nie ma w tym mojej żadnej zasługi,  jestem dumna, że jej kariera (tak można powiedzieć,  bo żyje z pasji) rodziła się na moich oczach.

Powiedziała:"piszę regularnie dla moich odbiorców.  Właśnie na lotnisku dodałam posta."
A mi zrobiło się wstyd, gdy uświadomiłam sobie jak sporadycznie piszę... Wstyd!

Postanowiłam sobie go oszczędzić i po prostu zabrać się do roboty.

I właśnie teraz wypróbowuję opcję pisania na telefonie.  Okazało się,  że byłam permanentnie zalogowana w blogerze.
Czyż  to nie znak?

Podróże kształcą,  a ludzie inspirują.
I nieważne,  że "robimy" w tej samej branży.
Jak widać dla wszystkich nas " starczy miejsca pod wielkim dachem nieba" Poeta się nie pomylił...

Czyż to nie znak?
Pozdrawiam i mam nadzieję  - do środy,  a później- do soboty...
Jak za dawnych lat...
Za czasów Śliwkowej Czapeczki i Laviolettki.
Dwa razy w tygodniu, tylko mi pomóżcie odzyskać dawną  siebie.
U mnie wiele się zmieniło.  Np. skociałam. Ale będziemy do tego wracać





niedziela, 21 października 2018

Szowinistka?


Do napisania tego posta skłoniła mnie bezpośrednio pewna sytuacja w szkole, gdzie chodzę na niderlandzki. Na jednej z ostatnich lekcji dowiedziałam się, że szowinista, to osoba, która kocha swój kraj. Dosłownie. Być chauvinistisch to tyle, co:”zijn fier op hun land en hun koning(in)
Mówiąc szczerze, nie tylko mi zabito ćwieka. Wszyscy uczniowie, z wyjątkiem Belgów (chyba właśnie na ich użytek powstała ta definicja) mieli wielki problem z odpowiedzią na pytanie: ”Czy jesteś szowinistą?”
No, bo co odpowiedzieć, by było zgodnie z prawdą???

ciąg dalszy tutaj:
https://www.korzeniewska.com/blog/szowinistka
A jakie jest Twoje zdanie na ten temat?

piątek, 5 października 2018

WSZYSTKICH STRAPIONYCH RADOŚĆ


Miejsca na mapie - ekstrema. Gdzie się coś kończy, zaczyna: czyjś początek lub koniec świata. Miejsca - gdzie można się zaszyć, zwiać nawet od siebie samego, by usłyszeć myśli w swojej głowie, zamiast szumu cywilizacji, jej nieraz niezrozumiałego bełkotu.
Takim miejscem jest dla mnie maleńka miejscowość 2,5 km od Białorusi o nazwie Koterka. A dokładniej, niewielka cerkiewka położona w lesie na bagnach pod wezwaniem Ikony Matki Bożej "Wszystkich Strapionych Radość" 
I może powiesz, cóż to za atrakcja, ja Ci powiem - może nie jest to safari w Kenii, ani wodospad Niagara, ale pojedź tam, a doznasz wielu cudownych wzruszeń i spłynie na Ciebie spokój jak łaska, bez względu na to, czy jesteś wierzący, czy nie. 


Możesz mieć problem z drogą, która kluczy między drzewami i nagle kończy się szlabanem w poprzek drogi, umożliwiającym dalszą jazdę. Nie zrażaj się i nie poddaj zwątpieniu. Znalazłeś się u celu podróży. 
Wysiądź. Zaczerpnij wilgotnego powietrza. Posłuchaj jak pięknie dźwięczy cisza. 
Możesz się zagapić i nagle okaże się, że bezwiednie, nielegalnie znalazłeś się po drugiej stronie, przekroczyłeś granicę. 
Nie przejmuj się. Zostaniesz pouczony i odesłany na właściwą drogę. Służba graniczna dyskretnie, lecz skutecznie czuwa.



Sama Koterka została po II Wojnie Światowej rozdarta na dwie części, z których jedna znajduje się poza granicami naszego kraju. 
Świątynia w leśnym uroczysku powstała w 1912 roku, ale zanim to nastąpiło trzeba było pokonać wiele trudności. 
Ale wróćmy do początków. 

cd: Wszystkich Strapionych Radość

czwartek, 27 września 2018

Różowe okulary


 „Kup różowe okulary
Załóż buty nie do pary
Przez różową szybę patrz na świat” 

śpiewała kiedyś Natalia Kukulska, a ja wiedziałam, że śpiewa o mnie. I że to jest dobre, co śpiewa, a ja robię. I że moja życiowa filozofia jest kompatybilna z moim zachowaniem i doświadczeniem. Ci, którzy znają mnie to wiedzą – jak wygląda ze mną życie:
” Moje szaleństwo patrzenia na świat przez swoiste różowe okulary, bez rozkładania go na detale, jest jak izolacja.”
A jest od czego izolować się na co dzień.
Kiedyś wstawiłam do mediów społecznościowych zdjęcie przypadkowych okien, które mnie zachwyciły. (Napisałam wtedy o tym obszerny post, i nawet zamieściłam w cyklu:"Zaczarowanej...")
​Pierwszy komentarz był jak strzał: umyj okna! Później pojawiły się inne ciosy w szczękę, aż spadły mi z oczu różowe okulary!
Picture

