niedziela, 24 stycznia 2016

"Tam gdzie serce, tam mój dom"



Kiedyś planowałam post o „gniazdach”. Wiłam ich wiele w swoim życiu. Pracowicie, gałązka po gałązce. Przeprowadzałam się, zwłaszcza w Brukseli niezliczone ilości razy. Tam gdzie mieszkam w danym momencie, muszę czuć, że żyję na sto procent. Ja bałaganiara - nie znoszę tymczasowości. Gdy nadchodził czas, opuszczałam gniazdo bez sentymentów. 

To moje uwite, na miarę moich na ten czas możliwości – najlepsze, jedyne w danym momencie miejsce na ziemi. 

Niektórzy zarzucają mi, że nie jestem sentymentalna. To nie tak. Jestem nawet za bardzo czasami, dlatego nie robię radykalnych kroków w niektórych sprawach, w których trzeba być bardziej stanowczą. Dlatego nie przecinam pępowiny z niektórymi ludźmi, miejscami, stanami duszy – choć powinnam. 

Coś innego sprawia, że opuszczam bez żalu moje gniazda. Coś innego sprawia, że pozwalam odchodzić ludziom i sama odchodzę. Życie jest podróżą, a to ciągle nie jest mój port docelowy. Może jest takie jedno miejsce na ziemi, może dwa, ale i tego nie wiem jeszcze na sto procent. Co, jeśli wiatr zmieni kierunek i podryfuję w inną stronę świata, życia, w inną stronę siebie? 

Niczego nie można być w życiu pewnym poza śmiercią i podatkami, jak mawia mój znajomy księgowy. I ja mu wierzę! Miejsc ni ludzi nie można przywiązywać do siebie, ani siebie do nich. Zatrzymywać – dobre wspomnienia – tak, ale nie ludzi. Gdy przychodzi czas – na czas, nie trzeba żałować. Wiem, to jest bezlitosne i nie jest łatwe. Ale jedyne - możliwe. Jedyne - rozsądne... 

Jesteśmy częścią czyjejś drogi, jak inni są częścią naszej. Nie przeszkadzajmy innym i sobie wypełniać naszych dróg. Jedynie co możemy zatrzymać w sercu to ich wspomnienie. Dobre wspomnienie.


Przyczyna opuszczania bez żalu miejsc, które kocham bezgranicznie jest bardzo prosta. Dom jest tam, gdzie ja jestem, gdzie jest w danej chwili moje serce, myśli, ciało. Najpiękniejsze cztery ściany nie są w stanie zapewnić domu, gdy nie ma tam moich uczuć, emocji, przeżyć...

Dlatego jadąc do Belgii „tylko” na rok ciągnęłam ze soba ulubiony zielony dywan z mego pokoiku, koszmarnie kiczowaty świecznik zrobiony z poroża jakiegoś rogatego zwierza z napisem: „Pamiątka z Białowieży” i... moją wędrowną biblioteczkę. Książki. Również te z pożółkłymi, naderwanymi kartkami. Świadkowie mego dzieciństwa. W ich towarzystwie czuję się bezpiecznie na końcu świata.
Mój dom jest również tam, gdzie jestem członkiem miejscowej biblioteki. Nawet jeśli nie znam słowa w danym języku. Procedura zapisania się, daje mi poczucie przynależności. Swoista inicjacja. Obrzęd rozpoczynający nowy etap życia. Inna sprawa, że są biblioteki, których próg przekraczałam tylko raz, by się zapisać. Następnie zbyt szybko musiałam wyjechać.

Podczas moich przesiedleńczych podróży zdarzały się zabawne sytuacje, jak ta, gdy na granicy, niemiecki celnik odstawiał na bok ciężki worek i mówił zdecydowanym głosem:”Kartofeln – nie wolno!” , albo na pytanie o wiadro z kapustą kiszoną (no bo jak wigilijne potrawy bez polskiej, kiszonej kapusty?):”Was is das?”, mój mąż, ku uciesze całego autobusu Polaków odpowiadał wzruszając ramionami: „Kapusta i kwas.” A Niemiec nie rozumiejąc z obrzydzeniem na twarzy odstawiał jak najdalej cuchnące wiaderko.

Tak... Każde miejsce niesie ze sobą wspomnienia, zapachy. Jakie skojarzenia zapadły w Waszej pamięci związane z nowymi miejscami, gdy postawiliście pierwszy raz stopę na nowym, może docelowym lądzie Waszej życiowej podróży? Jakie uczucia Wam wtedy towarzyszyły? Jakie nadzieje? Jakie zapachy?

Pierwszy dzień w Brukseli. Październikowe popołudnie. Zachowałam je w pamięci jako szare i deszczowe, choć mąż upiera się, że była wtedy piękna, słoneczna jesień. Nieważne. Z całą pewnością zgadzamy się co do tego, że na placyku, na którym nas wysadzono znajdowała się maleńka stacja benzynowa (istnieje tam do dzisiaj), w okienku drzemał stary Arab, a po brudnej zamazanej szybie niemrawie łaziła senna mucha. To nie była jedna z najlepszych dzielnic Brukseli. Nawet średnia nie była... Ale dla nas w tamtym czasie - jedyna możliwa. W nozdrza uderzył mnie dziwny zapach, którego nie znałam i którego nie potrafiłam zidentyfikować. Dziś wiem, że to był... slodkawy zapach śmieci wysypujących się z plastikowych białych worków. Wiatr je tarmosił i bezceremonialnie roznosił po całym placu. Był akurat dzień ich wywózki  – dzień „publa”... (poubelles: fr.: śmieci). 

