czwartek, 26 lutego 2015

Ciechanowiec - miło jest wracać do miejsc i ludzi.



Jaki dzisiaj mamy dzień? - zapytałam wczoraj syna jadąc do pracy rano. Spojrzał na mnie i się uśmiechnął - Ciężko wrócić do codzienności, prawda mamo? - powiedział...

W czwartek zajechałam z lotniska do swego polskiego domu o drugiej nad ranem. Szczęśliwie rolnicy nie blokowali dróg. Obeszłam swoje podlaskie kąty, zrobiłam herbatę. Wtuliłam się w szeleszczącą pościel... Nazajutrz z rana pojechałam do Ciechanowca. Następny powrót do źródeł...
Sprawczynią tego całego cudownego ciechanowieckiego zamieszania, była ta drobna osóbka, moja podlasko-warszawska "menadżerka" :) Ela.



Najpierw w szkole, z młodzieżą - prawie każdy z nich ma przecież kogoś w Belgii. Zwiedziłam szkołę, poszczególne klasy. Budynek piękny, dopieszczony, czuje się pasję pracujących tu ludzi. Tylko dzieci z każdym rokiem mniej...






Później: Miejski Ośrodek Kultury, a w międzyczasie wywiad do lokalnych mediów. Obce - znane twarze, dużo radości, wzruszeń, wspomnień. I rozmowy, rozmowy, rozmowy... Okazuje się, że moja książka jest pretekstem, punktem wyjścia do rozmów o rzeczach, które dotyczą nas wszytkich: o miłości, akceptacji, wyobcowaniu... Dostałam w prezencie kalendarz promujący Ciechanowiec. Bo muszę wam powiedzieć, że w Ciechanowcu całkiem dużo się dzieje! Jeszcze tu powróce latam, a najlepiej na święto chleba. 



Pani dyrektor ośrodka przyszła mimo wysokiej gorączki i choroby. Bardzo to doceniam! Dziękuję :)




O gościnności mieszkańców Ciechanowca miałam okazję się przekonać już wiele lat temu, gdy prowadziłam w tym miasteczku sklepik z biżuterią. Tym razem zaskoczył mnie sympatyczny gest dyrekcji Hotelu Nowodwornego, gdy dyrekcja zafundowała mi kawę i wielki, pyszny kawał torta. Skąd oni mnie znają? Hmmm. Musiała w tym maczać palce moja ciechanowiecka Ela... Tym niemniej, bardzo miły gest, a hotel nowy, piekny i wytworny. 
Początek mego pierwszego polskiego tournée bardzo udany. Następnego dnia przystanek: Warszawa. 







środa, 18 lutego 2015

"Marzenia spełniam w Brukseli" - zapraszam Was na spotkania autorskie w Polsce.



No tak. Ten post musiał powstać właśnie teraz. No bo jak inaczej? Już się wzruszam na myśl, że wielu z was poznam podczas tego weekendu, choć wydaje mi się, że przecież i tak znam was od dawna. Waszą wrażliwość, radości, kłopoty, zdolności, porażki, sukcesy, marzenia, dążenia, poglądy, temperamenty... Jesteśmy ze sobą już długi czas. Czasami czytam sobie was pomiędzy wierszami. Dopowiadam to co przemilczane... Wreszcie będzie okazja uścisnąć niektórym z was dłoń osobiście. Nie wszyscy z was są "fejsbukolubni", więc zamieszczam tutaj informacje o moich warszawskich spotkaniach autorskich. 
Dla moich rodaków z Podlasia podaję jeszcze jeden termin: 20 luty, piątek, godzina 16.30 Ośrodek kultury w Ciechanowcu. 




