niedziela, 24 stycznia 2016

"Tam gdzie serce, tam mój dom"



Kiedyś planowałam post o „gniazdach”. Wiłam ich wiele w swoim życiu. Pracowicie, gałązka po gałązce. Przeprowadzałam się, zwłaszcza w Brukseli niezliczone ilości razy. Tam gdzie mieszkam w danym momencie, muszę czuć, że żyję na sto procent. Ja bałaganiara - nie znoszę tymczasowości. Gdy nadchodził czas, opuszczałam gniazdo bez sentymentów. 

To moje uwite, na miarę moich na ten czas możliwości – najlepsze, jedyne w danym momencie miejsce na ziemi. 

Niektórzy zarzucają mi, że nie jestem sentymentalna. To nie tak. Jestem nawet za bardzo czasami, dlatego nie robię radykalnych kroków w niektórych sprawach, w których trzeba być bardziej stanowczą. Dlatego nie przecinam pępowiny z niektórymi ludźmi, miejscami, stanami duszy – choć powinnam. 

Coś innego sprawia, że opuszczam bez żalu moje gniazda. Coś innego sprawia, że pozwalam odchodzić ludziom i sama odchodzę. Życie jest podróżą, a to ciągle nie jest mój port docelowy. Może jest takie jedno miejsce na ziemi, może dwa, ale i tego nie wiem jeszcze na sto procent. Co, jeśli wiatr zmieni kierunek i podryfuję w inną stronę świata, życia, w inną stronę siebie? 

Niczego nie można być w życiu pewnym poza śmiercią i podatkami, jak mawia mój znajomy księgowy. I ja mu wierzę! Miejsc ni ludzi nie można przywiązywać do siebie, ani siebie do nich. Zatrzymywać – dobre wspomnienia – tak, ale nie ludzi. Gdy przychodzi czas – na czas, nie trzeba żałować. Wiem, to jest bezlitosne i nie jest łatwe. Ale jedyne - możliwe. Jedyne - rozsądne... 

Jesteśmy częścią czyjejś drogi, jak inni są częścią naszej. Nie przeszkadzajmy innym i sobie wypełniać naszych dróg. Jedynie co możemy zatrzymać w sercu to ich wspomnienie. Dobre wspomnienie.


Przyczyna opuszczania bez żalu miejsc, które kocham bezgranicznie jest bardzo prosta. Dom jest tam, gdzie ja jestem, gdzie jest w danej chwili moje serce, myśli, ciało. Najpiękniejsze cztery ściany nie są w stanie zapewnić domu, gdy nie ma tam moich uczuć, emocji, przeżyć...

Dlatego jadąc do Belgii „tylko” na rok ciągnęłam ze soba ulubiony zielony dywan z mego pokoiku, koszmarnie kiczowaty świecznik zrobiony z poroża jakiegoś rogatego zwierza z napisem: „Pamiątka z Białowieży” i... moją wędrowną biblioteczkę. Książki. Również te z pożółkłymi, naderwanymi kartkami. Świadkowie mego dzieciństwa. W ich towarzystwie czuję się bezpiecznie na końcu świata.
Mój dom jest również tam, gdzie jestem członkiem miejscowej biblioteki. Nawet jeśli nie znam słowa w danym języku. Procedura zapisania się, daje mi poczucie przynależności. Swoista inicjacja. Obrzęd rozpoczynający nowy etap życia. Inna sprawa, że są biblioteki, których próg przekraczałam tylko raz, by się zapisać. Następnie zbyt szybko musiałam wyjechać.

Podczas moich przesiedleńczych podróży zdarzały się zabawne sytuacje, jak ta, gdy na granicy, niemiecki celnik odstawiał na bok ciężki worek i mówił zdecydowanym głosem:”Kartofeln – nie wolno!” , albo na pytanie o wiadro z kapustą kiszoną (no bo jak wigilijne potrawy bez polskiej, kiszonej kapusty?):”Was is das?”, mój mąż, ku uciesze całego autobusu Polaków odpowiadał wzruszając ramionami: „Kapusta i kwas.” A Niemiec nie rozumiejąc z obrzydzeniem na twarzy odstawiał jak najdalej cuchnące wiaderko.