Minęło bardzo wiele lat, ale słowo „Bruksela” wywołuje u mnie ciągle wspomnienie tamtego pierwszego dnia. I przywołuje dziwny, charakterystyczny zapach śmieci. I wspomnienia stają w oczach jak żywe...
Cdn.


wtorek, 19 stycznia 2016

My Smeagole.


Witam wszystkich bardzo serdecznie. Tak, wiem, nie było mnie długo. Dlatego pełna poczucia wstydu i winy tak serdecznie się witam. Próbuję dostąpić przebaczenia. Nie chciałabym Was stracić.

Nowy rok przyniósł wiele zmian. Bardzo dużych zmian. Organizuję się, przemeblowuję, robię remanent. Ale przecież to nie jest wystarczający powód by wypaść z obiegu i nic, ale to nic nie pisać.

Przeglądam stare posty, dokonuję nowych na brudno i ogarniam wiele spraw, dla mnie dotąd nieznanych. Porządkuję się przed definitywną przeprowadzką. Moje nowe mieszkanko prawie gotowe. Zajrzyjcie: www.korzeniewska.com 

Podczas porządków natknęłam się na stary wpis. Temat bardzo kontrowersyjny, prawie jak pieniądze i polityka. I jednakowo często poruszany podczas rodzinnych i przyjacielskich biesiad. Zwłaszcza przy alkoholu lubimy sobie trochę pofilozofować.

Wiara oczywiście. Jak słusznie zauważył jeden z ulubionych przeze mnie blogerów (który niestety, ku memu zmartwieniu zniknął z sieci): 

Wiara jest czymś naturalnym w życiu człowieka. Rozumiem to i staram się nigdy tego nie krytykować. Czy to jest wiara w Boga, w Leszka Millera, aparaty fotograficzne firmy Canon, albo w listę wyborczą PiS czy PO. Problemem są jedynie fanatycy: religijni, systemowi, ateistyczni, feministyczni itd. Na nieszczęście oni są najbardziej niebezpieczni i agresywni.”

Ania z Luksemburga („sąsiadka z zza miedzy”), moja ulubiona blogerka dodaje: 

„Ja wierzę, ale nie w nadprzyrodzone istoty. Wierzę w dobroć, które jest w każdym człowieku i wciąż naiwnie wierzę w ludzi. Nie potrzebuję uzasadnienia dla niepowodzeń („kara boska”), ani dla sukcesów („Bóg zesłał łaskę.”) Myślę, że wszystko tkwi w nas. Człowiek jest istotą wolną i odpowiedzialną. A że czasem dokonuje złych wyborów?...” 

Mariusz zaś skarży się, że tak właściwie najbardziej „przechlapane” mają "rozdarci", najbardziej piętnowani zarówno przez wierzących, jak i ateistów.

Napiszę o sobie. Na przykładach z mego podwórka. 

Moja najlepsza koleżanka jest osobą niewierzącą i antyklerykalną. Jej głęboka niechęć do wszystkiego co długie, czarne i z guzikami ma podłoże w traumatycznych przeżyciach jej taty z czasów jego dzieciństwa, które to spędził w sierocińcu prowadzonym przez okropne zakonnice w Namur.

Ja z kolei jestem wierząca, wśród moich koleżanek są również cudowne zakonnice i do tego jestem niepoprawna politycznie, przyznając się do tego "archaizmu" jakim zdaje się być wiara w antychrześcijańskiej Belgii. Swoją drogą, dziwne to czasy, gdy wiara i światopogląd stały się sprawą bardzo intymną, natomiast to jak i z kim sypiamy jest tematem publicznych debat i głosowań. A ja głupia myslałam, że jest odwrotnie. Że seksualność jest sprawą bardzo osobistą i mówiąc trywialnie, gdzie i co kto komu wsadza nie powinno wychodzić poza próg alkowy. Widać nie nadążam za zmieniającym światem, tylko czy rzeczywiście w kwestiach światopoglądowych jest mi z nim po drodze...

Ale nieważne. O czym to ja mówiłam. No więc, różnimy się z moją przyjaciółką jak ogień i woda. Ja - mieszkając na biegunie, pustyni czy nawet innej planecie, podświadomie wyczuwałabym obecność Boga. Po prostu, ten typ tak ma. I nie rozpatruję tego w kategoriach, czy to jest dobrze, czy nie. N. takie jak ja uważa za naiwniaczki, ale dla mnie robi wyjątek, bo się ze mną przyjaźni. Wzajemnie się szanujemy i bardzo lubimy. 

W pracy miałyśmy jeszcze jedną koleżankę: C. Gdybym miała najprościej opisać tę osobę, ujęłabym to następująco (przepraszam, nie powinnam oceniać, ale inaczej w tym przypadku nie potrafię.) Marne życie, marna moralność, marna ocena świata. Taka, co jej nigdzie nie lubią i co rękę karmiącą odgryzie. Jej życie to ciągła walka, środowisko konfliktu, funkcjonowanie poprzez eliminację innych z otoczenia, uprzedzający atak. 

