piątek, 29 maja 2015

Pielęgniarka.

Mama bardzo pragnęła bym została pielęgniarką. 
To taka piękna misja, nieść  cierpiącym pomoc.
Bogu dzięki, że się tak nie stało. 
Podejrzewam, że byłaby ze mnie marna "Strzykawa".
Żyły mnie zaczynają łaskotać na widok krwi. 
Co komu po takiej siostrze...
Mogłabym co najwyżej tylko baseny chorym podawać...




Każdy ma za sobą jakieś doświadczenia ze służbą zdrowia.

Każdy ma jakichś znajomych/przyjaciół/członków rodziny wśród białych kitli (ja też mam!i gorąco ich pozdrawiam)
Może jakaś ciekawa historyjka? Jaki jest wasz punkt widzenia na nabrzmiewający problem w służbie zdrowia?


Posłuchajcie... Ile według was jest prawdy w tym opisie?

"Pielęgniarki i pielęgniarze  są rzecznikami pacjentów, oczami i uszami lekarza i kozłem ofiarnym wszystkich wokół."
"Bądźcie mili dla pielęgniarek, to my pilnujemy, żeby lekarze nie zabili was przez przypadek." - napis na koszulce pewnej pielęgniarki.

"Pielęgniarki i pielęgniarze należą do tej samej kategorii co dziadkowie i aniołowie stróże. Służą słabym, zagubionym, cierpiącym na ciele i duszy. Nie przejmują się, jeśli na nich zwymiotujesz, nie trafisz do basenu, albo przyciśniesz przez pomyłkę dzwonek alarmowy w środku nocy. Zlokalizują lekarzy na polach golfowych. Użerają się z rodzinami chorych, którzy przemycają do szpitala piwo i przynoszą pączki cukrzykom, a później żądają więcej insuliny i straszą sądem, jeśli jej się nie poda. Znoszą krzyki, plucie i molestowanie seksualne ze strony chorych psychicznie, pijanych lub po prostu aroganckich pacjentów." 


"Pielęgniarki i pielęgniarze nauczyli mnie, że wystarczy jeden moment, by odmienić czyjeś życie - natchnąć dumą świeżo upieczoną mamę i pocieszyć kobietę, której dziecko przyszło na świat martwe. 
Pielęgniarki i pielęgniarze pomagają noworodkom zaczerpnąć pierwszy oddech, a ludziom starszym wydać ostatnie tchnienie. 
Pielęgniarki i pielęgniarze wypełniają swoją życiową misję za każdym razem, gdy odpowiadają na wezwanie pacjenta. 

Nieustannie przypominają mi, że każdy z nas może odpowiedzieć na wezwanie bliźnich." 
(wszystkie cytaty pochodzą z książki Reginy Brett: "Bóg zawsze znajdzie ci pracę")
.

Wczesnym rankiem zadzwoniłam do szpitala wojewódzkiego zapytać jak się czuje tata po zabiegu. Siostra już mnie uprzedziła, że jest tam taka arogancka baba, co ma zawsze zły humor. Po pierwszych słowach zrozumiałam, że mam z nią własnie do czynienia. Jej niecierpliwe: "słucham" zabrzmiało jak:"czegoooo?!" Później było jeszcze gorzej i mniej uprzejmie. Warczała na mnie, a ja się czułam coraz mniejsza i speszona. Pomyślałam, że nie będę się odgryzać bo pogorszę swoją sytuację i babsztyl nic mi nie powie. 
Ale na koniec mnie podkusiło by się odgryźć. 
Gdy (z trudem) uzyskałam potrzebne informacje na temat zdrowia taty, zebrałam się na odwagę i mówię: "Pani musi być bardzo ładną kobietą." Cisza po drugiej stronie oznaczała, że babę zatkało. Konsternacja. "No bo: jaka uroda - taka uprzejmość."  - wyjaśniłam grzecznie pani pielęgniarce po czym, życząc miłego dnia, odłożyłam słuchawkę...
Na szczęście w swoim życiu spotkałam zdecydowanie więcej pielęgniarek jak z cytowanej wyżej książki. I tylko takich na waszej drodze życzę jeśli już do tego dojdzie. Pozdrawiam!

sobota, 23 maja 2015

Cisza...


