wtorek, 3 lipca 2018

Aby Twoja Ewa nie szukała węża...




Gdzie byłeś Adamie, gdy Ewa zaczęła rozmawiać z wężem??? Dlaczego cię przy niej nie było? Może zajęty byleś piwkowaniem z kolegami, oglądaniem meczyku, czy całonocna grą na komputerze (to już moja własna dygresja).
Musiała być bardzo samotna, skoro zaczęła gadać z wężem. A on sprawiał pozory, że ją słucha...


Dlaczego komunikacja między ludźmi jest kluczowa? Przeczytaj!

https://www.korzeniewska.com/blog/zeby-twoja-ewa-nie-szukala-weza

piątek, 22 czerwca 2018

Nie daj sobie wmówić!


"A więc jeździmy na, nie zawaham się powiedzieć, sekciarskie szkolenia, konferencje, eventy. W świetle reflektorów, przy ogólnej euforii, wspomaganej  różnymi sztuczkami manipulacji tłumu tracimy resztki rozumu. Zapisujemy się na najróżniejsze, o kant dupy pobić, szkolenia za grube pieniądze, bo tylko dzisiaj... dla wybrańców... Wracamy do domu z pełną torbą mniej lub bardziej wartościowych książek, które czytamy z wypiekami na twarzy. Później stawiamy wszystko na jedną kartę, zmieniamy kierunek swoich działań o 180 stopni, zwalniamy się z pracy, otwieramy firmy, bierzemy pożyczki by kupić pakiety startowe.  (Naprawdę znam takie osoby!) 
Znajomi patrzą na nas jak na oszołomów, w końcu odsuwają się od nas, ale do nas jeszcze i tak nie dociera, że to nie dlatego, że zazdroszczą nam mającego wkrótce nastąpić spektakularnego sukcesu. 

No bo przecież... Skoro Henry Ford, Walt Disney, J. K. Rowling... 

I gdy my bujamy się z niespłaconym kredytem (miało być tak pięknie!), wspaniali, ogólnie znani guru gdzieś się ulotnili. I nie kwapią się by sprzedać nam pomysł, jak wyjść z tego gówna. 


Stop, głupcze stop! Opamiętaj się!
Spróbujmy to uporządkować."


całość przeczytaj  TUTAJ


niedziela, 13 maja 2018

Druskienniki - idealne miejsce dla skołatanych nerwów



Kiedy myślę: Druskienniki, pojawiają się w mojej głowie przyjemne skojarzenia: spokój, relaks, leniwa beztroska, aktywny sport, natura, dobre jedzenie, sielanka... Taki swoisty raj na ziemi i to w zasięgu mojej podlaskiej ręki, zaledwie 60 km od wschodniej granicy Polski. 
Odpoczynek, nie tylko dla ciała, ale też (a może głównie) dla skołatanych nerwów. 
Błogostan. Nazwa miejscowości pochodzi od litewskiego słowa, oznaczającego: sól, która z kolei nawiązuje do zdrowotnych właściwości słonych źródeł leczniczych. 
Odkrywając Druskienniki, wydaje nam się, że odkryliśmy Amerykę, ale zalety i potencjał tego miejsca docenił już król Stanisław August Poniatowski, car Mikołaj, a z bardziej nam współczesnych - marszałek Piłsudski, który przy okazji podreperowania zdrowia przeżył tu miłosną przygodę rozkochując w sobie uroczą panią doktor. Ta historia nie skończyła się szczęśliwie dla kochanki... Przypłaciła ją życiem. 

cd: https://www.podlasieswiat.com/roacute380no347ci-blog/druskienniki-idealne-miejsce-dla-skolatanych-nerwow

środa, 9 maja 2018

Pamiętajmy o ogrodach


Zaglądam do telewizorni i natychmiast tego żałuję. Brudną, gęstą breją wylewa się na mnie z niego cała jego plugawa zawartość. Znów ktoś kogoś zabił, zgwałcił, podpalił. Kolejne malwersacje i katastrofy. Jedna za drugą. Czy w świecie nie dzieje się absolutnie NIC dobrego??? NIE WIERZĘ...
Skłonna jestem uważać, że komuś zależy bym myślała, że świat jest do dupy.
Nikt do mnie nie mówi jak do człowieka. Tylko informuje, informuje, beznamiętnie informuje.

A co z ogrodami? Że zakwitły, że jest pięknie, że wszystko się budzi do życia i rozlewa się słodyczą zapachów po świecie? Że pszczółki, słońce, zawiązki owoców.
Jakie jabłka będą w tym roku!
A jakie gruszki!
Drzewa uginają się pod kwieciem.
Czy to nie należy do życia???


​Na szczęście bywa maj.
Na szczęście są ogrody.


Po ciąg dalszy plus miłą dla ucha nutkę zapraszam pod linkiem:
https://www.korzeniewska.com/blog/pamietajmy-o-ogrodach

wtorek, 8 maja 2018

Wieczorne rozmowy z Tobą....

Zapraszam Cię na nową formę codziennych spotkań... W postaci wieczorynek będziemy przez okrągły miesiąc (między 21.00-22.00), a może i dłużej rozmawiać o różnych ważnych lub błahych rzeczach, ale zawsze istotnych z punktu widzenia zwykłego życia...

