poniedziałek, 27 lipca 2015

Moje życiowe credo.

- Dlaczego na dziesięć wybranych losowo osób, osiem z nich to ludzie źli lub kompletnie głupi? - Patrzysz na mnie poirytowany, bo właśnie spotkało Cię coś niemiłego. 

Pytasz mnie, jakbym miała znać odpowiedź...
A ja - nie wiem... Nie potrafię odpowiedzieć..


Wiem za to, że każdy człowiek nosi w sobie elementarny pierwiastek dobra, potrzebę miłości i akceptacji. Z tym przyszedł na ten świat. Jeśli nie jest dobry, to znaczy, że coś nie zadziałało lub mówiąc inaczej: "coś się zadziało". W dzieciństwie, rodzinie, szkole, systemie... Wierzę, że ten konkretny, pierwotny, niezniszczalny gen dobra istnieje w ludzkiej duszy i przy sprzyjających warunkach rozwinie się i zakiełkuje konkretnym działaniem. Pragnę wierzyć, że ludzie zmieniają się na lepsze... Nie zabieraj mi tej wiary.

- Za bardzo ufasz ludziom. - mówisz - Boję się, że kiedyś ktoś Cię skrzywdzi. Nadużywasz słowa "przyjaciel".


Niepotrzebnie. - Ja Ci na to odpowiadam. Wolę myśleć, że świat z natury jest dobry, a nie odwrotnie. Nie chcę być podejrzliwa. Gdybym miała zacząć wątpić w dobro, z powodu tych wszystkich złych rzeczy, które sobie ludzie robią, zdrad jakich się dopuszczają, tych kilku złośliwości, które mnie spotkały - moje życie z ciągłą podejrzliwościa i nieufnością wobec innych - straciłoby sens. Nieraz jak mi ktoś dobrze dokuczy, spinam się w sobie, walę pięścią w stół i zarzekam się, że już nikomu nie uwierzę. Ale nie wiem jakbym się spinała, to jest, cholerka, wbrew mojej naturze. Nie dam rady. Męczę się z tą moją "tresurą niewiary w dobroć".



- "Przejedziesz się" kiedyś na swojej naiwności - ostrzegasz. 

Baa... Ja to wszystko wiem bez Ciebie, choć dziękuję Ci za tę troskę. Zebrałam już nieraz plony swojej naiwności, lecz nie żałuję. To cenna lekcja, która kształtuje mnie jako człowieka, uczy ostrożności, ale nigdy podejrzliwości. Nabieram nowej wiedzy, o niektórych ludzkich zachowaniach. To wszystko.



I to jest moje credo. Tajemnica sukcesu, którą dzielę się teraz z Toba.

Tak, masz rację - świat to dżungla. Właściwie od wieków nic się nie zamieniło. Ciągle w zawoalowany (trudne słowo!) sposób jesteśmy społeczeństwem mocno kastowym. I nie dotyczy to tylko Indii... Kręcą nami korporacje, związki zawodowe, partie, klany, grupy wpływów... Jak króliki doświadczalne w cudzych rękach. Sami niewiele możemy. Ale gdy zaczynamy żyć świadomie, dostrzegamy nagle, że jest nas - myślących podobnie - więcej. 

Spotykasz mnie, a ja Ciebie - bo ludzie o podobnej wrażliwości są jak spiskowcy, którzy znają tajemny kod. I zawsze spotkają się, niosąc nadzieję, że swiat w gruncie rzeczy nie jest taki zły i od nas w dużej mierze zależy - czy taki będzie dalej. Mam swój światopogląd. A Ty masz swój, tak często różny od mego i dla mnie niezrozumiały. Nie pragnę Cię jednak zmienić na siłę. Moje czyny niech będą moją wizytówką. Pociągnę Cię za sobą, w zależności od tego jak będę prawdziwa. Ty też mnie możesz zapalić do twego działania. Najważniejsze - i tu "polecę" lukrowanym banałem - chcieć mądrze kochać ludzi. Dobrze pojęta miłość naprawdę rozwiązuje sporo problemów. 

