poniedziałek, 28 marca 2016

Zmiany, zmiany, zmiany...Nowy adres :)

Moi drodzy, witam Was wszystkich bardzo serdecznie i zapraszam na nowy post.
 Od tej pory bedziecie mogli czytać moje posty pod innym adresem. Póki co, bede jeszcze sukcesywnie zaglądać tutaj, by przekierowywać zabłąkanych :)
Oto mój nowy adres:

http://www.korzeniewska.com/blog

Jeśli chcecie być na bieżąco, zachęcam do zapisania się na newsletter

http://www.korzeniewska.com/newsletter.html

Zostancie ze mną proszę :)

Aga Ko


środa, 23 marca 2016

Nie zabiorę Was jesienią do Brukseli.



Poranek wstawał leniwy. Pozwoliliśmy sobie dziś na trochę dłuższe spanie. Nocowała u nas S. Dzieci miały na później do szkoły. Ja z mężem, każdy zaplanował swoje biurowe sprawy w domu. 

Boso, w krótkiej koszulce, z kubkiem kawy witać nieśpiesznie wspaniały, słoneczny wtorkowy poranek - bezcenne.

Rozmowy przy kruszącym się „croissancie”, bagietka na śniadanie z konfiturą fromboise, poranna lektura – takie to wszystko z lekka francuskie, dobra jakość spokojnego życia.  

Dzieci udają się na uczelnię. K. ma odwieźć S. w pobliże metra. Wychodzą.

Siadam do komputera. Na ekranie telefonu pojawia się imię mojej siostry. Nie zdążyłam odebrać, za chwilę dzwoni ponownie. Z lekko spłoszonym sercem odbieram i pierwsza myśl, ktora przychodzi mi do głowy, to taka, że coś z rodzicami nie tak. Poranne, natarczywe telefony nie przynoszą zazwyczaj dobrych wieści.

Siostra z ulgą oddycha słysząc mój głos. Zamach w Brukseli. Terroryści zaatakowali lotnisko w Zaventem, zaledwie kilka kilometrów od nas. Jeździmy nieraz w pobliże pooglądać schodzące do lądowania samoloty. Czasami stamtąd latamy do Polski.

W telwizji słyszę, że zaatakowano również metro Maelbeek. Włos jeży mi się na głowie. W tym kierunku pojechał K. z S. Już nie moge się do nich dodzwonić. Stają mi przed oczami wspomnienia ataków na World Trade Center, a także te ostatnie z Paryża. 

Brak połączenia z wybranym numerem to zły zwiastun. 

Na szczęście kilka trwających wieczność minut przerywa dźwięk dzwonka. Dzieciom udaje się do mnie dodzwonić. Wracają. Bruksela jest już zblokowana niemocą, sparaliżowana strachem i chaosem.

Gdy wszystkie sposoby łączności zawodzą, na wysokości zadania staje znienawidzony przez niektórych Facebook. Ludzie odnajdują się i komunikują na ścianach. Jak podczas wojny, gdy szukano swoich bliskich. Rodzą się społeczne inicjatywy, by organizować transport w określonych dzielnicach. Przecież komunikacja miejska jest sparaliżowana. Wiadomości spływają kropelka po kropelce. Weryfikuję i odchaczam kolejno znajomych. Uff! Są bezpieczni. Niektórzy o mały włos nie znaleźli się w centrum krwawych wydarzeń. Ktoś tego dnia nie pojechał kolejką, bo zaspał, inny był w wysadzonym metrze pół godziny przed wybuchem. Ktoś inny wyjątkowo dziś zamiast metrem wsiadł do autobusu... 

Tym razem się udało... TYM RAZEM? Czy ja to powiedziałam? Czy to nie żałosne, że „tym razem” moim bliskim i mnie udalo się nie zginąć? Czy tak odtąd ma wyglądać nasze życie?