Z ciekawością obserwuję przedwyborcze dyskusje na portalach społecznościowych. Są tacy, którzy cieszą się, że w mieście powstały nowe ławeczki, drogi, place zabaw. Inni wiecznie niezadowoleni: bo na ławeczki ptaki srają (wywalanie pieniędzy!), drogi i chodniki nie z takiej nawierzchni jak trzeba (chociaż wcześniej trzeba było brodzić w błocie po pas, pewnie było lepiej), a place zabaw? – ech, a nie lepiej było zrobić... więcej dróg czy ławeczek???
Wciskam mocniej moje różowe okulary na nos i odpływam w inną stronę życia. Gdzie ptaszek, kwiatek, piękna fasada, na którą można zagapić się po czasu kres.
Nie bez powodu ktoś powiedział:”Jakie patrzenie, taki świat”
Bo wszystko w naszych głowach początek naszych myśli ma.
Ale czy można przeżyć życie w otulającej foli izolacyjnej zamiast żyć?
(Na zdjęciach Karolina i Zuzia)
Odpowiedzi szukaj ze mną tutaj: klik


wtorek, 25 września 2018

„Odkryłam właśnie, że nie lubię jadać samotnych kolacji.”


Nadeszła jesień. Kurczą się dni. Zaczynam oszczędzać ziarenka czasu, choć i tak kilka gubię i nie doczekują zmierzchu. A może świadomie, z premedytacją opuszczam je cichutko na ziemię. A zegar cyka: tik - tak. Tik - tak...

Cokolwiek robisz ze swoim czasem i towarzyszy temu głębokie przekonanie o słuszności jego spędzenia (nie wykorzystania – to nieładne słowo) – jest dobre i właściwe. Bo każdy z nas jest w innym momencie życia i nie ma uniwersalnej rady dla wszystkich. To tak, jakby każdemu choremu przypisać ten sam antybiotyk, bez względu na chorobę. Czas jest wartością, ale wartością zmienną, zależną od naszej sytuacji życiowej, okoliczności i potrzeb. Czasami liczy się podwójnie, czasami potrzeba byśmy go twórczo trwonili, a czasami przypatrzyli mu się z uwagą.
Ale wracam do osobistego cytatu na dziś:
„Odkryłam właśnie, że nie lubię jadać samotnych kolacji.”
I nie o kolacje w sensie dosłownym tu chodzi. Zapraszam po resztę tekstu:

W 365 dni dookoła marzeń


Dziś zapraszam Cię do wspólnego projektu. Pomysł ten narodził się w mojej głowie już dawno. Kiedyś napisałam niepozorną książeczkę (to była moja druga książka) pod energetycznym tytułem: "W deszczu tańcz!" Nakład był niewielki, rozszedł się "na pniu". Słowa rozbłysły jak błyskawice, zrobiły trochę szumu, ponaprawiały serca, przetarły drogę i zgasły jak dogorywające iskierki w popielniku.
Wiele ludzi pyta mnie ciągle o tę książkę, jak również o to, czy będą następne części "Zaczarowanej". Nie umiem na to odpowiedzieć jednoznacznie, ponieważ wiem, że teraz już napisałabym tamtą książkę inaczej. To znaczy, przekaz byłby taki sam, bo ciągle sentencje w niej zawarte, myśli i cytaty, towarzyszą nie tylko mi w codziennej drodze i niosą siłę, dają moc.
Ale po prostu jestem już inną kobietą, z większym bagażem doświadczeń i w związku z tym, innym spojrzeniem na świat.
Pewne rzeczy się kończą, zamykają, inne warte są pamiętania i przekazu.
Dlatego chcę symbolicznie zamknąć ten pierwszy okres mojej twórczości, ogrzewając tych, którzy zasiedli ze mną przy wspólnym ognisku, od pierwszego napisanego słowa, a także tych, których ciągle przybywa.
I nieważne, że zaczynamy ten rok jesienią. Przecież to tylko umowne cyfry i dla każdego z nas, wiosna naszego życia może przypadać kiedy indziej.
Doprowadzimy ten rok do zaskakującej puenty.
​Dobra wiadomość jest taka, że CODZIENNIE dzielę się z Wami tym co uważam za ważne.
Zła dla niektórych wiadomość jest taka, że robię to na Facebooku, którego oni nie posiadają z różnych powodów.
Ale nie martwcie się. Całość złożę dla Was w postać barwnego, energetycznego motyla - KSIĄŻKĘ, notes, kalendarz, jak tam już sami sobie nazwiecie tę pigułkę szczęścia.
A póki co, będę przemycać promyki słońca w postaci postów na tym blogu.
Zostańcie ze mną.
Miejmy wzajemny wpływ na kolory naszych marzeń i użyczajmy sobie mocy!
Pozdrawiam Was serdecznie!
P.S. A kto ma FB, to proszę udostępnijcie mój projekt znajomym. Znajdziecie go na Facebooku pod nazwą strony: 365 dni mocy. Dzięki śliczne!

niedziela, 16 września 2018

Bądź saperem własnych lęków


Jerry Seinfeld powiedział:
"Według większości badań, ludzie najbardziej boją się publicznie przemawiać. Dopiero na drugim miejscu jest śmierć. Śmierć jest numerem dwa! Czy to może być prawda? Oznacza to, że przeciętny człowiek, jeśli pójdzie na pogrzeb, będzie lepiej czuł się w trumnie, niż wygłaszając przemowę."

