sobota, 31 grudnia 2016

Nie lękajcie się czułości.




Bardzo dawno nie pisałam i zdaję sobie sprawę z zaniedbań wobec moich czytelników. Przepraszam. Złożyło się na to bardzo wiele czynników, które jednak obiektywnie mnie wcale nie usprawiedliwiają. Więc nie będę się próbować wybielać, tylko pokornie schylę czoło, mając nadzieję na poprawę w Nowym Roku. I mimo, że nie składam noworocznych postanowień, niech to właśnie postanowienie bedzie odstepstwem od reguły.

Znów święta. Albo raczej „śródświęcie”, bo mieszkam w takim wyjątkowym miejscu, gdzie świętuje się dwa razy. Katolicy przygotowują się do Trzech Króli, a prawosławni będą w tym czasie zasiadać do wieczerzy wigilijnej  w blasku choinki.
Tak czy owak, to szczególny czas. Pisałam o tym wieloktotnie na blogu, ale nie sposób pochylić się nad narodzeniem dzieciątka kolejny raz.
Zastanawiałam się co chcę Wam powiedzieć w tym szczególnym okresie, bo niewątpliwie to czas wyjątkowy. Pewien symbol, również dla tych, którzy nie szukają w narodzeniu dziecka żadnej świętości ani mistycyzmu. Święta Bożego Narodzenia celebrują na świecie wierzący jak i niewierzący, ubierają choinkę, zasiadają do kolacji, dzielą się czułością.
No własnie, czułość... 

wtorek, 6 grudnia 2016

Czy istnieje Święty Mikołaj?


Dzisiaj taki post szybki i nieplanowany. Nie zauważyłam (dlaczego mnie to nie dziwi), że już szósty grudzień jest. I ponoć Mikołaje grasują po świecie.
Hej, a do Was przyszedł dziś Święty Mikołaj? Wlazł kominem, czy podjechał saniami?
U mnie, odkąd nie mamy już w domu małych dzieci, mikołajowe święta nabrały bardzo symbolicznego wydźwięku. Bardziej przykładamy się do Gwiazdki. A ona tuż, tuż i znów się zaczęło...
Jak co roku...
Jak co roku dostaję zadyszki szykując przedświąteczne podarki, mimo, że kocham to robić.
Jak co roku, mam wyrzuty sumienia, ze oto gdzieś po drodze zagubiłam zwyczaj wysyłania świątecznych kart, pachnących farbą drukarską – elektroniczne życzenia, choć miłe, to już nie to samo. 

Jak co roku przyrzekam poprawę...
A gdyby tak przestać się tym zadręczać i po prostu zaakceptować zmiany, jakie nam niesie życie? Przecież głoszę często, że trzeba być elastycznym.
Patrzę na otaczający świat i myślę, że dzieci już nic nie rozumieją z tych świąt! Trochę ględzę jak taki stary człowiek: „Za moich czasów, Panie! O to, ho ho!..."
Ale sami powiedzcie, czy nie mam trochę racji?
Wszystko się poprzestawiało, łącznie z porami roku! A przecież niektóre rzeczy powinny być stałe i niezmienne, jak na przykład zima – zimą, wiosna –wiosną, a Boże Narodzenie – Bożym Narodzeniem.
Już od końca listopada sklepy wrzeszczą świątecznymi reklamami, przyciągają wzrok wystrojone choinki i w uszach dzwięczą kolędy.
O co w tym wszystkim chodziło? Ach, zaczęło się od jakiegoś żłóbka w jakimś Betlejem... Dawno temu....
Ale kto to dziś pamięta?
Belgowie to dziwny naród. 
Po ciąg dalszy zapraszam na: www.korzeniewska.com

poniedziałek, 28 listopada 2016

Ja - mój największy sprzymierzeniec.


niedziela, 20 listopada 2016

Refleksje z mocnym akcentem samochodowym w tle..



Że moje polskie eskapady, oprócz tego, że dostarczają mi wiele wrażeń, są też swoistą szkołą przetrwania - przyszło mi przywyknąć. Ciągle tylko zadziwia skala trudności, z którą przychodzi mi się zmierzyć i ilość doświadczeń, jakie nabywam. Ale to chyba dobrze. Rozwija się człek, hartuje... Nie wspomnę o tym, że te moje polskie drogi usłane są masą wzruszeń!
Ostatnio z upodobaniem powtarzam, że nauczę się jeszcze opony zmieniać i już nawet tirem mogę powozić. Jestem z autem za pan brat. Żartuję....

Po co blondynce aż taka wiedza? Pokażcie mi faceta, który choćby z litości nie pomoże blondynce (w kapeluszu na dodatek) okiełznąć blaszanego rumaka. Mi się jeszcze taki na trasie nie przydarzył. A już trochę po tym świecie poruszam się samochodem.

Ponoć człowiek inteligentny nie musi wiedzieć wszystkiego, natomiast powinien widzieć, gdzie potrzebną wiedzę znależć i jak (lub za pomocą kogo) jej trafnie użyć w danej, konkretnej sytuacji. Nie wiem, czy ta definicja odnosi się również do blondynek, bo to taki szczególny rodzaj człowieka.

Wiem natomiast, że świetnie odnajdujemy się w sytuacjach kryzysowych i potrafimy zejść na ziemię i stawić (odkryte) czoło problemom. Ale na codzień wcale się ze swoimi talentami nie zdradzamy. Przewidująca blondynka oszczędza zasoby energii. 