Dzwoni znajoma, czy nie odbiorę jej kuzynki, która przyleciała tego ranka do Brukseli na święta. Miała szczęście, została „tylko” ranna. Z lotniska przewieziono ją wraz z innymi poszkodowanymi do centrum miasteczka Zaventem (podmiejska dzielnica Brukseli, gdzie znajduje się lotnisko) Miejsca w karetkach ustępowano ciężej rannym. Zanim wyruszę z domu, mam informację, że ktoś był bliżej i już odwiózł ją do szpitala. Najbliższy szpital obsługujący ofiary zamachu to akademicki Saint Luc.
Nie nadążam odpowiadać na telefony i wiadomości rodziny i znajomych z całego świata. Czuję, że jesteśmy dla nich ważni. Wszyscy się martwią, więc staram się odpowiedać na bieżąco.

Jednocześnie zaczyna się w mediach, na portalach społecznościowych cały ten łzawo-emocjonalny cyrk na kółkach. Solidarność z poszkodowanymi to piękny gest, ale podejrzewam, że deklaracje typu:”Je suis Bruxelles” nie robią na terrorystach najmniejszego wrażenia. Możemy sobie... pogadać. Celują w tym, jak zwykle politycy. Stroszenie piórek, zapewnienia, kondolencje, sraty-pierdaty.

W piękne papierki owijają rzeczywistość, ci którzy za przysłowiową garść srebrników sprzedali nasze bezpieczeństwo. Bo nie mam najmniejszych wątpliwości, że zaistniałej sytuacji w Europie winni są pazerni politycy. Zachłanni na władzę, wpływy, pieniądze. Ich krótkowzroczność, sprzedajność, nieudolność.

Nasza piękna demokracja, z której tak byliśmy dumni, stała się batem na nasze i naszych dzieci głowy. Ale to nie wystarcza pani Merkel i bandzie jej podobnych. Z pewnością historia kiedyś oceni ich działania. Szkoda tylko, że będzie to nas dużo kosztowało. 

Z demokracją jest jak... z perłami rzucanymi przed wieprze. 

Sorry za to porównanie, ale jest ono według mnie niezwykle trafne. Nie wszystkie społeczeństwa dorosły do tego, by korzystać ze zdobyczy demokracji. Nie poznają się. Nie docenią. Zdepczą, zniszczą, stłamszą. Nie zostanie na kamieniu kamień ze starej cywilizacji. Dlatego trzeba ich izolować. Nie da się ich edukować. To mrzonki naiwnych polityków, ktore niestety się nie sprawdziły. Ile trzeba jeszcze istnień niewinnych ludzi, by ta prawda dotarła do toczonych korupcją i chorą ideologią głów?

Wiem, że nie wszyscy się ze mną zgadzają. I dobrze. Ja też nie muszę się ze wszystkimi zgadzać. Znam ten kraj od ponad dwudziestu lat i niestety pozbyłam się złudzeń.



Pamiętacie szumne hasła polityków i idealistów po zamachach w Paryżu? 

„Udowodnimy, że nie da się nas zastraszyć, że będziemy żyć z godnością, celebrować naszą codzienność, chodzić do teatrów, kina...” CHA-CHA-CHA. Chciałoby się zaśmiać, tylko niestety, nie jest nikomu do śmiechu.

Swoją drogą terroryści muszą mieć świetny ubaw z tych internetowych deklaracji. 

Raz, dwa pokazali nam kto tu rozdaje karty i gdzie jest nasze miejsce. Pozaganiani jak szczury do nor, siedzimy w naszych domach, pozamykano nam metra, tunele, szkoły, uczelnie... Oto nasza wolność. Możemy sobie jedynie popisać na FB, na blogach, na forach...

Tylko politycy mogliby powstrzymać odważnymi i radykalnymi decyzjami to szaleństwo. 

Ale politycy nie jeżdżą metrem. I to nie ich bliskich zasuwa się w plastikowe worki... Oni mają na to wywalone, jak mawiają młodzi.

To, że zamachy będą nie było dla nikogo czymś nieprzewidzianym. Tylko skala i czas nie były nam wiadome. Nie jesteśmy zaskoczeni. Jesteśmy przygnębieni.