Ja do nich nie należę, wręcz przeciwnie - gęba mi się nie zamyka, a zwłaszcza, gdy trzeba publicznie coś powiedzieć. Kiedyś myślałam, że powinnam się przygotowywać do oficjalnych przemówień, ale gdy po raz pierwszy zmierzyłam się z liczną widownią, na jednym z moich spotkań autorskich w Warszawie - słowa same popłynęły z głębi serca. I poczułam w sobie to "coś". Jakby przełącznik, taki mały pstryczek w głowie, który sprawia, że nie musisz szukać w sobie słów, dobierać. One płyną jak barwna rzeka, logiczne, poukładane, wierne Tobie i uczciwe. Szczere do bólu. Oczywiście, solidne przygotowanie nigdy nie zaszkodzi, a nawet jest potrzebne w wielu wypadkach, ale samo przygotowanie bez głębokiej wiary we własne słowa, szybko ujawni brak spójności. 
Bardziej od przemawiania, śmierci i podatków, bałam się ODMOWY. To sprawiało, że paraliżował mnie lęk przed wykonaniem telefonu, zmierzeniem się z trudną sytuacją, zadaniem pytania. Długo musiałam oswajać demony. Teraz już jest o wiele lepiej, ale czasami dopada mnie jeszcze ten absurdalny strach, dostaję palpitacji serca, pocą mi się dłonie, gardło ściska i drżą nogi jak na dywaniku u dyrektora w podstawówce.
Wiem, najtrudniej poskromić irracjonalne zachowania...

A zauważyłeś/aś, że nieznajomi ludzie boją się do siebie uśmiechać i mówić sobie "dzień dobry" na ulicy? Kulą się w sobie jakby zostali przyłapani na gorącym uczynku. Zawstydzeni uciekają wzrokiem, lub czmychają w popłochu jakby od tego zależało ich życie! Bo w pewnym sensie zależy. Zamykając się w sobie pozbawiamy się szansy poznania wspaniałych ludzi, a czasem zwykłe uśmiechnięte "dzień dobry" sprawi, że poznasz przyjaciela, lub zrobisz interes życia.
Nie bój się uśmiechać. To nie boli! 
Niedawno spędziłam fantastyczny weekend w Hajnówce. 
dalszy ciąg moich wakacyjnych rozważań tutaj: klik

sobota, 8 września 2018

Wkurzam się!


Codzienne życie zachwyca mnie na każdym kroku, ale czasami też zwyczajnie wkurza! A co konkretnie? Najczęściej są to drobne sprawy w skali świata. Nawiasem mówiąc, zauważyliście jak niebywałym pojęciem jest SKALA? 
Już Neil Armstrong stawiając stopę na Księżycu intuicyjnie wyczuwał jej potęgę, a jego słynne zdanie: "Dla człowieka to jeden mały krok, dla ludzkości skok ogromny" obiegło świat. Choć są spiskowcy, którzy twierdzą, że nie postawił on nogi na Księżycu i to wszystko jest bujda na resorach. 
Ale ja nie o Armstrongu, księżycu ni skali chcę dziś z Wami porozmawiać. To króciutki tekst o tym, co mnie w mojej Zaczarowanej Codzienności drażni. Każdy z Was ma na pewno swoje własne "ziarenka piasku", które uwierają pod stopami. Często dla innych są to nieracjonalne powody do zniecierpliwienia, czy ataku złości. Bo każdy z nas jest inny. Pewnie nawzajem będziemy zdziwieni naszymi powodami do irytacji. Podzielmy się nimi, może być niezła zabawa! Zacznę od siebie: 
# Wkurza mnie to, że terminale w jednym ze znanych mi centrów handlowych są instalowane tak nisko, jakby  były robione dla krasnoludków lub dzieci: na wysokości mego brzucha i widzę, że to nie tylko mój problem! Trzeba zgiąć się do połowy by zobaczyć co jest na wyświetlaczu i wstukać odpowiednie dane. Koszmar! Ktoś wziął w łapę (moja spiskowa teoria), bo nie wierzę, że tak marny projekt wygrał przetarg. Drobna rzecz, a utrudnia życie. 

# Zawsze mam ochotę dać upust mojej frustracji, gdy jestem w jednym z "polskich" banków i do każdej operacji Pani w okienku (Bogu ducha winna!) drukuje całe płachty papieru. Co ekolodzy na takie marnotrawstwo naturalnego surowca? Pewnie w bankach nie bywają, bo pilnują ducha puszczy, więc ich to tak nie mierzi jak mnie. W przedziwnym razie już dawno przed bankami i innymi instytucjami stałyby transparenty: STOP papierowemu marnotrawstwu.  

Jeszcze raz im się dostanie (ekologom) Nie widziałam ani jednego, jak moje życie długie i w biodrach szerokie, na żadnej autostradzie, blokującego ruch śmierdzącym ropą i benzyną samochodom. A jeżdżę dużo i też zasmradzam, chociaż nie tyle co setki tirów, które to robią skuteczniej i wytrwalej niż ja. Co jest, że o tym ani słowa nigdzie na świecie? Transport kolejowy towarów, mimo, że dużo bardziej ekologiczny, został praktycznie wyeliminowany z życia. Dziwnie Unia milczy na ten temat jak zaklęta. A przecież paroma ustawami można byłoby się z tym rozprawić. Skoro niezrzeszona Szwajcaria potrafi to skutecznie zrobić ograniczając ruch ciężarówek na rzecz transportu kolejowego, to Jej Wysokość Unia powinna to zrobić jeszcze lepiej. Chyba, że istnieją lobby, którym nie zależy, a wręcz odwrotnie... Życiodajna ropa...
Ech, czepiam się! 