Owszem, zdarzyło mi się, tak jak i Tobie, że ktoś mnie skrzywdził, źle osądził, zranił. To samo nieświadomie być może robię innym. Nieraz usłyszysz o sobie ohydne rzeczy, nie mające żadnego odzwierciedlenia w rzeczywistości. Raz rzucone w eter słowo lubi obrastać legendą. Zwłaszcza złe słowo. Ale to jeszcze nie powód by przestać ufać światu. Nie powód byś przestał zmieniać na lepsze Twój kawałek rzeczywistości. Gdy zamkniesz się na ludzi, przez parę głupich i nieprzyjemnych doświadczeń życiowych - stracisz o wiele więcej. Stracisz szansę poznania na twej drodze wspaniałych osób, którzy tę twoją nadwątloną wiarę w drugiego człowieka codziennie przywracają. 
Takich jak Madzia


Podróżniczka i pisarka, która stanęła na mojej drodze. Młoda i niezwykle pozytywna osoba. Ufająca światu całą sobą i biorąca ten świat w ramiona. Dosłownie. Kobieta, która dała nadzieję tysiącom innych kobiet i zachęciła je do zrobienia czegoś dobrego ze swoim życiem. Twórczyni portalu: "Polka potrafi" i autorka książek o tym samym tytule. 

O Madzi i naszej współpracy jeszcze napiszę. Na razie pracuję w trybie wakacyjnym i lecę na dwór, nie mogę przegapić słońca, muszę się go nałykać by wystarczyło mi na szare, jesienne, belgijskie popołudnia. 



czwartek, 23 lipca 2015

Trzy do jednego - sprawdzony sposób na dobre życie. Wakacyjne przemyślenia na trawie.

Gdy byliśmy mali, nawkładano 
nam do głowy szereg bzdur, 
w które uwierzyliśmy. 



"Nauczyli nas regułek i dat, nawbijali nam mądrości do łba.
Powtarzali co nam wolno, co nie. Przekonali co jest dobre, co złe."
("Dorosłe dzieci" - Turbo)

Kazali Ci sięgać od razu do gwiazd, gdy ty nie sięgałeś nawet futryny w drzwiach. Wracałeś ze szkoły z tróją plus, pytali: "Dlaczego nie piątka, albo co najmniej czwórka? Stać Cię na to!". 

I teraz... głupio cieszyć się  z rzeczy małych, by nie być posądzonym o brak ambicji. Studiować - najlepiej dwa kierunki od razu, znać nie mniej niż trzy języki, być perfekcyjnym w pracy, domu, miłości...
Nie wypada okazywać negatywnych emocji...
Zdusić je w zarodku. Kierować się zasadą: Najlepiej, Najwięcej, Najmocniej...

Od tej perfekcyjności w każdej dziedzinie życia, aż się mdło robi. 
A ludzie - tacy papierowi, bez wyrazu. Keep smiling! - choćby Ci właśnie dusza dogorywała. 

A ja nie chcę taka być, ja się wypisuję...

Daję sobie prawo do radości nieuzasadnionej, spontanicznej, przyjemności niezasłużonej, łez i bezsilnego walnięcia pięścią w stół gdy trzeba, przyznania się do słabości, rozpoznania jej w sobie i uporczywego wstawania z klęczek...


Bywam Kubusiem Fatalistą i Smutasem. Równoważę te negatywne stany wyolbrzymianiem radości. To jest dla mnie proste i osiągalne. Nie czekam, aż przyjdzie absolutna radość mego życia. Bo coś takiego jak absolutny stan szczęśliwości prawdopodobnie nie istnieje. Słyszałam, że po śmierci jest taki możliwy, ale nie znam nikogo, kto by go osobiście doświadczył...

Jestem  kapitalistką. Gromadzę kapitał. Bo życie nie jest takie skomplikowane jakim go sami czynimy. 

Moim kapitałem są nawet najdrobniejsze przyjemne sytuacje. Dostrzegam je, tworzę, gromadzę, przechowuję w myślach i opowiadam o nich TOBIE. 
Z nich składam prawdę o swoim szczęśliwym życiu.

Po to, żebyś też nauczył się dostrzegać je wokół siebie i czerpać z nich radość. Żebyś docenił te okruchy szczęścia, które masz. 

"Trzy do jednego to magiczna formuła, która sprawia, że
zmienia się nasze myślenie, a to poszerza granice umysłu." 
Barbara L. Fredrickson

"Chodzi o proporcje odczuwanych przez nas emocji pozytywnych i negatywnych. Najlepiej, jeśli ten bilans wynosi trzy do jednego, czyli trzy razy więcej emocji pozytywnych niż negatywnych."

Dzięki emocjom rozkwitamy. Te negatywne też są częścia naszej codzienności i nijak, cholera nie chcą zniknąć z życia! Wypełzają upychane ze złością w zakamarkach podświadomości. Nie znikną. Ale chodzi o to, by nie zdominowały twego życia. By suma pozytywów przewyższała sumę negatywów :)  To pozwoli nam rozkwitać.