Już wiem, że nie zabiorę Was jesienią do Brukseli, choć bardzo tego chciałam... 

Chciałam pokazać Wam piękne, secesyjne kamieniczki – perły tego miasta, wypić z Wami kawę na Grand Placu, pokazać kościoły i dzielnicę eurokratów. Chciałam byście poczuli się tu jak u siebie, bezpiecznie, jak ja do tej pory się czułam...

I nie wierzcie politykom, że wszystko wróci do normy. Nie wróci. Przynajmniej dla tych co stracili dziś życie, lub bliskich. Dla wielkiej polityki to tylko cyferki okupione poprawnymi, krokodylimi łzami. A każda cyferka to czyjeś istnienie, wielkie plany i nadzieje, to powiązany ciąg z innymi ludzkich losów. Po nich, w świadomości ich bliskich zostanie lej jak po bombie. Dosłownie.

Hołd poległym. Hańba politykom.



piątek, 18 marca 2016

Podróżowanie to nie zajęcie, to stan duszy.



Ostatnie dwa tygodnie w Polsce naznaczone były pośpiechem. To najbardziej precyzyjne słowo, które wyznaczało rytm moich krótkich nocy, niecierpliwych dni, przekraczanych prędkości, nasączonych adrenaliną spotkań. Dobrych i pouczających doświadczeń. I wyciąganych wniosków z tych mniej udanych.

Trochę już padnięta, mocno tęskniąca za swoimi, zmierzam w kierunku granicy. Ostatni przystanek: Puszczykowo, koło Poznania. Instynktownie czuję, że to będzie coś wyjątkowego, ale jestem zbyt zmęczona, by przywiązywać należytą uwagę do moich przeczuć.

Puszczykowo – niewielkie miasteczko, 12 km na południe od Poznania, kipiące bujną roślinnością, przed wojną nie bez powodu ulubione miejsce rekreacji Poznaniaków - otoczona Parkiem Narodowym enklawa zieleni.

Ale Puszczykowo – to też tętniące życiem Muzeum Arkadego Fiedlera, podróżnika i niezwykle płodnego autora poczytnych, tłumaczonych na wiele języków książek. Kto z mego pokolenia nie zna chociażby Dywizjonu 303...

Chwilę kluczę pogrążonymi w sobotniej, popołudniowej drzemce uliczkami, ale za moment bezbłędnie rozpoznaję moje miejsce docelowe. Otwarta brama, rozłożysta willa, przyglądające mi się ciekawie zza drzew egzotyczne rzeźby. W głębi jeszcze dwa budynki, kilka samochodów. Repliki: Santa Marii, statku Krzysztofa Kolumba i brytyjskiego myśliwca z okresu II Wojny Światowej, piramida...
To tu!

I myśl, tak naturalna, która jak strzała przeszywa mój umysł, gdy koła mego auta powoli wtaczają się na teren posesji:

”Jestem u siebie...”

Znacie ten rodzaj pozytywnej energii, napełniającej wasze serca gdy nadchodzi dobry kres ciężkiej podróży.

Wypowiedziane w myślach słowa, natychmiast nabierają mocy sprawczej. Gospodarze wybiegają mi na przeciw. Do spotkania autorskiego jest jeszcze chwila. Po krotkim, serdecznym powitaniu wiedziona jestem do drugiego domu, gdzie dostaję gorący, obfity obiad (mimo moich protestów) i wreszcie mogę sobie pozwolić wypić ze smakiem, bezkarnie lampkę wina.

Przyjeżdża Krysia, imienniczka, uroczej, pełnej wewnętrznego ciepła i taktu gospodyni.






Kolejna blogerka, którą dane mi poznać w realu. To inicjatorka naszego spotkania. Rozmawiałyśmy o nim już w ubiegłym roku. Drobna, skromna, choć wyrazista. Pamiętam jej dojrzałe wpisy blogowe. I nie mogę się nadziwić, że tyle życiowej mądrości i dojrzałości drzemie w tej delikatnej, lekko nieśmiałej, młodziutkiej kobiecie. 
Krysia – za przyczyną której mogę poznać drugą Krysię i Marka Fiedlerów.
Obie panie poprowadzą moje spotkanie autorskie. Jednej z Kryś, będzie to absolutny debiut, z którym poradzi sobie doskonale.