# Kiedy słyszę zdanie "To też tylko człowiek", w stosunku do "autorytetów" przyłapanych na niecnych czynach czy też całkiem małych świństewkach.  (politycy/ księża/ nauczyciele/ psycholodzy/ sędziowie/ inni lekarze etc.) 

sobota, 1 września 2018

Mapa ludzi


Przypadki chodzą po ludziach, a po ludziach - kierowcach - jeszcze częściej. Tak i ze mną było, gdy pełna nadziei i euforii zmierzałam naszą rodzimą A2 w stronę Wielkopolski. Zawsze mam dobry humor na myśl o gościnnym Poznaniu i okolicach. Tym razem miały być moim udziałem dwa spotkania autorskie w ramach projektu: "Ścieżka koło drogi" w Puszczykowie (Muzeum im. Arkadego Fiedlera) i CKiE (Centrum Kultury i Edukacji w Kwilczu) Miały być...

Pomiędzy Łodzią, a Łęczycą, gdzieś mniej więcej na tej wysokości, szczęśliwa gwiazda zawinęła znad mojej głowy i poszybowała jak torpeda w inną stronę świata, a moje leciwe auto zaczęło powoli opadać z sił, aż w końcu na którymś tam kilometrze wyzionęło ducha. Jestem blondynka, ale na tyle farbowana, że wiedziałam, że sprawa jest poważna. Coś mi świtało, że padło turbo, przy okazji znacząc na asfalcie tłusty olejowy szlak, a szlag, który trafił mnie jednocześnie z awarią auta przybrał postać niekontrolowanej histerii i agresji zwróconej w stronę, no kogo?
Męża oczywiście! Bo kto winien, jak nie on! I nie miało w tej chwili znaczenia, że umył mi auto przed podróżą, napełnił pod korek bak i wyczyścił w środku.
Podczas gdy cała we łzach, że nie zdążę na spotkania, własnie telefonicznie dokonywałam na nim rytualnego mordu, nadeszła, a właściwie nadjechała pomoc. W pełnym znaczeniu tego słowa: pomoc drogowa.
Wierzę w Anioły w ludzkiej postaci. Serio. Miewam z nimi do czynienia, bo nie wypada mówić że mam z nimi konszachty, choć na to raczej by wyglądało.
Pan, nazwijmy to X poszedł o wiele dalej poza standardową pomoc. 

Jednemu kotki, drugiemu rybki....


... a ja - kocham psy. Z wzajemnością!

Wszystko się zaczęło od tego, że odkąd pojawiła się w naszym domu Panna Kotta, wokół której zawirował świat i nasze serca, Tosiek niestety, został odsunięty pozornie na drugi tor i odczuwa na sobie wszelkie „dobrodziejstwa” posiadania młodszego rodzeństwa tuż po narodzeniu. A więc zachwyt rodziców skierowany na maleństwo  i obowiązki, obowiązki, obowiązki...
Nawet w mediach społecznościowych musiał oddać palmę pierwszeństwa tej małej uroczej, szarej szelmie, którą zachwyca się cały facebookowy świat.
Tak być nie może. W końcu to Tosiu jest naszym psem ukochanym, „umiłowanym” jak mawia jego pan, a mój osobisty mąż.

Dlatego też dzisiaj porozmawiamy o naszych braciach mniejszych, których przedstawicielem jest nasz PIES.
Ale... chyba nie wszyscy tak kochają psy jak ja. W przeciwnym razie nie powstałoby tyle negatywnych porównań z udziałem naszych najmilszych czworonogów. 

Mówi się „na psa urok”, „pogoda pod psem” i „pieskie życie”. Czasami jest „zimno jak w psiarni”, a ktoś jest skąpy i nieuczynny „jak pies ogrodnika, co sam nie zje i drugiemu nie da”.
Nie wiem dlaczego mówi się, że ktoś „łże jak pies”, albo jeszcze gorzej:”jak bura suka”. Przecież np mój Tosio jest uosobieniem szczerości i uczciwości i gdyby potrafił po ludzku gadać, też na pewno by nie łgał. Wystarczy spojrzeć w te oddane, wesołe oczyska.
Pomijam już określenia”psia kość”, „psia krew” i inne. A wszystkie skojarzenia ze słowem „suka” na pewno też obce wam nie są i niestety do komplementów nie należą. Natomiast już można spierać się co do określenia „pies na baby”. Są mężczyźni, którzy uważają, że to komplement, świadczący o męskim wigorze, podczas, gdy gdy wśród pań na pewno są zdania podzielone, zwłaszcza, gdy to określenie miałoby dotyczyć własnego męża.
Ech, nie mają psy lekkiego życia!

cd. Chciałabym być takim człowiekiem, za jakiego uważa mnie mój pies

wtorek, 3 lipca 2018

Aby Twoja Ewa nie szukała węża...




Gdzie byłeś Adamie, gdy Ewa zaczęła rozmawiać z wężem??? Dlaczego cię przy niej nie było? Może zajęty byleś piwkowaniem z kolegami, oglądaniem meczyku, czy całonocna grą na komputerze (to już moja własna dygresja).
Musiała być bardzo samotna, skoro zaczęła gadać z wężem. A on sprawiał pozory, że ją słucha...


Dlaczego komunikacja między ludźmi jest kluczowa? Przeczytaj!

https://www.korzeniewska.com/blog/zeby-twoja-ewa-nie-szukala-weza

piątek, 22 czerwca 2018

Nie daj sobie wmówić!