Te audycje (filmiki) publikuję codziennie na You Tube i Faceboku, ale całość można znaleźć w całości na mojej stronie w zakładce pod takim właśnie tytułem: WIECZORNE ROZMOWY Z TOBĄ

Pozdrawiam i DOBRANOC

https://www.korzeniewska.com/wieczorne-rozmowy-z-tob261


Czułe, śmiertelne słówka


Był młody, dobrze się zapowiadający, gładko ogolony i uprzejmy. Pracowity. Robił interesy z niczego. Świat się do niego uśmiechał. Uśmiechała się też ona - najpiękniejsza dziewczyna w okolicy. Chętnie poszła w jego ramiona i przesiadła się z gracją do lepszego życia, jak do najnowszego modelu lexusa, którym on jeździł. Pasowała do niego znacznie bardziej, niż do swego zgrzebnego życia na przedmieściach byle jakiego miasta. Gdzieś.
Był dobrym człowiekiem. Zarabiał na życie. Była wdzięczna i doceniała. 
Był dobrym człowiekiem. Jeździła na wakacje. Sama, bo jej ufał. I nie znosił upałów. 
Nie był złym mężem. Zadbał o to by nie mieli już więcej dzieci. Dwójka wystarczy. Wniosła poprawkę do marzeń o dużej rodzinie. Przyznała mu rację. 
Nie podniósł na nią ręki ni głosu jak inni mężowie. Nigdy. 
Nie pozwolił iść do pracy, bo wszystko miała. Poza tym się nie nadawała. Wiedział o tym. Znał się na ludziach. 
Czasami kazał trochę schudnąć, by pasowała do luksusu. I lexusa. Miał doskonały gust i gest. 

​A ona głupia suka, odeszła po 30 latach stłamszonego małżeństwa. Goła i bosa. Tak jak stała. 
Jak można być tak bezmyślnym, nie mówiąc już o braku wdzięczności. 


Zapraszam na post o agresji. Towarzyszy mu przepiękna piosenka w wykonaniu Agaty Grześkiewicz: "Jestem białą kartką" 
Pójdź za linkiem:

https://www.korzeniewska.com/blog/may-04th-2018

środa, 4 kwietnia 2018

Gdy został Ci tylko rok


Czasami grypa schodzi na ziemię i zaprowadza porządek wśród tych co ze zdrowia sobie kpią. Igrałam z nią, za nic mając subtelne symptomy, drobne choróbki i przeziębienia ostatnich lat. Igraliśmy sobie z nią wszyscy w rodzinie, śmiejąc się jej w nos. O takich jak my, w dzieciństwie pogardliwie mawialiśmy: "Cwaniacy z miodem w uszach." Myślą, że im wszystko można i że z każdej opresji wyjdą cało. Otóż nie wszystko i nie z każdej. Mieliśmy się wkrótce dowiedzieć, gdzie nasze miejsce. W końcu ona - grypa postanowiła zakpić z nas. Już nie na żarty.

Poszłam na pierwszy rzut. Moi mężczyźni dzielnie i z oddaniem się mną zajmowali. Czasami przychodziła mi głupia myśl do głowy, że warto było zachorować, by być otoczoną tak kompleksową i fachową opieką. I niech ktoś mi powie, że mężczyzna nie potrafi. 
Potrafi - dopóki sam nie zachoruje.
Po raz pierwszy od wielu lat spędziliśmy tegoroczne święta poza Polską. Siedzieliśmy do ostatniego dnia na walizkach, mając nadzieję na poprawę zdrowia i jasny sygnał do startu: go, go, go! Ale odpalenie na start nie nastąpiło.
W Wielką Sobotę zajrzeliśmy w oczy okrutnej prawdzie, że nie jesteśmy w stanie nigdzie pojechać, a pokonanie nawet krótkiego dystansu z domu do lekarza wydaje nam się misją niemożliwą do wykonania.
I gdy uzmysłowiliśmy sobie beznadziejność naszej sytuacji, uratował nam życie splot szybkich decyzji nieocenionych ludzi.
Najpierw wziął nas na warsztat lekarz. Hurtem. Całą rodzinę. Później, dzięki szybkiemu wstawiennictwu Kasi u Pani Agaty  - w przeddzień świąt udało się zrealizować katering. Pyszny, domowy. Madzia wzbogaciła naszą szarą egzystencję kolejnymi daniami. A Wiola z Lesiem gotowi byli po nas przyjechać by nas zabrać na świąteczne śniadanie. Dzięki wszyscy ludzie dobrej woli!

Tyle, że my nie mieliśmy sił na jakiekolwiek świętowanie. 

I gdy tak złożeni chorobą, przypieczętowani gorączką nie liczyliśmy zmieniających się nocy i dni, gdy każda kosteczka odchodziła od mięśni, każdy z nas oddzielnie w godzinach walki i samotności swoje przemyślenia miał... 
Mąż skończył z uzależniającym, bezproduktywnym trwonieniem czasu. Nagle zobaczył wszystko w jaskrawie innym świetle. I nawet zaczął bąkać o konieczności natychmiastowego remontu jak wyzdrowieje. Syn zweryfikował swoje marzenia i nakreślił nowy plan działania. Znane tylko sobie wytyczne zapisał w sobie znanym miejscu. 
Ja... Z trudem przewracając się z boku na bok, myślałam o tym jak ciężko jest leżeć w jednej pozycji. Myślałam o ludziach uwięzionych w swoim ciele. Gdy czujesz, rozumiesz, myślisz, a nie możesz nakazać ciału by wykonywało Twoje polecenia.
W tej gorączce tłukły mi się po głowie jakieś dziwne myśli, pół-wspomnienia, pół-fantazje.
Myślałam o tym, że często niecierpliwi nas - niecierpliwość ludzi chorych. Gdy myślimy, że przesadzają, pieszczą się. I że my na ich miejscu, nie bylibyśmy tak upierdliwi.
A gdy wchodzimy w końcu w ich buty, zaczynamy rozumieć, że najbardziej wyrafinowaną torturą może być niemożność podrapania się po swędzących plecach. Taka prosta rzecz, a doprowadzająca na skraj obłędu!