Magiczny dom – muzeum, pełen trofeuf, zapełnia się gośćmi.
Są wśród nich ludzie różnych profesji, są podróżnicy...




Ja też jestem podróżniczką, choć z wiadomych dla mnie powodów, nie za wiele podróżuję po wielkim świecie. Ale nie mam wobec niego kompleksów. Poznaję go zmysłami innych obieżyświatów. I czuję to wielkie bogactwo doznań i bezkres horyzontów. Bo podróżnik, to bardziej stan umysłu niż wykonywane zajęcie. To pokonywanie barier, przekraczanie niemożliwego, zachłanność świata i radość dzielenia się. To poprzestawanie na małym, by sięgać po wielkie. To brak małostkowości i ogrom potrzeb. A największą z nich jest potrzeba wolności: fizycznej, duchowej, mentalnej.




To przynależność do niepisanej grupy, klanu, plemienia. Wszyscy podróżnicy, których w życiu poznałam, tacy są. Czuję się członkiem tej rodziny. Podróżniczka z wyboru. Podróżniczka z przeznaczenia.


Dlatego od razu poczułam że jestem między swymi. I jak naturalny wydał mi się rosyjski kot na prawdziwym zapiecku, tak naturalne rozmowy przy kuchennym stole, w kuluarach, każdy z każdym, i gdyby nie trzeba było wstać rano, być może trwałyby do świtu.


Po moim spotkaniu pan Sławek Malinowski prezentuje dwa filmy o Arkadym Fiedlerze. To początek serii pokazującej dorobek wybitnego pisarza i podróżnika, który zmarł w latach osiemdziesiątych, a ostatnią podróż swego życia odbył w wieku 87 lat (do Afryki Zachodniej).

Film:”Mój ojciec i dęby” nie bez powodu okrzyknięty został najpiękniejszą lekcją patriotyzmu.

Stoję sobie na końcu saloniku spowitego mrokiem. Patrzę na przesuwające się na dużym ekranie obrazy. Plastyczne i sugestywne. Do tego stopnia, że ten dokumentalny film biograficzny chłonę jak najlepszy film akcji.

Patrzę na Wartę i rogalińskie dęby. Na myśl przychodzą mi moje rodzinne strony. W jednej sekundzie zatęskniłam za Bugiem, który płynie w bezpośredniej bliskości mojej wsi, za wierzbami, sosnami zdawałoby się płytko osadzonymi w piaszczystej glebie, a jednak silnymi na tyle by oprzeć się burzom i zamieciom.

A przecież jeszcze wczoraj tam ładowałam moje akumulatory przed powrotem do świata.

Budzi się we mnie pragnienie by o tym napisać. O moim Bugu, o mojej ziemi, o „moich” ludziach. By pisać tak dobrze, tak dużo, tak treściwie, tak sercem jak... Arkady Fiedler. Niedościgniony wzór.

Budzą się we mnie skrzydła. I jeszcze długo trzepoczą, podczas gdy zmęczona głowa spoczywa w miękkiej pościeli po treściwym, pełnym emocji dniu. I już nie wiem co najbardziej szumi  w mojej skołatanej głowie: rogalińskie dęby, nadburzańskie wierzby, czy wypite lampki wina?  Nie słyszę jakoby trzeszczącego dachu, o którym przestrzegali mnie gospodarze.

Budzę się o świcie. Fiedlerówka pogrążona jest jeszcze we śnie. Jest mroźny lecz suchy ranek. Wymykam się z domu i okrążam obejście. Zapoznaję się z mieszkańcami. Sosna Ponderosa wita mnie chropowatym dotykiem skóry. Pozdrawiają mnie szumem konarów fiedlerowskie lipy.