"A więc jeździmy na, nie zawaham się powiedzieć, sekciarskie szkolenia, konferencje, eventy. W świetle reflektorów, przy ogólnej euforii, wspomaganej  różnymi sztuczkami manipulacji tłumu tracimy resztki rozumu. Zapisujemy się na najróżniejsze, o kant dupy pobić, szkolenia za grube pieniądze, bo tylko dzisiaj... dla wybrańców... Wracamy do domu z pełną torbą mniej lub bardziej wartościowych książek, które czytamy z wypiekami na twarzy. Później stawiamy wszystko na jedną kartę, zmieniamy kierunek swoich działań o 180 stopni, zwalniamy się z pracy, otwieramy firmy, bierzemy pożyczki by kupić pakiety startowe.  (Naprawdę znam takie osoby!) 
Znajomi patrzą na nas jak na oszołomów, w końcu odsuwają się od nas, ale do nas jeszcze i tak nie dociera, że to nie dlatego, że zazdroszczą nam mającego wkrótce nastąpić spektakularnego sukcesu. 

No bo przecież... Skoro Henry Ford, Walt Disney, J. K. Rowling... 

I gdy my bujamy się z niespłaconym kredytem (miało być tak pięknie!), wspaniali, ogólnie znani guru gdzieś się ulotnili. I nie kwapią się by sprzedać nam pomysł, jak wyjść z tego gówna. 


Stop, głupcze stop! Opamiętaj się!
Spróbujmy to uporządkować."


całość przeczytaj  TUTAJ


niedziela, 13 maja 2018

Druskienniki - idealne miejsce dla skołatanych nerwów



Kiedy myślę: Druskienniki, pojawiają się w mojej głowie przyjemne skojarzenia: spokój, relaks, leniwa beztroska, aktywny sport, natura, dobre jedzenie, sielanka... Taki swoisty raj na ziemi i to w zasięgu mojej podlaskiej ręki, zaledwie 60 km od wschodniej granicy Polski. 
Odpoczynek, nie tylko dla ciała, ale też (a może głównie) dla skołatanych nerwów. 
Błogostan. Nazwa miejscowości pochodzi od litewskiego słowa, oznaczającego: sól, która z kolei nawiązuje do zdrowotnych właściwości słonych źródeł leczniczych. 
Odkrywając Druskienniki, wydaje nam się, że odkryliśmy Amerykę, ale zalety i potencjał tego miejsca docenił już król Stanisław August Poniatowski, car Mikołaj, a z bardziej nam współczesnych - marszałek Piłsudski, który przy okazji podreperowania zdrowia przeżył tu miłosną przygodę rozkochując w sobie uroczą panią doktor. Ta historia nie skończyła się szczęśliwie dla kochanki... Przypłaciła ją życiem. 

cd: https://www.podlasieswiat.com/roacute380no347ci-blog/druskienniki-idealne-miejsce-dla-skolatanych-nerwow

środa, 9 maja 2018

Pamiętajmy o ogrodach


Zaglądam do telewizorni i natychmiast tego żałuję. Brudną, gęstą breją wylewa się na mnie z niego cała jego plugawa zawartość. Znów ktoś kogoś zabił, zgwałcił, podpalił. Kolejne malwersacje i katastrofy. Jedna za drugą. Czy w świecie nie dzieje się absolutnie NIC dobrego??? NIE WIERZĘ...
Skłonna jestem uważać, że komuś zależy bym myślała, że świat jest do dupy.
Nikt do mnie nie mówi jak do człowieka. Tylko informuje, informuje, beznamiętnie informuje.

A co z ogrodami? Że zakwitły, że jest pięknie, że wszystko się budzi do życia i rozlewa się słodyczą zapachów po świecie? Że pszczółki, słońce, zawiązki owoców.
Jakie jabłka będą w tym roku!
A jakie gruszki!
Drzewa uginają się pod kwieciem.
Czy to nie należy do życia???


​Na szczęście bywa maj.
Na szczęście są ogrody.


Po ciąg dalszy plus miłą dla ucha nutkę zapraszam pod linkiem:
https://www.korzeniewska.com/blog/pamietajmy-o-ogrodach

wtorek, 8 maja 2018

Wieczorne rozmowy z Tobą....

Zapraszam Cię na nową formę codziennych spotkań... W postaci wieczorynek będziemy przez okrągły miesiąc (między 21.00-22.00), a może i dłużej rozmawiać o różnych ważnych lub błahych rzeczach, ale zawsze istotnych z punktu widzenia zwykłego życia...

Te audycje (filmiki) publikuję codziennie na You Tube i Faceboku, ale całość można znaleźć w całości na mojej stronie w zakładce pod takim właśnie tytułem: WIECZORNE ROZMOWY Z TOBĄ

Pozdrawiam i DOBRANOC

https://www.korzeniewska.com/wieczorne-rozmowy-z-tob261


Czułe, śmiertelne słówka


Był młody, dobrze się zapowiadający, gładko ogolony i uprzejmy. Pracowity. Robił interesy z niczego. Świat się do niego uśmiechał. Uśmiechała się też ona - najpiękniejsza dziewczyna w okolicy. Chętnie poszła w jego ramiona i przesiadła się z gracją do lepszego życia, jak do najnowszego modelu lexusa, którym on jeździł. Pasowała do niego znacznie bardziej, niż do swego zgrzebnego życia na przedmieściach byle jakiego miasta. Gdzieś.
Był dobrym człowiekiem. Zarabiał na życie. Była wdzięczna i doceniała. 
Był dobrym człowiekiem. Jeździła na wakacje. Sama, bo jej ufał. I nie znosił upałów. 
Nie był złym mężem. Zadbał o to by nie mieli już więcej dzieci. Dwójka wystarczy. Wniosła poprawkę do marzeń o dużej rodzinie. Przyznała mu rację. 
Nie podniósł na nią ręki ni głosu jak inni mężowie. Nigdy. 
Nie pozwolił iść do pracy, bo wszystko miała. Poza tym się nie nadawała. Wiedział o tym. Znał się na ludziach. 
Czasami kazał trochę schudnąć, by pasowała do luksusu. I lexusa. Miał doskonały gust i gest. 