Nastała cisza. I nie mówię o tej wyborczej, która miłościwie wylewa się z telewizora. 

Mówię o ciszy, która na mnie spłynęła po pierwszym uniesieniu autorskich wydarzeń. 

Całe to zamieszanie, adrenalina, spotkania są inspirujące i podnoszą tętno. I niech dalej się toczą. Świadczą o tym, że jest dobrze, że sprawy obierają właściwy kierunek, że trafiają jak celne strzały prosto w serce, bo gdyby trafiały wyłącznie drogą rozumu, doczekałabym się już zapewne wielu krytycznych rozpraw. 

Ale w ferworze ogromu wrażeń, Ona, moja wierna towarzyszka życia, usunęła się gdzieś w cień. I teraz, gdy ucichły pierwsze fanfary spłynęła na mnie jak obłok. 

Gdy przestałam się miotać, pozbyłam się rozgardiaszu w głowie, ustaliłam priorytety w pracy i w domu, i wiem na czym stoję - przyszła niespodziewanie, jakby zawsze obok była. (Co prawda Joasia R. uspokajała mnie, że to normalna kolej rzeczy). 

Powróciła przy inspirujących dźwiękach Davida Garetta. 

I już od kilku dni piszę, klawisze nie nadążają spijać myśli z moich rąk. I już znowu wiem co chcę powiedzieć, mam w głowie jasność, pewność i odwagę.

Ostatnie spotkania w Warszawie i Bielsku Podlaskim miały inny charakter niż te wcześniejsze. Kameralne, półformalne spotkania kawiarniane, przyszli Ci, którzy wiedzieli, niektórzy już wielokrotnie jak Jane, Janusz, czy JanToni, nie wspominając o moich wiernych koleżankach, ktorych obecność była dla mnie tak naturalna jak, to, że chodzę i oddycham. 





Poniżej: najmłodszy uczestnik spotkania, Mateuszek.




Pan Władysław od "Presto" umknął mi z kadru, ale magazyn został.





Niektórzy przyjechali aż z Krakowa. Innych nie widziałam wiele lat! Wisienką na torcie była obecność niezwykle charyzmatycznej i lubianej aktorki, posiadającą  tę legendarną klasę i godność, której w obecnych pokoleniach aktorskich znajduje się jak rzadka perłę. Mowa o Pani Marii Ciesielskiej, związanej przez wiele lat z Teatrem Starym w Krakowie, Teatrem Polskim w Warszawie,  oraz odtwórczynią wielu ról filmowych.



Nie było nas dużo, ale za to można było poświęcić sobie więcej serdecznej uwagi. jak to określił Janusz:"Inspirujące dyskusje w podgrupach". Rozmawialiśmy nie tylko o mojej książce, ale o filmach Janusza, o projektach Meli, o pracy, rodzinach, życiu...


Między spotkaniami przenieślismy się do jednego z warszawskich barów, ma to dla mnie wydźwięk sentymentalny, bo chodziłam do "Krokiecika" jako studentka, tu wiele lat później wykonałam obwieszczające moim bliskim telefony, że wreszcie skończyłam te ciągnące się jak makaron spagetti studia, tu w końcu... jadałam najpyszniejsze naleśniki i krokieciki (zgodnie z nazwą  lokalu). 

I ten błąkający się między ścianami urok barów mlecznych, choć może "Krokiecik" (po remontowym lifftingu) obraziłby się za to porównanie. 




Rozmowy jakie odbyliśmy odbieram jako niezwykle pouczające, wyniosłam z nich wiele dla siebie. Ruszyłam do Bxl z głową nowych, ważnych projektów (juz nie marzeń!), które zaczynam realizować z nowym zapałem. 

Dziękuję Wam za wszystko i nie mogę się doczekać, kiedy znów Was zobaczę! 

W szczególności dziękuję moim organizatorkom Elom (warszawskiej i ciechanowieckiej), Zeni, a także właścicielom i kierownictwu lokali, w których odbyły się spotkania:
ODK (Osiedlowy Dom Kultury) w Bielsku Podlaskim,
oraz wszystkim przyjaciołom i gościom.

piątek, 22 maja 2015

Zatęskniłam za Wami bardzo.


