sobota, 28 listopada 2015

Za mną – człowiek!


Spotkałam człowieka jak to w podróży bywa. W drodze nawiązuje się niezobowiązujące pogawędki by czas szybciej minął. „Mój” człowiek powiedział, że wszystko co w życiu osiągnął, kim jest – zawdzięcza tylko i wyłącznie sobie. Ciężko pracował bez taryfy ulgowej. Opowiedział mi swoją historię. I tak: gdy skończył trzynaście lat, przyuczał go do fachu pewien właściciel niewielkiego zakładu mechanicznego. Mógł tam przychodzić po lekcjach i w międzyczasie wypić kubek gorącego kakao i zjeść kanapkę bo w domu się nie przelewało. Potem zabierał się do pracy, podczas gdy jego koledzy kopali piłę na boisku, albo szli z dziewczynami do kina. Ciotka widząc jego zapał i smykałkę do samochodów, opłaciła mu dalszą naukę.
Ktoś tam jeszcze coś tam pchnął do przodu. Znajomy pomógł załatwić koncesję i pożyczył pieniądze na otwarcie własnego pierwszego biznesu. Musiał ciężko pracować by spłacić długi, zanim zaczął zarabiać na czysto. Ale się udało, dzięki własnej wytrwałości. Dziś jest bogaty i spełniony...
Pod koniec naszej podróży zgodnie uzmysłowiliśmy sobie, że jakkolwiek sukces jest naszym wypracowanym dzieckiem, to hmmm... stoją za nim w jakimś stopniu inni ludzie. Bardziej lub mniej świadomie pomagający nam w drodze do celu...

Choćbyś nie wiem jak ciężko pracował na swój sukces, zawsze był ktoś, kto Ci pomógł w życiu go osiągnąć. Nie żyjesz samotnie na Księżycu. 


Za mną zawsze Człowiek!

Zginęłabym bez ludzi. Ci, co mnie znają, wiedzą, że te słowa w  ustach kogoś takiego jak ja nabierają szczególnego znaczenia. 


Moje wyprawy samolotem do Polski. Za każdym razem są próbą przeżycia w gąszczu złowrogich uwarunkowań. Często zanim przebrnę przez kontrolę celną zdążę dwukrotnie zgubić dokumenty, pobłądzić, zawieruszyć portfel. A jednak... ciągle kocham latać! Czuć tę jedność z przypadkowymi ludźmi na pokładzie, mieć świadomość ciężaru metalowego ptaka podrywającego z lekkością swój nabrzmiały żelastwem brzuch do góry, radować się gdy dotknie ponownie płyty lotniska podskakując na nierównościach. Moje podróżnicze rytuały, z których cieszę się jak głupia. 

Stoję sobie na szaroburej klatce schodowej czekając aż nas wpuszczą do boeinga. Dzwoni mój nieoceniony Anioł Stróż:
"Zapomniałem Ci powiedzieć. Z prawej strony, w górnym rogu na bilecie masz numer siedzenia. 4A, pamiętaj, wchodzisz pierwszym wejściem, miejsce po prawej, przy oknie. Po prawej stronie, przy oknie." - powtarza. Tak, mój mąż pamięta o tym, o czym ja nigdy. Uspokajam go, że przecież nie jestem dzieckiem i... siadam dokładnie po przeciwnej stronie: owszem, przy oknie, ale po lewej. Gdy sobie to uzmysławiam nie szczędzę sobie epitetów: filmowa Alutka, debil, blondyneczka... i odliczając 1-2-3 (torba podręczna, torebka, laptop) "przerzucam się" wraz z tobołkami na przypisane mi miejsce. Uff! Udało się. Dzwonię jeszcze do męża: "Co ja bym bez Ciebie zrobiła?" - mówię ciepło. "A co ja bym bez Ciebie zrobił?"- odpowiada pytaniem.- "Uzupełniamy się" 

Włączam telefon na tryb samolotowy, głęboki oddech i wreszcie luzik. 
Przymykam oczy, odpływam.

"Uwaga, uwaga! Poszukujemy pani Agnieszki Korzeniewskiej. Czy pani AK jest na pokładzie?" Zadowolona, że mnie to nie dotyczy, głębiej wsuwam się w fotel. Jaka ulga, że to nie ja nie zdążyłam na samolot. Zaraz!!! 

Podrywam się, biegnąc do stewardesy potykając się o własne nogi. 
"To ja znalazłem pani kartę pokładową i dowód osobisty"- sympatyczny mężczyzna wychyla się w moją stronę ze swego fotela- "Pewnie się pani jeszcze parę razy w życiu przyda" - uśmiecha się szelmowsko.
"W pewnym sensie uratował mi pan życie!" - wznoszę z wdzięcznością oczy na faceta, a później do nieba. Jako "znaleźne" ofiarowuję mu własną książkę (Staram się zawsze mieć w podręcznej torbie jeden egzemplarz "na wszelki wypadek") Pan jest mile zaskoczony. Prosi o dedykację. 