Tak... Każde miejsce niesie ze sobą wspomnienia, zapachy. Jakie skojarzenia zapadły w Waszej pamięci związane z nowymi miejscami, gdy postawiliście pierwszy raz stopę na nowym, może docelowym lądzie Waszej życiowej podróży? Jakie uczucia Wam wtedy towarzyszyły? Jakie nadzieje? Jakie zapachy?

Pierwszy dzień w Brukseli. Październikowe popołudnie. Zachowałam je w pamięci jako szare i deszczowe, choć mąż upiera się, że była wtedy piękna, słoneczna jesień. Nieważne. Z całą pewnością zgadzamy się co do tego, że na placyku, na którym nas wysadzono znajdowała się maleńka stacja benzynowa (istnieje tam do dzisiaj), w okienku drzemał stary Arab, a po brudnej zamazanej szybie niemrawie łaziła senna mucha. To nie była jedna z najlepszych dzielnic Brukseli. Nawet średnia nie była... Ale dla nas w tamtym czasie - jedyna możliwa. W nozdrza uderzył mnie dziwny zapach, którego nie znałam i którego nie potrafiłam zidentyfikować. Dziś wiem, że to był... slodkawy zapach śmieci wysypujących się z plastikowych białych worków. Wiatr je tarmosił i bezceremonialnie roznosił po całym placu. Był akurat dzień ich wywózki  – dzień „publa”... (poubelles: fr.: śmieci). 

Minęło bardzo wiele lat, ale słowo „Bruksela” wywołuje u mnie ciągle wspomnienie tamtego pierwszego dnia. I przywołuje dziwny, charakterystyczny zapach śmieci. I wspomnienia stają w oczach jak żywe...
Cdn.


26 komentarzy:

  1. Podobno Ludzie, którzy się często przeprowadzają starzeją się znacznie wolniej !! Ojciec Czas nie może namierzyć Ich nowych adresów...;o)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj jak pięknie powiedziane! :) to jestem chyba takim wiecznym uciekinierem ;) pozdrawiam!

      Usuń
  2. Przeczytałam z wielkim zainteresowaniem. Cóż ja, 55 lat żyję w tym samym miejscu, nawet w czasie studiów zawsze wracałam z Krakowa do tego samego domu na wsi.
    gordyjka mnie nastraszyła:-) ojciec czas ma mój dokładny adres!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. to p[o znajomości przymknie na Ciebie Basiu oko :) Ojciec Czas, oczywiście! :)

      Usuń
    2. Basiu...Zmień makijaż, ubierz czapkę...Ojciec Czas to Facet (wzrokowiec)...;o)

      Usuń
  3. Mam dokładnie takie samo podejście do życia - nie należy zbytnio przywiązywać się do miejsc ani do danej sytuacji. Wszystko płynie....przekonałam się już o tym wiele razy. Lubię te swoje (nasze) przeprowadzki, bo każda z nich daje nam coś nowego, czegoś nowego uczy, formuje nas, pokazuje dystans....chyba nie potrafiłabym jeszcze zarzucić kotwicy, jeszcze nie pora.

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo mądry wpis, przyjemnie czyta się takie rzeczy. :-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo podoba mi się Twój wpis ale zemną jest inaczej:)))nigdy się nie przeprowadzałam i mam nadzieję że nie będę musiała tego robić:)))cóż każdy inny:))))Pozdrawiam serdecznie:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, wiem, ludzie dzielą się na takich co ich po świecie gna i takich co zapuszaczają korzenie od razu, moja siostra jest podobna do Ciebie Reniu :) kocha stabilizację, choć zarazem lubi podróżować, ale zawsze wracać do tego swego jedynego miejsca na ziemi :)