Przypomniał mi się pewien kontrowersyjny lekarz z Bydgoszczy, który do dziś ma tylu zwolenników, co zażartych wrogów. 

wtorek, 27 marca 2018



Wszystkie  moje opowiadania są wytworem mojej fantazji. Jakiekolwiek podobieństwo do prawdziwych osób, czy zdarzeń jest zupełnie przypadkowe i niezamierzone. 
Po raz pierwszy jej piękno dostrzegłam, stojąc na olbrzymim tarasie penthausu narożnego bloku, na rogu Alei i Rue des Tongres. Pomyślałam, że to wielkie szczęście móc, co ranek podziwiać jej urok, pijąc kawę na wielkim, wyłożonym tekowym drewnem tarasie,w otoczeniu ozdobnych krzewów i owocowych, egzotycznych drzew. W ogromnym apartamencie na dachu wieżowca mieszkało dwóch mężczyzn. W owym czasie Filip, z perspektywy moich wówczas dwudziestu lat, wydawał mi się starszym panem. Dziś powiedziałabym, że był pełnym uroku, przystojnym, dojrzałym mężczyzną. Jego przyjaciel był moim równolatkiem. Imponował mi wytrwałością i intelektem. Podczas, gdy ja z trudem przyswajałam sobie meandry i zawiłości francuskiego języka, on żonglował niedbale wiedzą, wahając się, w którym kierunku pójść. Studiował jednocześnie z ogromną łatwością medycynę i sztuki piękne. Nasz układ był prosty: lekcje francuskiego w zamian za prasowanie. Panowie świetnie prezentowali się w białych koszulach gdy wychodzili razem do teatru. Im brakowało czasu na prasowanie, ja – dysponowałam nim do woli. Miałam czas, ale nie miałam pieniędzy, Podobnie jak Mark byłam głodna wygodnego życia. Każdy z nas miał swoją do niego przepustkę. Dla mnie była nią znajomość języka. 
Mark potrafił z pasją przekazywać wiedzę. Lekcje z nim nabierały znamion misterium. Siadaliśmy w przestronnym, prawie pustym salonie z sięgającymi podłogi oknami, przy surowym, drewnianym stole. Nad naszymi głowami zwisał imponujących rozmiarów, prawdziwie kryształowy żyrandol, którego nie powstydziłby się niejeden pałac. Niekwestionowana perła tego domu. Nabrzmiałe, wykończone ostrym szlifem, pełne barokowego przepychu bulwy, dwa razy dziennie, rano i wieczorem odgrywały majestatycznie świetlny spektakl. Wschód i zachód słońca. Między mną, a Markiem nawiązała się nić sympatii, w której nie zaistniał żaden podtekst. Słowiańska blondynka i homoseksualny, francusko-włoski student. A jednak, coś bardzo silnie nas do siebie ciągnęło. Nigdy wcześniej, ani później, nie zdarzyło mi się spotkać kogoś, kto urodził się tego samego dnia, miesiąca, roku... Dwoje Wodników trzeciej dekady. Nie rozmawialiśmy o charakterze naszych prywatnych związków. Były lata osiemdziesiąte, a ja przyjechałam z Polski. Wszystko, co odmienne od mojej podlaskiej wsi, budziło zaciekawienie.
Naszą znajomość zapoczątkowało przypadkowe spotkanie w pobliskim supermarkecie, gdzie ja wieszałam właśnie anons na tablicy ogłoszeń, a Mark go przypadkiem odczytał jako pierwszy. Wyskoczył na chwilę po papierosy do sklepu, a wrócił z lekka zagubioną Polką, która niewiele wiedziała wówczas o sprzątaniu, ani prasowaniu. Filip omiótł mnie wzrokiem, który nie wykazywał entuzjazmu. Z rezerwą przystał na fanaberię partnera. Zapytał o cenę, wyłożył pieniądze i wyszedł do pracy. Odtąd ten scenariusz powtarzał się cyklicznie. Gdy tylko za Filipem zamykały się drzwi i dało się słyszeć leniwy zgrzyt drucianej windy, zaczynaliśmy grać w gierki na Play Station jak para psotnych dzieciaków. Mark wyciągał z ukrycia Lucky Strike, którymi z rozkoszą się zaciągał, bo w obecności Filipa nie palił. Chcąc dzielić nasz grzech na pół niezdarnie mu w tym towarzyszyłam. Oglądaliśmy filmy, gadaliśmy o ciuchach, gwiazdach, fryzurach, francuskim egzystencjonaliźmie. Jak na studenta sztuk pięknych przystało, mój przyjaciel miał nieskazitelnie dobry smak. Wskazał mi wiele ciekawych, artystycznych adresów w tym mieście. Ślepo podążałam za nim, ufając mu begranicznie. Przy nim nauczyłam się rozróżniać smaki win, mimo wypijanych wspólnie hektolitrów kawy i coca-coli. Czasami któreś z nas szło na Rue des Tongres po chipsy i ciastka. Bezkarnie i bez strachu trwoniliśmy czas, wiedząc, że Filip nie wróci do wieczora. Nie znałam w tym czasie zbyt wielu ludzi w Brukseli i mogę powiedzieć, że Mark był wtedy moim najlepszym kumplem. Bratem. Przyjacielem.  Czasami niespodziewanie pochmurniał. To były nasze gorsze dni. Krążył wokół tematu, nie nazywając rzeczy po imieniu, operował aluzją, domysłem, słowami kluczami. A ja gubiłam się, nie mogąc mu dotrzymać kroku. I wtedy mnie na chwilę zatrważał. Z wiosną coś się między nami popsuło. Pewnego razu przyszłam później niż zwykle, wiedząc, że Filip wyjechał służbowo na kilka dni. Oboje go trochę oszukiwaliśmy. Ja – w moim mniemaniu – niewinnie, spóźniając się do pracy. Miałam zapasowe klucze. Weszłam po cichu, wiedząc, że mój przyjaciel lubi dłużej rano pospać. Drzwi do sypialni były otwarte.
Na ciąg dalszy zapraszam tutaj: https://www.korzeniewska.com/fragmenty-twoacuterczo347ci/avenue-de-tervueren
Uwaga! Wszystkie publikowane tutaj fragmenty są moją własnością intelektualną i pochodzą z moich książek już wydanych lub będących w przygotowaniu do wydania. Zabrania się kopiowania i rozprzestrzeniania bez zgody autora i podania źródła. 

sobota, 24 marca 2018

Kobieto! "Utrzymuj wysokimi swoje obcasy, swoją głowę i swoje wartości"


Tak KOBIETO! Coco Chanel ma rację. I nie ważne, że Twoje "obcasy" mogą być w praktyce ciężkimi glanami. Chodzi o zasadę, chodzi o pryncypia!
8 Marca. Tak się złożyło, że tego dnia miałam spotkanie autorskie w Domu Polski Wschodniej w Brukseliza co raz jeszcze składam podziękowania  organizatorom na ręce Pana Michała Szczepury,, dziękuję wspaniałej prowadzącej Justynie Kończał i gościom, w tym gościowi specjalnemu: tegorocznej Polce Roku, sławnej pianistce, która przybyła tego wieczoru aż z Liege Pani Elżbiecie Dedek.