"Ludzie, którzy rozkwitają, mają poczucie celowości, wiedzą, po co
budzą się rano. 

Chodzi o to, żeby zrobić coś wartościowego
z każdym swoim dniem i ze swoim życiem.”

No więc do dzieła! Co dzisiaj Ago, zamierzasz zrobić pozytywnego z tym czwarteczkiem, który właśnie nabiera rumieńców? 



P.S. A jeśli gromadzenie radosnych momentów życia nie skutkuje i wciąż widzisz przed sobą obdrapaną ścianę z zaciekami zamiast ukwieconych ogrodów, to mam dla Ciebie radę. Odwróć fotel/kanapę i... przesuń ją w stronę okna. Zmień perspektywę postrzegania Twojej rzeczywistości. Z innego miejsca stare rzeczy wyglądają inaczej. Możesz się zdziwić.I co: lepiej? Lepiej!


piątek, 17 lipca 2015

Nigdy nie mów nigdy :) Zakupy - Narodowy sport Belgów.


To jest szybki post, w tak zwanym międzyczasie. Myślami jestem już w Polsce, ciałem w Brukseli, a ...ręce? Po prostu nie wiem gdzie je włożyć! A skoro nie wiem i mam w głowie przedwyjezdny mętlik to kładę je na klawiaturze laptopa i stuk, stuk. Wyrzucam z siebie chaotyczne myśli, to dobrze robi na głowę.
Pamiętam co obiecałam, w sobotę, już z Polski dokończę historię księżniczki Luizy.



Póki co, świat ogarnęła epidemia zwana wyprzedażami. Belgowie nie są rozpieszczani w tym względzie. Brak klasycznych centrów handlowych, a i te istniejące w szczątkowej postaci, są otwarte zaledwie do 18.30-19.00. Może dlatego polujący na wyprzedaże są bardzo zdeterminowani. Byłam świadkiem desperacji kobiet w różnym wieku, które przebierały się - rozbierając się, dosłownie "do rosołu" między wieszakami bez żadnych oporów. Zdarzyło mi się oglądać paradującą przez cały sklep kobietę tylko w majtkach i staniku, która opuściła przebieralnię "na sekundę" w poszukiwaniu innego rozmiaru... Wielogodzinne kolejki do, zdaje mi się, jedynego w Brukseli Primarku, to już norma... Jedna z moich koleżanek, na pierwszy dzień "soldów" bierze dzień urlopu i urządza desperacki sprint po sklepach jak bieg przez płotki. Ale co nałowi to jej! Jak do Mekki walą wszyscy do shoppingu w stylu naszych warszawskich (czy podwarszawskich) outletów ponad sto kilometrów od Brukseli. (Maasmechelen village)
Chciałoby się powiedzieć: Shopping - narodowy sport Belgów. 


Osobiście unikam całego tego zamętu, bo zawsze nakupię niepotrzebnych rzeczy idąc za stadnym instynktem owiec. Wyjątek robię wybierając się po tak zwaną bazę, t-shirty, topy itp...

Wydawało mi się, że jestem odporna. Ale ponoć "Wiemy o sobie tyle, na ile nas sprawdzono".

Zarzekałam się zawsze, że mnie zbiorowa histeria nie dotyczy. 
Ale pamiętaj: NIGDY NIE MÓW NIGDY! Gdy za bardzo jestem pewna swego, zaraz życie temperuje moje rozbuchane ego. 

Niby taka odporna na zakupy... pojechałam w ostatnią niedzielę z koleżanką aż do Holandii. Tak się upodliłam trudami podróży, błądziłyśmy, stałyśmy w kilometrowych korkach (nie ulegało wątpliwości, że wszyscy walą w jednym kierunku), zajechałyśmy na zakupy ok 16.00. 

Nie nie, moi kochani, nie myślcie, że shopping był otwarty do 22.00... 

A kolejki do różnych modnych sklepów... Brrr, szybko się ewakuowałyśmy. Jednak wolę swoje scieżki poza okresem "soldów", ulubione sklepiki, second handy i różne artystyczne adresy. Choć przypadkiem w czasie wyprzedaży, też czasami niespodziewanie wpadnie mi w ręce ulubiony fason butów czy torebki i cieszę się wtedy jak dziecko. Tym razem też coś tam kupiłam w popularnych sieciówkach, żeby nie było, że jechałam ... za granicę po zakupy i wróciłam z niczym. Ale szału nie było.

