środa, 30 września 2015

Codzienność, która nie przytłacza.


Dziś przynoszę wam garść luźnych refleksji dotyczących miejsca i szerzej – kraju, w którym mieszkam. Tak „od Sasa do lasa”, co mi do głowy przychodzi jadąc z pracy do domu, co gdzieś zasłyszę, czy zobaczę.



Belgijska Brugia znalazła się na piątym miejscu w rankingu  Condé Nast Travel   (nowojorski magazyn dla globtrotterów) na najbardziej przyjazne miasta na świecie.  Z dumą obwieszczam, że Brugię wyprzedził o jedno miejsce Kraków, ale o tym innym razem. Ostatnio byłam w Brugii z Różą i RR. Myślę, że podzielają zdanie Condé Nast Travel, ale zapytajcie ich sami.


Zawsze narzekałam na warszawskie korki w godzinach szczytu, a tu proszę! Wyczytałam w brukselskiej „Gazetce”, że Bruksela przebija nawet Warszawę jeśli chodzi o zakorokowanie. (Cudze chwalicie, swego nie znacie...) Przebija także inne miasta!. Jeśli wierzyć najnowszym rankingom, stolica Belgii jest najbardziej zakorkowaną stolicą Europy po Londynie. W świetle danych całkiem logiczna i jak najbardziej pożądana wydaje się moda na rowery i wyłączanie z ruchu kołowego centrów miast. A jeśli już stoisz w kilkugodzinnym korku samochodowym, dobrze przynajmnej mieć w zanadrzu jakiegoś audiobooka.


Moja wiejska, flandryjska codzienność zadziwia mnie i fascynuje.  Z jednej strony sielsko, anielsko, zaściankowo (spójrz na zdjęcie powyżej) A z drugiej strony... Zastanawiamy się z mężem, jak to się dzieje, że w tak małej wsi  mają rację bytu kawiarnie, restauracje, bilardy... Kiedy zdaje się, że wszyscy w weekend „walą” do Brukseli, oddalonej zaledwie 5 minut autostradą...
O co tu chodzi?

I jeszcze, w każdej najmniejszej dziurze - solidne boisko (na którym ciągle rozgrywa się jakieś mecze), kort tenisowy, basen. Wiem, są bogatsi, mogą sobie pozwolić. Ale...Czy tylko o różnicę w stopie życiowej tu chodzi, czy może o mentalność? 
Pamiętam w moim polskim miasteczku, już wiele lat temu był ponoć sponsor budowy basenu, który chciał wyłożyć własne pieniądze, ale wyglądało na to, że chyba basen nikomu nie był potrzebny, zabrakło zgodnych decyzji. Sponsor wycofał się, a dzieci i chorzy na kręgosłup jeżdźą na zajęcia w wodzie kilkadziesiąt kilometrów...



Zdziwień jest więcej. Idę do lasu w mojej miejscowości. Las (nie park) jest poprzecinany licznymi dróżkami dla rowerzystów, koni, ludzi z psami. W leśnej gęstwinie dostrzegam... instalacje artystyczne. 



Ręczę, że u nas by długo nie ustały między drzewami. Zostałyby zniszczone, zabrane do własnego ogródka, rozkradzione... Tutaj nikomu do głowy takie zachowanie nie przychodzi!


Co jakiś czas idziemy z psami na inny skraj brzozowego lasku, na wielką łąkę, gdzie wszyscy mieszkańcy przychodzą z psami by je „przegonić”, pobawić się z nimi, potrenować. Ulubionym zajęciem (nie tylko moich) czworonogów jest aportowanie tenisowej piłeczki. Tkwią one sobie na drzewie. Nie wiadomo, kto je tam zostawił. 




Można je „wypożyczyć”, porzucać psu i odłożyć w to samo miejsce na drzewie by inni też mogli skorzystać. Myślę, że u nas bezwiednie powędrowałyby do kieszeni, bo w domu też mogą się przydać.

Dopełnieniem mojej belgijskiej codzienności są budy z frytami. „Spagetti belge” jak niektórzy nazywają je żartobliwie jest narodowym dobrem Belgii jak czekoladki, piwo i sikający chłopczyk .  W każdej najmniejszej miejscowości, stoją budki z frytkami zorganizowane w formie małych barów. Z nastaniem zmierzchu zaczyna się ich oblężenie!
Najczęściej są brane na wynos i pożerane ze smakiem przez całą rodzinę w domu przed telewizorem. Najchętniej z dużą ilością majonezu, popijane coca colą lub... piwem.  Ale o dziwo, Belgijki nie należą wcale do najgrubszych kobiet w Europie.