Ostatnio nie mogę się połapać na jakim żyję świecie. Każdy z nas zna ten nierówny rytm ludzkiej egzystencji: odpływy i przypływy. Gdy jest nas czasami świadomie trochę mniej dla świata, a nawet dla samych siebie. 

Mną tak szarpnęło i wyniosło na pełne morze, że nawet brzeg straciłam z oczu...

Jednym słowem, tak sobie  uciekłam od siebie w "swój własny wgłąb", jak mawiał bohater pewnej komedii romantycznej. Od Was ciężko mi uciec, bo po prostu zwyczajnie tęsknię...

Poczułam to nagle dzisiaj bardzo mocno. Od kilku dni szukam środkow wyrazu, bo pisanie jakoś mi nie idzie.
Przypadkowo wpadły mi w ręce, a raczej w uszy i oczy nagrania z koncertami Andre Rieu. 
Najpierw nacieszyłam organ wzrokowy niezwykłym widowiskiem jakim jest każdy jego koncert, patrzyłam na szczęśliwe, wzruszone, rozbawione twarze ludzi i uśmiechałam się do siebie. Nagle jak łaska spłynęła na mnie wena, czymkolwiek ta męczydusza jest. I zatęskniłam jeszcze mocniej i zapragnęłam podzielić się z wami moją refleksją. 



No więc, jak wspomniałam, na dobre wsiąkłam z tym Andre  Rieu i jego orkiestrą. 
Jak terapię dla duszy ogladamy z mężem do snu fragmenty jego koncertów na całym świecie.  Obejrzeliśmy między innymi te polskie.... w Łodzi na przykład... I szokujące odkrycie! 

Zawsze myślałam, że my Polacy jesteśmy spontaniczni, lubimy się bawić, improwizować. Porównanie koncertów Andre w różnych zakątkach świata, z różnorodną widownią, uzmysłowiło mi jakimi jesteśmy sztywniakami! 

Podczas gdy Niemcy, Amerykanie, ba! nawet ci zdawałoby się flegmatyczni Anglicy szaleją podczas koncertu, śpiewają, tańczą, my siedzimy dostojnie na widowni, z pewnym onieśmieleniem tylko "falując" ciałem i na na boki zerkając czy sąsiedzi też tak robią... Poza tym nijak mają się światowe koncerty do tych polskich ze względu na brak odpowiedniej infrastruktury: sale małe, nieprzystosowane, na scenie mieści się zaledwie połowa orkiestry; żenada. No nie, jak obejrzało się światowe koncerty, to tych polskich nie dałam rady... Ale może się mylę, to taka moja luźna, spontaniczna refleksja. Sama zdziwiona jestem tym odkryciem... Macie jakieś spostrzeżenia w tej materii? Czy potrafimy się bawić?  
A skoro jesteśmy przy muzyce poważnej, to zachęcam Was do zapoznania się z ciekawym przedsięzwzięciem kulturalnym, jakim jest PRESTO, czyli  "Prosto o muzyce klasycznej" Fajna sprawa, bedę jeszcze o tym pisać. Ale póki co, gęba się drze do spania. Najwyższa pora, już po 1.00...

Na koniec mam dobrą nowinę. Jutro zaczyna się weekend. I dla mnie będzie trwał do poniedziałku. W Belgii, w maju jest najwięcej wolnych ustawowo dni. Poproszę powtórkę z maja... :) 
Dobranoc!

sobota, 16 maja 2015

"Nie walcz z przeciwnikiem, cierpliwie zbieraj zwolenników."

Zaświeciło słońce. 
Zapragnęłam wzmocnić jego działanie. 
Uderzyć kolorem po oczach. 
Mocny strzał... 


Są ludzie, ktorzy nie znają play fair. Patrzysz w twarz przeciwnika. Gdy wszystko zawodzi, strzelasz dokładnie między oczy. Nie w plecy, gdy się odwróci, nie przez osoby trzecie, ale otwarcie, prosto w twarz. Jeden nokautujący strzał. Słowem. 
 
Czasami korci by strzelić poniżej pasa, tak by kolana od razu zgięły się do klęczek. Ale tylko zaciskasz pięści, odwracasz się i odchodzisz...  