Ale zew powrotu nieubłagalnie daje o sobie znać. Odpalam samochód by nagrzał się przed odjazdem. Krysia, jasna, promienna, starannie umalowana otwiera szeroko okno, woła mnie na śniadanie. Jeszcze tylko ostatnie chwile z gospodarzami, Marek pokazuje mi miejsca, do których sama nie dotarłam dzisiejszego ranka, opowiada szczegóły powstawania poszczególnych obiektów.

Geografia i historia w pigułce.



Czekoladka energetyczna na drogę, nie mniej energetyczne uściski i... ruszam w trasę.

Nie podróżuję sama. Obok mnie: fioletowy kwiatek od Krysi – przewodni kolor mego bloga, mej filozofi, moich tęsknot, mego życia...

Po drodze, gdy dopada mnie lekkie znużenie, dotykam dłonią chłodnej, fioletowej czupryny mojej towarzyszki podróży. Zdążyłyśmy się już polubić. 

Nie wiem dlaczego, czuję, że kwiat jest Kobietą. 

Przemawiam do Niej czule, dotykam drobnych listków, gęsto przetykanych fioletowymi płatkami. Niektórzy błędnie utrzymują, że dotykane kwiaty więdną. Przecież dotyk, to jeden z pierwszych zmysłów. 



Jeden z pierwszych, bo paradoksalnie, na swoj użytek, za pierwszy podstawowy zmysł świata uważam – SŁOWO. 

Ono było, jest i będzie. Można nim dotknąć, uleczyć, zabić, zranić. Można nim pięknie opowiedzieć świat jak robił to Arkady Fiedler...


Obie Krysie, Marku, wszyscy tam, w Puszczykowie - dziękuję... 

Autorzy zdjęć:
Sławomir Malinowski,
Anna Kołeczek-Berczyńska,
Marek Fiedler







środa, 9 marca 2016

A tak.


Kręcę się trochę ostatnio po kraju w związku ze spotkaniami. Porywam innych i też się trochę ze mną kręcą. Nakręcamy się wzajemnie. Jesteśmy naprawdę nieźle zakręcone. Jest dużo emocji. Spotkania są różne: bardzo dobre, dobre, a czasami słabe. Na szczęście te ostatnie – zdarzają się sporadycznie. I za każdym razem dochodzimy do wniosku, że za wszystkim stoją LUDZIE.



Można „położyć” najlepiej zapowiadający się event, lub wydawałoby się, z niczego - wykrzesać wielki żar.

Dotyczy to każdej sfery życia, nie tylko spotkań autorskich, one są jednym z wielu, bardzo ciekawym źródłem informacji i inspiracji w tym względzie.
Weźmy na ten przykład Chełm. Bardziej nowoczesnej biblioteki nie widziałam gdziekowiek indziej. Multimedialna, pomysłowa, nowatorska. Gdybym była uczennicą, z upodobaniem... uciekałabym tu ze szkoły na wagary! Odniosłam wrażenie, że ekipa tego przybytku stanowi bardzo zgrany, entuzjastyczny team. Z takimi ludźmi nie może się nie udać. Jak nie oknem, to drzwiami... 

Tacy ludzie są niebezpieczni – zarażają optymizmem. 



To jedno z miejsc, gdzie na pewno będę chciała jeszcze wrócić. Chełmianie okazali się ciepłymi, życzliwymi ludźmi. Z żalem stamtąd odjeżdżałam.
Podobne klimaty w Kazimierzu. Nie dość, że miasteczko przepiękne, aczkolwiek puste o tej porze roku i środku tygodnia, to ludzie – wyjątkowi. Uśmiechnięci i ciepli. Oczywiście – cały przekrój wiekowy z dużym naciskiem na młodzież.




Policję też taką mają. Usmiechniętą, nawet jeśli wlepiają Ci solidny mandat za przekroczenie prędkości. To własnie nas spotkało, tzn. Jedną z nas – tę, ktora pędziła pierwsza. Na nic się zdały prośby i tłumaczenia, że my na spotkanie, na wywiad do radia, że sporo spóźnione, że nie wypada... A ukarana jest studentką, która musi wydać całe stypendium.
Spiesz się powoli – zdawałby się mówić niewzruszony wzrok pana policjanta. 