      Usuń
  6. Wybywałam na różny czas w różne miejsca. Pamiętam każdy pierwszy dzień w nowym miejscu, ale pamiętam też, że nigdzie nie czułam się "u siebie", zawsze czułam, że to tylko tymczas, zawsze wracam do Kołobrzegu i... tak już chyba zostanie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam takie swpje miejsce gdzie pewnie osiąde i gdzie ładuję akumulatory, ale pomieszkuję w różnych miejscach i bez żalu zostawiAM kolejne przystanie :)

      Usuń
  7. Ja tez jestem takim wiecznym wędrowcom . Ale po drodze odkryłam ,ze dom tak gdzie rodzina . mój maź i córki ... Choc zapewnienie ciagłości i bezpieczeństwa dzieciom jest równie dominujące . Znaczy chetnie pomieszkalabym już gdzieś ;) indziej ... Ale wiem że Luksemburg jest domem dla moich dziewczyn . Wiec w ramach wyrównania jeżdzę do pracy we Francji .. Ale nie wykluczam ze za rok w Belgii ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Tam gdzie serce tak nasz dom - pięknie to napisałaś Agnieszko. Ja przeprowadzałam się parę razy, takie życie ale każde nowe miejsce traktuję jak coś wyjątkowego, to mój dom...buziaki...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no właśnie, każde miejsce na ten czas - wyjątkowe, bo wkładamy w nie serce... miłego dnia Basiu

      Usuń
  9. Bardzo ciekawe przemyślenia. Ty zawsze piszesz tak pięknie, że aż miło poczytać i odpłynąć. Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wzruszyłam się Maks! dziękuję, miłego dnia! :)

      Usuń
  10. Do pewnego okresu życia należałem do "wędrowców" - kilka lat tu, kilka tam, parę jeszcze gdzie indziej. Nie ode mnie zależały te zmiany miejsc zamieszkania. Ale do wszystkich mnie ciągnie, śnią się po nocach, bo wszędzie zostawiłem cząstkę swojego życia, przyjaciół, ze wszystkimi wiążą się jakieś wspomnienia - dobre obok złych, ale pouczających. Jestem sentymentalny. Chociaż juz osiągnąłem stabilizację życiową i moja ostatnią zmianą miejsca zamieszkania będzie moment śmierci (ciało na cmentarz, dusza do... chciałbym do nieba, ale pewnie i czyściec trzeba będzie zaliczyć). Zawsze ciekaw byłem tych nowych miejsc zamieszkania i sytuacji z nimi związanych. Teraz także ciekaw jestem tego ostatniego momentu, ostatniej przeprowadzki. Pozdrawiam Agnieszko

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. przychodzi taki dzień, gdy trzeba osiąść... i to też naturalna kolej rzeczy Tomaszu, pozdrawiam bardzo serdecznie! :)

      Usuń
    2. Ale Ty masz jeszcze przed sobą długą drogę, wiec wędruj. Ja już na horyzoncie widzę metę. Zapraszam do siebie.

      Usuń
    3. :) no co Ty, z tym jest różnie, bo każde wedrowanie jest inne i nie wiadomo, kiedy zobaczy się horyzont, nie mówiąc o mecie :) byłam u Ciebie niedawno, odwiedzalam starsze posty, ale jeszcze wpadnę niebawem znowu :) dobranoc:)

      Usuń
    4. Pamietam to pierwsze wrazenie w Australii, wychodze z lotniska na zewnatrz i powietrze, co to za przejrzyste powietrze, takie czyste, jasne, ale najbardziej pasuje mi widziec je jako przejrzyste. Stanelam jak wryta, uwierzyc nie moglam ze powietrze moze byc takie czyste i niebo takie niebieskie. Teresa

      Usuń
    5. aż się uśmiechnęłam do Twego komentarza Teresko :)

      Usuń
  11. Czasem zdarza mi się zmieniać gniazda - bardzo spodobała mi się Twoja inicjacja z kartami bibliotecznymi. Biorę to dla siebie - dziękuję

    OdpowiedzUsuń