Nie chcę dokonywać analizy psychologicznej, bo nie czuję się w tej kwestii kompetentną osobą, ale wyczuwam podświadomie w tym kąsaniu jakąś bezradność, która budzi współczucie i litość.

Nasz Kajtek też kąsał, zanim poczuł się bezpieczny i kochany.
Nasza koleżanka często przychodzi z fochem, naburmuszona i nie mówi nam nawet:”dzień dobry”, po czym jakby nigdy nic prosi o drobne przysługi. Głównie mnie. N. w swoim poczuciu sprawiedliwości nie może tego znieść.

- Ona Ci nawet „dzień dobry” z rana nie mówi, a Ty jesteś na każde jej skinienie – jątrzy – demoralizujesz ją! (Przesadza! Swoją drogą nie na każde...) Nawzajem nie rozumiemy swoich postaw z N.

I tu dochodzę do sedna sprawy, dlaczego zaczęłam swój post od wiary.

Jej przeciwnicy mówią, że wiara ogranicza, nakłada na człowieka pęta. A ja czuję, że w wielu sytuacjach, nawet tak banalnych jak ta przytoczona wyżej - wyzwala. Czuję się w powyższej sytuacji cudownie wolna, podczas gdy moja N. ograniczona barierą racjonalizmu i pojętej po ludzku sprawiedliwości. Moja wiara nie oczekuje wzajemności. Nie postrzegam tego świata jako portu docelowego, ale fragment podróży. I nie oczekuję za bardzo sprawiedliwości po tej stronie lustra. 

N. musi dotknąć, zobaczyć by uwierzyć. Liczy się tu i teraz. Dotyczy to wszystkich aspektów życia.

- Ona jest zła. – mówi N. - Nie powinnaś tolerować takiego zachowania.
- A pamiętasz Smeagola z „Władcy Pierścieni”? Też był złośliwy, a budził litość. Wszyscy nim jesteśmy po trosze... 

Wszyscy w jakimś stopniu Smeagole, bardziej lub mniej złośliwi czy odrażający przecinamy wzajemnie swoje drogi w tej wędrówce. I wszyscy przeminiemy. Ale to jak się jedni wobec drugich zachowamy, może mieć wpływ na nasze życie.

N. patrzy na mnie z politowaniem.

- Może po to każdy z nas spotyka na swej drodze innych ludzi, by w ich oczach zobaczyć coś więcej niż skrzywiony obraz świata, jaki nosimy nieraz w sercach - myślę głośno. 
Moja wiara daje mi pewność, że każdy z nas został stworzony nie na obraz i podobieństwo Smeagola. Nim stajemy się później.
- Jesteś niereformowalna - wzdycha N. - Chociaż... w pewnym stopniu zazdroszczę Ci takiej postawy. Ja nie potrafię się zdystansować. Chapeau bas!

                                                   *****************************

Któregoś wieczoru zaglądam na jeden z blogów. Jest jak zwykle po północy. Jakiś chłopak, a raczej mężczyzna grzebie w swojej duszy. Boksuje się ze swoimi demonami.
„Od tej nocy nie ucieknie, dobrze wie. Nie okupi dawnych grzechów mocnym snem. Zagadane w ciągu dnia, upychane gdzie się da...”
Próbuje dojść ładu sam ze sobą. 
„I to pisze człowiek, który nie wierzy w Boga. - Czyli ja.” - kończy swój wpis. 
A tyle jest w jego walce poetyki, głębi, pokory, a w niewierze - wiary, że uśmiecham się do siebie.
„Jestem o Ciebie spokojna. Dasz radę. Czuję, że Bóg też nie traci w Ciebie wiary” – piszę. Dziękuje mi caps lockiem i uśmiechając się życzy mi dobrej nocy.


wtorek, 12 stycznia 2016

„Do or do not. There is no try”. Demony skradają się wieczorem. Pokonaj je!


Demony skradają się wieczorem. Wyłażą z zakamarków głów i zaglądają. Do talerza, szafy, komputera. Do kieliszka przez ramię. Huśtają się na drzwiach lodówki. Gadają. W ciszy wreszcie słychać ich skrzekliwe, pełne pogardy głosy. Są jak stado wrzeszczących, nieposłusznych małp. Każdy ma swoje. Jestem wobec nich bezradna.
Codziennie uczę się walki z moimi nałogami. Z nałogiem trwonienia czasu na nieistotne rzeczy i z nałogiem objadania się słodyczami.
O ile z pierwszym z nich potrafię stoczyć zwycięską bitwę, a nawet wygrać małą wojenkę, o tyle ten drugi – jest znacznie bardziej podstępny i niebezpieczny, dlatego, że wydaje się własnie taki banalnie prosty do ogrania.
Upadam, powstaję, upadam... 1:0. Raz na jego, raz na moją korzyść.