"Panu Pawłowi na pamiątkę wspólnej, "przypadkowej" podróży Boeingiem 737 w podziękowaniu za znalezienie mego dowodu"

Za mną - człowiek... 

Z lotniska odbiera mnie Jacek. Mąż mojej przyjaciółki (nie lubię tego słowa, bo nie oddaje relacji między mną, a Ewą. Jest "oczywistą oczywistością", że jesteśmy sobie w życiu przypisane, a decyzja o tym zapadła długo wcześniej, zanim każda z nas głośnym płaczem oznajmiła swoje przyjście na ten świat) Jacek nie tylko mnie odbiera z lotniska, ale wziął dwa dni urlopu by czuwać nad moim bezpieczeństwem i gotować obiady (A gotuje świetnie!). Warszawa została postawiona w stan gotowości. Znam dalszy scenariusz. Będą przekazywać sobie mnie teraz sprawnie z rąk do rąk, połączeni jakąs tajemną zmową, abym się gdzieś po drodze nie zawieruszyła i nie zrobiła sobie krzywdy. Otoczona specjalną troską. Bo wszystko się może zdarzyć. Wzrusza mnie ta ofiarność. Jednym słowem:
Za mną - ludzie...
cdn. 





środa, 11 listopada 2015

Mamona.



„Bo to co nas podnieca, to się nazywa kasa, 

a kiedy w kasie forsa, to sukces pierwsza klasa.” 


- Śpiewała kiedyś Maryla Rodowicz 


Często mamy problem ze stosunkiem do pieniędzy. Wykazujemy się wyreżyserowaną noszalancją, by nie posądzono, że jesteśmy ludźmi małostkowymi. Jak to jest, że niektórzy nie dbają o nie, a nigdy ich nim nie brakuje? Inni zaś kurczowo liczą grosz i ciągle czują niedosyt, są ograniczeni ich brakiem?

Zrozumiałam „sekret” dosyć wcześnie w moim życiu, dzięki postawie moich rodziców wobec dóbr materialnych. Ale pozwólcie, że przytoczę pewną historyjkę.
Pewnego razu zbierano pieniądze na biednych. Nieważne gdzie, kto i co. Zamożny członek miejscowej śmietanki skrupulatnie odmierzył kilka monet.
Mógłbyś dorzucić trochę więcej – zażartował stojący z boku kolega – Na biednego nie trafiło!
Znam dobrze wartość pieniądza – odpowiedział zagadnięty – W przeciwieństwie do niektórych, doszedłem do wszystkiego ciężką pracą.
Stojąca dalej kobieta w wytartym, starym palcie wysupłała z portmonetki co miała i dorzuciła do puszki. „Zbieracz” czy może kwestarz spojrzał zdziwiony. Kobieta uśmiechnęła się odgadując jego myśli:  
- Znam dobrze wartość pieniądza. Nieraz mi brakowało do pierwszego. 

Kto z tych dwojga idiotą, a kto realistą?
Wiem, trudno o jednoznaczną ocenę i prawda pewnie leży gdzieś pośrodku.
Ja za nimi obojgiem, powiedziałabym: „Znam wartość pieniądza!”.
I też miałabym rację, mając odmienne od nich doświadczenia życiowe.

Znam lata, chudsze od najchudszej szkapy i obfite jak świąteczny  stół w wielkanocny poranek po odśpiewanym Alleluja .

Ale na szczęście brak lub nadmiar  pieniędzy nigdy nie przygiął mi karku na tyle, bym stała się ich pokorną sługą. Dziękuję Bogu, że jest ich zawsze dokładnie w życiu tyle, ile trzeba. By godnie żyć, lecz bez wody sodowej w głowie.
Nawet pozornie ich brak był zawsze dla mnie doskonałą lekcją. Bez chudych lat, nie wiedziałabym dziś co to znaczy naprawdę żyć. Nie zrewidowałabym swoich postaw. Nie miałabym tej szerokiej perspektywy widzenia spraw. 

Biada temu, kto nie zrozumiał, że stan posiadania, to tylko chwilowy stan rzeczy. Znam takich ludzi.

Pewien mężczyzna tyrał jak wół, chcąc zapewnić przyszłość swoim dzieciom. Myślał, że jest na tyle wszechmocny, że potrafi wszystko przewidzieć i kontrolować. Bóg musiał nieźle umierać ze śmiechu patrząc na niego dobrotliwie ze swoich wysokości. 

Temu mężczyźnie nigdy nie było dość. Jeszcze jeden dom, jeszcze jeden samochód, dla dzieci... W międzyczasie dzieci wyrosły i opuściły biedną chatę, gdzie gnieździły się w jednym pokoju, czekając na te pałace i obecność ojca, Nie doczekawszy się ich, zaczęły wić własne gniazda...

A on? Ciągle nie może znaleźć dobrego terminu by wrócić do rodziny, osiąść i cieszyć się tym co ma – niedokończoną willą marzeń na gruzie marzeń swoich bliskich. Do swojej samotnej, niegdyś pięknej kobiety. Dziś z jej urody zostały wielkie, nasycone smutkiem oczy. A on dalej pracuje jak opętany. Bo ciągle coś trzeba poprawiać i doskonalić, przecież co roku pojawiają się bardziej zaawansowane, wspaniałe technologie... Jakaś koszmarna wizja szczęścia!