Innym pozytywnym, aczkolwiek z początku trochę dla mnie egzotycznym zjawiskiem są budki samoobsługowe. . (Cały czas mówię o brukselskich peryferiach, zaświatach cywilizacji, można powiedzieć)  Automaty z chlebem i ziemniakami, oraz miodem, rozstawione czasami, można powiedzieć w szczerym polu,  – to udogodnienie, które cieszy mnie niezmiernie. Zwłaszcza, gdy sklepy zamykane są o 19.00, a nocnych marketów jak na lekarstwo. I bardzo dobrze! 
Gdy byłam w Polsce i wiedziałam, że mogę spełniać swoje zakupowe kaprysy prawie 24/24, bardzo mnie to rozleniwiało i sprawiało, że trwoniłam czas łażąc bez większej potrzeby po sklepach niedzielami. Teraz – pełna asceza i samodyscyplina. 
Świadomość tego, że muszę zakupowo zmieścić się w tygodniu i to nie bynajmniej do 22.00, ale 20.00 lub maksymalnie (w piątki) do 21.00 (mówię o supermarketach, nie „schoppingach”, zamykanych już o 19.00) świadomiej i wartościowiej wykorzystuję swój wolny czas. 

Więc takie budki z chlebem są bardzo w porzo. 
No bo jak jest chleb, i do chleba miód, to cóz więcej trzeba? Da się przeżyć do poniedziałku!





niedziela, 27 września 2015

Księżniczka Luiza. Rocznik 1858.


Księżniczka Luiza.  Rocznik 1858.

Zaprzyjaźniłam się z tą smutną postacią. Jadąc codziennie do pracy, przecinam jedną z najbardziej prestiżowych alei w Brukseli noszącą właśnie jej imię. Kiedyś mieszkałam w sąsiedztwie Avenue Louise. Polubiłam tę nieszczęśliwą i zdesperowaną pannę, na życiu której bolesnym piętnem odcisnęła się podła osobowość jej ojca, o którym Mark Twain napisał, że „był chciwym, pazernym, zachłannym, cynicznym, żądnym krwi capem”.

Leopold II, bo o nim mowa, wobec najbliższych miał serce z kamienia. Za to dla swoich kochanek potrafił być niezwykle hojny. Z jego wielkiej fortuny córki, ani żona nie dostały ani grosza. Dzieciom zakazał uczestnictwa w pogrzebie własnej matki. Nawet na własnym łożu śmierci był nieprzejednany. Nie chciał widzieć własnych córek. Ich losy nie są historiami z happy endem, z wyjątkiem Klementyny, która jednak na zrealizowanie miłości życia czekała z uporem dwadzieścia lat. Jej jednej się udało! Pójdź za linkiem. Tutaj druga część jej losów.


Aleja Luizy jest prawie trzykilometrową, jedną z głównych arterii komunikacyjnych miasta. Łączy Place Louise z Bois de la Cambre, dzieląc dzielnicę Ixelles na pół. Była najbardziej arystokratyczną promenadą Brukseli na przełomie XIX i XX wieku. Na przestrzeni lat zmieniła swój charakter, głównie w następstwie budowy czterech tuneli. Znam ją na wylot, poczynając od Placu Luizy z jej wielkomiejskim charakterem, i dalej na południowy wschód. W 1900 roku obsadzono ją podwójnym rzędem kasztanowców, co sprawia, że jest jedną z najbardziej zielonych ulic w tym mieście.



Ale cofnijmy się na chwilę do XIX wieku...

La Princesse Louise de Belgique, nie ma łatwego życia, jak i pozostałe księżniczki  w tym zdawałoby się przeklętym pałacu w Laken (Laeken). Traktowana jak powietrze przez swego ojca, zostaje w wieku 17 lat wydana za mąż za księcia Philippe de Saxe-Cobourg, z którym ma dwójkę dzieci. Brak jakiegokolwiek ciepła ze strony męża, miłości i zainteresowania rekompensuje wystawnym życiem w Wiedniu. Z premedytacją, desperacko pogrąża się w długach. Reakcją męża i rodziny jest internowanie jej i zamknięcie w klinice. Po wyjściu na wolność, dalej prowadzi życie ponad stan, w którym się zatraca. Ale wtedy nie jest już sama. Wreszcie czuje się kochana. W Wiedniu poznaje i wdaje się w romans z hrabią Gezą Mattachich, porucznikiem w chorwackim pułku armii austriackiej. To prawdopodobnie najpiekniejszy okres życia Luizy, która stawia wszystko na jedną kartę. Ucieka z ukochanym i córką Dorotą, żyjąc po trosze we Francji i innych państwach Europy. Taki skandal! Księciu Filipowi trudno przełknąć tę zniewagę i upokorzenie. Wyzywa rywala na pojedynek, w którym zostaje ranny. Niełatwo się wygrywa z zawodowym żołnierzem, nawet jeśli jest się księciem. Ucieka się zatem do innych środków. Pod pretekstem fałszywych oskarżeń hrabia Mattachich zostaje aresztowany i skazany na cztery lata więzienia.