Wielkopolska i Wielkopolanie. 

Jawi mi się ta kraina ciepłym, pulsującym punktem na mapie Polski. I w jakie by stereotypy nie uciekać, twierdzę z całą stanowczością i bez wazeliny, że Wielkopolanie gościnnością stoją. Już po raz kolejny, gdy błąkam się moja rozklekotaną limuzyną, gdy gonią mnie terminy, zmęczenie i choroby - w Wielkopolsce przytulą mnie, nakarmią, napoją i jeszcze garść konstruktywnych rad na drogę dadzą.

Po raz kolejny przekonałam się też, że moje wirtualne znajomości to DOBRE znajomości.
cd czytaj:   www.korzeniewska.com 

środa, 26 października 2016

Filozofia oczekiwania.


A najdziwniejsze, że często taka postawa dotyczy ludzi, którzy uważają siebie samych za świadomych i pogodzonych z życiem... Wręcz za specjalistów w tej dziedzinie.

Hej, chyba nie do końca odrobiliśmy lekcję z rozwoju osobistego, skoro ciągle w głosie pobrzmiewają jakieś pretensje.

JEŚLI OCZEKUJESZ CZEGOŚ OD INNYCH, TO ZNACZY, ŻE MASZ JESZCZE WIELE DO ZROBIENIA NA SWOJEJ ŚCIEŻCE ROZWOJU. 
Ja nie mówię, że to jest łatwe, też się tego uczę każdego dnia. Dlatego nie występuję w roli specjalisty.

I choć jeszcze droga przede mną długa i wyboista, parę razy udało mi się zaznać tej cudownej wolności od jakichkolwiek oczekiwań: od męża, dziecka, przyjaciół. 

I muszę Wam powiedzieć, że euforia wolności od oczekiwań od drugiego człowieka, to stan, w jakim chciałabym tkwić permanentnie.... Osiągnąć ten ideał. Później powalczę w sobie o całkowite wyzwolenie się od zazdrości, a później jeszcze dalej i dalej... Spróbuję uporać się z liczeniem tylko na siebie, bo to takie egoistyczne ciągle szukać ramienia do wypłakania. Na ile starczy mi sił. Ale to proces, więc będzie parę lat trwał. 

poniedziałek, 3 października 2016

A kto wolnej istocie zabroni się uczyć...


Każdy ma swoje zboczenia. Mnie zaczyna "nosić" z początkiem nowego roku akademickiego. I mimo, że dawno już wyrosłam ze szkolnej ławki (a może właśnie dlatego), z początkiem jesieni miewam usilne podszepty (złego lub dobrego) by zapisać się na jakiś kurs, szkolenie... (jakby mi mało roboty było...) 

I bardzo mi się podoba w kraju, w którym mieszkam (choć myślę, że w Polsce też coraz częściej), że ludzie chętnie korzystają z róznych edukacyjnych propozycji, nawet jeśli nie zmusza ich do tego konieczność zawodowego podnoszenia kwalifikacji.  Robią to dla siebie. Na początku października ustawiają się przed szkołami długie kolejki, jak niegdyś w Polsce za komuny, po kiełbasę zwyczajną, owiniętą w szary papier.  Istna gorączka i pęd do wiedzy, To budujące!
Ja też co roku coś obstawiam, tym razem próbuję, po raz kolejny, niderlandzkiego.
Niderlandzki (w lokalnym wydaniu: flamandzki) to takie "narzecze", które niby łatwe, a nijak go wyuczyć się nie podobna!
Niby coś tam "kumam", w końcu żyję tutaj ileś lat, ale w sytuacji, gdy mogę posłużyć się innym językiem urzędowym (a obowiązują  trzy), to skwapliwie z tej okazji korzystam.


cd:http://www.korzeniewska.com/blog/a-kto-wolnej-istocie-zabroni-sie-uczyc

Alleluja! Jestem wariatką!


Córa marnotrwna powraca.

Mogłabym wiele się tłumaczyć, ale na nic to się nie zda, po prostu miałam wakacje od samej siebie. Coś się porobiło i organizm musiał odpocząć, nasmarować śrubki i zębatki, by - znów zatrybiły. Krótko mówiąc nie chciało mi się chcieć, choć bardzo się nad sobą pastwiłam i zmuszałam. Ale sami wiecie; z niewolnika - nie ma pracownika. A organizm, Bogu dzięki sam wie, co dla niego najlepsze i broni się jak może przed naszym ambicjonalnym podejściem do nas samych. Z organizmem kłócić się nie zamierzam. Bezwiednie poddałam się jego woli. Uciekłam w filmiki, które zaczęłam nagrywać, odkąd syn wspaniałomyślnie zapoznał mnie ze zdobyczami technologii w tej dziedzinie. Niżej jest wtyczka do You Tube, która Was tam przekieruje, byście mogli popatrzeć na efekty moich wypocin. Odpoczęłam od siebie i świata, Wy ode mnie - też. Pora wracać i pisać, samo się nie zrobi. Więc zdmuchuję pył z klawiatury i jadę z tematem! (A wiele ich czeka w kolejce)

Okna - jak oczy. 