Inny mężczyzna, którego znam również pracował jak wół. Gdy go zapytacie, to powie, że robił to dla rodziny. Najzabawniejsze, że Ci wszyscy ludzie, myślą, że ich wyrzeczenia służą najbliższym, podczas gdy oni ... sami wiecie. Mają zupełnie inną wizję rodzinnego szczęścia. 

Stworzył przedsiębiorstwo przewozowe, które rozrosło się do naprawdę wspaniałych rozmiarów. Musiał to wszystko kontrolować. Naprawdę ciężko pracował! Żona co roku nudziła się samotnie na hiszpańskich plażach. Raz dał się namówić by razem pojechać, jednak po dwóch dniach wrócił pierwszym lepszym samolotem do firmy. To ona była jego rodziną, pasją, całym światem. 

Któregoś dnia jego żona odeszła z jedną walizką osobistych rzeczy. Jej mąż do dziś nie może się pozbierać. Największym policzkiem było to, że nic sobą nie zabrała, wyszła jak stała. Nie może wybaczyć, a jeszcze bardziej zrozumieć, że odeszła z gołodupcem bez grosza przy duszy, ale świetnie robiącym cannelloni z sosem beszamelowym, mimo, że nie jest Włochem tylko skromnym pracownikiem stacji benzynowej w Zabrzu.

Ale znam też takich, którzy plują sobie w brodę, bo w kluczowym momencie życia nie było kasy na operację dla matki. Wszystko poszło jak wiatr z kolejnymi kochankami. Haracz nie został złożony. Ciężko żyć z tą świadomością, że mogło się być może uratować czyjeś życie, ale pośrednio przez niefrasobliwość się tego nie zrobiło.

Znów jedna kobieta, którą znam, ma trzy mieszkania, które wynajmuje, ale sama jada na okrągło zapiekanki z podpleśniałego chleba ze starym serem, bo szkoda wyrzucić. I szkoda kupić kawałek nowego.

Pieniądze to klucz. Otwieraja wiele drzwi, bo tak już w życiu jest, że często bogactwo przyciąga bogactwo, a bieda – biedę. 

Używam tego wytrychu, jesli ma służyć otwarciu drogi do szczytnych celów, jeśli ma się komuś pomóc w myśl zasady:

Chcesz pozyskać do swoich celów ludzi bogatych – wyglądaj jak człowiek bogaty. 
Ludzie chętnie łączą się w grupy podobnych sobie. Przeniknij te struktury. Ty też masz misję. Ukierunkuj ich. Pokaż im, że posiadanie może być wartością, o ile może służyć innym.


Ale bądź uważny. Nie ulegnij manipulacji. Czasami ludzie wykazują roszczeniową postawę wobec życia. Na pewno rozpoznasz tych co potrzebują naprawdę, od tych, którym „się należy”. Dla tych drugich nie warto wypruwać żył.

Ile razy w życiu słyszałam takie zdanie o kimś:” A nie może zapłacić, przecież go stać! Jest bogaty!”
I zawsze mnie zdumiewał taki tok myślenia. Nigdy nie oczekiwałam od moich bogatych znajomych, by płacili za moja kolację czy sponsorowali wyjazd, tylko dlatego, że różnimy się stanem posiadania. Chyba nawet byłoby to dla mnie w jakiś sposób uwłaczające. Dlaczego ma mi się należeć taryfa ulgowa, tylko dlatego, że ktoś był ode mnie zdolniejszy, pracowitszy, miał więcej szczęścia lub sprytu? Szanuję swoich zamożniejszych przyjaciół, nie lubię by ktoś czuł się przeze mnie wykorzystywany. Dbam o zdrową równowagę w naszych relacjach. 


Pieniądze wymagają subtelności. Trzeba umieć nimi obdarowywać, bez pogardy; przyjmować, bez zachłanności. 

Zbyt często ich podziałem w świecie, zajmują się ludzie, którym tej subtelności brak.

Niech nigdy brak pieniędzy nie sprawi, że poczujesz się gorszy. A ich posiadanie - niech nie czyni Cię automatycznie lepszym. Życzę Ci, byś z taką samą swobodą poruszał się na salonach, co w slamsach.  Całe bogactwo nosisz w sobie. A pieniądz? To strumień energii. Odkąd to zrozumiałam, doświadczam tego. Pieniądz w dłoniach zachłannych ludzi zamienia się w bezwartościowy, bezduszny papier. Należy go szanować na tyle, na ile zasługuje. I ani o grosz więcej! Jeśli uczynisz go swoim sługą, a nie panem, nigdy nie zaznasz przez niego zniewolenia. I doświadczysz obfitości całego świata. I promise...




sobota, 7 listopada 2015

Inność, która nie boli.