Luiza czeka na niego wiernie. Jej ukochany zostaje oczyszczony z zarzutów i żyją razem do jego śmierci w Paryżu. Rozwód Luizy z Filipem zajął osiem lat jej życia. To i tak mało zważywszy na to, że znam kogoś, kto rozwodził się z żoną 11 lat w XX wieku. (To taka mała dygresja na temat opieszałości sądów.)

Luiza, samotna i zrujnowana finansowo dokończyła swego żywota w Wiesbaden. Oto jej bardzo skromny grób.

http://www.noblesseetroyautes.com/2012/05/la-tombe-de-la-princesse-louise-de-belgique-a-wiesbaden/

Czy żałowała swego wyboru?

Nie sądzę. To przecież nie ilość przeżytych lat liczy się w naszym życiu, lecz ilość i jakość życia w przeżytych latach...

wtorek, 22 września 2015

Róża w Brukseli.



Spotkałam Różę w Brukseli, tak jak było to zaplanowane wiele miesięcy temu. I nie wiem co powiedzieć. Gdybyście zapytali jakie uczucie towarzyszyło temu spotkaniu to powiem: zdziwienie.



Zdziwienie - ponieważ ja już ją znałam! Znałam  na długo przed tym, zanim zobaczyłam elegancką parę kapeluszników pod brukselskim apartamentowcem w dzielnicy Saint Gilles niedaleko słynnej Rue Jourdan, miejsca znanego całej brukselskiej Polonii. 


Fizyczna obecność Róży była dopełnieniem wizerunku jaki sobie wykreowałam na podstawie jej bloga, komentarzy, rozmów na skype... Wszystko było takie naturalne i spójne. Róża tembrem głosu, spojrzeniem, uśmiechem nadała trójwymiarowości moim wyobrażeniom o niej samej. Przebieg spotkania wymknął się moim wcześniejszym planom. Nastawiłam się ambitnie na intensywne zwiedzanie: Bruksela i Brugia w pigułce. Wszystko jednak wzięło w łeb! Zwyciężył głód rozmów. Nie mogłyśmy się nagadać zwłaszcza że mamy podobne plany, marzenia, dążenia. Zwłaszcza, że mój czas dla nich był limitowany. Chaotycznie skacząc z tematu na temat, jedna zaczynając - druga kończąc zdanie, w międzyczasie próbowałyśmy: ja pokazać, a Ona - zapamiętać coś  z oglądanych miejsc. 

Współtowarzysze naszego spotkania wykazali nie lada wyrozumiałość. Chwała im za to!


Państwo R & R wynajęli apartament w dzielnicy z której rozpoczęłam wędrówkę po Brukseli dwadzieścia lat temu. Miało to dla mnie sentymentalny i symboliczny wymiar.
Róża i jej partner okazali się naturalnie ciepłymi ludźmi. Z R. odkryliśmy, że mamy podobne upodobania kulinarne. Żałuję, że mój mąż nie mógł nam towarzyszyć. Jestem pewna, że obaj panowie znaleźliby wspólny mianownik rozmów.
Grzechem byłoby nie wspomnieć, że Róża jest piękną kapeluszniczką. Jej głowa, jak rzadko która stworzona jest do noszenia tego typu nakryć. To ciekawa dziewczyna ( tak, tak podtrzymuję określenie "dziewczyna"), która udowadnia, że (nawiązując do nazwy jej bloga), dojrzałe jest nie tylko pyszne, ale również młodzieńcze, odważne, nienasycone, pociągające, ciekawe świata. Jakby stało się dopiero u progu wspaniałej przygody zwanej życiem. To inspirujące patrzeć na kogoś i słuchać,  o takim pozytywnym nastawieniu do życia!



Róża i R. obalili kilka moich stereotypów na temat Belgii,twierdząc, że: 

1) Bruksela jest czysta, dużo czyściejsza od Londynu.
2) Więcej jest tu zadbanych i szczupłych kobiet. 

Cóż, przyjemnie kiedy przyjezdni uświadamiają ci takie rzeczy. Zaczynasz inaczej postrzegać otaczającą rzeczywistość.