Zaczęło się od zdjęcia cudzych okien jakie wstawiłam na FB. Moja intencja była taka, że cudze okna są inspiracją dla mnie jako pisarki, dla mnie jako człowieka. Lubię zaglądać w obce okna, (tak jak w obce twarze), nie po to, by przez pryzmat tego co za nimi widzę poddawać surowej ocenie ich właścicieli, ale po, to by to co widzę - było punktem wyjścia do snucia historii, stawiania hipotez, ćwiczenia wyobraźni.
​Ale niefortunnie użyłam słowa: "oceńcie", co te okna moga mówić o mieszkańcach tego domu I tu się miało za chwilę okazać, że dobrymi chęciami piekło brukowane. I to co ja mam w głowie nijak ma się do tego co widzą inni. 

niedziela, 11 września 2016

De Panne


Pojechaliśmy do la Panne. Odwiedzić Ulę i spenetrować belgijskie wybrzeże Morza Północnego w okolicach Francji. Ula przemierza je wzdłuż i wszerz, trzy razy dziennie. Trzy razy dziennie gada z pomnikiem Leopolda II, tam gdzie kończy się nadmorski deptak, a dalej już tylko wydmy. Bo Ula jest tak cudownie socjalną istotą, że nawet kamień nie pozostaje obojętny wobec niej. To moja przyjaciółka. 
"La Panne" jak mówią Walonowie i "De Panne" - jak mówią Flamandowie, popularnie przez nas zwani Flamakami. Te dwie literki robią dużą różnicę.  Głównie polityczną i narodowościową. La Panne to najdalej w kierunku Francji wysunięte miasteczko belgijskie. Stąd niewiele ponad 30 km do Dunkierki, a stamtąd do kanału La Manche. Do Francji chodzi się (jeździ) po prawdziwą francuską bagietkę, bo ta belgijska niewiele ma z nią wspólnego, że nie wspomnę już o naszej polskiej. Generalnie żywność jest tam tania, więc chętnie Belgowie robią za granicą zakupy. Wzdłuż wybrzeża, w kierunku Knokke jeździ tramwaj. Kiedyś marzy mi się taka nieśpieszna podróż tramwajem wzdłuż nadmorskich wydm tam i z powrotem. Ale tym razem pojechaliśmy z Madzią, dziećmi (dorosłymi) i Tośkiem, wokół którego ogona kręciła się cała nasza wyprawa :) Ale popatrzcie sami...

poniedziałek, 5 września 2016

Mons Sancti Michaeli in periculo mari. Cuda tego świata.


Wczorajszy pogodny wieczór. Idziemy spacerem w kierunku przepiękne oświetlonej bajkowej budowli na wodzie. Wokół nas - setki ludzi rożnych narodowości. Noc się zbliża, czuje się chłodną, morską bryzę. Ale nastrój jest podniosły - jakbyśmy zmierzali na jakieś nocne czuwanie. U stóp klasztoru - woda zalewa wejście do bram miasteczka - jest właśnie przypływ.  Ale naprawdę duży będzie dopiero za kilkanaście dni. Ludzie robią zdjęcia, tysiące selfie, ściagają obuwie i wchodzą do wody. Cieszą się jak dzieci. Słucham wielojęzycznego gwaru. Jest dziwnie podniosła atmosfera. Jakbyśmy uczestniczyli w misterium Boga, tajemnicy Wszechświata.  Powaga i radość, że coś tak wspaniałego jest naszym udziałem.  Gubię się w tłumie. Wszyscy się gubimy, sam na sam ze swymi myślami i zachwytem.
Sami - lecz nie samotni. 
Myślę o Bogu, przeszłości, o łączności pokoleń. O tym, że realizacja proroczego snu jakiegoś biskupa sprzed ponad tysiąca lat i nasza obecność tu i teraz pozwoliły w jakimś sensie przeciąć się naszym losom... 
Myślę o Kubie i Dziewczynce przy jego boku. Już naszej Dziewczynce... Niech mają dobry los.
Myślę o bliskich w Polsce. I o Tośku z Kajtkiem. I z wdzięcznością o Uli, która z naszymi psami chętnie została.  Odszukuję w tłumie ciepłą dłoń Kotlecika. Zamyka w niej wszystkie egzystencjonalne trzepoty skrzydeł mojej duszy. 
Podchodzimy prawie do samej bramy. Już bliżej suchą stopą się nie da. Grupka żandarmów pełni tu swój dyżur. To policyjni wolontariusze. Z jednym z nich  wdajemy się w pogawędkę. Ma ciepłą twarz, życzliwy uśmiech w oczach i jakieś 60 lat na karku. 
Z chęcią opowiada ciekawostki na temat Mont Saint Michel. 
Mimo znikomej garstki mieszkańców (około 50, co daje średnie zagęszczenie 13 mieszkańców/km2), to ciągle centrum gminy posiadające swego burmistrza! 
​Zagadujemy się dobre pół godziny. 
Jemu też czas szybciej mija. 
Niezobowiązująco, ciepło, lekko. 
Wracamy do hotelowego pokoju. 
Zmęczeni nadmorskim spacerem i upici tlenem zasypiamy prawie natychmiast. Około 2 km od magicznych świateł klasztoru na kamiennej wyspie.

cd: http://www.korzeniewska.com/blog/september-05th-2016

środa, 31 sierpnia 2016

Diety to kłamstwo!