​A ona głupia suka, odeszła po 30 latach stłamszonego małżeństwa. Goła i bosa. Tak jak stała. 
Jak można być tak bezmyślnym, nie mówiąc już o braku wdzięczności. 


Zapraszam na post o agresji. Towarzyszy mu przepiękna piosenka w wykonaniu Agaty Grześkiewicz: "Jestem białą kartką" 
Pójdź za linkiem:

https://www.korzeniewska.com/blog/may-04th-2018

środa, 4 kwietnia 2018

Gdy został Ci tylko rok


Czasami grypa schodzi na ziemię i zaprowadza porządek wśród tych co ze zdrowia sobie kpią. Igrałam z nią, za nic mając subtelne symptomy, drobne choróbki i przeziębienia ostatnich lat. Igraliśmy sobie z nią wszyscy w rodzinie, śmiejąc się jej w nos. O takich jak my, w dzieciństwie pogardliwie mawialiśmy: "Cwaniacy z miodem w uszach." Myślą, że im wszystko można i że z każdej opresji wyjdą cało. Otóż nie wszystko i nie z każdej. Mieliśmy się wkrótce dowiedzieć, gdzie nasze miejsce. W końcu ona - grypa postanowiła zakpić z nas. Już nie na żarty.

Poszłam na pierwszy rzut. Moi mężczyźni dzielnie i z oddaniem się mną zajmowali. Czasami przychodziła mi głupia myśl do głowy, że warto było zachorować, by być otoczoną tak kompleksową i fachową opieką. I niech ktoś mi powie, że mężczyzna nie potrafi. 
Potrafi - dopóki sam nie zachoruje.
Po raz pierwszy od wielu lat spędziliśmy tegoroczne święta poza Polską. Siedzieliśmy do ostatniego dnia na walizkach, mając nadzieję na poprawę zdrowia i jasny sygnał do startu: go, go, go! Ale odpalenie na start nie nastąpiło.
W Wielką Sobotę zajrzeliśmy w oczy okrutnej prawdzie, że nie jesteśmy w stanie nigdzie pojechać, a pokonanie nawet krótkiego dystansu z domu do lekarza wydaje nam się misją niemożliwą do wykonania.
I gdy uzmysłowiliśmy sobie beznadziejność naszej sytuacji, uratował nam życie splot szybkich decyzji nieocenionych ludzi.
Najpierw wziął nas na warsztat lekarz. Hurtem. Całą rodzinę. Później, dzięki szybkiemu wstawiennictwu Kasi u Pani Agaty  - w przeddzień świąt udało się zrealizować katering. Pyszny, domowy. Madzia wzbogaciła naszą szarą egzystencję kolejnymi daniami. A Wiola z Lesiem gotowi byli po nas przyjechać by nas zabrać na świąteczne śniadanie. Dzięki wszyscy ludzie dobrej woli!

Tyle, że my nie mieliśmy sił na jakiekolwiek świętowanie. 

I gdy tak złożeni chorobą, przypieczętowani gorączką nie liczyliśmy zmieniających się nocy i dni, gdy każda kosteczka odchodziła od mięśni, każdy z nas oddzielnie w godzinach walki i samotności swoje przemyślenia miał... 
Mąż skończył z uzależniającym, bezproduktywnym trwonieniem czasu. Nagle zobaczył wszystko w jaskrawie innym świetle. I nawet zaczął bąkać o konieczności natychmiastowego remontu jak wyzdrowieje. Syn zweryfikował swoje marzenia i nakreślił nowy plan działania. Znane tylko sobie wytyczne zapisał w sobie znanym miejscu. 
Ja... Z trudem przewracając się z boku na bok, myślałam o tym jak ciężko jest leżeć w jednej pozycji. Myślałam o ludziach uwięzionych w swoim ciele. Gdy czujesz, rozumiesz, myślisz, a nie możesz nakazać ciału by wykonywało Twoje polecenia.
W tej gorączce tłukły mi się po głowie jakieś dziwne myśli, pół-wspomnienia, pół-fantazje.
Myślałam o tym, że często niecierpliwi nas - niecierpliwość ludzi chorych. Gdy myślimy, że przesadzają, pieszczą się. I że my na ich miejscu, nie bylibyśmy tak upierdliwi.
A gdy wchodzimy w końcu w ich buty, zaczynamy rozumieć, że najbardziej wyrafinowaną torturą może być niemożność podrapania się po swędzących plecach. Taka prosta rzecz, a doprowadzająca na skraj obłędu!