A jakie są wasze wyprzedażowe wyniki i stosunek do "soldów"? Jakieś triki na udane zakupy? Albo na uniknięcie niedogodności z nimi związanych? Ekscytujące wydarzenie, czy dopust boży, który trzeba przeczekać?



niedziela, 12 lipca 2015

Nazywam się Luiza.



Jestem Luiza. Maria Amelia Luiza. Dziecko smutku. Córka zbrodniarza, oszusta i wizionera, mecenasa sztuki i kolekcjonera kochanek. Człowieka, który gardził własnym narodem, a o swoim kraju i poddanych zwykł mawiać: " Mały kraj - mali ludzie."

Jestem Luiza. Dłużniczka ojca - nie potrafiąca spełnić nadziei we mnie pokładanych. Próbująca zasłużyć na ciepły gest rodziców. Pierworodna, zrodzona pewnej mroźnej, lutowej nocy bez miłości, szukająca jej bez skutku w zimnych ścianach pałacu w Leaken... 

Tak mogłaby zaczynać się opowieść o najstarszej, pierworodnej córce Leopolda II, najbardziej kontrowersyjnego króla Belgii i królowej Marie Henriette de Habsbourg - Lorraine.


Stoję na Avenue Louise. Powstała pod koniec XIX wieku i została nazwana na cześć pierwszej królewskiej córki Leopolda II. Jedna z najbardziej prestiżowych, najdroższych alei Brukseli, łącząca Place Louise z Bois de la Cambre. W bezpośrednim sąsiedztwie lasu znajduje się prywatna domena, ponoc szalenie drogich domów:"square de milliardaires" (skwer miliarderów).



Przemierzam tę ulicę samochodem codziennie od lat jadąc do pracy. Mieszkałam kiedyś na jednej z uliczek, które na nią wychodzą (Rue Blanche). W bespośrednim sąsiedztwie Hotelu Conrade (przy Place Stephanie), który sobie upodobali arabscy szejkowie. Rezerwowali całe piętra dla swoich "zakefionych" arabskich książniczek, z całą armią skośnookich niań. Odkąd Belgia wprowadziła zakaz zakrywania twarzy, przyjeżdża ich tu trochę mniej. 

20 years ago... 

Kipiące życiem nocne kluby tuż za rogiem, za dnia - najdroższe butiki, irlandzki pub pękający w szwach z nastaniem weekendu i stojące na rogach dziewczyny o wschodnioeuropejskich typach urody. Uśmiechają się do mnie gdy przechodzę obok z dzieckiem w wózku. Zagadują do małego.
Ich "opiekunowie" tego nie lubią. Obserwując dyskretnie ulicę ze swoich czarnych "beemek" odprowadzają mnie ponurym wzrokiem. 

Pod naszym oknem inny rodzaj działalności, "niezależna" dziewczyna przyjmuje klientów w aucie. Z wysokości naszego drugiego piętra wszystko widać jak na dłoni. To jakas amatorka w tym biznesie. Czasami nieusatysfakcjonowany klient odmawia zapłaty i wychodzi  z samochodu trzaskając drzwiami, w naprędce zapinając spodnie. 

Zaciągam szczelnie zasłony, by blask latarni nie budził synka, gdy biorę go w ramiona by nakarmić piersią... Wcześniej zamykam okno, by nie wdzierał się do środka nocny gwar ulicy...

Chronię go przed światem...
Chronię NAS przed TYM światem...
Jesteśmy jeszcze tacy nim, życiem nie skażeni...
Mamy dopiero po dwadzieścia parę lat...

Tygiel miejskiego życia. Elegancja i prostytucja. Dobro i zło. Piękno i brzydota. 


Ale czuję się tu bezpiecznie. Czuję się u siebie. Znam pakistańskiego sklepikarza z nocnego sklepu, aptekarza i dzielnicowego, który oczywiście wie, że jestem tu nielegalnie. Wszak zna wszystkie swoje owieczki...

Co niedziela pędzę uliczkami w dół, na Saint Gilles, Rue Jordan - do Misji Katolickiej: szukać pokrzepienia duszy, skorzystać z banku informacji, spotkać znajomych... Wieczorem po szklance campari z lodem śpiewam fałszywym głosem karaoke i z samej siebie umieram ze śmiechu, że można fałszować aż tak! Gdy brakuje pieniędzy lecę dorobić do tej wariatki, co prowadzi mały pensjonat jakies pięćset metrów dalej. Doraźnie, bo na dłużej ciężko z nią wytrzymać. Z jej trudnego charakteru zna ją cała ulica. Jej własny mąż, nieporadny skrzypek, szuka wzrokiem rozpaczliwie ratunku u przypadkowych, obcych ludzi.