Tak. Marzenia spełniam w Brukseli. Nie sądziłam, że moja książka narobi wokół tyle szumu. Żartuję, że gdybym wiedziała, że tak będzie postarałabym się jeszcze lepiej. Nie, nie kokietuję was fałszywą skromnością. Myślałam, że moja publikacja pożyje życiem barwnego motyla i umrze cichutko niezauważona. Dostarczy trochę emocji rodzinie i przyjaciołom. Nie podchodziłam do tego ambicjonalnie, bo piszę sobie od serca, zawsze. A ono, to moje pisanie zatacza kręgi, jak kamień wrzucony do wody - powoduje rozchodzące się fale. Jedno zdarzenie generuje drugie, a to następne. Czy mogę powiedzieć, że odniosłam sukces? Zuchwale powiem, że tak. Zależy jednak, co jest dla Ciebie miarą sukcesu, ty, który czytasz teraz te słowa. Rozpoznawalność, bogactwo, kariera??? Według mojej miary, tak, odniosłam sukces, co prawda jeszcze częściowy, ale już widoczny. I nie jest nim żadna z wymienionych wyżej rzeczy. Dla mnie sukcesem jest to, że moje słowa trafiają do właściwych osób. To, że moje pisanie łączy ludzi bardzo różnych wiekowo i światopoglądowo, ponad wszelkimi podziałami. Jesteście tak bardzo od siebie i ode mnie inni, co nie znaczy, że wszystkim wam przyklaskuję. Ten kto zgadza się ze wszystkimi, nie zasługuje na to, by ktokolwiek z nim się zgadzał. Ja tylko szanuję waszą odmienność i staram się patrzyć na świat z empatią, nie wyrzekając się swoich poglądów. Staram się być z wami szczera i zbieram tego owoce. Facynuje mnie różnorodność waszych osobowości. Uczę się was i czerpię z waszego bogactwa, oddając wam przetworzone na słowa myśli. Pełny sukces będzie wówczas, kiedy moja pasja będzie moją pracą, a praca - pasją. Aż do zatarcia subtelnej granicy: co jest czym...
Cieszą mnie szykujące się spotkania. Cieszy mnie, że będzie uczestniczył w nich w Warszawie aktor teatralny i filmowy Dariusz Kowalski. Nasz znakomity Siemiatyczanin, znany między innymi z takich filmów jak Prawo Agaty, Komornik, Plebania, zgodził się udzielić mi wsparcia medialnego. Cieszy mnie zainteresowanie znanej i lubianej dziennikarki z jednej z najbardziej rozpoznawalnych telewizji, która wyraziła chęć zrobienia ze mną reportażu - portretu do ogólnopolskiego magazynu. Celowo nie podaję z nazwiska i nazwy, póki projekt nie jest zmaterializowany. To, że zapraszana jestem do szkół, by mówić młodzieży o tym, że warto marzyć i podejmować trud realizacji marzeń, że młode redaktorki chcą robić ze mną reportaże (panie Madzie) do swojej internetowej telewizji i wspierać mnie medialnie. Że mogę mówić, mówić, mówić. I pisać. A ktoś inny chce słuchać i czytać. 
Dziękuję.
I zapraszam. 









niedziela, 15 lutego 2015

Wreszcie!


Wreszcie uporałam się ze swoim blogiem. Było to jak walka dwóch żywiołów z natury przeciwstawnych: postępu techniki i mojej zakutej technologicznie głowy. Poświęciłam urodziny, walentynki, obecność na waszych blogach, sobotni post... (no, trochę może przesadzam, ale tylko trochę). Wnikliwi zapewne zauważyli nieznaczne, choć kluczowe zmiany na moim blogu, okupione kilkoma wieczorami. Ale teraz bedzie już tylko lepiej czyli normalnie. Wracam do swego rytmu, który zapewnia mi i moim czytelnikom poczucie bezpieczeństwa. 