Wszystko co dobre szybko się kończy. Na nasze krótkie spotkanie też przyszedł kres. Ale nie jestem smutna. Mam dziwną pewność, że takie osoby jak Róża były, są i będą gdzieś tam w moim życiu. Tak po prostu. Jak moja brukselska Nika i inne wartościowi ludzie, którzy dzięki wspólnej pasji lub dziwnym kolejom losu zaistnieli w mojej rzeczywistości.


Bardzo żałuję, że nie mogłam poświęcić im wiecej czasu, z drugiej strony cieszę się że choć tyle... Piszę te słowa w łóżku i gorączce, trzymając w dłoniach angielski kubek z parującą herbatą - pamiątka od Róży. Powaliła mnie angina. Z tego co wiem, Róża również z nią się zmaga. Takie drobne niedogodności dnia codziennego. 
Ale trzeba być twardym, przed nami nowe wyzwania.
I to już w najbliższej przyszłości.
Bądźcie ze mną proszę! 



wtorek, 15 września 2015

Uważna obecność.

Nadeszła. Jak co roku sławię jej uroki. Po swojemu. Na kolorowo, mgliście, rozmarzenie i z nadzieją na ogromne zmiany. Wyhamowuję, choć nie jest łatwo. Z niecierpliwością czekam na przyjęcie Zosi - studentki z Polski, przyjazd Róży do Brukseli i szykuję swój wyjazd do Polski. A jest co szykować! Poza tym przeprowadzka w pracy, przeprowadzka biura w domu, dobrze przynajmniej, że w osobistym życiu nie ma większych przemeblowań. Bo jeszcze tego by brakowało! 
Jednym słowem jestem rozedrgana. A nie powinnam.
Ciągle się uczę - a jesień ku temu jak najbardziej sprzyja - skupiać się na jednej rzeczy, delektować się chwilą, być uważną, nie tracić kontaktu z rzeczywistością. Tą prawdziwą, nie wirtualną.


Nie jest łatwo. Jak tu być zen, kiedy wczoraj straciłam wszystkie dane z urządzenia zwanego telefonem nowej generacji. I bynajmniej nie o kontakty mi chodzi, bo przyjaciele poodnajdują się siódmym zmysłem, albo zrobi się zbiórkę na facebooku. Gorzej z moimi notatkami, miesiące pracy! (konkretnie pięć, bo tak długo nie robiłam archiwizacji) 
Mąż załamał ręce nad moja niewiedzą (wydawało mu się oczywiste, że to robię), a jak próbowałam wyjść z twarzą, noszalancko twierdząc, że nie chcę być niewolnikiem swego telefonu i nie zamierzam archiwizować ni robić czegokolwiek innego na żądanie, skwitował  krótko i flegmatycznie: "To musisz się określić: albo nowoczesny telefon i jesteś niewolnikiem, albo wolność ze starą, rozpadającą się Nokią w szufladzie". 
No i niestety, z względów praktycznych wybrałam to pierwsze! Zdrajczyni! Do Nokii czuję wielki sentyment, znosiły o wiele lepiej kontakt z asfaltem/oponą samochodu/wodą (zaznaczyć odpowiednie), niż obecne cuda elektroniki, ale niestety... 
Życie wymaga kradnięcia wolnych chwil wszędzie, a wtedy najwygodniej pisać na telefonie, czy tablecie i przerzucac na bloga, lub do folderu. Choć zdarza mi sie pisać na czym się da...:

Pomyślałam, że nie dam się zwieść destrukcyjnym myślom, jeszcze tego by brakowało! Zachowam stoicki spokój Bruce`a Lee i spróbuję pogodzić się ze stratą. 
A tu niespodziewanie, dzisiejszego popołudnia nadeszła Dobra Nowina w postaci wiadomości od męża: Szwagrowi jakimś cudem udało się reanimować mój telefon i odzyskać wszystkie notatki! Nie muszę chyba dodawać, że bez szemrania (pal licho moją wolność, co się będę wygłupiała!) pobiegłam od razu archiwizować moje dane... 


Ale wracam do jesieni...

Dobrze, że przyszła. Przypomina mi o tym, że wszystko tak szybko mija i że powinnam bardziej celebrować codzienność. Momenty życia jawią mi się jak barwne, migające świetliki, chce się ich nałapać jak najwięcej, kuszą i wabią, ale gasną zanim wyciągnę dłoń w ich stronę...
A każdej wolnej chwili, zamiast biernie się przyglądać, trzeba coś z nią zrobić. Chociażby... nauczyć się z nią być... Oswoić ją, zamiast zagłuszać. Proste? 
Najprostsze rzeczy są najczęściej najtrudniejsze do osiągniącia. 
Oderwałam przyssanego do komputera męża, aby skryć się przed nami samymi, gdzieś na łonie natury, w którymś ze starych, często zaniedbanych walońskich zameczków i po prostu, nie mówiąc nic do siebie - być...