Przypomniał mi się pewien kontrowersyjny lekarz z Bydgoszczy, który do dziś ma tylu zwolenników, co zażartych wrogów. 

wtorek, 27 marca 2018



Wszystkie  moje opowiadania są wytworem mojej fantazji. Jakiekolwiek podobieństwo do prawdziwych osób, czy zdarzeń jest zupełnie przypadkowe i niezamierzone. 
Po raz pierwszy jej piękno dostrzegłam, stojąc na olbrzymim tarasie penthausu narożnego bloku, na rogu Alei i Rue des Tongres. Pomyślałam, że to wielkie szczęście móc, co ranek podziwiać jej urok, pijąc kawę na wielkim, wyłożonym tekowym drewnem tarasie,w otoczeniu ozdobnych krzewów i owocowych, egzotycznych drzew. W ogromnym apartamencie na dachu wieżowca mieszkało dwóch mężczyzn. W owym czasie Filip, z perspektywy moich wówczas dwudziestu lat, wydawał mi się starszym panem. Dziś powiedziałabym, że był pełnym uroku, przystojnym, dojrzałym mężczyzną. Jego przyjaciel był moim równolatkiem. Imponował mi wytrwałością i intelektem. Podczas, gdy ja z trudem przyswajałam sobie meandry i zawiłości francuskiego języka, on żonglował niedbale wiedzą, wahając się, w którym kierunku pójść. Studiował jednocześnie z ogromną łatwością medycynę i sztuki piękne. Nasz układ był prosty: lekcje francuskiego w zamian za prasowanie. Panowie świetnie prezentowali się w białych koszulach gdy wychodzili razem do teatru. Im brakowało czasu na prasowanie, ja – dysponowałam nim do woli. Miałam czas, ale nie miałam pieniędzy, Podobnie jak Mark byłam głodna wygodnego życia. Każdy z nas miał swoją do niego przepustkę. Dla mnie była nią znajomość języka. 
Mark potrafił z pasją przekazywać wiedzę. Lekcje z nim nabierały znamion misterium. Siadaliśmy w przestronnym, prawie pustym salonie z sięgającymi podłogi oknami, przy surowym, drewnianym stole. Nad naszymi głowami zwisał imponujących rozmiarów, prawdziwie kryształowy żyrandol, którego nie powstydziłby się niejeden pałac. Niekwestionowana perła tego domu. Nabrzmiałe, wykończone ostrym szlifem, pełne barokowego przepychu bulwy, dwa razy dziennie, rano i wieczorem odgrywały majestatycznie świetlny spektakl. Wschód i zachód słońca. Między mną, a Markiem nawiązała się nić sympatii, w której nie zaistniał żaden podtekst. Słowiańska blondynka i homoseksualny, francusko-włoski student. A jednak, coś bardzo silnie nas do siebie ciągnęło. Nigdy wcześniej, ani później, nie zdarzyło mi się spotkać kogoś, kto urodził się tego samego dnia, miesiąca, roku... Dwoje Wodników trzeciej dekady. Nie rozmawialiśmy o charakterze naszych prywatnych związków. Były lata osiemdziesiąte, a ja przyjechałam z Polski. Wszystko, co odmienne od mojej podlaskiej wsi, budziło zaciekawienie.
Naszą znajomość zapoczątkowało przypadkowe spotkanie w pobliskim supermarkecie, gdzie ja wieszałam właśnie anons na tablicy ogłoszeń, a Mark go przypadkiem odczytał jako pierwszy. Wyskoczył na chwilę po papierosy do sklepu, a wrócił z lekka zagubioną Polką, która niewiele wiedziała wówczas o sprzątaniu, ani prasowaniu. Filip omiótł mnie wzrokiem, który nie wykazywał entuzjazmu. Z rezerwą przystał na fanaberię partnera. Zapytał o cenę, wyłożył pieniądze i wyszedł do pracy. Odtąd ten scenariusz powtarzał się cyklicznie. Gdy tylko za Filipem zamykały się drzwi i dało się słyszeć leniwy zgrzyt drucianej windy, zaczynaliśmy grać w gierki na Play Station jak para psotnych dzieciaków. Mark wyciągał z ukrycia Lucky Strike, którymi z rozkoszą się zaciągał, bo w obecności Filipa nie palił. Chcąc dzielić nasz grzech na pół niezdarnie mu w tym towarzyszyłam. Oglądaliśmy filmy, gadaliśmy o ciuchach, gwiazdach, fryzurach, francuskim egzystencjonaliźmie. Jak na studenta sztuk pięknych przystało, mój przyjaciel miał nieskazitelnie dobry smak. Wskazał mi wiele ciekawych, artystycznych adresów w tym mieście. Ślepo podążałam za nim, ufając mu begranicznie. Przy nim nauczyłam się rozróżniać smaki win, mimo wypijanych wspólnie hektolitrów kawy i coca-coli. Czasami któreś z nas szło na Rue des Tongres po chipsy i ciastka. Bezkarnie i bez strachu trwoniliśmy czas, wiedząc, że Filip nie wróci do wieczora. Nie znałam w tym czasie zbyt wielu ludzi w Brukseli i mogę powiedzieć, że Mark był wtedy moim najlepszym kumplem. Bratem. Przyjacielem.  Czasami niespodziewanie pochmurniał. To były nasze gorsze dni. Krążył wokół tematu, nie nazywając rzeczy po imieniu, operował aluzją, domysłem, słowami kluczami. A ja gubiłam się, nie mogąc mu dotrzymać kroku. I wtedy mnie na chwilę zatrważał. Z wiosną coś się między nami popsuło. Pewnego razu przyszłam później niż zwykle, wiedząc, że Filip wyjechał służbowo na kilka dni. Oboje go trochę oszukiwaliśmy. Ja – w moim mniemaniu – niewinnie, spóźniając się do pracy. Miałam zapasowe klucze. Weszłam po cichu, wiedząc, że mój przyjaciel lubi dłużej rano pospać. Drzwi do sypialni były otwarte.
Na ciąg dalszy zapraszam tutaj: https://www.korzeniewska.com/fragmenty-twoacuterczo347ci/avenue-de-tervueren
Uwaga! Wszystkie publikowane tutaj fragmenty są moją własnością intelektualną i pochodzą z moich książek już wydanych lub będących w przygotowaniu do wydania. Zabrania się kopiowania i rozprzestrzeniania bez zgody autora i podania źródła. 