Każdy upadek daje mi do myślenia. Nie poddaję się, ale coraz bardziej zawzinam. Zaciskam zęby. Zarzekam się, że następnym razem mu pokażę! Parafrazując słowa nieżyjącego już polityka: „dużo czytam i będę k... ostra jak brzytwa!” W walce z nałogiem, oczywiście. I dochodzę do takich oto wniosków:

1. Samo się nie zrobi. Mówienie o tym, że ma się z czymś skończyć, samego faktu „skończenia” nie załatwi. Woody Allen powiedział, że „90% sukcesu to już samo pofatygowanie się. A więc trzeba ruszyć cztery litery i wprowadzić swój program walki z cukierkowym potworem w ruch. A składa się na ta walkę wiele elementów. Trochę ruchu, jakieś owoce, orzeszki pod ręką, by czymś wypełnić nawyk sięgania po ciasteczka lub czekoladę... Każda „metoda na głoda” jest dobra, o ile jest skuteczna. U mnie są to hektolitry herbaty zielonej, lub wody z imbirem. Popijając ją, rozpaczliwie sobie wmawiam, wmawiam, wmawiam... że mi się chce pić, a nie jeść... Czasami działa...



2. „Góry przenosi się po kawałku”. Takie  zdanie wyczytałam w którymś z kobiecych pism. Niby proste i logiczne. Przeczytałam to w wywiadzie z Dariuszem Dolińskim, psychologiem. I nie mogę mu odmówić słuszności! Ileż to razy, z niezłomnym postanowieniem odchudzania, a przynajmniej niejedzenia słodyczy opracowywalam strategie walki totalnej, mocnego uderzenia, marzenia spektakularnych zwycięstw. A później spływała na mnie czarna frustracja, która nakazywała osłodzić porażkę, najlepiej... czymś słodkim. I znów: „pobite gary”. Ale przecież nic nie jest czarne i białe. Dlaczego zakładać w życiu, że „albo wszystko, albo nic”. A nie można tak krok za kroczkiem? Zamiast zamawiać diety cud, głodzić się drastycznie, kupować pełne torby dietetycznych produktów, najlepiej na cały miesiąc z góry, by po kilku dniach z niesmakiem i poczuciem winy wyrzucać je do śmieci... Przy akompaniamencie moralnego kaca, którego, jak w poprzednim przykładzie, najlepiej potraktować klinem, ciasteczkiem. A nie lepiej zamiast mówić: "do końca życia nie zjem żadnego słodyczka", zastosować strategię niepijącego alkoholika? I po przebudzeniu się powiedzieć sobie: „DZISIAJ nie zjem żadnej czekoladki.” Ja jeszcze bardziej rozmieniam moje kroki na drobne (jestem bardzo uzależniona!) Mówię sobie: „Przez NAJBLIŻSZE DWIE GODZINY nie zjem nic słodkiego.” A później przez kolejne dwie... I następne... Czasami udaje mi się wytrwać cały dzień w abstynencji. Są powody do radości? Jeszcze jakie!




3. I uwaga! Najczęściej popełniany błąd. Gdy powinie nam się noga, gdy znów zaliczymy moralny zgon, nie obrzucajmy siebie błotem. Nie udało się, to prawda. Ale to nie powód by „popłynąć”, w myśl zasady: „Jestem do bani. Nic z tego nie będzie.” Zapamiętaj: jednorazowe upadki nie przekreślają naszych szans. Siadasz na zgliszczach swoich postanowień jak generał po przegranej bitwie i szacujesz straty. Nazywasz błędy po imieniu. Skupiasz się. Starasz się dotrzeć do tego, co robisz nie tak. Najtrudniejsze bitwy staczasz we własnej głowie. Co ja się natłukę z własnymi myślami! „Mózg jeszcze walczy...” – jak mawia moja znajoma. A jak walczy, to pomoże podnieść się z upadku i jakoś chytrze oszukać następnym razem „nałoga”. A to sprytnymi „przegryzkami” w postaci pestek dyni, suchych daktyli (zawsze to lepiej, niż „ramka” ptasiego mleczka), a to odwróceniem uwagi wysiłkiem fizycznym, a to unikaniem miejsc sprzyjających pokusie. Nawet zmiana organizacji dnia może mieć znaczenie. I tu wracamy tu do punktu wyjścia. 

Pamiętajcie! Demony skradają się wieczorem. 

Pomna tego zagrożenia, pisząc ten wpis, uzbroiłam się w śliwki, pomarańczę i kubek herbaty. Zielonej, rzecz jasna. Pomaga też zmiksowany napój z imbiru, ogórka, aloesu, cytryny i pietruchy. Mi pomaga, bo mój mąż patrząc z odrazą twierdzi, że za żadne skarby takiego paskudztwa by do ust nie wziął. A mi prawdziwie smakuje!

4. Wystrzegaj się hurra optymizmu. On usypia Twoją czujność. Udało się, jestem silna! Nie jadłam słodyczy przez tydzień! Nie robi na mnie wrażenia wypasiony tort bezowy lub inne pyszności w mojej ulubionej restauracji. Powstrzymam się...

Ech! I tu gubi mnie moja własna pycha, która nie nie bez powodu kroczy przed upadkiem... 

Mniammm. Dotykam niebiańskiej rozkoszy, a kubki smakowe tańczą kadryla kończąc dziarskim przytupem. Poległam.