Święto Kobiet - Doskonała okazja, byśmy porozmawiały o sobie. O nas: kobietach emigracyjnych.
cd: 
https://www.korzeniewska.com/blog/kobieto-utrzymuj-wysokimi-swoje-obcasy-swoja-glowe-i-swoje-wartosci

poniedziałek, 19 marca 2018

Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień


"Być może potrzeba tyle samo wysiłku, żeby wpasować się w tłum, co by się z niego wyróżnić, ale w ten sposób stajesz w swojej obronie. To ci, którzy podejmują ryzyko, osiągają wielkość. Ci, którzy nie chcą się wychylić, nigdy jej nie posiądą" Dita von Teese

Od kiedy napisałam post "Donosiciel, czy bohater", chodzi za mną pewna historia wygrzebana z zakamarków ulotnej pamięci. W sumie bez żadnego związku z tematem. Historia, która - chciałabym, by się nie wydarzyła. A ona powraca jak bumerang, zwłaszcza,  gdy śpieszno mi do szybkich, bezrefleksyjnych ocen. 
A wyglądało to tak. 
Lato było piękne tego roku, a mnie zachwycało dosłownie wszystko. Zachłystywałam się egzotyką Belgii, tak właśnie - jej egzotyką. No może nie bezkrytycznie, ale z wielką domieszką podziwu. W porównaniu ze zgrzebnym kolorytem PRL-u deszczowa szarość tego państwa była prawdziwą eksplozją barw. Pachniała wolnością. 
Nawet ten wspomniany, nieszczęsny deszcz, którym nas straszono - nie był w stanie ograbić mnie z zadowolenia życiem. Tym, tutaj belgijskim życiem. 
Byłam młoda i szczęśliwa na swój niewymagający sposób. Bo tak mnie nauczono. Oczekiwać niewiele.
Tej niedzieli po raz drugi i ostatni pojechałam na wielki brukselski bazar, znane od XIX wieku rzeźnie: Les Abattoirs d`Anderlecht, nazywany potocznie"batuarem". Znali go nie tylko wszyscy Polacy. Przy nim słynny kiedyś, i nie wiem czy ciągle istniejący, bazar Różyckiego na warszawskiej Pradze wydawał mi się kupieckim żartem, nieporozumieniem. 
Właśnie skończyła nam się wiza i poruszałam się jak w niemym kinie prawie niczego z otaczającego mnie świata jeszcze nie rozumiejąc. Dopiero zaczynałam się uczyć języka. Nielegalna - nie mówiąca - szczęśliwa
Na przystanku przy abattoirs zatrzymał się autobus, do którego zostaliśmy poniesieni na rękach, ramionach, popychani brzuchami innych pasażerów. I wchłonięci. Wszyscy wracali z bazaru z wytargowanymi na cały tydzień kurczakami, żeberkami, warzywami i owocami.  I nielegalnymi papierosami. Chwytaliśmy się wolną ręką drążków nad głowami, czegokolwiek; podskakiwaliśmy na zakrętach jak dyndające banany. Na najbliższym przystanku do autobusu weszła grupka hałaśliwych nastolatków. 
Z typową sobie nonszalancją śmiali się, wygłupiali i popychali. Szczególnie poszkodowana wobec ich zachowania była starsza, drobna pani. Kilka razy zacisnęła usta, ale gdy kolejnym razem poleciała na okno puściły jej nerwy i wykrzyczała coś o dzisiejszej młodzieży. Nie wiem tego na pewno. Mogłam się tylko domyślać, co w takich chwilach krzyczą wyprowadzeni z równowagi staruszkowie. 
A możne jej się coś wymsknęło o hołocie która tu się najechała? Tego też nie wiem. Mogę tylko zakładać takie scenariusze. 
Chłopcy spochmurnieli i zaczęli popychać starszą panią, już teraz z premedytacją, przekazując ja sobie z rąk do rąk jak szmacianą kukłę. Pamiętam, że miała na głowie lekki kapelusik. Jeden z nich strącił go jej z głowy, poszturchiwał i napierał na nią, a tembr jego głosu gęstniał i gęstniał. Kobieta utkwiła wzrok w czubkach swoich butów, jakby tam szukała ratunku, jakby żałowała swojej niewyparzonej gęby.  Nie reagowała na popychania i wyzwiska. Bierna, tylko co raz głośno przełykała ślinę. 
Mimo tłoku zrobiło się wokół nich pusto. I cicho.
I wiecie co? 

środa, 14 marca 2018

Podsumowanie lutego 2018

photo:Pexels

Luty przede wszystkim był za krótki.  Że minął, obejrzałam się prawie w połowie marca.  Jednak to ważny miesiąc i dla mnie osobiście bardzo miły i przyjazny, o czym za chwilę.
W tym miesiącu ku utrapieniu niektórych, ku radości innych – przyszłam na świat i mam się na nim dobrze!

12 lutego, bo o tym dniu mowa jest 43 dniem w kalendarzu gregoriańskim. Do końca roku zostaje 322 dni, a w latach przestępnych 323.
Tego dnia do kościoła w Nowogródku został przyniesiony mały Adaś Mickiewicz (Tak, tak: Litwo Ojczyzno moja, Ty jesteś jak zdrowie!) w celu ochrzczenia i włączenia do wspólnoty kościoła.

W dniu moich urodzin, w 2002 roku wyemitowano w Polsacie 1 odcinek telenoweli „Samo życie”. Mimo, że niespecjalnie oglądam telenowele, ale oczywiście byłoby hipokryzją twierdzić, że ich nie znam. Przede wszystkim znakomicie mi służą do uświadamiania upływu czasu. 