sobota, 24 marca 2018

Kobieto! "Utrzymuj wysokimi swoje obcasy, swoją głowę i swoje wartości"


Tak KOBIETO! Coco Chanel ma rację. I nie ważne, że Twoje "obcasy" mogą być w praktyce ciężkimi glanami. Chodzi o zasadę, chodzi o pryncypia!
8 Marca. Tak się złożyło, że tego dnia miałam spotkanie autorskie w Domu Polski Wschodniej w Brukseliza co raz jeszcze składam podziękowania  organizatorom na ręce Pana Michała Szczepury,, dziękuję wspaniałej prowadzącej Justynie Kończał i gościom, w tym gościowi specjalnemu: tegorocznej Polce Roku, sławnej pianistce, która przybyła tego wieczoru aż z Liege Pani Elżbiecie Dedek.

Święto Kobiet - Doskonała okazja, byśmy porozmawiały o sobie. O nas: kobietach emigracyjnych.
cd: 
https://www.korzeniewska.com/blog/kobieto-utrzymuj-wysokimi-swoje-obcasy-swoja-glowe-i-swoje-wartosci

poniedziałek, 19 marca 2018

Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień


"Być może potrzeba tyle samo wysiłku, żeby wpasować się w tłum, co by się z niego wyróżnić, ale w ten sposób stajesz w swojej obronie. To ci, którzy podejmują ryzyko, osiągają wielkość. Ci, którzy nie chcą się wychylić, nigdy jej nie posiądą" Dita von Teese

Od kiedy napisałam post "Donosiciel, czy bohater", chodzi za mną pewna historia wygrzebana z zakamarków ulotnej pamięci. W sumie bez żadnego związku z tematem. Historia, która - chciałabym, by się nie wydarzyła. A ona powraca jak bumerang, zwłaszcza,  gdy śpieszno mi do szybkich, bezrefleksyjnych ocen. 
A wyglądało to tak. 
Lato było piękne tego roku, a mnie zachwycało dosłownie wszystko. Zachłystywałam się egzotyką Belgii, tak właśnie - jej egzotyką. No może nie bezkrytycznie, ale z wielką domieszką podziwu. W porównaniu ze zgrzebnym kolorytem PRL-u deszczowa szarość tego państwa była prawdziwą eksplozją barw. Pachniała wolnością. 
Nawet ten wspomniany, nieszczęsny deszcz, którym nas straszono - nie był w stanie ograbić mnie z zadowolenia życiem. Tym, tutaj belgijskim życiem. 
Byłam młoda i szczęśliwa na swój niewymagający sposób. Bo tak mnie nauczono. Oczekiwać niewiele.
Tej niedzieli po raz drugi i ostatni pojechałam na wielki brukselski bazar, znane od XIX wieku rzeźnie: Les Abattoirs d`Anderlecht, nazywany potocznie"batuarem". Znali go nie tylko wszyscy Polacy. Przy nim słynny kiedyś, i nie wiem czy ciągle istniejący, bazar Różyckiego na warszawskiej Pradze wydawał mi się kupieckim żartem, nieporozumieniem. 
Właśnie skończyła nam się wiza i poruszałam się jak w niemym kinie prawie niczego z otaczającego mnie świata jeszcze nie rozumiejąc. Dopiero zaczynałam się uczyć języka. Nielegalna - nie mówiąca - szczęśliwa
Na przystanku przy abattoirs zatrzymał się autobus, do którego zostaliśmy poniesieni na rękach, ramionach, popychani brzuchami innych pasażerów. I wchłonięci. Wszyscy wracali z bazaru z wytargowanymi na cały tydzień kurczakami, żeberkami, warzywami i owocami.  I nielegalnymi papierosami. Chwytaliśmy się wolną ręką drążków nad głowami, czegokolwiek; podskakiwaliśmy na zakrętach jak dyndające banany. Na najbliższym przystanku do autobusu weszła grupka hałaśliwych nastolatków. 
Z typową sobie nonszalancją śmiali się, wygłupiali i popychali. Szczególnie poszkodowana wobec ich zachowania była starsza, drobna pani. Kilka razy zacisnęła usta, ale gdy kolejnym razem poleciała na okno puściły jej nerwy i wykrzyczała coś o dzisiejszej młodzieży. Nie wiem tego na pewno. Mogłam się tylko domyślać, co w takich chwilach krzyczą wyprowadzeni z równowagi staruszkowie. 
A możne jej się coś wymsknęło o hołocie która tu się najechała? Tego też nie wiem. Mogę tylko zakładać takie scenariusze. 
Chłopcy spochmurnieli i zaczęli popychać starszą panią, już teraz z premedytacją, przekazując ja sobie z rąk do rąk jak szmacianą kukłę. Pamiętam, że miała na głowie lekki kapelusik. Jeden z nich strącił go jej z głowy, poszturchiwał i napierał na nią, a tembr jego głosu gęstniał i gęstniał. Kobieta utkwiła wzrok w czubkach swoich butów, jakby tam szukała ratunku, jakby żałowała swojej niewyparzonej gęby.  Nie reagowała na popychania i wyzwiska. Bierna, tylko co raz głośno przełykała ślinę. 
Mimo tłoku zrobiło się wokół nich pusto. I cicho.
I wiecie co?