Dziwny jest ten świat – śpiewał Czesław Niemen i w rzeczy samej, świat dziwnością stoi. I dziwakami. Też do nich należę. Czasami ta „inność” mocno mi dokucza, a czasami ją błogosławię. O ile mnie samą wpędza w kompleksy, utrudnia na każdym kroku życie, sprawia, że nieraz czuję się wyobcowana,głupsza, nieporadna, mniej ... roztropna i za mało poważna, to z drugiej strony... Moja dziwna osobowość przyciąga fantastycznych ludzi!
O każdym z nich, Was – mogłaby powstać oddzielna książka. Bo chyba też jesteście „inni”, nietuzinkowi...

Myślę często, że dobrze się dzieje, że posiadamy barwy. Jak jesień, albo tęcza. W przeciwnym wypadku nie byłoby się za kim obejrzeć na ulicy. Ginęlibyśmy w szarości, jednakowi – jak klony. Straszna perspektywa! Brr!

Obejrzałam kilka dni temu film. (Gdy mąż wyjeżdża, oglądam wtedy namiętnie filmy.) Tęsknota mniej dokucza, powtarzam: tęsknota, a nie samotność z powodu bycia samej. Jedyną samotność jaką zdarza mi się odczuwać, to ta – z powodu „inności”. Nawet gdy wokół tłumy ludzi...
No więc ten film... Wybrałam go ze względu na postać głównego bohatera, którą grał Benedict Cumberbath, angielski, zdolny i dobrze wykształcony aktor. A tytuł filmu: „Gra tajemnic”.

Jest to historia niezwykle utalentowanego angielskiego matematyka Alana Turinga, ktory rzekomo złamał kod Enigmy. Piszę, rzekomo, ponieważ treść filmu nijak się ma do prawdy historycznej. Chyba, że o czymś nie wiem, ponieważ przespałam stosowną lekcję historii w ogólniaku. To z kolei absolutnie jest niemożliwe, ponieważ lekcje historii były do uczestniczenia, a nie spania. Moja niezapomniana pani profesor nigdy na to by nie pozwoliła!

Według mojej skromnej wiedzy popartej źródłami historycznymi, tajemnicę Enigmy złamał nie kto inny jak Polak Marian Rejewski i to na długo przed rozpoczęciem II Wojny Światowej. Przez kolejne lata pracował nad tym tematem z grupą kolegów, matematyków jak on.
Oczywiście, Turning łamał Enigmę, ale jej nie złamał. Jednak w ogólnej świadomości zapanowało przekonanie, że to Anglicy dokonali tego wyczynu.
James Callaghan, były premiery Wielkiej Brytanii, mawiał: „Kłamstwo zdąży obiec pół świata, zanim prawda włoży buty”. 

Film oceniam jako mocno średni. I powodem, dla którego o nim w ogóle wspominam są dwa zdania, które utkwiły mi w pamięci i warte są zapamiętania.

„Świat jest nieskończenie lepszym miejscem, właśnie dlatego, że jesteś inny.”

Oraz:

„Czasem to właśnie takie niepozorne osoby osiągają coś, o czym inni tylko mogą pomarzyć”

Kumasz o co chodzi... Wbij sobie te hasła do głowy, wypisz na sztandarach i idź zdobywać świat! Wszystko jeszcze przed Tobą, cokolwiek masz na myśli. Jakikolwiek masz wymarzony szczyt. I nie ważne, w ktorym momencie fałszywej drogi jesteś – zawsze możesz z niej zawrócić, by znaleźć tą prawdziwą. 

Pewien mądry człowiek powiedział mi wczoraj: 

„Nie martw się, że jesteś „inna”. Jeśli masz tego świadomość, to znaczy, że budzisz się do prawdziwego życia. Bądź sobą. To wystarczy.”


Więc się obudziłam i lecę pisać książkę, pa!
Zwłaszcza, że dziś dostałam nową polską klawiaturkę z Polski i od razu wena przyszła (dziękuję Ewciu)






czwartek, 5 listopada 2015

Nie cierpiała moich butów! :)




Nasze życie składa się z serii chwil. A każda z nich jest podróżą do samego końca. Pozwól im odejść. Pozwól im wszystkim odejść. Chwile... wszystkie zgromadzone są w tej jednej... 
Z filmu 'Now is good' na podstawie ksiązki "Zanim umrę" Jenny Downham

To już prawie rok minął?... W listopadowy czas myśli szczególnie mocno krążą wokół nieobecnych. Przeglądam stare wpisy. niektóre z nich domagają się ponownego opublikowania. Nie dlatego, że pomysłów na nowe brak, ale dlatego, że czuję, że tak trzeba... 

Pamiętam dzień, gdy wpadłam na chwilę na bloga do Basi, blogowej bratniej duszy. Przeczytałam jej wpis poświęcony JUDYCIE. Przeczytałam i wyszłam nie pozostawiając śladu. Jeszcze nie mogłam. Komentarz zawisł gdzieś między gulą w gardle, a kroplą atramentu. 