Czuję, że tym tytułem wsadzam kij w mrowisko. Ale zanim mnie ocenicie i zbesztacie powiem ostatnią mowę skazańca, przed wykonaniem wyroku.
Nie, nie nie! Nie jestem przeciwko dietom w ogóle. Zwłaszcza tym, którym musimy się poddać by uratować zdrowie, czy życie; na przykład: służące zbiciu cholesterolu, czy cukru. Jestem przeciw dietom morderczym, wbrew sobie, takim - naszym próżnym fanaberiom.

Nie żebym była święta! ("Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień") Doskonale pamiętam, jak jakieś trzy lata temu próbowałam zmieniać swoje życie z Ewą Ch. Dla mnie się nie udało, ale mam koleżanki, które uzyskały świetną sylwetkę, są dumne i szczęśliwe w nowej skórze.  Kiedyś wprowadziłam domownikom odchudzanie. Pierwszy i ostatni raz. I niech mnie ręka Boska broni przed ponownymi katorgami! Bodajże Kopenhadzka to dieta była, ale tejże, wspomnianej wyżej ręki - uciąć nie dam.
​Choć nie powiem, całkiem nieźle nam się jadło, dużo schudło. Dziś... dawno już nie ma śladu tamtych wyrzeczeń. Powiedziałabym, że jest odwrotnie. Przybyło...
Chyba na tym się skończyły moje dietetyczne epizody. Przyszło opamiętanie. Na szczęście... Ono z wiekiem przychodzi. Boże, ale dlaczego tak późno?! Wcześniej - tyle bezsensownych wyrzeczeń...

Zaczęłam wsłuchiwać się w potrzeby mego ciała i nie tylko o jedzenie tu chodzi. O potrzeby ducha również. 

wtorek, 30 sierpnia 2016

Anarchistka codzienności.


Dzisiejszy post będzie z serii: „Mydło, Widło i Powidło”, ale i takie potrzebne są czasem dla równowagi. Jednym słowem, post o wszystkim i o niczym, jak pogaduszki z ulubioną koleżanką. Bo chce mi się z kimś bliskim "popapotać". A jesteście przecież moimi najulubieńszymi koleżankami i kolegami. Możemy sobie zatem pogadać przy wieczornej herbatce przed snem. Jak minęła Wam niedziela?
Późnym popołudniem wróciłam z długiego spaceru z Tośkiem. Te spacery i obserwacja mego psa są dla mnie nieustającym źródłem przemyśleń i inspiracji. Najlepsza szkoła życia.
Znów pozwoliłam się mu utaplać. Dobrze to nie wyglądało, o nie. Wiem, na wszystko mu pozwalam. A nie powinnam. No właśnie... Dojdziemy do tego, ale po kolei:

cd czytaj tutaj:klik


piątek, 26 sierpnia 2016

Świat potrzebuje marzycieli, którzy coś robią!


"Świat potrzebuje marzycieli i ludzi czynu. Ale przede wszystkim potrzebuje marzycieli, którzy coś robią. Nie zawierzaj swoich marzeń wyłącznie gwiazdom. Dzisiaj zacznij uczyć się sztuki docierania do nich."

"By stworzyć życie jakiego pragniesz, nie potrzebujesz mantry, autohipnozy, specjalnego programu podbudowującego Twój charakter, czy nowej pasty do zębów. Potrzebujesz praktycznych technik rozwiązywania problemów,planowania i dotarcia do materiałów,umiejętności,informacji i kontaktów. Potrzebujesz zdroworozsądkowej strategii, by umieć sobie poradzić z ludzkimi uczuciami i słabostkami takimi jak strach, depresja,lenistwo, które przecież nie znikną.

Potrzebujesz również sposobów radzenia sobie z przejściowymi emocjonalnymi reakcjami twoich bliskich, spowodowanymi zmianami w Twoim życiu - podczas gdy sama będziesz potrzebowała przy podejmowaniu ryzyka większego wsparcia duchowego."
Cytat ten znalazłam gdzieś w sieci... Podpisuję się pod nim obiema rekami i czterema łapami Tosia, od którego uczę się nieposkoromionego entuzjazmu życia. Jest największym ze znanych mi życiowych optymistów. Zdaje się, że On nawet pamięci nie posiada. Po każdym dziesięciokilometrowym spacerze, natychmiast... znów się na niego wybiera, jakby wcale z niego przed chwilą nie wrócił. Gdy patrzę jak smakuje życie TU i TERAZ to mi też chce się żyć! On żyje chwilą! Nie dzieli włosa na czworo. Może dlatego, że nie ma włosów, tylko sierść. A to ponoć jest różnica... Jak bym chciała być jak mój pies... W sensie dzielenia włosa, a nie posiadania sierści... :)

wtorek, 23 sierpnia 2016

Świadomość zmienia wszystko.


Związki nie są po to...

„Związki nie są po to abyśmy wreszcie mogli być szczęśliwi czy spełnieni. Są po to byśmy stawali się świadomi”
Przeczytaj uważnie cytat, który przytoczyłam. Dokładnie i powoli. I jeszcze raz. Jak to? Związki nie są po to byśmy byli spełnieni? Ano nie...

Sama przez wiele lat żyłam w tym błędnym przekonaniu. Myślałam, że posiadanie kogoś, kto mnie kocha zapewni mi z automatu stan szczęśliwości. Szukałam aprobaty w przyjaźniach, w relacjach z rodziną i obcymi ludźmi. Gdy coś było chwilowo „nie hallo” bardzo cierpiałam. Zwalałam winę za moje emocjonalne stany na innych. A to nie mogło się udać...
Zastanawiałam się, dlaczego, mimo, iż posiadam fajną rodzinę, przyjaciół, znajomych, dlaczego czasami czuję sięgłęboko samotna i wręcz nieszczęśliwa...