Skoro już jesteśmy przy nieubłagalności upływu czasu, to strzeliła mi (nie mnie) w tym roku okrągła rocznica. I  żadnej magicznej granicy nie przekroczyłam, nie odnotowałam żadnej zmiany i czasem tylko powtórzę za Zanussim:
Jak dobrze, że ta młodość durna, chmurna tak szybko minęła! Nigdy później człowiek nie był tak bardzo niestabilny, sfrustrowany i cierpiący jak wtedy gdy miał naście, czy dwadzieścia lat! Dziś wiedząc, że żaden cud nad Bugiem w moim życiu nie nastąpi, że w najlepszym wypadku, przy czerstwym zdrowiu mam w zapasie 30-40 lat góra, jestem spokojna i obracam każdy dzień  w rękach, napawam się nim, celebruję i chłonę. Nigdy lepiej się w życiu nie czułam, serio!

No, może tylko czasami się irytuję gdy zgubię ostatnie okulary i jestem ślepa jak gawron. Ale to drobne niedogodności życia!
​Z wiekiem coraz bardziej doceniam też rubensowskie poczucie estetyki.... 

cd: https://www.korzeniewska.com/blog/podsumowanie-lutego


sobota, 10 marca 2018

Magia słów (fragmenty)


Zaczęło się tak. Pewnego dnia osiadłam, zapuściłam korzenie. Miałam swój dom, no może nie do końca mój – bo wynajęty. Własny kawał łąki udający ogród, pośrodku której rósł rozłożysty dąb, kierując ku niebu swoje pokiereszowane ramiona. Za łąką widać było nierówne wstęgi pól uprawnych, rów melioracyjny pretendujący do miana rzeczki i dalej, aż po horyzont, wijące się pasmo dróg przelotowych, na których jak w ukropie od rana do nocy uwijały się samochody.
Codziennie wieczorem zastygałam z kubkiem herbaty w dłoniach na tarasie, patrząc na dramatyczne dogorywanie słonecznej kuli na granicy horyzontu. Wtedy przypomniał mi się Mały Książę i pomyślałam, że powinnam mieć swoją różę, bo taki ogród bez królewskiej rośliny jest jakiś oszukany.
Nigdy nie byłam dobrą ogrodniczką. Toteż sporo czasu mi zajęło, zanim się zdecydowałam na odpowiedni kwiat w pobliskim centrum ogrodniczym. Tysiące uwięzionych za metalową siatką róż wyciągało do mnie bezgłośnie swoje ramiona. Wstydliwie, prawie ukradkiem, dotykałam aksamitnych płatków, badałam jędrność łodyżek, poświęcałam im uwagę, wiedząc, że robię im płonne nadzieje. Ze wyjadę stąd tylko z jednym kwiatem. W końcu się zdecydowałam. Wybrałam średniej wielkości roślinę. Ani szczególnie ładną, ani brzydką, nie starą, ni niezbyt młodą. „Będziemy do siebie pasować” – pomyślałam.
W domu w garażu znalazłam mocno zużyty szpadel i tępym ostrzem wygrzebałam dziurę w tłustej glinie tuż przy tarasie. Posadziłam moją herbacianą różę, przydeptałam rozpulchnioną glebę, obficie podlałam wodą za pomocą zakupionej na tę okoliczność plastikowej konewki i powiedziałam:
- Masz tu wszystko, co jest potrzebne do życia: ziemię, powietrze, deszcz i słońce, noc i dzień. Żyj! Radź sobie.
Szybko zapomniałam o swojej róży kupionej dla kaprysu. (Mówiłam, że marny ze mnie ogrodnik.) Któregoś dnia, gdy po kolejnym długim wyjeździe wróciłam do domu, zastałam martwy sterczący kikut. Bez trudu wyciągnęłam suchy badyl z ziemi i rzuciłam go na stertę skoszonej trawy w kącie ogrodu. Zwiotczałe łodyżki spoczywały na niej jak na śmiertelnym łożu, suche pąki, którym nie dane było na dobre rozkwitnąć, wystrzeliwały martwymi powiekami płatków w niebo. Wiatr poruszał i szeleścił rdzawymi jak zaschnięta krew listkami. Smętnie to wyglądało. Poczułam się niezręcznie, ale niektórych rzeczy nie można w życiu cofnąć.  Choćby czegoś tak banalnego jak śmierć herbacianej róży. 

ciąg dalszy:

https://www.korzeniewska.com/fragmenty-twoacuterczo347ci/magia-slow

Belgia kościołami stojąca, nie wiarą.



Często piszę o Brukseli i Belgii, a właściwie nigdy nie sięgnęłam do jej korzeni. Dziś zamierzam nadrobić to zaniedbanie. 
W VI wieku naszej ery, w pobliżu rzeki Senny, na dzisiejszych terenach Belgii założono osadę. Nazwano ją Broekzele - wieś na bagnach. Dała ona początek dzisiejszej stolicy zjednoczonej Europy.
Tradycje Belgii wywodzą się z Chrześcijaństwa. Flamandowie i Walonowie chcąc wyzwolić się spod dominacji hiszpańskiej opowiedzieli się za katolicyzmem i przez długie lata pozostawali pod wpływami hiszpańskich Habsburgów. To stąd wywodzi się tradycja procesji Bożego Ciała i stąd, z okolic Liege, przybył na polskie tereny pierwszy biskup katolicki. 
Tyle historii w pigułce. Najkrócej jak można. Resztę doczytacie w internecie. 
O katolickich korzeniach Belgii świadczą liczne kościoły, na niemalże każdym kroku figurki świętych, kapliczki, nazwy ulic, szkół i placów. 
​Jak to się stało, że kraj o tak głębokich tradycjach chrześcijańskich odwrócił się od swego dziedzictwa? Że jest dumny ze swego ateizmu i wręcz histerycznie reaguje na wszystko co związane z tradycją katolicką? 