Plączę się już jakiś czas po blogosferze. To tutaj wdepnę, to tam sie zatrzymam, gdzie indziej przytknę ucho, przy niejednym zdjęciu serce mocniej mi zabije. Mam swoje stałe blogowe sympatie. Odwiedziny u niektórych to codzienna rutyna. Innych odwiedzam rzadziej. Są tacy co wpadam do nich gdy porządnie się stęsknię, ale za to od deski do deski nadrabiam zaległości, bywa, że zasiedzę się nieprzyzwoicie przy gościnnej wirtualnej herbatce. Czasami aż do rana... Wyjątkowe blogi zostawiam sobie na deser. Jeszcze do innych wpadam na skróty, szybko, na jednej nodze. Niektórzy są przyczyną wypieków na mojej twarzy, innych po prostu dobrze się czyta. Wzruszają, bawią, zastanawiają.

Mam pewien niezawodny klucz do ulubionych blogów. Biorę je na warsztat z kubkiem parującej kawy lub pomarańczowo-cynamonowej herbaty. I czytam od deski do deski - o bożym świecie zapominając! Dużo się zmienia u moich wirtualnych przyjaciół podczas mojej nieobecności. Niezmienna jest tylko pewność, że zawsze po prostu są.

A do Niej zwyczajnie nie zdążyłam... Przeoczyłam... I mam o to do siebie pretensję.
Po jej postach nic nie wskazywało, że jest AŻ TAK źle. Że dni są policzone. Nie skarżyła się. Ta Jej pogoda ducha mnie zmyliła. Do ostatniej chwili karmiła nas słowem, ogrzewała dusze, promieniała pogodzona z odchodzeniem. Dyskretna... Kobieta z klasą... Stąd żyłam iluzją, że czas rozstania jest jeszcze daleki... 

zdjęcie pochodzi z bloga Judyty "La vie est belle i ja też"
JUDYTA. Autorka bloga"La vie est belle i ja też". Nietypowa zakonnica. Przychodziły do niej osoby o różnych światopoglądach: wierzący i nie. Pisała lekko i dowcipnie o rzeczach ciężkiej wagi. Aż chciało się spijać słowa z jej ust! 

Na ostatnim zdjęciu wśród rozpromienionych współsióstr jej wymęczona, szara twarz. Teraz to już nasz człowiek po tamtej stronie... Po tej została pustka i jej słowa błąkające się po wsze czasy w przestrzeni. Coraz bardziej lubię internet... 
Pisała o prostych i wielkich rzeczach. Mimochodem przemycała ważne życiowe treści. Nie prawiła morałów, a dla wielu z nas świeciła przykładem. Uśmiecham się przez łzy. Pamiętam jej zabawne komentarze. Pamiętam, że nie cierpiała szczerze moich ciężkich buciorów. Wolała mnie w bardziej kobiecym wydaniu. Za to namiętnie podkochiwała się w torebkach. 



Czasami boję się, że pewnego dnia was zgubię, że stracę, pomylę drogę. Że nikt mi nie odkliknie i nie zapuka. Bo przecież to tylko zabawa, żart, iluzja. Prawdziwe życie jest tam, po drugiej stronie. Po tej stronie łatwiej byę szczerym, otwartym, łatwiej zawierać przyjaźnie bo one nie wymagają kontynuacji. Można być kim się chce. Można wykreować swoją rzeczywistość, przyszłość lub przeszłość. Utkać nić porozumienia z obcym człowiekiem. I uwierzyć, że łatwiej go zrozumieć niż siedzącą w sąsiednim pokoju żonę czy męża. W sieci każdy może napisać swoją historię. 

Coraz więcej jest drzwi, do których pukam na próżno. Za nimi cisza i pustka, a wirtualny ogród pełen niegdyś pachnących róż porasta bezradnie chwastami.


I gdy tak staję zawiedziona przed zamnkniętą dla mnie cyberprzestrzenią, robi mi się jakoś dziwnie nieporadnie... Jakby dobry znajomy przepadł bez wieści, wyjechał bez pożegnania.   Chcę gorąco wierzyć, że powody zniknięcia są banalne, błahe. Może znudziło się komuś blogowanie, może dostał awans i nie ma czasu na zabawę, może ma inną pasję... Albo inne, ważniejsze życiowe sprawy zmieniły priorytety.


Każdy ma inne motywy istnienia w sieci. Jedni mają potrzebę gadulstwa, lubią pomędrkować i krótko mówiąc, od zawsze żyli słowem pisanym (tyle, że niegdyś w papierowych nośnikach pamięci, czyli zeszytach). I lubią poznawać barwnych ludzi. Należę do tej grupy. Inni chcą spędzić wesoło czas, może nawiązać wartościowe relationships. Są tacy, co w sieci szukają partnera i tacy co chcą złowić męża lub żonę, zarobić pieniądze, rozpowszechnić jakąś ideę. Inni jeszcze tracą czas na wojenki na słowa, kręci ich, gdy jest ostro, gdy można być w opozycji do reszty świata. A są tacy, co nic nie szukają, dzielą się swoimi pasjami, radością, myślami. Są blogi pisane z nudów i profesjonalne. Każdy miał kiedyś swój początek. Narodził się z jakiejś myśli. 