Dużo wody upłynęło w życiu...

Budzenie się świadomości we mnie nie było gromem z jasnego nieba, lecz procesem. Długim i żmudnym, lecz samoistnym. Ale dlaczego tak późno, zapytasz?
Lepiej późno, niż wcale. I piszę ten post dlatego, by niektórzy nie musieli poświęcać kilku lat (czy połowy swego życia) na odkrycie podstawowych i oczywistych prawd, tak jak ja. Znając Twoje poczucie humoru, powiem z przymróżeniem oka, że jesteś szczęściarzem – podaję Ci tę wiedzę na tacy.
cd na stronie: /www.korzeniewska.com
zapraszam :) 

środa, 17 sierpnia 2016

Samotność to naturalny stan człowieka.


Nie wiem jak Ty, ale ja jestem daleka od ideału. Niestety.  

​Jestem słomianym zapałem,  chodzącym brakiem wytrwałości. Jestem huśtawką nastrojów. A to wszystko nie sprzyja sukcesom. Jednym słowem, zamierzone cele osiągam wielkim nakładem sił. Nie zawsze znajduję ją wewnątrz siebie. By do czegoś dojść często potrzebuję pozytywnych wzorców. Miejsc i przypisanych im ludzi.
Jedno z nich znajduje się niedaleko mnie. Jest wspaniałym przykładem wytrwałości i siły marzeń. Ilekroć brakuje mi motywacji, czy dopada mnie beznadzieja pędzę w to magiczne miejsce naładować akumulatory. I pogadać z Człowiekiem.
Po resztę zdjęć i tekstu zapraszam do mnie na stronę:

piątek, 12 sierpnia 2016

Sisters


Widzimy się dwa, góra - trzy razy do roku i to przez krótkie chwile. Częściej niż z Nią spotykam się z koleżankami,  Nie piszemy do siebie listów. Sporadyczne maile. Rzadko dzwonimy. Różnimy się między sobą jak ogień i wodą, także poglądami. To, że się nawzajem jeszcze nie zabiłyśmy - zawdzięczam Jej spokojniejszej osobowości i niezwykłej dyplomacji. Ja częściej się złoszczę, czasami zbyt szybko mówię, a później żałuję wypowiedzianych słów. Jestem impulsywna, Ona - wyważona. Myślałam, że ja mam oczy na mokrym miejscu, łatwo się wzruszam i jestem nadwrażliwa.

Ale przy Niej - jestem głazem obojętności i zimnego chowu.

Czasami to uosobienie ciepła i wszelkich cnót wysuwa pazury. A raczej odwłok. Skorpionica. I potrafi zawalczyć o swoje bezlitośnie. I wtedy zaczynam się  jej bać. 

Po resztę posta zapraszam tutajhttp://www.korzeniewska.com/blog/sisters



poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Teraz TY


Mój urlop zaczął się dość spektakularnie. Tosiek przewlókł mnie po asfalcie zaraz pierwszego dnia. Kurczowo trzymałam się smyczy, gdy gonił za kotem, jakby miał odlecieć. Tosiek nie kot. Skończyło sie zdartym kolanem, nadgarstkami i łokciami. Ale dobra nowina jest taka, że buzia jest cała (dziękuję Tosiek!) i nogi nie są połamane. No i widowiskowo za sprawą Olivierka (zamiennik dla: Tośka) na oczach sąsiadów było pierwsza klasa!. Nie ma to jak mocne wejście. Zapisać się na wieki w pamięci złotymi zgłoskami. 

Wbrew pozorom nie jest to post o Tośku, lecz o priorytetach życiowych. Zapraszam po całość wpisu pod adres:
Teraz TY

Pozdrawiam wakacyjnie.
Aga

czwartek, 21 lipca 2016

Mąż - najulubieńszy człowiek żony.



I nastała zwyczajność. W mojej części mikro świata. Normalna kolej nastepstwa zdarzeń i dni. Zajęłam się życiem. Tym banalnym, co obok mnie i pod rękę mnie trzyma. Tym, co to mi ciągle najlepiej wychodzi. Na zdrowie.
Nasz dom opustoszał nagle. Jak z bicza strzelił, rozpierzchli się. Rozjechali. Na wakacje.
Zostaliśmy sami: „Bez taty i mamy”. Jak w piosence:. I bez reszty naszej codziennej rzeczywistości w postaci chłopaków.
Niby zwyczajna małżeńska kolej losu w niezwyczajnym naszym magicznym domu. Gdzie ludzi i zwierzyny przepływ wielki i nieokiełznany. Gdzie ciekawskie ściany uszu nadstawiają, liczą kaszlnięcia, orgazmy, salwy śmiechu, radość, smutek, szloch. I tylko schody bardziej skrzypią w tej niewydarzonej ciszy.
I słyszymy wyraźnie swoje oddechy. 

ciąg dalszy poniżej, zapraszam :)
Mąż - najulubieńszy człowiek żony :)

sobota, 9 lipca 2016

Niepewność tego co za zakrętem drogi. Wycieczka do Mons (niderl. Bergen)