Każdego dnia oswajam swoje myśli. Uczę się  z nimi być jak z moimi najlepszymi towarzyszami podróży. Uważam na nie, oczyszczam je z gniewu, marazmu, niemocy, uprzedzeń. Nie zawsze  udaje się za pierwszym razem. Czasami to miesiące lub lata pracy, bo natrętne myśli powracają jak bumerang. 
Patrzę uważniej i dostrzegam...



Dziś wracając z pracy, w mój samochód wleciała chmura zielonych papug... Zgrabnie uniosły się jak na komendę tuż nad maską samochodu, by wchłonąć go w swój cloud.  Dla takich własnie momentów warto żyć, pomyślałam. 
Później przyszła refleksja w kontekście moich problemów z archiwizacją. A może to nie była zwykła chmura tylko  e-cloud?..
Kochani, to jutro juz środek tygodnia? Co się stało z poniedziałkiem i wtorkiem? Gdzie sie podziały? 


sobota, 12 września 2015

Prawo gościa.


Wobec dyskusji, ktora rozpętała się i trwa w całej Europie nie mogę pozostać obojętna. Zazwyczaj unikam tematów, które wszystkich dzielą. Zazwyczaj unikam tematów, co do których wszyscy mają rację. Ale ten temat, w jakimś stopniu dotyczy mnie osobiście, więc mam prawo powiedzieć, co konkretnie JA o tym sądzę. I nikt nie musi się ze mną zgadzać.


Imigranci.
Muzułmańska kolonizacja Europy, czy ucieczka przed śmiercią zdesperowanych ludzi? Obie strony bombardują się zdjęciami mającymi być argumentami na "tak" lub "nie". Media kreujące rzeczywistość, mogące dowolnie naświetlić pożądany aspekt konfliktu, nie są dla mnie miarodajnym autorytetem...
Ale jako, że mam pewne doświadczenie w temacie, pozwólcie, że będę mówić tylko o sobie w kontekście problemu imigrantów. Oprę się na swoich własnych doświadczeniach i spostrzeżeniach. Są oczywiście bardzo subiektywne. Ale przecież, w przypadku ludzkich sądów, opinii i światopoglądów - punkt widzenia zależy od punktu siedzenia... Zawsze!

Byłam kiedyś po drugiej stronie. Byłam, a właściwie ciągle jestem imigrantką. Od dwudziestu lat korzystam z gościnności niewielkiego państwa w środku Europy. Znam swoje prawa, a najgłówniejszym z nich - szanować ludzi, którzy mnie przyjęli i nie nadużywać gościnności. 
I tak staram się postępować.
Pracuję. Mam dobrą pracę, ale nie zawsze tak było. Na początku imałam się czegokolwiek, bo korzystanie z zasiłków, mając obie ręce zdrowe, uwłaczałoby mi bardziej, niż mycie garów w barze, czy sprzątanie. Nigdy nie korzystałam z socjalu. Dlatego śmieszą mnie czasem wygórowane ambicje moich rodaczek. ("Nie po to sie uczyłam tyle lat, by...") Ale to taka mała dygresja odchodząca od głównego tematu.
Pomijając wszelkie uwarunkowania, jedno jest pewne i nie budzi żadnej mojej wątpliwości. 

Odruchowo ZAWSZE biegnę na pomoc. Nie ma innej opcji.   I nie ma znaczenia kim jest człowiek w potrzebie. To impuls bezwarunkowy, moje credo, religia, filozofia... Nazywam siebie Chrześcijanką. Nie wyobrażam sobie bym mogła nie pomóc komukolwiek, kto o to poprosi. 

Ale użyczanie gościnności i korzystanie z niej wymagają pewnych subtelności i niepisanych reguł. 
Użyczam Ci swego domu, dzielę się swoja miską i serdecznością, poświęcam Ci swój czas i uwagę, odstępuję Ci swoje łóżko, ale nie zapominaj, że to ciągle MÓJ DOM i ja tu ustalam zasady życia. Jeśli w jakimś stopniu moja gościnność jest niewystarczająca, godzi w twoje przekonania, religię lub Cię uwiera w jakikolwiek sposób, możesz skorzystać z prawa wolności i odejść. 
Ale nie próbuj zmieniać porządku mego życia. To Ty jesteś tu gościem, a ja gospodarzem. 
I nie wymachujmy jak szabelką frazesami o demokracji. Bo dopóki jej zasady są stosowane tylko przez jedną ze stron, a przez drugą nginane do wyegzekwowania swoich praw, jak to się nagminnie dzieje w kraju, w którym mieszkam, pozostanie ona pustym frazesem i potężnym narzędziem manipulacji. 


