sobota, 23 grudnia 2017

Chleba naszego powszedniego...


Minęły trzy lata. Zmieniła się od tego czasu sytuacja w Egipcie i na Ukrainie. Zmieniła się sytuacja w firmie. Żadna z opisywanych osób już tam nie pracuje. Elena ma drugie dziecko i wyemigrowała do Hiszpanii. "Egipska księżniczka", jak nazywamy drugą koleżankę wyszła za mąż i się rozwiodła. Ja - zaczęłam pisać książki. Wydałam ich dotychczas cztery. Niektóre z moich psów odeszły, przybyły koty. Dlaczego nie mówię o ludziach, co się przez te lata wykruszyli? Bo jeszcze nie mogę. Nie mam świadomości ich braku... Może poczuję to w święta, gdy gwałtowną pustką zauważy się ich brak przy świątecznym stole... Na szczęście wciąż obecny i ten sam mąż przy moim boku. I syn. I dom bogatszy o jeszcze jedną kobiecą duszę. Jego dziewczynę. Pasuje do nas jak brakujący kawałek puzzli. Cieszę się, że się odnaleźli w chaosie triumfu pozornych wartości. Jestem wręcz dumna, choć nie ma w tym za grosz mojej zasługi.
Przez te 3 lata poznałam chwile prosperity i niemocy. Płonnych nadziei, wybuchów euforii i chudych dni. Rozrzutności i zaciskania pasa. Okresu podróży i spoczynku. Kreatywności i zastoju. Wybuchów radości, histerii i łez. Czasami ze szczęścia.
Jedynie ten mój polski dom, oaza spokoju, ciągle taki sam, niezmienny. Harmonijny, niedoskonały architektonicznie, z niedokończonymi historiami, spokojny i opiekuńczy bez względu na stan zamożności i ducha. Obrasta życiem. Naszym, mimo drobnych rys i zadrapań, szczęśliwym życiem. 


Całość przeczytaj tutaj

wtorek, 19 grudnia 2017

Uwiedziona


Powiem od razu, dla tych co sugerując się tytułem, wietrzą pikantny romans. Niestety nie jest to post o miłości :) 

Im więcej mam lat na karku, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że motorem zmian dokonujących się w świecie, paliwem wielu fascynujących pasji jest wytrwałość. 

Nic na świecie nie zastąpi wytrwałości. Nie zastąpi jej talent – nie ma nic powszechniejszego niż ludzie utalentowani, którzy nie odnoszą sukcesów. Nie uczyni niczego sam geniusz – nie nagradzany geniusz to już prawie przysłowie. Nie uczyni niczego też samo wykształcenie – świat jest pełen ludzi wykształconych, o których zapomniano. Tylko wytrwałość i determinacja są wszechmocne.
​(Calvin Coolidge
)

W ramki i na ścianę, na lodówkę, gdziekolwiek, abyśmy mieli to przed oczyma każdego dnia, aż na trwałe wyryje się ta mądrość w naszej pamięci.  Chciałam Wam opowiedzieć dziś o kilku osobach, może nie tyle opowiedzieć, co zaledwie zarysować. Dosłownie w kilku słowach. Przykłady ludzi z pasją, którzy włożyli wiele pracy w to co robią. Nie chcę mówić górnolotnie, gdyż to ludzie z krwi i kości, a nie spiżowe posągi. A poza tym, autorkę posta czeka niekończąca się góra prasowania -  a wszystko na wczoraj. Nie wypada zostawiać na Nowy Rok. Natomiast temat przewodni:"wytrwałość", ważny, bo prowadzący do gwarantowanego, prędzej czy później,  sukcesu. 


Z Poznaniem wiąże się historia pewnej znajomości. Znajomości, która narodziła się ... w kolejce pod damską toaletą, na jednym z kobiecych eventów.  Pamiętam, Jola była wówczas u progu wielkich decyzji, zmian, całkowitej rewolucji w swoim życiu. Pamiętam urywki zdarzeń. To, że była zdeterminowana, choć z lekka zalękniona. Nie znałam szczegółów, ale wiedziałam, że coś ważnego z tych zmian powstanie. Pamiętam, że kupiła wszystkie moje zeszyty pod tą toaletą. Nie wiedziałam jeszcze, że staną się jej przewodnikami w tych trudnych, twórczych dniach, które miały nadejść. W pamięci zachował się obraz jej roziskrzonych oczu i pomyślałam, ze to piękna, pełna zapału kobieta. I że musi się jej udać. Po czym nasze drogi się rozeszły, choć miałyśmy się na oku w globalnej facebookowej wiosce. Znikałyśmy i pojawiałyśmy się. 