Ileż to razy zdarzyło sie Wam przejeżdżać koło jakiegoś miejsca i zastanawiać się jak wygląda? Albo omijać szerokim łukiem jakiś sklep, myśląc, że jest dla Was zbyt ekskluzywny? Ba! Unikać drugiego człowieka, bo zrobił na nas nie najlepsze wrażenie, lub coś o nim kontrowersyjnego słyszeliśmy. Prawda, że to się czasami ludziom zdarza? Nie wiem, jak Wam, ale mi stosunkowo często. Chyba mamy w głowie jakiś chip zaprogramowany na pielęgnowanie w sobie„niepewności, tego co za zakrętem”. Lepiej się katować, niż rozwiać swoje wątpliwości.  Nie dajemy szansy. 
I tak omijają nas najwspanialsze miejsca, prawda zamiast złudzeń, potencjalnie najwartościowsze przyjaźnie, a czasami miłość.

cd TUTAJ

Zapraszam....





piątek, 1 lipca 2016

Błękitna furta.


 
Picture
Wszystko zaczęło się od podsłuchanej przypadkowo rozmowy...
Właśnie zastanawiałam się nad tematem następnego posta, gdy....

Niechcący, mimochodem dobiegły mnie strzępy dialogu. Jako rasowa podglądaczka życia nadstawiłam ucha. Przystojny pan w średnim wieku pouczał pretekcjonalnie swoją partnerkę na jakiś banalny temat. Mimo, że plótł bzdury (nie znoszącym sprzeciwu głosem), dziewczyna taktownie milczała. Według mojej oceny, to ONA zdecydowanie miała rację. Co zresztą wyszło na końcu rozmowy, ale pan nie pokusił się o zdawkowe przepraszam, lub: „pomyliłem się”, czy „zwracam honor.” Skwitował to tylko enigmatycznym: "aha..."
Pomyślałam, że świat jest pełen takich, objaśniajacych nam, "głupim kobietkom" świat, mężczyzn. 
​Osobiście nie mam tyle taktu co napotkana Pani, a faceci typu: „Man Explain Thinks To Me” działają na mnie jak płachta na byka!
Jednym słowem łatwo nie jest nam kobietom w tym, wciąż jednak męskim świecie, chociaż niektórzy twierdzą, że wiek XXI będzie wiekiem kobiet. Nie wiem. Nie wyrokuję. Jestem zwolenniczką zdrowego rozsądku i środka.
Jednakowo mnie drażnią: seksistowskie traktowanie kobiet przez mężczyzn, jak i histerycznie  przesadzone wrzawy feministycznych działaczek. Bo w jednym i drugim przypadku dochodzi do absurdów. Ale o tym będzie oddzielny post.
Nie wiem na zasadzie jakich algorytmów zadziałał mój niezrozumiały mózg blondynki, ale na myśl o zjawiskumansplainingu (w wielkim uproszczeniu mówiąc: objaśnianiu świata kobiecie przez mężczyznę z pozycji lepiej wiedzącego), pojawił się pomysł na post o beginażach.
Zapragnęłam napisać o niezwykłych kobietach i niezwykłym zjawisku, które w XII wieku narodziło się i rozprzestrzeniło w Europie Zachodniej, głównie w Belgii, Holandii, północno - wschodniej Francji i zachodniej, oraz północno - zachodniej części Niemiec.
Chcesz wiedzieć więcej? Pójdź za mną i razem zajrzyjmy za niebieską furtę...



wtorek, 21 czerwca 2016

Dziunie i bezkręgowcy :)



Hej! Witam wszystkich i zapraszam na trochę zabawny, trochę refleksyjny post o pewnym rodzaju związków międzyludzkich . Wystarczy zrobić: KLIK Zapraszam :)

poniedziałek, 30 maja 2016

Na językach.


Dziś chcę się skupić na bohaterach drugiego planu spektaklu naszego życia. Na ludziach, których określa się mianem "blogosławieństwa w przebraniu" (LifeArchitect) To Ci co się tą przysłowiową drzazgą wbijają w wątrobę, czy serce. Zaistnieli, pojawili się na chwilę, krwi utoczyli, dziurki nie zrobili, albo zmasakrowali nas tak słownie, że ledwie się pozbieraliśmy do kupy, a niektóre rany jeszcze krwawią. I odeszli. Po latach nieraz dopiero zrozumiemy, że byli naszym błogosławieństwem, pojawili się, by czegoś nas nauczyć, zahartować, przestrzec... 

Na ciąg dalszy zapraszam tutaj





czwartek, 12 maja 2016

Filozofia STOP i całkiem inne parkowanie.


"Posmutniałam. Tak, nie żyje, kaput, death, tłumaczę mu. Zmartwił się autentycznie. Też posmutniał. I tak chwilę idziemy/ jedziemy w milczeniu. To ten moment, gdy nagle czujesz bliskość z zupełnie obcą osobą. Ten rodzaj międzyludzkiej solidarności. Bez powodu. Nie obliczonej na zysk. Odczuwam wdzięczność, że nie próbuje mnie pocieszać. Po chwili zaczyna mi tłumaczyć jak on bardzo kocha psy. Podnosi koszulkę, na piersi ma wytatuowanego wielkiego buldoga francuskiego. Mówi, że odszedł dwa lata temu. Oczy mu zachodzą łzami. Odkrywa ramię, a tam na bicepsie: poemat poświęcony miłości do psa. Tak przynajmniej wywnioskowałam. 
Aż strach myśleć – co ma na plecach, pomyślałam idiotycznie! "
po resztę tekstu zapraszam na:
http://www.korzeniewska.com/blog/filozofia-stop-i-calkiem-inne-parkowanie

piątek, 22 kwietnia 2016

„Jeżeli Anioły są posłańcami Boga, to zwierzęta – posłańcami Aniołów."