Walentynki! Czy opadł juz walentynkowy, miłosny kurz? Generalnie nie świętuję, albo, jesli już, to z wielkim przymróżeniem oka. Nie krytykuje w żadnym wypadku tych co świętują. Broń Boże! Każdy spędza życie tak jak lubi i obchodzi to co lubi. Przypatruję się walentynkowiczom z wieeeelką sympatią, choć dla mnie to jest głównie wielki, marketingowy szał. Ale kto wie, być może pewnego dnia zapragnę je hucznie obchodzić i będę tego z uporem bronić. Jak to się mówiło? Tylko krowa nie zmienia poglądów. Chociaż to też nie jest udowodnione. To my, powodowani naszą ludzka noszalancją myślimy, że wiemy to na pewno. 
Ale wiecie co? Chciałam napisać o czymś zupełnie innym i jak zwykle - uwiodło mnie moje własne gadulstwo!
Nie tak znowu dawno, chyba dobry tydzień będzie jak spotkałam jedną z was w realu. To Nika. Deptałyśmy sobie po piętach w Brukseli, deptałyśmy i wreszcie wydeptałyśmy. Co ja tu będę mówić o wieczorze z nią spędzonym, skoro wydaje mi się, że Nikę znam od lat! Spotkanie z nią, juz po pierwszych kilku słowach było tak dla mnie oczywiste, jak spotkanie po latach starych, dobrych koleżanek z ławy szkolnej. Nie mogłyśmy się nagadać, a musiałyśmy to robić tym szybciej, iz nazajutrz bladym świtem Nika leciała do Francji, a w moim domu czekały na mnie dogorywając z tęsknoty osobisty Małż i trzy psy. I trudno powiedzieć, które z nich bardziej stęsknione. 
Nika przyniosła na spotkanie zapach Francji zamkniętej w szklanym słoiczku i bursztynowej butelce. Tym bardziej cenne, bo własnej roboty.  Délicieux... Mniam... Dziękuję Niko!


A propos "mniam, mniam" to spotkanie z blogową koleżanką pozwoliło mi odkryć następny bardzo sympatyczny adres w tym mieście znajdujący się dosłownie pod moim nosem! Codziennie przejeżdżam niedaleko wracając z pracy. To polska pizzeria - restauracja o takiej wymownej nazwie. Są w tym mieście już od pięciu lat, a ja dopiero sie o nich dowiaduję dzięki mojej francusko-polskiej Nice! 


Na początku trochę byłam sceptyczna na myśl, że Polacy mogą piec tak dobrą pizzę jak Włosi. A mogą! Własnie, że mogą! W tym miejscu nabiera wielce pozytywnego wydźwięku hasło: "Polak potrafi!". Pizza jest naprawdę "mniammm" bardziej włoska niż ta pieczona w sąsiednich włoskich pizzernaich w mojej dzielnicy. A więc, nastepny stereotyp do kosza! I chyba o tym i o spotkaniu z Niką miał być mój pierwszy "po remoncie" post. 
Mało tego, dostałysmy od przemiłego (ale w ramach rozsądku, tzn. nie narzucającego się) pana kelnera po rózy. (Był to okres okołowalentynkowy) Pąki róż sprytnie wykonane były z... hmmm... ze stringów(!), które zaniosłam oczywiście do domu i dałam mężowi jako załącznik do kupionej dla niego pizzy na wynos (na otarcie łez). Miło jest zobaczyć osłupiałego ze zdumienia męża! 
Wystrój pizzerni też bardzo mi się podoba. Taki utrzymany w klimatach la violette... Zasługa żony właściciela lokalu. I koniecznie muszę dodać, ze mają tam oczywiście inne dania, w tym nasz polski schabowy. Nika dostała go w kształcie serca. 




Kto mieszka w Brukseli, a nie zna tego miejsca, to szybciutko musi nadrobić to zaniedbanie! Zwłaszcza, ze dojazd idealny, okolice metra Merode, troszkę w dół, po szynach 81, na placyku świętego Piotra. Ale co ja wam będę tłumaczyć! Wszyscy macie Google i GPS! 
Za chwilę rzucę się w wir celebrowania niedzieli. Nika, gdzieś tam w świecie na urlopie - to taka wieczna podróżniczka; pozytywnie nastawiona, głodna życia - jego miłosniczka. Zdążyła w międzyczasie zaliczyć parę ciekawych miejsc, obejrzeć parę ciekawych sztuk... W Brukseli za oknem świeci mocno słońce - obietnica pięknego dnia. Włączam "start" i zaczynam celebrować resztki weekendu. Do następnego spotkania w sieci.
Wasza - po remoncie - Aga. 

piątek, 13 lutego 2015

Walczę, walczę.