 Z imigrantami jest trochę tak jak gośćmi w domu. 

Nasz dom jest i był zawsze otwarty na ludzi. Na przestrzeni naszego (juz wkrótce) 23-letniego małżeństwa, można na palcach jednej ręki policzyć lata, gdy mieszkaliśmy sami. Oczywistą dla nas sprawą było, że ciągle trzeba kogoś przyjąć, a to ze znajomych, a to z rodziny, jak nas kiedyś przyjęto. Na swój sposób lubię ten pulsujący pełnią życia, wymykający sie wszelkim schematom dom. Ale czy nie zdarzyło Wam się nigdy, że przyjmujecie kogoś pod swój dach, mimo pewnych niedogodności z tym związanych, a ten ktoś po kilku tygodniach zaczyna zachowywać się roszczeniowo, wprowadzać swoje zasady, w końcu próbować zawłaszczyć twoje życie? I to co było dotąd twoim przywilejem, twoją dobrą wolą - staje sie obowiązkiem? W zamian za gościnne otwarcie na oścież drzwi otrzymujesz krytykę, niechęć, a nawet nienawiść. Oczywiście tak być nie musi, ale się zdarza - dobrze o tym wiemy. 
Kilka lat mi zajęło by zrozumieć, że to ja ustalam zasady. I że komunikat musi być prosty i czytelny dla innych. 



Opisana sytuacja domowa to mikroskala tego co się dzieje w społeczeństwie. Empatia i pomoc - TAK. Rezygnowanie ze swoich zasad życia, wbrew sobie na rzecz obcych -NIE. 


czwartek, 10 września 2015

Sposób na głoda - "Cudzesy".


Z wielką pokorą zaczęłam wykazywać więcej empatii wobec ludzi uzależnionych. Zaczęłam ich rozumieć i to jeszcze jak! Bo sama prowadzę swoje małe wojenki z nałogiem. 
Bez względu na to, czy dane uzależnienie robi mniejsze czy większe spustoszenie w Twoim ciele, duszy, psychice, banku, barku, czy... lodówce, to świadczy o jednym. BRAKU KONTROLI. Jednym słowem: "Houston, mamy problem". 

Mimo, że nigdy nie chorowałam na bulimię to chętnie podczytuję rady Wilczo Głodnej, które z wielkim powodzeniem można zastosować do walki z każdym rodzajem słabości. 

Moją słabością są... słodycze; słodyczki, słodyczeńki... Ciężko jest mi odmówić sobie ciasteczka czy czekolady. Ciężko poprzestać na jednym kawałku. Zazwyczaj sięgnięcie po jeden - uruchamia lawinę ciasteczkowego pożądania. Znasz to? A co jest Twoim obiektem westchnień? Komputer, alkohol, seks, papierosy, zakupoholizm? Mam nadzieję, że nie wszystko naraz...
Wszystkimi uzależnieniami rządzą podobne mechanizmy - i możemy się nawzajem wspierać. Bo jeśli jesteś uzależniony od sportu, to pół biedy! 
A może jesteś szczęśliwcem wolnym od nałogów czy nawet lekkich nadużyć? 


(wzięte z internetu)

Potwory wyłażą nocą. Tak stwierdzili jacyś amerykańscy naukowcy. Nasze ciemne strony duszy uaktywniają się ponoć przy świetle księżyca. Wtedy najwięcej grzeszymy: podjadamy, zdradzamy, kradniemy, upijamy się... Jakby noc usprawiedliwiała nasze postępowanie i dawała przyzwolenie na coś, co za dnia nie uchodzi.
Nie bójcie się. Nie jestem jeszcze na etapie sprzedania się za wafelek, ale na drobne kłamstewka wobec siebie samej, i owszem! 
A opona brzuszna i własna bezradność wobec uzależnienia rośnie i irytuje.
Potrafię powstrzymać sie od słodyczy przez kilka dni, ale takie sytuacje jak poniżej opisane zaczynają mnie mocno niepokoić. 


1) Wieczorna scenka przy telewizorze. 

Koniec tygodnia. Pragnę się odprężyć i zresetować po dość forsownych dniach w pracy. Ręka sama wędruje mi w stronę ciasteczka, choć rozum się opiera. Pierwszy wafelek przychodzi mi z ogromnym poczuciem winy, które słabnie przy drugim i jest skutecznie zagłuszone przy trzecim. Potem następny i następny, aż widzę dno torebki. Mąż patrzy z ukosa ze zdumieniem i swoistym podziwem. 
- Nie mdli cię? - pyta.
- Owszem - odpowiadam. - Ale jak dzisiaj tak się upodlę tymi wafelkami, tak się nimi najem aż do znienawidzenia, to przez następny tydzień w ogóle ich nie tknę! (...)