Lata obcowania ze zwierzetami pozwoliły mi ukuć pewną filozofię, według której są to bezwarunkowo najwierniejsze ze stworzeń. Często bardziej wierne niż mąż, żona, rzekomo najlepsza przyjaciółka, siostra czy brat. Bardziej cierpliwe i oddane na miarę swoich psich możliwości. Wiadomo, zakupów za nas nie zrobią, okien nie umyją, ale jak potrafią pocieszyć i jak patrzeć w oczy... Tyle zachwytu, niemego uwielbienia i radości na mój widok nie widziałam nigdy w oczach żadnego mężczyzny! 
​Nie są tak małostkowe jak my ludzie. Tyle serca za michę żarcia! Pokaż mi choć jednego człowieka, który za tak niewiele jest w stanie ofiarować tak wiele. Znasz takiego? Bo ja nie.
I nie obchodzą mnie akademicko-teologiczne spory, na temat: czy psy mają duszę. Moja Ata tchnęła ducha w nasze domostwo. I nastał pełny, żyjący, cudownie niedoskonały dom. Zapoczątkowała erę psów w naszej rodzinie na emigracji. Rozświetliła nasze życie serią barwnych wydarzeń. A później... odeszła.

Na całość posta zapraszam tutaj:


http://www.korzeniewska.com/blog/jezeli-anioly-sa-poslancami-boga-to-zwierzeta-poslancami-aniolow

poniedziałek, 28 marca 2016

Zmiany, zmiany, zmiany...Nowy adres :)

Moi drodzy, witam Was wszystkich bardzo serdecznie i zapraszam na nowy post.
 Od tej pory bedziecie mogli czytać moje posty pod innym adresem. Póki co, bede jeszcze sukcesywnie zaglądać tutaj, by przekierowywać zabłąkanych :)
Oto mój nowy adres:

http://www.korzeniewska.com/blog

Jeśli chcecie być na bieżąco, zachęcam do zapisania się na newsletter

http://www.korzeniewska.com/newsletter.html

Zostancie ze mną proszę :)

Aga Ko


środa, 23 marca 2016

Nie zabiorę Was jesienią do Brukseli.



Poranek wstawał leniwy. Pozwoliliśmy sobie dziś na trochę dłuższe spanie. Nocowała u nas S. Dzieci miały na później do szkoły. Ja z mężem, każdy zaplanował swoje biurowe sprawy w domu. 

Boso, w krótkiej koszulce, z kubkiem kawy witać nieśpiesznie wspaniały, słoneczny wtorkowy poranek - bezcenne.

Rozmowy przy kruszącym się „croissancie”, bagietka na śniadanie z konfiturą fromboise, poranna lektura – takie to wszystko z lekka francuskie, dobra jakość spokojnego życia.  

Dzieci udają się na uczelnię. K. ma odwieźć S. w pobliże metra. Wychodzą.

Siadam do komputera. Na ekranie telefonu pojawia się imię mojej siostry. Nie zdążyłam odebrać, za chwilę dzwoni ponownie. Z lekko spłoszonym sercem odbieram i pierwsza myśl, ktora przychodzi mi do głowy, to taka, że coś z rodzicami nie tak. Poranne, natarczywe telefony nie przynoszą zazwyczaj dobrych wieści.

Siostra z ulgą oddycha słysząc mój głos. Zamach w Brukseli. Terroryści zaatakowali lotnisko w Zaventem, zaledwie kilka kilometrów od nas. Jeździmy nieraz w pobliże pooglądać schodzące do lądowania samoloty. Czasami stamtąd latamy do Polski.

W telwizji słyszę, że zaatakowano również metro Maelbeek. Włos jeży mi się na głowie. W tym kierunku pojechał K. z S. Już nie moge się do nich dodzwonić. Stają mi przed oczami wspomnienia ataków na World Trade Center, a także te ostatnie z Paryża. 

Brak połączenia z wybranym numerem to zły zwiastun. 

Na szczęście kilka trwających wieczność minut przerywa dźwięk dzwonka. Dzieciom udaje się do mnie dodzwonić. Wracają. Bruksela jest już zblokowana niemocą, sparaliżowana strachem i chaosem.

Gdy wszystkie sposoby łączności zawodzą, na wysokości zadania staje znienawidzony przez niektórych Facebook. Ludzie odnajdują się i komunikują na ścianach. Jak podczas wojny, gdy szukano swoich bliskich. Rodzą się społeczne inicjatywy, by organizować transport w określonych dzielnicach. Przecież komunikacja miejska jest sparaliżowana. Wiadomości spływają kropelka po kropelce. Weryfikuję i odchaczam kolejno znajomych. Uff! Są bezpieczni. Niektórzy o mały włos nie znaleźli się w centrum krwawych wydarzeń. Ktoś tego dnia nie pojechał kolejką, bo zaspał, inny był w wysadzonym metrze pół godziny przed wybuchem. Ktoś inny wyjątkowo dziś zamiast metrem wsiadł do autobusu... 