Wracam do swoich z szeleszcącymi frankami w kieszeni. Zasypiamy z nadzieją na poniedziałek. Szczęśliwi. Że za tak niewiele TAK bardzo wdzięcznym można być... 



                                                  ***

Już wtedy, pchając po nierównych chodnikach wózeczek z małym Kubusiem, myślałam często o nieszczęsnej, niekochanej Luizie, porównując jej i własny, tak różny los. Jej duch gdzieś tam ciągle koło mnie krążył. Jedynie tylko w bajkach królewny żyją zawsze długo i szczęśliwie, w realu zdarza się to dużo  rzadziej... 

Czasami umierają w zapomnieniu. Mimo, że ich imiona noszą najwspanialsze ulice i place świata. Jak brukselska Avenue Louise...

Jeśli chcesz mieć pełniejszy obraz tej królewskiej rodziny, tutaj poczytaj o srogim królu, a tutaj o Klementynie, drugiej jego córce. Opowieść w dwóch częściach. 

Wpadnij do mnie z kubkiem herbaty za tydzień na tę właściwą opowieść o pewnej kobiecie. Uprzedzam jednak. To będzie bardzo smutna bajka, która zdarzyła się naprawdę. 

czwartek, 9 lipca 2015

Prosty test na człowieczeństwo.



"Zarozumiałością i bezczelnością człowieka 
jest mówienie że zwierzęta są nieme, 
tylko dlatego, że są nieme dla jego tępej percepcji" Mark  Twain





To miał być zupełnie inny post. 
To miał być post o codzienności, śmiesznych sytuacjach,
szpilkach w czołgu i kontroli alkoholowej, którą miałam dziś tuż po wyjechaniu z garażu po pracy...


Blondynka dmuchająca w alkomat. Bezcenny widok! 

Ale... Uświadomiłam sobie, że zaczęły się wakacje. I jak każdych wakacji w każdej polskiej wsi przybędzie psich podrzutków...



Never ending Story...

To nie jest tak, że każdy musi kochać psy i koty. Możesz mieć alergię na zwierzaki, tę prawdziwą i tę w cudzysłowiu. 

Ale czy to Ci się podoba, czy nie, stopień Twego człowieczeństwa określa Twój stosunek do stworzeń słabszych od Ciebie, w tym zwierząt. 

Jeśli rzucasz kamieniem w psa, nie zawahasz się rzucić nim w człowieka. Gdy pozwalasz umrzeć z głodu Twemu bratu mniejszemu, odwrócisz też głowę od potrzebującego człowieka. Nie trzeba pałać miłością, by być uważnym, współczującym człowiekiem. Gdy nie nauczysz swego dziecka szacunku do zwierząt, nie bedzie go miało również w stosunku do Twych starych, schorowanych rodziców. 

Skoro zwierzęta są na Ziemi, to znaczy, że dane nam zostały po coś, a ich istnienie w Twoim życiu ma jakiś sens. Z tego sensu przyjdzie się kiedyś rozliczyć. I nie będzie okoliczności łagodzących. Wszak dumnie i często na wyrost mówimy o sobie: "istoty myślące".

Bo w ich oczach przegląda się Twoja  empatia lub jej brak. Tak po prostu. Najmniej skomplikowany test na człowieczeństwo. 
Zapewniam Cię, że wiele możesz się od nich nauczyć. Mogą Cię zawstydzić niejednokrotnie...

Ktoś powiedział, chyba M. Twain: Im bardziej poznaję ludzi, tym bardziej kocham zwierzęta...



Dziś Dorotka napisała pod zdjęciem Antoniego. 

"Piękny widok, serce się raduje , że nasz bezdomniak z siemiatyckiego przytuliska ma cudny dom!"

I ja  wtedy uświadomiłam sobie, że to nie Tosiek, lecz my jesteśmy szczęśliwcami. 


Bezwarunkowa miłość gdy wracam po całym dniu pracy.
Niegasnąca radość dziecka w orzechowych oczach.
Chyba nikt nie patrzy na mnie z większym zachwytem.
Niezmącona cierpliwość czekania. Odtrutka na stresy, zmęczenie.
Taki... żywy piorunochron...
"Dobrze, że jest jeszcze dla mnie kąt na tej ziemi, kąt jak twe ramiona rozwarty" 
chce mi się zaśpiewać, gdy wita mnie wylewnie każdego dnia po powrocie. Uczy nas pokory, cierpliwości, odpowiedzialności. Wycisza nastroje...
"Zbieg okoliczności łagodzących" w każdym momencie życia naszej rodziny. Pocieszność i czułość. Wytwałość w ukochiwaniu szorstkim jęzorem.