5. Mów, mów, mów. Słowa są siłą sprawczą. Odkryłam to dawno temu (pamiętacie mój post o róży i słowach?), choć nie sądziłam, że mogę zastosować je jako walkę z nałogiem. Tutaj znów odsyłam do wspomnianego wywiadu w bodajże jednym z ostatnich numerów „Twojego Stylu”. Język kształtuje naszą świadomość. Stajemy się tym, co mówimy. A więc: „zrobiłam, osiągnęłam, powstrzymałam się!” A nie: „udało mi się.” Nie mówimy:”Spróbuję”, lecz „Zrobię to!”. 

Wiedział to Yoda z sagi „Gwiezdne wojny” mówiąc: „Do or do not. There is no try” 

Wiesz o czym mówię. 

Dotyczy to nie tylko „niewinnych” nałogów. 
Słowo:„nałóg” wyklucza słowo: „niewinny”

Wstań! 

Otrzep pył z butów i ZRÓB to jeszcze raz. Najsolidniej jak się da. I nie porównuj się z innymi, czy to na szczycie, czy to na dnie. Bo każdy „szczyt” i każde „dno” dla każdego z nas jest czym innym. 

A sukces... mierzy się trudnościami jakie pokonujemy ciągle wstając i posuwając się o krok dalej. 

Ja już chyba osiągnęłam własne dno obżarstwa. 

Właśnie wstałam i rozpoczynam się wspinać od nowa. Stąd ten tekst. Jeśli spotkamy się gdzieś na trasie, przybiję Ci piątkę, bo zadajesz sobie trud. A już dziś życzę Nam wytrwałości. A moc będzie po naszej stronie! Innej opcji nie ma. 




sobota, 9 stycznia 2016

Trudne związki.

Czy spotkałaś kogoś, kto jednocześnie drażnił Cię i odpychał? Inspirował, zabierał do nieba i ciągnął w dół? Bez kogo świat był samotną pustynią, a jednocześnie – z kim, życie było(by) nieustannym pasmem zranień? Kat i ofiara jednocześnie – jedno dla drugiego?

Wbrew pozorom „związki niemożliwe” zdarzają się stosunkowo często. Czy trzeba być aż tak róznym, czy aż tak podobnym by tęsknić za sobą i jednocześnie od siebie uciekać na koniec świata? Z pewnością są to związki, którym obca jest codzienność rozdeptanych kapci przed telewizorem. 

Niepewność, niestałość, ulotność, niemożliwość doświadczania powszedności.
Sinusoida uczuć. 

Są tacy mężczyźni, z którymi: "można tylko pójść na wrzosowisko i zapomnieć wszystko". Są takie kobiety, których posiąść nie można, nawet jeśli się żyło złudzeniem,że miało się je przez moment. Skazani na piekło w niebie wrażliwości. Są ze sobą przez chwilę, która rani i niepokoi przez resztę istnienia. 

Czy warto dla tych krótkotrwałych uniesień, o jakich niebo nie śniło - poświęcać resztę życia smolistą rozpaczą zasnutych nocy?

„On zakochał się od pierwszego spojrzenia. Wpadł po uszy. Po jej uszy, które darzył uczuciem szczególnym. Nie ukrywał tego. Niczego nie kombinował. Po prostu przydarzyło mu się szczęście i nieszczęście jednocześnie – zakochał się w skomplikowanej dziewczynie.



Ona na początku nie bardzo wiedziała, o co jej chodzi. Uwiodła go z przyzwyczajenia, jak niejednego. Zaczęła romansować „na lipę”. Najpierw zakochała się w jego listach. Dopiero później - w nim samym”

Trafił swój na swego.
Takie talenty, takie urody, takie inteligencje i takie poczucia humoru zdarzają sie raz na sto lat.

Obydwoje byli dziećmi szczęścia obdarzonymi przez los więcej niż talentem. Geniuszem. Czyli kłopotem.”

Bo trudne związki lubią skomplikowane dusze. Specjaliści od plątania zwykle prostych ścieżek. 

Jak tych dwoje. Agnieszka i Jeremi. 
Bogowie swojej epoki. 

"Ta historia trwała około dwóch lat. Wiemy nawet dokładnie, że zaczęła się 1 lutego 1964 roku. Skończyła się na dobre, (jeśli o uczuciu można powiedzieć, że się "na dobre"skończyło) w czerwcu 1966 roku. On miał 49 lat i był już po raz drugi żonaty. Miał małego synka Kota (Konstantego) i dorastającą, piękną córkę z pierwszego małżeństwa - Martę. Był w rozkwicie swego talentu. Sławny, uwielbiany, czczony nie tylko przez inteligencję.

Ona była piękną 28- letnią rozwódką po przejściach. Płakał po niej niejeden odtrącony adorator. Ona po nich także, z tym, że ona tylko jedynie w piosenkach. 

Coś ze mną jest nie w porządku - pisała sama o sobie" 

Chociaż nie utrzymywali znajomości i nie dzwonili do siebie, interesowali się swoim losem. 