Metody walki. W polityce, życiu, partnerstwie. W której z nich upatrujesz sposobu na zwycięstwo? Jak reagujesz na agresję, pogardę? Czy nadstawiasz drugi policzek, ignorujesz, czy potrafisz zdrowo dokopać? 

Kiedyś miotałam sie jak w potrzasku. Odbierałam jako wielką niesprawiedliwość fakt, że jedni zadają ból bez skrupułów, a dla mnie, gdy chcę oddać, mówią: daj spokój, nie zniżaj się do ich poziomu, to nie w twoim stylu. Jak to nie?! Umiem się bronić! Nie chcę być szlachetna wobec własnych zranień. Potrafię być perfidna, jeśli nastąpi mi się na odcisk, kąsnąć tak by długo bolało. A nawet wypić krew, nie robiąc dziurki. Zagrać w takie same karty. Szybko się uczę, potafię być mistrzynią w nokaucie, ale... Nie czułam się z tymi umiejętnościami komfortowo...

Świat wokół nas, również ten wirtualny kapie agresją, pogardą, manipulacją. Jest mi z tym źle.


Między innymi, w ramach reakcji na to powstał mój blog. Sama intuicyjnie szukam stref życia z dobrą energią i takie miejsce stworzyłam.

Całą moją filozofię życiową wyrażają słowa na które trafiłam w ostatniej "Urodzie życia". Ucieszyłam się bardzo, gdy je przeczytałam, bo to znaczy, że nie tylko ja tak myślę. To znaczy, że jest nas więcej i taka filozofia ma sens. 

"Nie walcz z przeciwnikiem, cierpliwie zbieraj zwolenników."

Wszyscy ci ludzie tworzą coś w rodzaju plemienia. A plemię, które rośnie gromadząc się wokół pozytywnych wartości ma bezwzględność kuli śnieżnej. A jednocześnie nie ma natury agresywnej. Skupia ludzi przy czymś, a nie przeciwko czemuś. Takie myślenie daje wolność.( ...) Kiedyś największą wartością było posiadanie. Dziś mądry człowiek wie, że największą wartością jest łączenie się z innymi, a tu jeśli coś oddaję, to tego nie tracę."


Już nie uderzam. Albo coraz rzadziej, nieświadomie. Dziś uderzam tylko intesywnym kolorem mego ubrania. Ale to nie przynosi nikomu krzywdy. Przeciwnie. Budzi sympatię. Cieszy oko. 



poniedziałek, 11 maja 2015

Liczę na Was!


Pragnełabym Was znów zobaczyć i nie móc się z wami nagadać.
Przyjedźcie na Podlasie (Bielsk Podl.) lub Warszawy.

Zaproszenie na spotkanko z krótką historyjką zupełnie nie na temat. :) 


Tydzień temu, niedziela. Pogoda do kitu, czas się jakoś w palcach rozlazł, gotować się nie chce, jak to w niedzielę, ale głód do żołądka zagląda i się dopomina. Pojedźmy gdzieś zjeść. Trochę (dużo) wybrzydzamy: Tu za daleko, tam za mało smacznie, jeszcze indziej za drogo i nas nie stać; za późno lub za wcześnie, obsługa niemiła, to znów się przejadło... Deszcz i wiatr kompletnie pozbawił nas "morales". I nagle: wiem! Patrzę niepewnie i mówię niesmiało: "Ja to bym najchętniej dziś zjadła takiego wypasionego... "fastfooda". 
- Jak to? - dziwi się mąż.
- No tak, niezdrowego, smacznego, z dużą ilością wyciekającego sera... Z pogwałceniem wszelkich zasad zdrowego żywienia, a na deser looooody... - przewróciłam z rozkoszą oczami - albo gofr z ogromną czapą bitej śmietany!
- To gdzie jedziemy? 
- Do McDonaldsa jak za dawnych lat...