Tak. Gubi sierść. Tak, musimy więcej sprzątać. Właściwie na okrągło...
Taka mała niedogodność za tyle miłości i oddania... :)

Czasami jestem atakowana. 
Po co pomagać zwierzętom, po co mieć aż trzy psy, gdy tyle potrzebujących ludzi wokół.
Wiecie kto to najczęściej mówi? Mówią to ludzie, tak zwani dobrzy ludzie, którzy nikomu w życiu nie pomagają...

A one sobie nas wybrały. 
Wcale ich nie chcieliśmy, powiem więcej, pojawienie się dwóch następnych było dla nas kłopotliwą sytuacją. Widocznie jednak, tam gdzieś wyżej zadecydowano, że jesteśmy niedoedukowani. I przysłano w trybie pilnym najlepszych z możliwych coachów...

Codziennie uczę się kompromisów,
Codziennie pokazują mi jak kochać bezwarunkowo,
jak być wiernym, cierpliwym, spontanicznym, ofiarnym, odpowiedzialnym...

Kajtek swoim poranionym ciałem i podkulonym ogonem uczy mnie czujności wobec ludzi. Ostrzega, że to (klik): najokrutniejsze ze zwierząt. Ja uczę go zaufania
Reakcja zwrotna. 



Moja filozofia życia jest prosta jak "dzień dobry". 
Po pierwsze: nie krzywdzić.
Po drugie: Nie trzeba szukać daleko. Wiem, nie można pomóc wszystkim. Ale wystarczy trochę więcej uważności wokół siebie, bez spektakularnych aktów. Wystarczy zająć się tym stworzeniem, które pojawi się na TWOJEJ drodze. Raz będzie to starzec, chore dziecko, innym razem pies z kulawą nogą. Uwolnij zaplątanego w firance motyla. Pozwól pająkowi żyć w ogrodzie. To wystarczy. Ta złośliwa sąsiadka z sąsiedniej ulicy może nie jest taka zła, na jaką wygląda. Zobacz jakie ma smutne oczy. Ona tylko potrzebuje odrobine serdeczności. Manifestuje swój brak miłości, samotność pokrywa ironią. Pozwól odejść spokojnie komuś, kto przestał Cię kochać. Mimo, że boli... 


Każdego dnia zbawiaj jakąś mikroskopijną część swego świata. Wiem, wyświechtany, patetyczny frazes. To nie Ty wybierasz, komu masz pomóc, bo wtedy miałbyś naprawdę problem. Nie wdawaj się w jałowe dyskusje z teoretykami, co nic dla swego mikroświata nie zrobili, ale wiedzą jak i w jakiej kolejności go zbawiać. Zarozumiali durnie! Gdy wszystko w Twoim życiu zawodzi, możesz jeszcze komuś pobiec na pomoc. Zdać egzamin z człowieczeństwa. 

Pamietacie bajkę o meduzach wyrzuconych na brzeg? Krążą takie w internecie. To moja ulubiona przypowieść. Nadaje sens memu działaniu. Pozwole ją sobie przytoczyć.

"Podczas minionej nocy morze kipiało jak w ukropie. Niebo targane gwałtownym wiatrem i przeszywane piorunami przerażało swoim rykiem i widokiem nawet najwytrwalszych rybaków. Tej właśnie nocy fale morskie wyrzuciły na brzeg setki, tysiące meduz. O poranku młody chłopiec przechodząc brzegiem i widząc co się stało, postanowił nim słońce zacznie grzać, powrzucać do morza ginące na piasku meduzy. Pochylił się, wziął do rąk pierwszą meduzę i wrzucał ją do wody, a ona zniknęła w głębinach. Później drugą, trzecią i tak bez wytchnienia ratował meduzy. Z oddali obserwował to wydarzenie stary rybak, który w pewnej chwili zawołał:
- Chłopcze, co ty robisz? Przecież codziennie sztorm wyrzuca na brzeg tysiące meduz. Twoje działanie nie ma sensu! I tak nie uratujesz wszystkich tych meduz! One i tak zginą!
Wówczas chłopiec podniósł z piasku małą meduzę i pokazał rybakowi. A potem głośno powiedział:
- Mówisz rybaku, że to nie ma sensu? Że nie ma znaczenia to co robię? Mylisz się. Dla tej jednej, którą teraz wrzucę do morza to ma sens! I dla każdej z tych meduz, którą zaraz też wrzucę do wody, to ma to sens. Gwarantuje ci, ma to kolosalne znaczenie… Po czym chłopiec powrócił do swojej pracy ratując kolejne meduzy."