Proszę, nie odchodź bez pożegnania, bo zdążyłam się przywiązać i będę się głupio martwić, że nie zdążyłam, że byłam za mało uważna...

niedziela, 1 listopada 2015

Niech żyje bal!





Ten tekst pojawił się na blogu trzy lata temu. Ale uznałam za potrzebne, by trochę zmodyfikowany, ujrzał ponownie światło dzienne w tym szczególnym czasie...  Tak jakoś czuję, a na czucie nie ma rady...

Znowu listopad i Wszystkich Świętych. Myśli na wzór stada czarnych, cmentarnych kruków zaczynają krążyć wokół tych, których kochaliśmy, nienawidziliśmy, lub ledwie znaliśmy. I zdziwienie, że aż tyle ich już jest po tamtej stronie. A nam ciągle orkiestra gra...

W ten dzień, o ile to możliwe staram się być w naszym miasteczku. Wracam tam ze świata, choćby na krótko. Chłód poranka, zapach zniczy i hortensji. Zapach życia i śmierci. Jeszcze tylko małe miasteczka zachowały to misterium przemijania. Paradoksalnie ta namacalna obecność śmierci daje mi poczucie życia.  

Chciałam wam opowiedzieć o śmierci. Takiej normalnej, jak być powinna. Nie w torturach, nie za zakrętem drogi, nie przedwczesnej. Takiej zwykłej, ze starości... Chociaż kult młodości  zepchnął umieranie na margines życia. Dosłownie. 

Nie chcemy się starzeć, a tym bardziej umierać.

Wypełniacze zmarszczek i botoksy na krótką chwilę zagłuszają lęk. Ale nie na długo. Koniecznie chcemy odchodzić ładnie, mimochodem, gdyby to było możliwe - opuszczalibyśmy życie po angielsku, niezauważeni, żeby broń Boże – nie psuć humoru tym co się jeszcze bawią na balu.

Czy można o śmierci mówić pogodnie?
Zapytajcie o to Oskara, tego od Pani Róży. Dzieci tak prosto, bez znieczulenia oswajają sytuacje, które dla dorosłych są nie do przeskoczenia.

Dla mnie zaś lekcji zaprzyjaźnienia się z tym tematem udzieliła wiele lat temu pewna staruszka.  Miałam szczęście być jej siostrzenicą.

Prosta, wiejska kobieta, nie posiadająca żadnego dyplomu wyższej uczelni.
A jednak,  niejednego specjalistę od spraw ostatecznych i tych doczesnych też,  mogłaby wiele nauczyć.

Skąd czerpała tę mądrość? Nie wiem.
Może z tysięcy przeczytanych książek podczas bezsennych nocy? 
Może sama z siebie? Może przyszła już z tą wiedzą na świat?
Może trzeba było stracić kogoś najważniejszego w życiu: ciało z ciała, krew z krwi, by zmienić perspektywę postrzegania życia? I zacząć dostrzegać to, czego nie widzą inni? Stać się mędrcem? Nie potrafię dziś wam na to odpowiedzieć...


Pewnego dnia zdecydowaliśmy się zabrać ją do naszego - małego wówczas mieszkanka w bloku. Patrzono na nas z dezaprobatą. Jak możemy robić coś takiego swemu dziecku. Doradzano nam szeptem dom opieki. W związku z zaistniałą sytuacją nasz, wówczas sześcioletni syn musiał odstąpić swój pokój starej cioci, a sypiać z nami w drugim - pełniącym jednocześnie rolę salonu, jadalni i sypialni. Tak dobrze wszystkim znane polskie realia.

Wyrodni rodzice, bez wyobraźni, pozbawiający dzieciństwa swego jedynego dziecka…
Będzie patrzyło na umierającą ciotkę.
Okrutne? Prawdziwe.

A ja instynktownie czułam, że to najlepsza z moich życiowych decyzji…
Najlepsza z inwestycji w rozwój mego synka. Choć nie potrafiłam tego wytłumaczyć w racjonalny sposób.

Wkrótce okazało się, jak bardzo miałam rację.

Tracąc odrobinę przestrzeni maluch zyskał znacznie więcej: 

poczucie ciągłości pokoleń, bezpieczeństwo, przyjaciela i powiernika, 

który z największym szacunkiem i jednocześnie mądrym dystansem 

słuchał śmiertelnie poważnych dziecięcych problemów. My młodzi rodzice, sami wiecie... brakuje nam cierpliwości, czasu, uwagi. Choć często zdaje nam się, że wszystkie rozumy pozjadaliśmy i nikt nas nie będzie pouczał jak wychowywać własne dzieci. Ona nie pouczała. Zwyczajnie, uważnie była.



Długie, wieczorne rozmowy przy wspólnej grze w warcaby ukształtowały pierwsze świadome spojrzenie mego dziecka na świat. Jego pierwszy światopogląd.