I cieszyłam się z tego McDonaldsa jak z najlepszej restauracji. Podpatrywałam ludzi pałaszujących swoje "big bekony" i inne "wieśmaki" z taka samą radością jak wówczas, gdy McDonalds był dla mnie ledwie osiągalnym luksusem, gdy tego typu restauracje dopiero powstawały w Polsce. Sięgnęłam pamięcią jeszcze dalej i doszłam do barów mlecznych i ich atmosfery, gdzie będąc w szkole stołowałam się nagminnie. Zebrało nam się na wspominki...
Jadłam zachłannie jak głupia, oczywiście zakrapiając obficie niezdrowe jedzenie coca-colą. Ech, fast foody i coca cola są nieśmiertelne i niezniszczalne! Zaspokoiłam swoją wewnętrzną potrzebę poczucia się dzieckiem i pewnie bedę miała dosyć żywieniowych przestępstw względem siebie na najbliższe miesiące. I nie było we mnie ani krzty poczucia winy!  Zauważyliscie, że dzieciom tak niewiele potrzeba do szczęścia? 
Lubicie nieraz zaszaleć? Złamać zasady? Poczuć się bezkarnym dzieckiem? Odejść od reguły? To tak cudownie pozwala przenieść się w świat dzieciństwa, gdy do pełni szczęścia wystarczała cukrowa wata na patyku!
A teraz druga część mego posta. 


Wiem, że nie wszyscy macie konto na facebooku, dlatego chciałabym Was powiadomić o moich spotkaniach autorskich w Polsce. Zwłaszcza w Warszawie tak sporo tych spotkań wyszło. Może niepotrzebnie, ale troszeczkę obawiam sie o frekwencję, dlatego rada bym Was widzeć, ci co mogą, a tych co nie mogą, a są z Warszwy lub Bielska Podlaskiego proszę o poszeptanie w mojej sprawie znajomkom. Z góry dziękuję braci blogerska. Oto terminy spotkań:

15 maja 2015 r. (piątek) godz.17.00 kawiarnia CAVA, Plac Unii Lubelskiej (w centrum handlowym Plac Unii Lubelskiej)
17 maja 2015 r. (niedziela) godz.12.30 Bookhousecafe, ul. Świetokrzyska 14
17 maja 2015 r. (niedziela) godz.17.00 klubokawiarnia Coffeetura, ul. K. Przedmieście 4/6 (wejście od ul. Oboźnej)




Do zobaczenia wkrótce w realu lub na blogu. 

sobota, 9 maja 2015

Top 5 moich ukochanych miejsc.

Poniższy wpis powstał w ramach majowego projektu Klubu Polki na Obczyźnie.


No cóż. Belgia, małe państewko w sercu Europy, o niesprzyjającej aurze może nie powali Was od razu na kolana, nie zachwyci zapierającymi dech w piersi widokami jak słoneczna Italia, czy malownicza Grecja.

Ale, bądźcie czujni. Nie trudno jest stracić dla Belgii serce. To kraj dla wtajemniczonych. Patrzy się na nią przez pryzmat ludzi, przez pryzmat sztuki. Wszystko jest tu skondensowane i wszystko co trzeba masz w zasięgu ręki. Ciągle zachwyca mnie fakt, że w ciągu jednego dnia mogę być w górach i nad morzem, że mogę zjeść śniadanie pod Big Benem w Londynie i na kolację wrócić do domu. Belgia, a konkretnie Bruksela to świetna baza wypadowa i niezwykle barwna mozajka narodowościowa. 


Ci, którzy zaglądają tu często, poznali już jej niektóre elementy.  Poszczególne miejsca opisywałam na blogu, dziś zbieram moje "top 5" sercem dyktowane w jednym miejscu. Postaram się narzucić sobie olbrzymią dyscyplinę, by przedstawić je jak najkrócej. Nie będzie to łatwe, bo o moich ukochanych miejscach mogę opowiadać bez końca... 
Pragnę podkreślić, że wybór opisywanych miejsc ma charakter zupełnie subiektywny. 

1) Saint-Gilles. 

To jedna z najwiekszych, najstarszych dzielnic Brukseli, leżąca prawie w sercu miasta. Nie ma o niej za dużo wzmianek w przewodnikach, a szkoda. Na każdym kroku można podziwiać tu przepiękne secesyjne kamieniczki. Bo przecież Bruksela secesją stoi... Tu żył i pracował ojciec belgijskiej secesji - Art Nouveau, Victor Horta. Miłośnicy i znawcy jego sztuki przybywają tu jak do Mekki. Wiele z pięknych domów popadło w ruinę. Kiedyś ta część miasta należała do najbogatszych. Dziś jeszcze znakiem tamtych czasów są przepiękne, rozłożyste burżuazyjne "Maisons de maître".