2)  Scenka samochodowa.

Wracamy znad morza. Mąż prosi o coś słodkiego. Wyciągam Prince Polo, rozwijam i mu podaję.
- A ty? - pyta.
Ja? Wzięłam tylko dla Ciebie, by mnie nie korciło. Stosuję stary mechanizm pomocny przy kończeniu z uzależnieniem.
- ???
- CUDZESY...

A działa to tak. Przychodzi tak jeden, czy drugi na imprezę składkową bez flaszki, bo właśnie kończy z piciem, a wychodzi pijany jak bela. Rzuca palenie, ale chętnie się podepnie pod fajki znajomych, bo mu dymek zapachniał. Nie jem słodyczy, ale chętnie poprosze "gryza" od męża, bo tak słodko zachrupało, aż mi ślinka do ust napłynęła...



Lekko nie jest walczyć z nałogiem... Ale kto powiedział, że będzie... 

Powstaję z grzeszków. 
Walczę jak Spartan.
Stosuje fortele.
Modlę się jak AA podczas 12 kroków.
Hartuję ciało i ducha.

Bo... chcę mieć kontrolę nad swoim życiem. 

poniedziałek, 7 września 2015

Włącz skuteczność.


Mówisz: 
- Muszę zmienić swoje życie...
- Muszę się ogarnąć...
- Muszę przestać/ zacząć robić to czy tamto...
- Muszę coś ze sobą począć...

A tymczasem przyjacielu, jak masz zaprowadzić zmiany w swoim życiu, kiedy nie wiesz czasami co ze sobą zrobić w deszczowe, niedzielne popołudnie...

Mamy skłonność do pustych deklaracji. Lubimy wielkie słowa. Mówisz: "Kocham swoją córkę nad życie", ale nie ma Cię obok w ważnym dla niej momencie. Później żałujesz chwil słabości czy straconych okazji. Ale konkretnie ta chwila nigdy już się nie powtórzy. Chyba nie ma osoby, która nie żałowałaby czegoś w swoim życiu. Ja też, choć to jedne z najbardziej bezużytecznych emocji: 
"poczucie winy za rzeczy dokonane i niepokój o to, co może się wydarzyć". 

Zapytaj kogokolwiek, kto zmaga się z nałogiem ile razy obiecywał sobie zmiany! Nie szukaj daleko, zapytaj mnie ile razy próbowałam zerwać z ciasteczkowym potworem! (Oczywiście, tłumaczę sobie, że mój nałóg to niewiniątko.) 

Są wśród nas rekordziści. Zawalają, obiecują, a w końcu machają ręką, twierdząc, że są do niczego! Rezygnują z celów. 

I zaczynają być dziwnie lojalni wobec codziennych nawyków, aż stają się ich niewolnikami
To nie moje słowa. Powiedział je Robert Heinlein. 

Żeby pragnienia nabrały wartości sprawczej - włącz skuteczność.
Ba! Ale jak? - zapytasz. Będzie o tym w jednym z następnych postów, gdy będę pisać o nałogach. 
Włącz skuteczność.
Wtedy i Tobie zaczną dziać się cuda w życiu. Cuda - nie cuda. Krok po kroku. 
Bardzo CHCESZ wyjść z zamkniętego kręgu niemocy. 
Ale samo "chcę" to najbardziej puste ze słów.
"CHCIEJSTWO w narodzie jest wielkie" - mawiał mój matematyk, wznosząc teatralnie oczy do nieba i wstawiając mi bezlitośnie następną pałę. Mimo, że bardzo CHCIAŁAM nauczyć się matematyki, tylko nie po drodze było mi się z nią zaprzyjaźnić (straszna nudziara)

Lubimy się dopieszczać własną niemocą. Instynktownie szukamy kogoś, kto nas weźmie za rękę jak dziecko i przeprowadzi przez mgłę. Nie wszyscy, ale większość z nas potrzebuje nieraz morskiej latarni, która oświetli ciemny kąt naszej duszy, gdy już nie ma co ze soba zrobić. Znam takie stany i Ty je znasz. Gdy biegniemy przez kłamstwa naszych wewnętrznych miast. Bo nam wstyd przed nami samymi. 

Tak, jedno jest pewne. Aby ruszyć z dna niemocy i niewiary potrzebujemy przyjaciół. 