Jednym słowem: trzy sztuki upolowane. (Ciekawe ile wynosi dzienna norma?)


I sama będę zaświadczać, bijąc się w piersi, o nieskazitelnej opinii polskich (puławskich) policjantów. Nawet niewinnej książki przyjąć nie chcieli, bo to korzyść majątkowa! Pozdrawiam panów policjantów.



W Kazimierzu mam wzruszającą niespodziankę

Wyrasta przede mną... Stokrotka, jak żywa! Patrzę jak w obraz kilka sekund, zanim uzmysłowię sobie, że oto naprawdę nie zjawa Ci to, tylko postać z krwi i kości. Z bukietem, co prawda, nie - stokrotek, ale z równie pięknym, wiosennym kwiatuszkiem. Usmiecha się do mnie tym swoim stokrotkowym, skromnym, delikatnym uśmiechem. Wzruszenie odejmuje mi głos, którego za chwilę tak dużo będę potrzebować.
Po spotkaniu udaje nam się wypić wspólnie kawę w jednej z kazimierzowskich piekarni – restauracji. Obie z Jane Jane zjadamy jeszcze przepyszny żurek w nietypowych naczyniach. Skórka chleba jest tak cudownie chrupiąca, że nie możemy się oprzeć, by nie zabrać jej ze sobą. Przydadzą się. Przed nami daleka droga.



Ludzie... Wartość sama w sobie.

Rozmawiam z Dorotą na facebooku. Wspominam o spotkaniu pod Radomiem. Nieśmiało sugeruję wspólny wyjazd... Są ludzie, którym nie potrzeba różnych rzeczy powtarzać dwa razy. Jakoś tak spontanicznie wychodzi... Doris sprawdza transport. Już kogoś ugadała na „bla bla karze” i jest w drodze. Zorganizowana do granic przyzwoitości. To jedyne podobieństwo z Jane Jane. Poza tym są krańcowo rózne. Pędzimy (pośpiechem naznaczony jest cały mój pobyt), pomysły buzują w czterech blaszanych ścianach małego, niegdyś białego, a obecnie przydymionego kilkudniowym brudem autka.

Powrót w nocy. Nazajutrz rano pukamy z Dorotką do drzwi Folwarku. Chcemy zjeść szybkie śniadanie, bo moja Dorka musi wrócić znów jakiś „blablakarem” do swoich. Ma wszystko pod cudownie ciepłą kontrolą, pociągając nieznacznie tylko za sznurki.

Folwark – to miejsce „na pewniaka”. Zawsze gościnne i „nie ma sprawy” gdy potrzeba szybko, elastycznie coś zadziałać. Bo to właśnie ci ludzie, którzy wybudowali w szczerym polu restaurację i udowodnili że można z tego wyżyć, nie przestając przy tym lubić swoich gości. 

Aga i Marcin. 

I to się czuje. Czuje się w ludziach pasję. U nich: nawet gdy zamknięte – to jest otwarte. Rozumiecie o co chodzi...

Nie zapomnę nigdy Szepietowa. I pełnego ciepła i dowcipu szefa miejscowego Domu Kultury. Zgotowali mi gorące przyjęcie. I już nie wiem kto kogo bardziej pociąga do działania: pan dyrektor miejscowych zapaleńców, czy odwrotnie. W każdym razie żar powoduje, że i na kamieniu się rodzi, bo oni nie wiedzą, że można inaczej...


Szepietowo, energetyczny Chełm, ciepły uśmiech i dobra energia pań z Kazimierza, Puławy... 

Takie obrazy na długo zostają w pamięci. Chce się wracać... Do Nałęczowa wracam po raz drugi. To miasteczko nasączone duchem kultury. Wiem, że za każdą następną ksiązką będę tam powracać... Są rzeczy, które się wie na sto procent...