Chyba nadzwyczajnie cenili się jako artyści, ale nie bardzo lubili się jako ludzie. Byli wciąż zranionymi kochankami sprzed lat. Świetlnych."
                                                                                                                             
On kochał żonę i w jakiś niewytłumaczalny sposób zarazem tęsknił za tą, z którą nie potrafił być. Po śmierci żony napisał: "Życie jako forma spędzenia czasu przestało mnie interesować."

Osiecka pisała: "Chwilami zazdroszczę im takiego codziennego, nudnego szczęścia, tylko z tego powodu, że są razem i patrzą na rośliny. Ja nigdy nikomu nie umiałam dać spokoju. Sobie też."     





Siedzisz otulona pledem przed komputerem. Za oknem sypie gęsty snieg. Popijasz kawę, celbrujesz codzienność. Czytasz o kochankach niemożliwych. Może jesteś jednym z nich i to o czym piszę, jest Ci tak dobrze znane? 

Nieważne... Dobrze, że tacy zdarzają się w kosmosie. Dobrze dla muzyki, literatury, malarstwa... Dobrze dla potomnych... Czy dobrze dla nich? Kto wie. Może tak, może nie. Nie jest wykluczone, że udusiliby się w schematach codzienności. A może by w niej znaleźli wytchnienie? 

Wszelka inność we wszechświecie boli. Zakłóca porządek kosmosu.  Jednocześnie nadaje mu pęd. Nadmierna wrażliwość też. Akurat wiem coś na ten temat. Boli, ale nie znaczy, że jest niemożliwa do udźwignięcia. I choć bardziej poraża oczy blask słońca, to przecież chętniej przyjmuje się tę nadwrażliwość zmysłów, niż ich ślepotę.

Inność. Błogosławione piętno. 
Może tak było i z nimi?
Może inaczej nie może być, gdy spotykają się dwie tak barwne osobowości?
Skazani na inność.
Skazani na samotną wielkość. Wybrańcy, czy skazańcy losu?

Na to pytanie każdy z nas musi odpowiedzieć sobie sam...
Ja zaś z przyjemnością polecam Wam książkę Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory :"Listy na wyczerpanym papierze"

Wyszperałam ją w naszej siemiatyckiej bibliotece im. Anny Jabłonowskiej.

           
                                                                

czwartek, 7 stycznia 2016

Moje książki są o zwykłym życiu. Ale zawsze z Podlasiem w tle.




- Wiele lat już mieszkasz w Belgii, a piszesz tak jakbyś cały czas była Podlasianką.

Bo ja nigdy nie przestałam być Podlasianką. Polacy w Belgii dzielą się na trzy grupy. Pierwsza, to ci, którzy zostawili za sobą złe wspomnienia. Dla nich powroty są niezwykle traumatyczne. Chcieliby zapomnieć  Polsce,o swoich korzeniach Bardzo szybko się asymilują. Stają się czasem nawet bardziej belgijscy niż sami Belgowie. Druga grupa to z kolei malkontenci, którzy w ogóle się nie asymilują i nic im się w Belgii nie podoba. A ja chyba należę do takiej trzeciej grupy, która stoi w rozkroku. Bo mimo to, że czuję się w Belgii bardzo swobodnie, to jednak nigdy nie rozstałam się z Podlasiem . Nadal jest to moje miejsce na ziemi. I gdziekolwiek bym nie była, to zawsze podkreślam, że jestem nie tylko Polką, ale też, że jestem Podlasianką.



- Nawet w twoich książkach... W pierwszej zabrałas czytelników na spacer po Brukseli. Pokazujesz ciekawe miejsca, wspaniale o nich opowiadasz, a jednak nie da się ukryć – to książka również o Podlasiu.

W tle zawsze u mnie jest Podlasie. Nie mogłabym mówić o sobie bez kontekstu Podlasia. Jadąc rano do pracy, widzę mnóstwo rejestracji BSI, BI itd. I daje mi to taką swiadomość, że jest nas tam bardzo dużo. I moja Bruksela nie da się opowiedzieć bez kontekstu podlaskiego.

- Za co lubisz Podlasie?

Lubię? Kocham! Uwielbiam! Przede wszystkim za wielokulturowość.  Życie na styku kultur. To jest nasz taki spadek, czasem kula u nogi, ale musimy nauczyć się z tym żyć. I to sprawia, że my, ludzie żyjący na kresach, jesteśmy bardziej uważni, bardziej wrażliwi.




- Twoja druga książka jest zupelnie inna, niż ta pierwsza. To trochę poradnik, trochę opowiadania...

To taki pozytywnik. Ta druga książka nigdy by nie powstała, gdyby nie pierwsza. Na spotkania autorskie przychodzili ludzie z różnych pokoleń. I te moje opowieści o Brukseli były tylko punktem wyjścia do tego, co działo się później, kiedy ludzie po prostu zadawali mi pytania dotyczące zwyczajnego życia. Widzieli przed sobą taką pozytywnie zakręconą osobę, która nie ma już dwudziestu lat, która napisała książkę dopiero po czterdziestce.

- I to Cie zainspirowało do napisania drugiej ksiązki?