Często przysłuchiwałam się tym dyskusjom przez uchylone drzwi. Niekończące się egzystencjalne pytania i cierpliwe, wyczerpujące odpowiedzi. Nie potrafiłabym poradzić sobie lepiej! 

Wobec niektórych dziecięcych pytań, wszystkie przeczytane przeze mnie psychologiczne podręczniki nadawały się psu na budę...


Niełatwo jest mówić uczciwie o trudnych rzeczach.

Bez unikania prawdy, ale też bez odzierania świata z jego piękna i poezji. Ona jakimś dziwnym szóstym zmysłem mówiła tylko tyle ile trzeba, nie za dużo, nie za mało. Umiała zatrzymać się dokładnie w porę: powiedzieć niepopularną prawde i jednocześnie nie urazić.

Zaczęłyśmy smakować nasze wspólne życie pod jednym dachem jak najlepszy kawał tortu! Uczyć się siebie nawzajem. Dwie kobiety i dziecko.  (Mój mąż często wyjeżdżał). Dobra okazja by się poznać, w sumie byłyśmy sobie obce.

Najpierw byłam zbyt mała, by  cokolwiek rozumieć z jej życia pełnego bólu i zranień. Rodzice chronili mnie przed tą mroczną, rodzinną historią. Później na długo świat się o mnie upomniał. Dałam mu się porwać i uwieść. Zwrócił mnie ukształtowaną, dojrzałą mentalnie, choć wiekiem ciągle młodą kobietą. Przypatrywałam się mojej ciotce uważnie i... z zachwytem! Była tak cudownie zorganizowana, asertywna, taktowna, dyplomatyczna. Dumna i niezależna. Rzadko idąca na kompromisy. Byłam jej przeciwieństwem, a może... tak tylko mi się wydawało.

Wielką frajdę sprawiało nam wzajemne obdarowywanie. Nie, nie chodzi tu o rzeczy. Gdy po raz pierwszy od lat jadła śniadanie w towarzystwie, innym niż własne, gdy planowałyśmy obiady, gdy oglądałyśmy wspólnie filmy, gdy przypilnowała mi dziecka, gdy musiałam zostać dłużej w pracy. Po prostu: banalne celebrowanie codzienności. Cieszyła się dawno utraconym rodzinnym życiem. A teraz na dodatek dostała w bonusie od losu córkę i syna w jednym. (Kochała mego męża jak własne dziecko.) I najważniejsze: wnuczka! Ja zyskałam podporę i punkt odniesienia. Mój synek otrzymał najpiękniejszą lekcję tolerancji i wrażliwości. Wszyscy byli bardzo happy.

Ale niestety, tej opowieści nie można podsumować:”żyli długo i szczęśliwie”. Nie ma ona pięknego zakończenia. Wkrótce zaczęły się przysłowiowe schody.

Umierała brzydko. Rak. Banalnie. Gasła w oczach.

Zaczęły się pampersy, nocne robienie zastrzyków.
Upokorzone niemocą i brzydotą choroby ciało, od którego wzrok odwracał wzrok,  budziło litość. Nawet gdy wymykało się woli ducha to do końca była zdyscyplinowaną, wymagającą w stosunku do siebie i otoczenia. Taka przedwojenna kindersztuba. Pozostać w pamięci bliskich dumną kobietą. Wymagała. Egzekwowała. Nikomu, z sobą na czele nie dawała taryfy ulgowej. Nie cierpiała ckliwości. Mam to po niej. Chowam swoją wrażliwość głęboko i nic mnie tak nie upokarza jak moje przy kimś własne łzy.

Rzadko mówiła o sobie. Kiedyś raz tylko, gdy zginął znajomy, młody chłopak, schwyciła mnie swoją kościstą dłonią za nadgarstek i powiedziała z mocą:
„Nigdy nie wierz, gdy ktoś Ci mówi, że mija czas i zabliźnia rany. Są rany co otwierają się  co noc i nie ma takiego czasu co mógłby je zabliznić...” Po jej pooranej zmarszczkami twarzy spłynęła jedna udręczona łza.

Śmierć traktowała jak ekscytującą ostatnią podróż, przejście, spotkanie. Była duchem bardziej tam, niż tu. Choć do końca nie wiadomo co jest za tymi drzwiami, nie czuła lęku. Była przygotowana. Żyła dobrze. Pielęgnowała prostotę. Nie musiała się niczego wstydzić. Wszystkie sprawy zapięła na ostatni guzik.

Kierowała się w życiu kilkoma elementarnymi zasadami. Im prościej, tym lepiej. Wyprzedziła trochę swoje czasy, bo moda na minimalizm, wybuchła z impetem długo po jej śmierci. Jej słabnące ciało było pewną niedogodnością jak znoszone uwierające ubranie, 

które chciała wkrótce z siebie zrzucić. Ale umysł był pogodny. Nasz dom NIGDY nie był smutny. 



Może to zabrzmi makabrycznie,(ale wierz mi, że tak nie było): 
lubiła planować swój pogrzeb. 

Przy filiżance porannej kawy, rozpoczynała swój ulubiony temat:
„To gdzie kochanie POSTAWIMY trumnę? „



Przygryzając ciasteczko, udzielała mi szczegółowych instrukcji. 