Jak codziennie rano od dwóch tygodni spieszę się na spotkania. Za drzwiami natykam się na niecodziennych gości. Dwa rudo-białe koty ciekawie zaglądają do środka. Ten jaśniejszy wydaje się być bardziej odważny. Jego ciemniejszy kompan, stoi w bezpiecznej odległości.

- Panowie, nie w porę – zerkam na telefon – śpieszę się.
- No dobra – mówię zrezygnowana, gdy rudy kocur ani na chwilę nie spuszcza ze mnie wzroku. Chociaż panowie są nieźle wypasieni i nie sprawiają wrażenia zagłodzonych, wracam do domu po miseczkę mleka i kawałek kabanosa.
- Czujcie się jak u siebie – mówię, a w duszy dodaję – Dopóki Kajtek z Tośkiem tu nie przyjadą. I pędzę dalej. Trochę już tęsknię za moją rodziną i „piesami”... Ale o tym i o reszcie spotkań opowiem kiedy indziej, ponieważ padam dziś na nos. Dobranoc... 

cdn



wtorek, 1 marca 2016

Pasażer niezidentyfikowany.


Podchodzę do bramki, która nie otwiera się, gdy zbliżam kod kreskowy na bilecie do zeskanowania. Przeciwnie, głośnym buczeniem przywołuje ochronę, która odprowadza mnie do okienka Panienki Bezlitosnej.

- Niestety, nie poleci Pani. Dowód tożsamości uległ przeterminowaniu.

Prosze Pani, nie jestem serkiem homogenizowanym z przeterminowaną datą ważności. To ja wciąż ta sama Aga Ko. Na dowód wyciągam garść dokumentów mających niezbicie świadczyć o mojej tożsamości.

Panna Bezlitosna kręci głową.
- Mmm. Nie poleci Pani. Przykro mi. Pasażer niezidentyfikowany – oskarżycielsko celuje w monitor ekranu.
- Ale, tydzień temu wpuszczono mnie na ten dowód do Królestwa Belgii – moja argumentacja nie brzmi przekonywująco.
- Ktoś z moich kolegów popełnił błąd.
- Co mogę wobec tego zrobić? Ja muszę do Warszawy...
- Wykupić bilet w innej kampanii lotniczej, która stosuje mniej rygorystyczne zasady...

Krótka piłka. Wychodzę jak niepyszna. Zdaje się moja dobra passa własnie mnie opuściła... Szybka narada, reorganizacja i nazajutrz, o świcie...

Mknę do Polski swoim autem. Piękna pogoda w Niemczech mi sprzyja. Pogoda ducha nie opuszcza. Z boku miłe towarzystwo siostrzeńca. Tysiąc trzysta kilometrów jak z bicza strzelił. Mąż radzi przez telefon bym zamieniła but na lżejszy... Przed ostatnią prostą pożywiamy się w MacDonaldzie. Niezdrowo i smacznie. Popijamy coca colą, o której wszystko złe się już słyszało, ale nic jeszcze od niej lepszego nie wymyślono. Na tym polega jej fenomen. Od czasu do czasu sięgam po nią z olbrzymią przyjemnością. Bartek zamienia mnie za kierownicą. Przymykam oczy, lecz nie próżnuję. Oczywiście, jestem w stałym kontakcie organizacyjnym z Jane Jane. Nie daje mi taryfy ulgowej. Dopinamy szczegóły, w których ponoć drzemie Czarny. Ale z Jane Jane nie ma on szans, bo w te klocki jest najlepsza! Jak na profesjonalistkę przystało. Gdzie diabeł nie może, tam Jane posyła.

Odbieramy drugie auto stacjonujące w Wawie. Następuje załamanie pogody, a wraz z nią, załamanie mego hartu ducha.

Gdzieś w okolicach Wyszkowa dopada mnie kryzys ostatnich tygodni, dni... Zmęczenie jak sęp spada na moje ciało, z którego próbuje wyszarpać resztki dobrego ducha. Mała dziewczynka we mnie tęskni za bliskimi, rozczula się nad sobą, domaga się przytulenia, tupie nogami. Staje się nieznośna dla samej siebie. 