Tym razem się udało... TYM RAZEM? Czy ja to powiedziałam? Czy to nie żałosne, że „tym razem” moim bliskim i mnie udalo się nie zginąć? Czy tak odtąd ma wyglądać nasze życie?

Dzwoni znajoma, czy nie odbiorę jej kuzynki, która przyleciała tego ranka do Brukseli na święta. Miała szczęście, została „tylko” ranna. Z lotniska przewieziono ją wraz z innymi poszkodowanymi do centrum miasteczka Zaventem (podmiejska dzielnica Brukseli, gdzie znajduje się lotnisko) Miejsca w karetkach ustępowano ciężej rannym. Zanim wyruszę z domu, mam informację, że ktoś był bliżej i już odwiózł ją do szpitala. Najbliższy szpital obsługujący ofiary zamachu to akademicki Saint Luc.
Nie nadążam odpowiadać na telefony i wiadomości rodziny i znajomych z całego świata. Czuję, że jesteśmy dla nich ważni. Wszyscy się martwią, więc staram się odpowiedać na bieżąco.

Jednocześnie zaczyna się w mediach, na portalach społecznościowych cały ten łzawo-emocjonalny cyrk na kółkach. Solidarność z poszkodowanymi to piękny gest, ale podejrzewam, że deklaracje typu:”Je suis Bruxelles” nie robią na terrorystach najmniejszego wrażenia. Możemy sobie... pogadać. Celują w tym, jak zwykle politycy. Stroszenie piórek, zapewnienia, kondolencje, sraty-pierdaty.

W piękne papierki owijają rzeczywistość, ci którzy za przysłowiową garść srebrników sprzedali nasze bezpieczeństwo. Bo nie mam najmniejszych wątpliwości, że zaistniałej sytuacji w Europie winni są pazerni politycy. Zachłanni na władzę, wpływy, pieniądze. Ich krótkowzroczność, sprzedajność, nieudolność.

Nasza piękna demokracja, z której tak byliśmy dumni, stała się batem na nasze i naszych dzieci głowy. Ale to nie wystarcza pani Merkel i bandzie jej podobnych. Z pewnością historia kiedyś oceni ich działania. Szkoda tylko, że będzie to nas dużo kosztowało. 

Z demokracją jest jak... z perłami rzucanymi przed wieprze. 

Sorry za to porównanie, ale jest ono według mnie niezwykle trafne. Nie wszystkie społeczeństwa dorosły do tego, by korzystać ze zdobyczy demokracji. Nie poznają się. Nie docenią. Zdepczą, zniszczą, stłamszą. Nie zostanie na kamieniu kamień ze starej cywilizacji. Dlatego trzeba ich izolować. Nie da się ich edukować. To mrzonki naiwnych polityków, ktore niestety się nie sprawdziły. Ile trzeba jeszcze istnień niewinnych ludzi, by ta prawda dotarła do toczonych korupcją i chorą ideologią głów?

Wiem, że nie wszyscy się ze mną zgadzają. I dobrze. Ja też nie muszę się ze wszystkimi zgadzać. Znam ten kraj od ponad dwudziestu lat i niestety pozbyłam się złudzeń.



Pamiętacie szumne hasła polityków i idealistów po zamachach w Paryżu? 

„Udowodnimy, że nie da się nas zastraszyć, że będziemy żyć z godnością, celebrować naszą codzienność, chodzić do teatrów, kina...” CHA-CHA-CHA. Chciałoby się zaśmiać, tylko niestety, nie jest nikomu do śmiechu.

Swoją drogą terroryści muszą mieć świetny ubaw z tych internetowych deklaracji. 

Raz, dwa pokazali nam kto tu rozdaje karty i gdzie jest nasze miejsce. Pozaganiani jak szczury do nor, siedzimy w naszych domach, pozamykano nam metra, tunele, szkoły, uczelnie... Oto nasza wolność. Możemy sobie jedynie popisać na FB, na blogach, na forach...

Tylko politycy mogliby powstrzymać odważnymi i radykalnymi decyzjami to szaleństwo. 

Ale politycy nie jeżdżą metrem. I to nie ich bliskich zasuwa się w plastikowe worki... Oni mają na to wywalone, jak mawiają młodzi.

To, że zamachy będą nie było dla nikogo czymś nieprzewidzianym. Tylko skala i czas nie były nam wiadome. Nie jesteśmy zaskoczeni. Jesteśmy przygnębieni.

Już wiem, że nie zabiorę Was jesienią do Brukseli, choć bardzo tego chciałam... 

Chciałam pokazać Wam piękne, secesyjne kamieniczki – perły tego miasta, wypić z Wami kawę na Grand Placu, pokazać kościoły i dzielnicę eurokratów. Chciałam byście poczuli się tu jak u siebie, bezpiecznie, jak ja do tej pory się czułam...

I nie wierzcie politykom, że wszystko wróci do normy. Nie wróci. Przynajmniej dla tych co stracili dziś życie, lub bliskich. Dla wielkiej polityki to tylko cyferki okupione poprawnymi, krokodylimi łzami. A każda cyferka to czyjeś istnienie, wielkie plany i nadzieje, to powiązany ciąg z innymi ludzkich losów. Po nich, w świadomości ich bliskich zostanie lej jak po bombie. Dosłownie.

Hołd poległym. Hańba politykom.