Nie bez powodu znalazłeś/aś się na mojej drodze.
Nie bez powodu ja stanęłam na Twojej. 


sobota, 4 lipca 2015

Najlepsze co wymyślił Bóg...


Wreszcie doczołgałam się do siłowni i basenu. Wreszcie... Co prawda nabieram dopiero rozpędu. I jeśli łudzę się, że w ciągu dwóch tygodni zrzucę zbędne kilogramy, to jestem w głębokim błędzie. Rocznych zaniedbań nie da się nadrobić w last minute. Jest jeszcze druga opcja, koło ratunkowe (jeśli pierwsza się nie uda):

Jestem na dobrej drodze do pokochania swoich balzakowskich wdzięków. W końcu w pewnym wieku ma się do tego prawo by nie wyglądać jak wieszak. I ja skwapliwie z tego prawa póki co korzystam. 


Zacznę zgrzytać zębami dopiero na plaży, na widok smukłych kobiet, za którymi jak po sznurku, powiodą nostalgicznym wzrokiem wszystkie plażowe hipopotamy obojga płci.  Zaraz jednak pomyślę sobie: "trudno, trzeba pracować na materiale jaki jest", zaprzysięgnę sobie w duchu dietę: "MŻ" i więcej ruchu (odpowiednią deklarację na ścianie już powiesiłam i obwieściłam ją fejsbukowemu światu, biorąc go na świadka swoich wyrzeczeń)



Po czym porwie mnie (znam siebie nie od dziś!) radość pluskania się w wodzie i bieganie z Tośkiem po plaży. On jeden patrzy na mnie z niesłabnącym zachwytem orzechowych oczu. Mąż obrusza się czytając te słowa i prycha: "A ja???" 

No tak, ale do zachwytu starego męża własną starą żoną szło się przyzwyczaić przez ostatnie dwadzieścia lat i nie robi już on (zachwyt) na mnie takiego wrażenia jak ten tośowy: swieży, spontaniczny, bezgraniczny! 

Na zabój - z wywieszonym jęzorem! 


Ale jak zwykle odbiegłam od tematu, który chodził mi po głowie. 
Pokochałam Aqua burner, to taka intensywna odmiana aqua gym. Woda, muzyka i taniec...
Co prawda, na drodze do pełni szczęścia stoi mi jeden przeszkadzacz... 

I tu wyjdzie na jaw, że jestem męską szowinistką. Wiem, że takie miejsca jak basen i schopping są dla wszystkich. Ale nie mogę zrozumieć po jaką cholerę, w typowo damskie klimaty pchają się faceci, jak chociażby na wspomnianych zajęciach. 

Takich dwóch czy trzech plącze się między babami, zabierając (mi osobiście) cenną przestrzeń życiową w wodzie. Czy nie ma już bardziej męskich, sportowych zajęć kolektywnych? 

O jak przyjemnie, kołysać się wśród fal - chciałoby się zaśpiewać, ale nie można. Jestem skupiona na powiększeniu swojej przestrzeni wodnej za pomocą łokci. Zagonieni pod pływające boje panowie, giną mi z pola widzenia. Mogę teraz skupić się na sobie...

Ćwiczę do upadłego, tańczę, pokonuję opór wody. Po całym dniu pracy czuję jak wszystkie kostki wracają na swoje miejsce, kręgosłup się prostuje, ciało nabiera lekkości, a z głowy, jak bąbelki z szampana ulatują wszystkie toksyczne, biurowe myśli. Jestem szczęśliwa. 


I myślę, że modlitwa (niektórzy nazwą ją medytacją), muzyka i taniec to najlepsze rzeczy pod słońcem leczące duszę i ciało! Moje najważniejsze życiowe narzędzia, które potrzebne są mi do odczuwania szczęścia i pielęgnowania wdzięczności. Do zachowania niezbędnej równowagi. 

"Dodaj do tej listy jeszcze seks". - Podpowiada przytomnie szwagier. Ja wolę używać słowa zmysłowość. Ma ona różne twarze i wszystkie prawdziwe.

Czasami jest to wirujący seks jak w wykonaniu Sharon Stone w "Nagim instynkcie". Nieraz to przyprawiający o dreszcz pocałunek nadgarstka, czy muśnięcie się tym jedynym w swoim rodzaju czułym spojrzeniem ponad główkami śpiących dzieci. 