Jakie mają być kwiaty, trumna - najprostsza, bo przecież tam gdzie idzie nie potrzebuje blichtru.  

Dolewając kawy, spierałyśmy się o detale, zmieniałyśmy decyzje. A czas się zbliżał nieuchronnie... Obie zdawałyśmy sobie z tego sprawę...


Z nastaniem jesieni nasze rozmowy przy kuchennym stole , gęstniały, intensywniały, nabierały ciężaru, przechodziły w konspiracyjny szept. Pamiętaj... Pamiętam... Uspokajająco kładłam jej rękę na ramieniu. Gdy, dokuczliwy ból tracił na sile, nasz dom na nowo rozbrzmiewał perlistym śmiechem i żartami. Jakby śmierć wcale nie ostrzyła kosy za rogiem.

W początku grudnia gęsty śnieg otulił grubą kołdrą ziemię. Gdy wracałam do domu widziałam w oknie jej nieruchomą postać. Siedziała tak godzinami patrząc na przyblokowy parking. Tego roku Wigilia była szczególnie uroczysta. Wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę z jej powagi. Ciocia uparła się wyśpiewać wszystkie znane sobie kolędy. Jej głos nie znosił sprzeciwu. W końcu był to jej solowy śpiew, a my siedzieliśmy jak niepyszni, nie wiedząc jak się zachować wobec tak nietypowego pożegnania. Później czule obejmowała nas wszystkich wzrokiem. Najdłużej zatrzymała się na osobie naszego syna. Jej oczy na chwilę nabrały wilgotnego blasku.  Za chwilę przywoła się do porządku, strzepując niepotrzebną, bezradną czułość.

Wiosna przyniosła ze sobą ciepło, ale nie nadzieję. Na słup wysokiego napięcia naprzeciw naszych okien powróciły bociany. Gorzej było z wolą życia, która nieubłaganie gasła jak dopalająca się świeca. Nasz próg przestąpił nieproszony gość. Na imię było mu Przygnębienie.

Nasza ciocia wkrótce zaczęła wymagać specjalistycznej opieki.
Nie miałam odpowiednich medycznych środków by zadbać o nią należycie w domu. By uśmierzać ból, który bezwstydnie zaczął się upraszać o swoje. Nasze życie przeniosło się do szpitala. Dosłownie. Bez praktycznej pomocy moich bliskich, ciężko byłoby mi to ogarnąć. Bez fachowej pomocy kolegi, który z racji swego zawodu opiekował się moją ciocią. Bez pań salowych, które memu zmęczonemu dziecku wciskały w rękę słodką drożdżówkę na szpitalnym korytarzu...


Dom stał się hotelem do zregenerowania sił po krótkich nocach. Bez niej był trochę obcy. Już nikt z nas nie pamiętał jak wcześniej wyglądało nasze życie. Ona, jak kapitan tonącego statku, do końca czuwała nad wszystkim.
Przerażała i irytowała moją mamę, a swoją siostrę powtarzając z uporem,
że będzie z nami tylko do maja.  Jak można być tak noszalancko pewnym daty
swojej śmierci! 

Siłą woli rozstała się z życiem pierwszego dnia tego pięknego miesiąca... 



Czekała cierpliwie, aż wrócę z ważnego wyjazdu. Bo przecież obiecałam, że wrócę. A ona obiecała, że bez pożegnania nie odejdzie. To naintymniejsze, wspólne chwile, które dane nam było przeżyć... Myślałam, że usnęła wymęczona nierówną walką. Ciągle wydawało mi się, że leciutko oddycha. Dziś uśmiecham się, myśląc jak byłam naiwna. Ale w końcu po raz pierwszy byłam obecna przy śmierci i nie miałam pojęcia, że życie tak mało spektakularnie opuszcza ciało. Odeszłam na paluszkach by jej nie zbudzić...



Na przestrzeni życia, żegnałam jeszcze wielu przyjaciół. Różnych narodowości, wyznań, poglądów. Wierzących i ateistów. Zawsze z przeświadczeniem, że dany nam był kawałek wspólnej, fascynującej podróży. Z uczuciem niedosytu, że nie w porę. Nigdy nie jest odpowiednia pora…

Tutaj też mam „swoje” groby, swoich ludzi z tego miasta. Czuję ich obecność gdzieś tam w tyle głowy. Gadam z nimi gdy jadę rano do roboty. Mój samochód wysłuchał wiele dziwacznych rozmów, był świadkiem cudacznych z punktu widzenia rozumu zachowań. Jutro ich wszystkich odwiedzę tutaj, z daleka od domu. Przegarnę dywan złotych liści z marmurowych płyt. Odcisnę ślad mojej samotnej obecności. Prawdopodobnie znów będę jedyną żyjącą na ich grobach, choć co roku łudzę się, że spotkam tam ich dzieci, wnuków, kuzynów. Zapominam, że wiara w życie po życiu urąga ich inteligencji. I chyba pamięci też.