Piszę smsa: „Powiedz, że to co robię ma sens...”
Odpowiedź przychodzi zadziwiająco szybko. Zakładam przyłbicę i biorę się w garść. Następne smsy, telefon od męża, wiadomości na messengerze... wszystkie ciepłe słowa układają się w prosty przekaz:”Walcz, walcz, walcz!”
Wdeptuję do końca pedał gazu...

Nazajutrz...
Wstaję potwornie zmęczona. Patrzę na grafik najbliższych dni. Przerażają mnie odległości, które musze pokonać. Chełm – Biłgoraj – Radom – Poznań – Łódź... 

A może by tak... pójśc na wagary od życia? Ale przecież, tyle wspaniałych spotkań mnie czeka. I emocji. Przecież... kocham to robić! 

Muszę tylko wyrzucić z siebie nagromadzone zmęczenie. 
Czasem każdy z nas jest takim... pasażerem niezidentyfikowanym...

Nad kubkiem kawy użalam się nad soba, a łzy jak groch spływają do gorącego płynu. I już za chwilę jest dobrze... Zmęczenie ustępuje. 

Poprawiam koronę i... dalej!



Wytrwałości mogę uczyć się od Jane Jane. Ona jest już na pełnych obrotach, choć początek dnia też miała ciężki. Paliwa do mego zbiornika kreatywności dolewa mi wirtualnie Dorota, która choć na urlopie, w zupełnie innej, bajkowej scenerii, monitoruje mój stan ducha przez internet. Gosia nie odpuszcza i przypomina mi o dowodzie i innych pilnych sprawach, Mela z Ewa odwalają kawał dobrej roboty, Marzenka... jest ich dużo więcej, zawsze obecnych w moim życiu. O nich też będzie kiedyś post.

Lecę wyrobić ten nieszczęsny dokument, mój przypadek uczy, że czasami się przydaje go mieć.

Kocham to miasto z wzajemnością. Doświadczam tego na każdym kroku. Gdzie się nie ruszę... Cokolwiek załatwiam, wszędzie ogromna życzliwość.

Tutaj nie jestem pasażerem niezidentyfikowanym...

Wspominam wspaniałe spotkanie walentynkowe zaledwie dwa tygodnie temu w Siemiatyckim Ośrodku Kultury. Nie miałam czasu o nim jeszcze napisać... Dopięte na ostatni guzik. A wszystko to zasługa pani Joli, dyrektorki naszego SOKu. Byłam pod wrażeniem jej zdolności organizacyjnych, chociaż sama skromnie nazywa siebie amatorką w tej dziedzinie. Obecnośc naszych władz miasta, przyjaciół, znajomych i nieznajomych – moc wzruszeń...


zdjęcia: Ryszard Mioduszewski,
makijaż: Karolina Podedworny.



Chyba... rozumiecie już dlaczego z taką radością ponoszę trudy podróży, nieoczekiwane zmiany planów, rozstania i niedospania.
Kto raz tych wzruszeń doświadczył, wie, że te przeżycia warte są każdego zachodu...



A za wszystkim stoją ludzie. 

Jestem pasjonatką ludzi. Ich niepoprawną fanką, aż do ostatniej kropli nadziei w nich pokładanych. Waszą fanką.

Ale nie dane byłoby mi tego doznać bez przyzwolenia moich bliskich na takie życie. Bez ich zrozumienia. Są daleko, a zarazem tak blisko mnie.

Piszę słowami piosenki na fejsbukowej tablicy mego męża:

"Jest jeszcze kąt na tej ziemi,
Kąt jak Twe ramiona rozwarty.
I zawsze można biec do Ciebie.
Przeczekać burze, ostre wiatry.
           
Dobrze, że jest kąt na tej ziemi,
Kąt jak Twe ramiona rozwarty.
Bo razem raźniej nam rozegrać
Tak dziwnie rozdane karty”



 I nie mogę doczekać się powrotu. One zawsze są takie miłe dla obu stron...