O moich trzech bohaterkach czytaj tutaj: 




niedziela, 17 grudnia 2017

Zwykły życia bieg. Podlaskie powroty.


Pierwszy tydzień grudnia był bardzo intensywny. Trzy spotkania odpowiednio od siebie oddalone. Pierwsze, na własnym, podlaskim podwórku, w wypełnionej po brzegi bibliotece publicznej w naszym mieście. Bibliotece, która dzięki niezwykłej determinacji jej dyrekcji nabiera coraz piękniejszego wyglądu. Widać rozmach włożony w remont i rozbudowę, trud - odzwierciedlają zmęczone oczy siłaczki, która ruszyła w ruch wielkie koło marzeń o miejscu do czytania z prawdziwego znaczenia. I koło podtrzymywane w ruchu wysiłkiem wielu ludzi, podjętych decyzji, uruchomionych procedur nabiera zawrotnego pędu.

Spotkanie - trochę inne ​niż wszystkie. Z przymrużeniem oka i wielkim humorem. Taka była koncepcja i zamysł Ani, prezesowej wydawnictwa Od Deski Do Deski. W roli przepytywanych: Blondynka i Brodacz, czyli podlaska autorka w mojej osobie i dziennikarz, pisarz i reporter Tomasz Sekielski, prywatnie mąż Pani Prezes. :) Nie było sztywnych pytań: "Co autor miał na myśli?" za to mnóstwo drobnych dygresji, zdradzanych naszych autorskich sekrecików, upublicznienie niewinnych naszych wad i słabości.  Czyli tak normalnie, po ludzku. Znajomi dopisali jak zwykle, Ich obecność po raz któryś z kolei daje mi ogromne poczucie bezpieczeństwa, bo przecież to już wyświechtany slogan, ale wszyscy wiemy, że "najtrudniej być prorokiem we własnym kraju". Zgrzeszyłam czekoladkami. Od Melanii. To już też tradycja. Dzięki Mela, że dbasz o moje słabości i moją słabą wolę. Wielkie dzięki! 



Tak... Koty... Szybko obiegła je wieść o tym, że na chwilę pojawiłam się w moim domu na wsi. I jeszcze, że nie ma ze mną Tośka. Bal na całego! Krótka noc, koty i ja. Nie dały się już wyprosić z domu.
No dobra, przyznam się, niech będzie... Spałam z Frankiem... Odkrył przyjemność dotyku i głaskania. Chyba mu się spodobało. Usnęłam z jego mruczącą melodią przy uchu. Drań uciekł gdzieś nad ranem. I niewdzięcznik, sprowadził pchły. Przynajmniej tak powstała moja teoria spiskowa na temat Franka swędzącym porankiem, choć przyznam szczerze, żadnej pchły szachrajki nie widziałam.  Następnej mruczącej opowieści Frania wysłucham w Boże Narodzenie. On tego nie wie. Ja wiem i było mi przykro, że ta noc z Frankiem jest taka krótka. Nieuchronna w świt. Na szczęście dla niego czas istnieje inaczej niż dla mnie. W rzeczy samej taki Franek jest nieśmiertelny, bo pewnie nie wie co to śmierć. Nie ma jej świadomości. Żyje dniem dzisiejszym. Nieraz myślę, że chciałabym być takim Frankiem przywiązanym do obecnej chwili i swego jednego miejsca na ziemi. Krótkie noce skłaniają mnie do niemądrego filozofowania...



Odjeżdżam. Patrzą obrażone. Odchodzą z godnością z uniesionymi dumnie ogonami. Nie nabiorą mnie na plewy. Za stary wróbel jestem. Nie wpędzą w poczucie winy. Wiem, że mają się dobrze (lodówka pełna puszek) i worek suchej karmy. Dba o nie co najmniej kilka osób. Nieformalnie mamy je z sołtysem do spółki. Poza tym, raczej na zamorzone nie wyglądają. Lubię, że są. Są częścią tego mego podlaskiego ładu, tęsknoty i dzikości, są częścią tego świata, który z daleka - wydaje mi się jak reszta Polski. Dopiero gdy przyjeżdżam po długiej nieobecności widzę, że to ciągle całkiem inny świat.  I kocham. 

całość doczytajcie na: http://www.korzeniewska.com/blog/zwykly-zycia-bieg-podlaskie-powroty