W tych niezwykłych-zwykłych domach mieszkają nierzadko zwykli emigranci, głównie z Afryki i Polski. W tej chwili stanowią już ok 60% pięćdziesięciotysięcznej populacji Saint-Gilles. 

Ja też zaczynałam tu moją brukselską podróż życia... Z wielkim sentymentem wracam do tych miejsc, gdzie spotkało mnie wiele dobrego.



2) Ixelles.

Burżuazyjna dzielnica, która do dziś nie straciła swego prestiżu, choć na pierwszy rzut oka tego nie zauważasz. Nierówne chodniki, dziury, w  których na zawsze możesz zostawić obcas, nie uświadamiają ci rangi miejsca. Ixelles (Elsene po flamandzku) to miejsce, gdzie mieszkałam na początku mojej belgijskiej przygody, tu urodził się mój syn, tu chodził do przedszkola, to wreszcie tu wróciłam po latach i podjęłam pracę. Ixelles to nie tylko wspaniałe zabytki secesji, to także wiele parków i jeziorek. Najbardziej ulubione przeze mnie to Park Tenbosch i jeziorka przy place Flagey, który jest kultowym miejscem spotkań młodzieży. Codziennie przejeżdżam między nimi do pracy, biegam i spaceruję w porze lunchu, oraz karmię moich skrzydlatych przyjaciół. Jak dobre słowo, mam zawsze dla nich w torebce kawałek chleba.

Bruksela to jedna z najbardziej zielonych stolic Europy. Istnieje tu wiele "ukrytych" przed okiem turysty parków. 





3) Marolles.

Prastara część miasta ze swoim specyficznym klimatem, przypominającym warszawską Pragę, ze swoją kulturą, dialektem. Rdzenni mieszkańcy Brukseli to Bruxellois.


Uliczki Marolles to mieszanina sklepów z antykami i słynnymi czekoladkami - najwięksi ich przedstawiciele znajduja się na Place Sablon, któremu można poświęcić osobny post. To królująca tu sztuka, również ta uliczna, targ staroci czynny 7/7, tygiel narodowościowy, 


ale też Pałac Sprawiedliwości, posiadający swoją mroczną historię - największa tego typu budowla na świecie. 





4) Villers-la-Ville.

A gdy mnie znuży miasto uciekam w ciszę, 40 km od Brukseli położony jest przepiękny kompleks, to mój azyl... Ruiny opactwa Cystersów w Villers-la-Ville.(fr. Abbaye de Villers) Opactwo zostało założone przez świętego Bernarda w 1146 roku jako 46 (!) filia klasztoru w Clairvaux.


5) Dolina Mozy (Dinant).

Piątą moją miłością, do której nieustannie wracam i chwalę się nią wszystkim, którzy do mnie przyjeżdżają jest miasteczko położone nad brzegiem Mozy Dinant. Chociaż nie tylko samo miasto zachwyca, ale jadąc wzdłuż tej rzeki można napawać się pięknymi widokami przez całą jej długość. 

Dinant, ze względu na swą lokalizację było ważnym punktem strategicznym na mapie i przechodziło bezustannie z rąk do rąk, zapisując się krwawo na kartach historii. 

Ale tu też urodził się wynalazca saksofonu, pan Sax, oczywiście!


Mam nadzieję, że was nie zanudziłam. Starałam się podać wam Belgię w pigułce. Jeśli za mało, to po szczegóły zapraszam na bloga w zakładce places. A najlepiej przybywajcie naocznie się przekonać, posmakować piwa, czekoladek i frytek: narodowych dóbr tego kraju. 

Ten projekt jest dedykowany Stowarzyszeniu Piękne Anioły.
Jeżeli spodobał Ci się mój post, możesz wesprzeć Fundację dowolną kwotą. Więcej informacji na naszym blogu:





niedziela, 3 maja 2015

Magiczny las - Blue Forest in Belgium.