Dla mnie odkryciem było, że ci wszyscy ludzie, którzy opowiadali mi o swoich marzeniach, nie zrealizowali ich tylko dlatego, ze w dzieciństwie, albo i później nałożono im różne maski. Tak samo, jak mi. A przecież tak naprawdę nie znamy do końca ludzi, nie wiemy wszystkiego nawet o bliskich. Z tymi rolami, maskami nam przydzielonymi, gramy w życiu jak w teatrze. I wierzymy, że jesteśmy tacy, jakimi widzą nas inni. Ja przez wiele lat funkcjonowałam w tym moim micie, że jestem nieśmiała. Ktoś mi tak powiedział w dzieciństwie i ja w to uwierzyłam.

                                *****

fragmenty wywiadu dla Gazety Współczesnej przeprowadzonego przez Agatę Sawczenko.



wtorek, 5 stycznia 2016

"Świat potrzebuje ludzi, którzy czują, że żyją."


Za oknem siarczysty mróz, a na moich kolanach przysiadły dziesiątki barwnych motyli. Tak w środku zimy? Jakiś cud? Cuda...
Ostatnio tylko takie stany, jako forma przeżycia mnie dotykają. Wróc! 
Powiem inaczej: 
Ostatnio tylko takie stany, jako forma przeżycia mnie INTERESUJĄ! 

Nie, żeby moja codzienność była usłana różami. Nie jest, jak Twoja i Jego też. Na co dzień borykam się z różnymi problemami, chorobami najbliższych, postępującą niedołężnością, tych co zaczynają powoli odchodzić...
Dlatego mocno wierzę w cuda. Zaklinam rzeczywistość. I odnajduję cuda w codzienności. 
Kiedyś zastanawiałam się czego potrzebuje ode mnie świat, rodzice, nauczyciele, wszyscy wokół... To bardzo męczące musieć sprostać oczekiwaniom całego świata. Niewykonalne. Odkąd sobie to boleśnie uświadomiłam, po raz pierwszy kiedyś, dawno temu zadałam sobie pytanie: A co sprawia, że Ty jesteś szczęśliwa. Co robisz dla siebie? 
Wiecie co? Zamiast odpowiedzi usłyszałam w głowie kłopotliwą pustkę i pustą po niej gonitwę spłoszonych myśli. 
I postanowiłam natychmiast coś z tym zrobić. Przecież nie dostanę drugiego życia w prezencie. Trzeba pracować na materiale, który jest. A jest nim suma dni i lat, które zostały nam jeszcze do przeżycia. Czujesz to?

Nie zastanawiaj się, czego potrzebuje świat. Zastanów się, co sprawia, że czujesz, że żyjesz, a potem zacznij to robić. Bo świat potrzebuje właśnie ludzi, którzy czują, że żyją.


Mam wrażenie, że ostatnio tylko tacy ludzie mnie otaczają. Co czują, że żyją! Mający odwagę wyjść z utartych schematów, co wcale nie jest takie proste. Ich odwaga jest moją siłą. Napędzają mnie, inspirują, sprawiają, że po prostu lubię z nimi trwonić czas, bo to "trwonienie" jest bardzo cenną formą wymiany dobrej energii między nami. 

*********

Gdy zobaczyłam tę motylą spódnicę w jednym z białostockich sklepów, nie mogłam się oprzeć. To jeden z tych rzadkich momentów w moim życiu, gdy natychmiast muszę posiąść mój obiekt pożądania. Nawet gdybym miała się zapożyczyć! Zazwyczaj bywam odporna. i dosyć rozsądna. Ale przecież drobne słabości, o ile nie przeradzają się w nałogi, są takie urocze. Dzięki nim nie stajemy się nudnymi, chodzącymi ideałami. Jesteśmy ludźmi z krwi i kości. A motyla spódnica, tak zwana motylica

będzie mnie cieszyć przez okrągły rok. Jeszcze nieraz ją ujrzycie. Będzie przewodnim motywem rozweselającym bieżącego roku. A jakie są wasze drobne radości, słabości, gadźety, rytuały? Coś co wyznacza rytm zaczarowanej codzienności? Wasze nieszkodliwe, urocze dziwactwa? 




niedziela, 3 stycznia 2016

Wszystko co dobre tu się zaczyna.


No tak, zima zaskoczyła. No bo kto by się spodziewał mrozu w w początku stycznia, no kto??? Taki żart, czy co?

Dobry moment, by po forsownym spacerze z psami zrobić sobie gorącej herbaty z imbirem i usiąść do pisania. Policzki jeszcze zimne od mrozu, a w żyłach pulsuje gorąca krew. Mózg dotleniony, mięśnie rozgrzane, psy z wywieszonymi jęzorami u moich stóp. W radiu cicho szumi muzyka. Taką nieśpieszną niedziele lubię. Rzadko mi się zdarza. To rarytas.Taką niedzielę nieśpiesznie celebruję robiąc to co daje mi najwięcej przyjemności. Piszę. Nadrabiam (bardzo tego słowa nie lubię, bo kojarzy mi się z zaniedbanymi obowiązkami) zaległości pisarczyka.