Są naszymi oczami, sumieniem, wiarą, krytykiem i przytulakiem. Czasem są nam bliżsi niż nasi... najbliżsi. Są zgodą i przyzwoleniem, workiem treningowym i słupem granicznym. 

To odpowiedzialna i wyczerpująca funkcja, ale nie myślimy o tym, gdy stanie się naszym udziałem. Wiem po sobie - wypalam się na maksa! Bywam dla innych kotwicą, bez liczenia kosztów, tak jak i inni bywają dla mnie. Cały proces ratowania kogoś z obłędu jest długi, żmudny i wyczerpujący. Na szczęście zdajemy sobie z tego sprawę dopiero pod koniec, gdy już braknie sił. Gdy wykorzystało się cały arsenał środków. 

I jest taki trudny moment, kiedy trzeba zostawić przyjaciół. Nie porzucić, ale zostawić przy krawędzi. Prawdopodobnie potrafią już polecieć o własnych siłach. Mnie też bliskie osoby przeprowadzały przez mgłę. Z wielką łatwością przeprowadzam innych. Ale nadchodzi dzień, kiedy każdy musi zmierzyć się ze swym losem sam.

Ty, jako przyjaciel dałeś mu/jej wszystko: całą swoją uwagę, dyskrecję, zarwane noce, telefon zaufania na żądanie, głaskanie po głowie i zdrowy rozsądek, empatię, sympatię, akceptację... 

Z takim bagażem wyprawnym już tylko od nich samych zależy jak pokierują swoim życiem. 

I gdy muszę zostawić przyjaciela, drżąc o jego los, bojąc się by nie zawiódł mojej wiary w siebie, mimo, że jest mistrzem zawodności, nieustannie wyposażam go na drogę w słowa, które błąkały się gdzieś po internecie zanim wzięłam je na swoje credo: 

"Już wkrótce pojmiesz subtelną różnicę między trzymaniem za rękę, a spętaniem duszy. I zrozumiesz, że miłość nie oznacza wsparcia, a przyjaciele bezpieczeństwa. 

Nauczysz się, że pocałunek to nie kontrakt, a prezenty to nie obietnice. Zaczniesz przyjmować porażki z podniesionym czołem, nie spuszczając wzroku, jak dorosły, nie jak zrozpaczone dziecko. Nauczysz się też budować swe drogi na fundamencie dnia dzisiejszego, ponieważ jutro jest zbyt niepewne. Wnet pojmiesz, że słońce może spalić, jeżeli przygrzewa zbyt mocno. 
Załóż więc własny ogród i sam ukwieć swoją duszę, zamiast czekać, aż ktoś przyniesie ci kwiaty. Zobaczysz, że tak naprawdę możesz przetrzymać wszystko, że jesteś prawdziwie silny, że jesteś wiele wart."


 Ale chcę poruszyć jeszcze jeden aspekt przyjaźni. Czasami nie wiem, czy przyjaźń jest moim udziałem, czy zwykłe wykorzystywanie. Ela przeczytała mi krążący na fejsie slogan:" 
"Nie pokonuj oceanu dla osoby, która nie jest w stanie pokonać dla Ciebie kałuży."
I zapytała co sądzę na ten temat. 

W pierwszej chwili pomyślałam:" Tak! To prawda" Ale za chwilę cofnęłam "lajka". Bo przecież przyjaźń nie jest obliczona na efekt. Nie liczy kosztów. Z drugiej strony, czy przeżywaliście czasami taki stan, że nagle budzicie się z odrętwienia i stwierdzacie, że ów rzekomy przyjaciel jest zwykłym biorcą? Czerpie z Ciebie całymi garściami i nagle czujesz się wypalony, smutny, zły, rozedrgany.

A może, skoro rodzą się takie pytania czy odczucia, to nie była to żadna przyjaźń, tylko układ jakiś dziwaczny? Czasami dane mi było poczuć ten stan wyczerpania drugim człowiekiem... Dlatego pytam Was o zdanie. 



Gdy nie znam odpowiedzi na moje pytania - uciekam w otwarte przestrzenie. Zaczerpnąć energii. Pomyśleć. Wracam jeszcze głupsza niż byłam. Nieuleczalna choroba - wiara w dobroć. I wstyd mi za moje wątpliwości. Już nie sądzę, że czuję się wykorzystana i nie pytam jak to jest z tą przyjaźnią. 

Przepraszam, za głupie myśli gdy ty tracisz grunt pod stopami.
Martwię się o Ciebie.

Czy potrafisz już wyjść na przeciw ulewie bez lęku?

"Bo w życiu nie chodzi o to, by przeczekać burzę, ale o to, by nauczyć się tańczyć w deszczu"

Bądź zdrów przyjacielu!