Każdy ma swój magiczny blue forest,
do którego lubi się czasem głęboko zapuścić.
To nieograniczona ludzka wyobraźnia.

Niedaleko mnie znajduje się pewien czarodziejski las, zwany Blue Forest czyli Bois de Hal (po niderlandzku: Hallerbos). Ale magiczny jest tylko przez krótki okres w roku. Na przełomie kwietnia i  maja, zakwitają w nim dzikie hiacynty. Później czar pryska i trzeba czekać dwanaście miesięcy by nasycić zmysły błękitnym cudem.


1 Maja to dobra okazja by udać się do lasu na majówkę, bo ile można wspominać obchody pierwszomajowe. Las położony jest niedaleko Brukseli (około 50 km), pomiędzy Dworp i Halle i zajmuje powierzchnię 552 hektarów.

Blue Forest to wspaniałe miejsce na rodzinne wypady, bieganie, spacer z psami, czy konną jazdę. Spędziłam tam naprawdę udane popołudnie. Napawając się niecodziennymi widokami przyszła mi do głowy pewna refleksja. Pomyślałam sobie, że tak naprawdę: 
Każdy ma swój magiczny las, do którego lubi się czasem zapuścić.
To nieograniczona ludzka wyobraźnia. 



Ale byłaby ona niczym bez swojej siostry Wytrwałości. Podczas, gdy Wyobraźnia jest dzieckiem szczęścia: radosna, kreatywna, nieograniczona, jej siostra - to straszna nudziara. Mało spontaniczna, nieskora do improwizacji i szalonych wyskoków. Uparta, wstrzemięźliwa, zdyscyplinowana. Bliźniaczka Systematyczności. Wielu z nas, a już na pewno ja - lubię je omijać szerokim łukiem. Gdybym słuchała ich rad, byłabym dużo dalej w realizacji swoich marzeń. Ale próbuję im i sobie zamydlić oczy. Uciekam w mechanizmy obronne, a jednym z nich, moim ulubionym, jest zapełniony po brzegi kalendarz, który sprawia, że czuję sie wiecznie zapracowana i to co kluczowe, z lżejszym sercem odkładam na później, i jeszcze później... Czasami na święte "nigdy".



Każdy musi znaleźć "Sposoba na głoda", czyli w tym wypadku poskromienie Lenistwa, które  próbuje psuć szyki Wytrwałości. Lenistwo, to ukochane dziecko Krótkowzroczności - odwieczny wróg Wyobraźni. Mój sposób jest bardzo prosty i skuteczny. Gdy mam cos zrobić, czego mi się robić bardzo nie chce, na przykład pójść na basen z rana - wyłączam logiczne myślenie i działam automatycznie. Gdy w głowie zaczynają się wrogie podszepty i od razu kilka argumentów za tym, żeby nie pójść, mówię sobie: "Po prostu weź strój, załóż buty, znajdź kluczyki od samochodu, wyjdź, wsiądź do auta i rusz w stronę basenu. A później samo się potoczy.". Skupiam się na kolejnych automatycznych czynnościach, by nie dopuścić do głosu podszeptów Lenistwa. To działa! Póki co, żeby być z wami szczerą... działa na jakieś 65 procent. Ale jeszcze nie powiedziałam ostatniego zdania w tym temacie, jeszcze nie złożyłam broni.


A najbardziej motywującym mnie tekstem, który powtarzam jak mantrę, zwłaszcza w momentach niemocy, jest następujący cytat (mam go wszędzie w widocznym miejscu: w pracy, w domu):

„Nic na świecie nie zastąpi wytrwałości. Nie zastąpi jej talent – nie ma nic powszechniejszego niż ludzie utalentowani, którzy nie odnoszą sukcesów. Nie uczyni niczego sam geniusz – nienagradzany geniusz to już prawie przysłowie. Nie uczyni niczego też samo wykształcenie – świat jest pełen ludzi wykształconych, o których zapomniano. Tylko wytrwałość i determinacja są wszechmocne.” Calvin Coolidge

Niech częste wyprawy do waszych magicznych, nieograniczonych lasów wyobraźni zaowocują skutecznym działaniem.