Każdy z nas musi mieć swoje sfery życia, gwarantujące o jego równowadze. Gdy któraś z nich jest zapomniana, coś zaczyna kuleć w naszym ogólnym funkcjonowaniu. Czasem zaniedbujemy duchowość, kiedy indziej fizyczność. Lecz nie martw się, to normalna kolej rzeczy. Nie jesteśmy cyborgami. Doświadczamy pod stopami trzęsień ziemi, kołyszącego morza i twardego lądu. Ważne jest, żebyś wiedział, jakie wartości stanowią o TWOJEJ równowadze i gdy łajba, zwana życiem niebezpiecznie się kolebie, spróbował z powrotem ustawić dziób w odpowiednim kierunku i nadać jej stabilność. 

Może popadasz w pracocholizm zaniedbując relacje z bliskimi ludźmi?
Może przeceniasz w twoim życiu fizyczność, mając pustkę w sercu, lub odwrotnie? 
Może zaniedbujesz totalnie robotę, skupiając się na pasji? 
Albo nie posiadasz nic oprócz lenistwa i dziwisz się, że nie idzie?

Ustal swoje priorytety. Niech działają w  harmonii. Powiedziałam Ci, jakich ja używam narzędzi. co jest dla Ciebie pełnią szczęścia? Nie myślałeś o tym? Już teraz wyrusz w głąb siebie, ODNAJDŹ ZAGUBIONY KLUCZ. 






czwartek, 2 lipca 2015

Chodź, opowiem Ci bajeczkę...

No i mam zagwozdkę. Tym większą, że już nie mam małych dzieci w domu, a wnucząt, poki co - też jeszcze nie. Czyli trochę nie na bieżąco...

Czytać dzieciom bajki, czy nie czytać?



Zadzwoniła do mnie Iwonka, cała w głębokim szoku. Natrafiła w polskim sklepie w Irlandii na poczciwego "Pinokia". Wspomnienia dzieciństwa powróciły i postanowiła swoim dzieciom zafundować kawałek ulubionej lektury.
Wspólne czytanie zamieniło się w jakiś koszmar! Czyżby to czas wygładził wspomnienia i odbiór bajek z dzieciństwa? Czy to dorosłość każe nam inaczej na nie patrzeć? Wydaje nam się, ze kiedyś bajki były bardziej "soft"? Były, czy nam się wydaje?...

W miarę lektury włosy jeżyły się jej na głowie, co drastyczniejsze fragmenty próbowała ominąć zręcznie jakąś łagodniejszą interpretacją, a mały... długo nie mógł później zasnąć w nocy i kilkakrotnie budził się z krzykiem. 

No, ale rzeczywiście, jak tu zręcznie ominąć coś takiego? 



Poruszyła temat na jakimś forum. Wiele rodziców podzielało jej oburzenie, niektórzy twierdzili, że się czepia. Że taka jest rola bajek. 
Zaczęłam szperać w pamięci oraz internecie. Rzeczywiście, w bajkach aż roi się od  przemocy! Twórcy horrorów i trillerów mogą z nich czerpać inspiracje pełnymi garściami! 

Rodzice obawiają się, że baśnie braci Grimm czy Andersena mogą wystraszyć maluchy i opowiadają o problemach, których dzieci nie rozumieją - donosi "Daily Mail".


Nawet poczciwy Kopciuszek trafił na czarną listę. Ostatnio miałam okazję przyjrzeć się złej królowej z bajki o królewnie Śnieżce. (W końcu mój mąż grał tam Czarodziejskie Lusterko) Mówiąc szczerze też zadrżałam, gdy królowa kazała przynieść myśliwemu serce niewinnego dziewczęcia. Zauważyłam, że niektóre dzieci siedzące tuż przy scenie z płaczem uciekały do rodziców... 



"Profesor Ireneusz Krzemiński uważa, że zło należy stopniować. Jeśli jakąś scenę pominiemy za rok warto do bajki wrócić. Nie wolno w ogóle pozbawiać dzieci drastycznych opisów świata. - Świat baśni jest światem, który przybliża dziecku realność. Wobec tego unikanie w opowieściach pewnych elementów czyni te dzieci bezradnymi wobec zła bez którego świat przecież nie jest wolny - tłumaczy."

A wy co sądzicie?
Proponuję zamiast baśni Andersena, Dzieci z Bullerbyn. 
Albo moją książkę jako lekturę przed snem. 


Zobaczcie jaka Hania jest szczęśliwa i wyluzowana. Nazajutrz od rana ma dobry humor! :) Kiss, kiss. Oddaję wam głos.