Niemałą rolę w tym procesie odegrali sami katolicy. W latach 60 doszło do waśni między Flamandczykami i Walonami na jednym z najstarszych i najważniejszych uniwersytetów katolickich Europy - w Leuven. Antagonizmy były tak zażarte, że doprowadziły ostatecznie do podziału uniwersytetów na dwa. Nie przysporzyło to chluby belgijskiemu katolicyzmowi.


Jednak największy kryzys nastąpił wraz z Soborem Watykańskim II, którego wytyczne zaczęli fałszywie interpretować i wcielać w życie różni "reformatorzy" w łonie samego kościoła. Wtedy to nagminnie wyrzucano ze świątyń krzyże, wizerunki świętych, pozbywano się konfesjonałów. Do dziś można kupić na pchlim targu setki symboli religijnych leżących na stosach wśród rożnych rupieci wprost na ziemi.  


ciąg dalszy, a także filmik znajdziecie pod adresem:

https://www.podlasieswiat.com/blog-g322oacutewny/belgia-kosciolami-stojaca-nie-wiara



W deszczu tańcz i spaceruj po Brukseli - wywiad dla radia meloradio.pl


Dziś zapraszam Was na wywiad, który ukazał się w meloradio.pl

"Swoim pozytywnym nastawieniem zaraża ludzi na każdym kroku. Z tęsknoty za krajem zajęła się pisaniem, co okazało się być dobrą autoterapią. Jej książki mogą okazać się nietypowym przewodnikiem po Brukseli, pełnym ciekawych i zapomnianych miast. Podczas spotkań z młodymi ludźmi stara się ich przekonać do bycia sobą i uczy odwagi do realizowania marzeń. Agnieszka Korzeniewska opowiada o emigracji, o Brukseli i o tym, jak kochać swoje życie."


https://www.meloradio.pl/Programy/MAGAZYN-REPORTEROW/W-deszczu-tancz-i-spaceruj-po-Brukseli



niedziela, 25 lutego 2018

Pytania

Pytania, jakie sobie stawiamy zmieniają nasz sposób myślenia. Dlatego patrz bacznie, jak je formułujesz. Zadajemy ich setki każdego dnia, nie zdając sobie sprawy ze skutków tej czynności...
Kiedyś zadawałam sobie niewłaściwe pytania, często waląc przy tym pięścią w stół:
Dlaczego to ja?
Dlaczego mnie to spotyka?
Dziś jestem na tyle dojrzała, że pytam siebie:
Jakie wnioski mogę wyciągnąć z tej sytuacji?
Jakich błędów uniknąć w przyszłości?
Jak mogę złagodzić ból?...
​Jak zagoić zranienie?...

Gdy stawiamy sobie pytanie, automatycznie poszukujemy odpowiedzi. Gdy jest ono osadzone w negatywnych emocjach, odpowiedź będzie frustrująca. Dlatego strońmy od pytań, które nas mentalnie ograniczają.

Stawiaj sobie dobre pytania, zakotwiczone w dobrych emocjach, wtedy otrzymasz konstruktywne odpowiedzi. 

Pytanie: "Dlaczego ona jest taka złośliwa, wkurzająca?" zamień na: "Co sprawia, że jej osoba wywołuje we mnie takie negatywne emocje?" lub jeszcze bardziej altruistycznie:"Co mogę dla niej zrobić, by poczuła się lepiej i nie uzewnętrzniała tak swojej frustracji?"
Czasami wystarczy przesunąć nieznacznie punkt odniesienia, by uruchomić lawinę konstruktywnych odpowiedzi. 
Gdy zadajesz pytania innym, zapytaj najpierw siebie, czy jesteś gotów na odpowiedź. Często powodowani ciekawością, wsadzamy paluchy w ogień, nie będąc kompletnie gotowi na odpowiedź. A ona może nas: zranić, zszokować, zawieść...
Moja znajoma nauczyła swoje dzieci odpowiedzialności za własną ciekawość. Gdy pojawiły się pierwsze, poważne, ciężkie gatunkowo pytania, zawsze na początku mówiła patrząc dorastającemu dziecku w oczy. "Najpierw przemyśl spokojnie, czy naprawdę chcesz znać odpowiedź." 
I stało się, że kilka razy dziecko odstąpiło od pytania, stwierdzając, że może nie udźwignąć ciężaru odpowiedzi.
Moja znajoma nigdy nie kłamała swoim dzieciom.
Czy to dobra metoda? Nie wiem. Nie mam pojęcia. Nie oceniam ani na tak, ani na nie. Pewnie wszystko, jak zawsze zależy od wielu czynników, w tym wypadku, od dojrzałości dziecka. Podziwiam tylko konsekwencję, której mi pewnie by zabrakło. 
po ciąg dalszy zapraszam: https://www.korzeniewska.com/blog/pytania

piątek, 23 lutego 2018

Moc wiatru i wody...


Co prawda Belgia to nie Holandia i jej symbolem nie jest młyn, wiatrak, ani tulipan, ale z racji sąsiedztwa, poświęcę tematowi trochę uwagi, zapoznając Was z moimi ulubionymi miejscami w Brukseli i Leuven - spod znaku młyńskiego koła, oraz wiatracznego skrzydła.
W kulturze europejskiej ważna, choć niejednoznaczna postać młynarza doczekała się wielu interpretacji. Podobnie jest z symboliką miejsca jego pracy.
Jak Europa długa i szeroka, młynarz cieszył się fatalną reputacją! Zły, przebiegły skąpiec, mający konszachty z siłami nieczystymi. Zaprzęgający do pracy złe moce. Zachłanny, lubieżny łajdak! Taki obraz młynarza wykształcił się głównie w Średniowieczu. 
W późniejszych wiekach wykształcił się drugi, zupełnie odmienny wizerunek młynarza. Wesoły, jowialny, rumiany jegomość nie stroniący od hedonistycznych uciech. 

I tak przez cały XVIII i XIX wiek rozśpiewany i rozbawiony młynarz, będzie szedł pod rękę ze swoim kulturowym poprzednikiem - typem spod ciemnej gwiazdy.