W Nowym Roku będzie więcej o ciekawych ludziach. O ludziach, którym się chce zmieniać szarą rzeczywistość wokół siebie, po prostu z sercem wykonując swoją robotę. Warto się nimi inspirować. Oni swoim zaangażowaniem w swoją pracę zarażają świat. Takich płonących punkcików na mapie Polski zlokalizowałabym wiele. To ludzie, których już poznałam. Innych poznam niebawem. Skąd ta pewność? Bo osoby o podobnym, społecznym DNA przyciągają podobnych do siebie.

Takim miejscem, który tętni życiem i gdzie chętnie wracam, jest Miejska Biblioteka Publiczna w Siemiatyczach. Tam ciągle się coś dzieje mimo prawdopodobnie zatrważających statystyk czytelnictwa. Te statystyki chyba TEJ biblioteki nie dotyczą. Jej dyrektor, Pani Ewa Nowik, niestrudzenie, krok po kroku stara się by uatrakcyjnić to miejsce, walczy o fundusze, rozszerza projekty. Tutaj pomysł goni pomysł. Niewysychająca studnia inspiracji.


Stąd zaczęłam już drugi raz promocję swojej nowej ksiązki. To moje pierwsze miejsce pracy wiele lat temu, choć tylko przez osiem miesięcy. Niektóre z moich dawnych koleżanek ciągle tu pracują. Chociaż biblioteka znajduje się już w innym miejscu. Po tamtej, starej, w centrum miasta, budynek pozostał, ale nie ślad.


Tu jak zwykle dopisała frekwencja, mimo, że spotkanie odbyło się w ferworze świątecznych przygotowywań.


Dzień wcześniej, przez moment było dramatycznie, ponieważ firma kurierska się nie spisała i nie dowiozła na czas książek, w piątek jak to było planowane. A że był weekend, książki wróciły do magazynu i miały być dostarczone dopiero w poniedziałek. Żadne prośby, groźby i zaklęcia przez telefon nie pomagały. A co mi po książkach w poniedziałek, kiedy spotkanie miało odbyć  się dzień wcześniej, w niedzielę. Musztarda po obiedzie. 

Być na spotkaniu autorskim i nie kupić książki, to jak pójść do kawiarni i nie wypić kawy, albo pójść do kina i nie obejrzeć filmu... 

Dopiero szwagier ocalił mnie od wiszacej na włosku katastrofy. Uciekł się do niewinnego fortelu. Spotkanie zostało uratowane.

Dopisali znajomi, przyjaciele, znajomi znajomych, a także ciekawi ludzie, ktorych widziałam po raz pierwszy.



Natalia przyjechała aż z Kołobrzegu, co wydaje mi się ekstremalnym wyczynem, o którym będę jeszcze własnym wnukom opowiadać. Po spotkaniu natychmiast udała się w powrotną drogę, by jeszcze... zdążyć nalepić pierogów przed świętami! Joasia dojechała w trakcie, mimo, że jej mąż był własnie po kilkudniowej podróży, cały czas za kółkiem, ledwie żywy ze zmęczenia. Dorotki, reprezentującej Białystok, również nie zabrakło. Jest zawsze tam, gdy dzieje się w moim życiu coś ważnego. Wczoraj dokończyłyśmy nasze rozmowy w białostockiej galerii handlowej Alfa.

Dojechała Magda, która wydaje moje książki i która również sama pisze. Dzieli nas prawie wszystko: wiek, podejście do wielu spraw, pochodzenie (ja z małej wsi na Podlasiu, ona z Warszawy), doświadczenie życiowe, styl życia i z pewnościa priorytety. Ale łączy pasja poznawania ludzi i przekonanie, że człowiek z gruntu rzeczy jest dobry. I oczywiście, towarzyszący tej pasji – entuzjazm.


Poznałyśmy podróżnika, fascynującego, młodego człowieka, rozsiewającego wokół dobrą energię. Już sama z nim kilkuminutowa rozmowa sprawia, że masz radosny nastrój. Magda, również podróżniczka od razu znalazła z nim wspólne tematy.



Zostałam obdarowana nie tylko dobrą energią, ale też mnóstwem podarunków. Takie namacalne dowody sympatii, a dla mnie cenne pamiątki. 

Nie zabrakło symbolicznego pióra z motywującą dedykacją. Dzięki Beatko!


Nowa książka:”W deszczu tańcz!” to dobry start w Nowy Rok.

Spotkanie w mojej siemiatyckiej bibliotece, to przedpremiera

Właściwy wybuch dobrej energii zaczyna się teraz, po Nowym Roku i będzie trwał. Dajcie się ponieść tej fali! 

Już dziś, choć jeszcze nieoficjalnie, zapraszam na event związany z promocją książki w dzień zakochanych, 14 lutego do Siemiatyckiego Domu Kultury. 

Zapowiada się gorąco, klimatycznie. Ma być koncert, prawdopodobnie dopiszą znani ludzie, ale o tym jeszcze sza! By nie zapeszać. Do lutego jest jeszcze trochę czasu. Wszystko może ulec zmianie.


Dziękuję bardzo Ewie Nowik za zorganizowanie wspaniałego spotkania, wszystkim gościom przybyłym i tym, którzy byli ze mna myślami i z różnych powodów nie mogli uczestniczyć w tym wydarzeniu. Dzięki!


Poniżej: najmłodsi uczestnicy spotkania autorskiego. Kubusie.