Również obszernej i niejednoznacznej symboliki doczekał się sam młyn. Przez długi czas młyny i wiatraki uchodziły w Europie za miejsca, gdzie rządzą nieczyste siły. Ponoć nocną porą w wodzie przy młyńskim kole rozlegały się jęki nieochrzczonych duszyczek nienarodzonych dzieci i wszelkiej maści demonów. Z drugiej strony: ta diabelska konotacja nie kłóciła się z chrześcijańską symboliką wiatraka. Jego skrzydła stanowi równoramienny krzyż, a przemiał ziarna w mąkę znajduje odwołanie do teologii. 
o moich belgijskich wiatrakach czytaj tutaj:

czwartek, 8 lutego 2018

Podsumowanie stycznia 2018


Styczeń - miesiąc wdrożeń. 

Styczeń dobiegł końca. Czas podsumować pierwszy miesiąc nowego roku. Mimo, że nie był to najkrótszy z miesięcy (31 dni) to minął bardzo szybko! Nazywam go miesiącem wdrożeń. Zaczynamy realizować nasze postanowienia, kupujemy mnóstwo pięknych kalendarzy i notesów (nie ominęła mnie ta pokusa) i czasami ulegamy złudzeniu, że piękna nazwijmy to "infrastruktura" załatwi za nas temat. Bo my ciągle jeszcze zmęczeni  starym rokiem nie zabieramy się ostro do roboty!. 
Skoro jesteśmy przy notesach i kalendarzach, to przyznam, że to moja ogromna słabość! Ostatnie moje ulubione, to dwa kalendarze. Jeden z nich solidny, piękny, duży, starannie wykonany. To kalendarz Pier Luigi. Dostałam go od przyjaciółki i cieszę się z niego jak dziecko! Pięknie wykonany, estetyczny, obszerny, wygodny. Mimo, że zajmuje sporo miejsca, nie rozstaję się z nim. Dla mnie ma wygodny format A4.

Czy wiecie, że firma Pier Luigi używa papieru, który powstaje z ... kamienia??? Tak, to nie żarty! Wysokiej jakości papier, miły w dotyku. Papier w stu procentach ekologiczny, do którego zużywa się 50% mniej energii, a także nie wykorzystuje się w ogóle wody, ani drzew. Są wytrzymałe i wodoodporne. Naprawdę! Odsyłam Was do ich strony, skąd zaczerpnęłam przytoczone informacje.
Kalendarz Pier Luigi – to zdecydowanie mój przyjaciel w notatkach! Można pobrać również wersję na telefon (co uczyniłam), choć zdecydowanie przedkładam nad wirtualne – prawdziwe zapiski. To ogromna przyjemność pochylać się nad takim kalendarzem.

Dla równowagi przedstawiam również inny kalendarz, który jednogłośnie przegrywa dla mnie z pierwszym. Mógłby jedynie konkurować , jeśli chodzi o format, kolorystykę i design. Zachwyci z pewnością tych, którzy lubią swoistą eksplozję barw i kwiecistość wyrazu. Na stronach i okładce aż roi się od wibrujących mandali, barwnych ptaków i egzotycznych zwierząt. Jest to kalendarz z cytatami Paulo Coelho. I mimo, że, dawno i szybko wyrosłam już z tego autora. Jednak gdy zobaczyłam wspomniany kalendarz na półkach Empiku, ręka wyciągnęła mi się doń bezwiednie. Kupiłam go z myślą, że bardzo przyjemnie będzie sięgać do niego w szaro-bure dni. Jest terapią dla oczu i duszy. Bardzo poprawia moje samopoczucie.
Traktuję go jako „notatnik pierwszego kontaktu”, to znaczy zapisuję w nim wszystko co mi do głowy wpadło w ciągu dnia, a co nie znalazło się już na zamkniętej na ten dzień liście: to do, Taki mój swoisty brudnopis, śmietnik. Później oddzielam rzeczy ważne, od mniej ważnych. Niektóre z nich wciągam na listę zadań na najbliższe dni, resztą nie zawracam sobie głowy.  
o książkach przeczytanych przeze mnie w styczniu i refleksjach na temat granic pasji, przeczytajcie tutaj: https://www.korzeniewska.com/blog/podsumowanie-stycznia-2018

Donosiciel, czy bohater?


"Cudzołóstwo ma w sobie coś z czułości i samozaparcia; zabójstwo z odwagi; 
świętokradztwo i bluźnierstwo z jakiegoś szatańskiego błysku.
Judasz wybrał takie winy, w których nie uczestniczy żadna cnota: nadużycie zaufania i denuncjatorstwo."



Podczas jednej z podróży z naszego stałego punktu A do punktu B, zatrzymaliśmy się wczesnym niedzielnym rankiem na maleńkiej stacji znanego koncernu paliwowego, który wyznacza naszą trasę plastikowymi kubkami wypitej kawy ze stałym załącznikiem - kruchym ciastkiem z trzeba rodzajami prawdziwej, belgijskiej czekolady, jak dumnie głosi reklama.  W marazmie niedzielnego poranka, dał się zauważyć jakiś pozorny ruch i napięcie. Młody mężczyzna oparty plecami o drzwi własnego auta tłumaczył coś gorliwie równie młodym jak on policjantom. Widać nieśpieszno im było do podjęcia działań. Może właśnie kończyli nocną zmianę i nie mogli skupić się na obywatelskiej relacji, mając w głowie ciepłe łóżka w domu?

Uderzył mnie olbrzymi kontrast między entuzjazmem młodego kierowcy i jego absolutny brak u strażników prawa. Choć przytakiwali mu zgodnie głowami, spojrzenia mieli raczej ponure. To właśnie chyba sprawiło, że zainteresowałam się tą sytuacją, zamiast jej w ogóle w swojej wybiórczej pamięci nie odnotować. 
Powinnam dodać, że auto kierowcy blokowało inny samochód na niewielkim parkingu. Za kierownicą czerwonego opla corsy spał w najlepsze jego właściciel. Zasłabł? 
Weszłam za mężem do sklepu poszukać jakiegoś czytadła na drogę, on - by zapłacić za paliwo i tradycyjnie nalać nam tej przydrożnej kawy - jak ją nazywam. Kawy nie tak podłej jakby się wydawało. 
Sprzedawca dusił w sobie chęć podzielenia się sensacją, która malowała się na jego twarzy, wespół z dezaprobatą. Nie kazał długo się prosić. 
Za chwilę popłynęła opowieść.Jej ciąg dalszy przeczytajcie tutaj:

niedziela, 14 stycznia 2018

Nie takie straszne planowanie jak je malują! 5 powodów dlaczego warto planować.


Ten post wyszedł mimochodem. Zupełnie nieplanowany! I jak ja mam teraz Was przekonywać, że warto planować? Ale spróbuję. Powiem więcej, im bardziej osoba spontaniczna i chaotyczna (I mówię to z pełną odpowiedzialnością na własnym przykładzie) tym bardziej powinna przykładać się do planowania.
Paradoks? Wcale nie! 

Jestem wielkim chodzącym chaosem i rozgardiaszem: mentalnym, emocjonalnym i fizycznym. Moje wybory rzadko bywały rezultatem jakiegoś przemyślanego planu i w wyniku tego jestem tu gdzie jestem. Mówiąc krótko, do czterdziestu lat nie wiedziałam, co tak naprawdę chcę robić w życiu. Dryfowałam bezładnie w odmętach rzeki zwanej przemijanie, nie myśląc o tym, że to tylko martwe ryby płyną z prądem. Brakowało mi pomysłu na samą siebie. Wszystko czego się podejmowałam robiłam względnie dobrze, lecz bez przekonania, a co za tym idzie bez swoistego GPS.
Moja droga nie była przejrzysta.

"Wszystkie te dni, które przychodziły i przemijały. Nie miałem pojęcia, że to one są życiem" STIG JOHANSSON

Chcę tu zaznaczyć bardzo mocno i wyraźnie, że nie wartościuję ludzi że względu na ich sposób życia. Są tacy, którzy doskonale obchodzą się bez jakiegokolwiek planu, ale większość z nas potrzebuje jednak pewnych jasnych punktów na naszej drodze. 
Odkąd nauczyłam się planować - przyszłość jawi mi się jako fascynująca przygoda, a sama czynność przybrała formę codziennego rytuału wprowadzającego mnie łagodnie w życie z filiżanką porannej kawy. Ale być może dla Ciebie wydaje się bezgraniczną nudą, przymusem i stresem. Też tak kiedyś myślałam!

Planuję od zaledwie paru lat. Często robię to jeszcze bardzo nieudolnie, ale już widzę rezultaty. Dzięki planowaniu stawiam pierwsze kroki tam, gdzie powinnam być wiele, wiele lat temu. 

I jako osoba, która doceniła moc planowania - dzielę się z Wami moimi spostrzeżeniami. Zanim wyliczę 5 moich (osobistych) powodów, dlaczego warto planować, powiem dlaczego niektórzy ludzie boją się planowania. 
Resztę proszę czytać na: www.korzeniewska.com
Filmiku na temat planowania szukaj na moim kanale You Tube: www.korzeniewska.com

sobota, 6 stycznia 2018

Obłaskawianie porażek


"Poznałam smak porażki i sukcesu; zrozumiałam, że te stany przenikają się wzajemnie i kroczą ze sobą pod rękę. I że do żadnego z nich nie trzeba się przywiązywać. Są zbyt ulotne. Że łaska ludzi na pstrym koniu jeździ i dziwią mnie ci, którzy taki stan rzeczy uznają za zdradę."To słowa z mego ostatniego posta. Na początku roku przyjrzyjmy się im trochę uważniej.
Bardzo nie lubię zakłamywania słów. Używania ich niezgodnie z ich znaczeniem. Nadinterpretacji i przeinaczania.
Specjaliści od naszego dobrego samopoczucia i motywacji zalecają unikać negatywnych wyrazów wywołujących u nas złe emocje. Żeby oszukać nasz mózg. Takim słowem, które parzy w usta jest PORAŻKA.
A ja nie chciałabym nikogo, ani niczego oszukiwać. Chciałabym raczej przywrócić temu słowu jego znaczenie. I wytłumaczyć swemu mózgowi, zanim zacznie wytwarzać czarne myśli, że nie taka porażka straszna jak ją malują. 
Jasne! Nie będę też udawać, ze to coś przeze mnie wyczekiwanego i upragnionego. Gorączka też nie jest moim ulubionym stanem, ale gdyby nieraz nie trawiła mego ciała, nie wszczynała alarmu - nie wiedziałabym o nadciągającym zagrożeniu w postaci stanu zapalnego w organizmie. 
Tak jest z porażką. 
Wiele trzeba ich przejść, by osiągnąć cel. 
Zauważyliście, że to dopiero, gdy wychodzimy ze strefy naszego komfortu - zdolni jesteśmy do wielkich rzeczy? Zwinięci w kłębek pod  ciepłą kołderką wygody i dobrobytu nie dotykamy życia każdym nerwem naszego ciała. Jesteśmy jak z lekka otępiali. 
Najbardziej dramatyczne i romantyczne wiersze powstały pod wpływem nieszczęśliwych miłości i najbardziej kreatywni jesteśmy w obliczu życiowych braków. 
Nie, żebym Was namawiała do gloryfikowania porażek. Ja tylko usiłuję powiedzieć, że są nieodłączną częścią życia. I jeśli wyobrazić je sobie jako prostą, to byłaby to wielka monotonia. Dopiero, gdy ta prosta nabiera krzywizn, zaczyna się ciekawa droga. Na pewno trudniejsza, lecz więcej z niej zapamiętamy u kresu wędrówki. Zaręczam!
Nieraz upokorzona niepowodzeniem na klęczkach złorzeczę losowi, a później z perspektywy czasu patrząc na nabyte blizny - dziękuję Bogu za doświadczenie. Które czyni mnie mądrzejszą i bardziej odporną na niedogodności życia. 
Jak to mówią:
W życiu nie może być tylko dobrze. Bo jak jest zawsze dobrze - to jest niedobrze. 
a ja zapraszam Cię jeszcze do mego kanału You Tube