Moi drodzy, dziś nie będzie heroicznie, ani dramatycznie. Ostatnie posty ziały (zionęły?) powagą, ciężarem gatunkowym. Jednym bardzo się to podobało, innym nie. Jeszcze inni martwili się o mnie, że refleksyjny smutek na blogu odzwierciedla stan mego ducha. Na szczęście to nic z tych rzeczy. 
Dla odmiany, mój dzisiejszy post jest bardzo roboczy. Na moim blogu trwają prace konserwatorskie, tak to się chyba nazywa. Usprawiedliwiam nimi fakt niepojawienia się środowego postu. W praktyce zaś wygląda to tak, że już drugi wieczór walczę z przeciwnościami losu i mojej zakutej blond mózgownicy. Postawiłam sobie za punkt honoru, ze nie skorzystam z pomocy mężczyzn, wszak pretenduję do miana kobiety niezależnej. Co prawda, nie potrafię jeszcze używać wiertarki i wymachiwać nią z fantazją jak suszarką do włosów, ale za to z powodzeniem udało mi się dodać menu do bloga. To już coś! Uffff, a pot płynie strumieniem...


Gdyby chłopaki nie wparowali o pierwszej w nocy z bukietami kwiatów do mego biura, kładąc tym samym kres moim zmaganiom - nie zauważyłabym, że oto nadszedł dzień (noc) moich urodzin. Tak, starzeję się z wdziękiem i nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa. Właściwie to nie zauważam, że się starzeję bo co chwila moją uwagę odciąga tysiąc barwnych rzeczy, które dzieją się wokół mnie. Z przyjaciółmi świętowałam urodziny dzień wcześniej, choć jakoś do mnie nie docierało, że to chodzi o moje urodziny. Wydawało mi się, że dla nich czas płynie, choć tak naprawdę wiekiem im bliżej do mego syna, niż do mnie. Gdyby nie ten wspaniały dyplom....  który zobowiązuje... (zdjęcie powyżej)

Pomyślałam sobie, że ta moja legendarna nieświadomość rzeczywistości w niektórych sytuacjach, pomaga mi bezboleśnie przeżyć wiele sytuacji nie do przeżycia, daje odwagę brawurowo sięgać gwiazd. Gdybym była bardziej świadoma, poważna, konkretna, to... nie odważyłabym się dokonać wielu fajnych odkryć. Gdybym była bardziej świadoma swego wieku, konsekwencji, niepowagi sytuacji... popełniłabym wiele niewybaczalnych grzechów zaniechania... 

Nie zastawiajcie się zanadto, po prostu róbcie to!



Wracając do prac remontowych, to wybaczcie mi roboczy, beznamiętny charakter mego posta. Ale w końcu muszę kiedyś pisać o sprawach organizacyjnych, zaplanowanych spotkaniach autorskich i takich tam... Dlatego następny post prawdopodobnie będzie poruszał te właśnie tematy, bo już - dokładnie za tydzień - jadę na występy gościnne do Polski. Mam nadzieję, że do tej pory rolnicy i rząd dogadają się jakoś i ci pierwsi odblokują dojazd do Warszawy, bo w przeciwnym razie, mimo mego całego szacunku dla ciężkiej pracy rolnika, zaistnieje konflikt interesów. Muszę przecież jakoś na te spotkania dojechać. Póki co zaraz zbieram sie do spania. 

W pracy, pewnie na pocieszenie, pozwolili dziś mi nosić koronę. Gra się - ma się, jak mawiają młodzi. 



O jeden dzień starsza, dojrzalsza, mądrzejsza, ciekawsza, piękniejsza... Tak sobie tylko wmawiam, hi, hi. Jakoś trzeba połknąć tę żabę! 

sobota, 7 lutego 2015

Bon na życie.


Jak szybko przychodzi nam nazywanie przykrych doświadczeń życiowych porażkami, a kłopotów tragediami. A ja ci mówię: taka postawa prowadzi do nikąd. Jest tylko jedna rzecz, którą można nazwać tragedią. To nieodwracalność ostatecznego.To smierć bliskiej osoby.  Reszta to zwykłe niedogodności życia. Porażki - to doświadczenia, z których należy wyciągać wnioski i żyć dalej, nie popełniając już tych samych błędów. 

Od dziś potraktuj życie jak wielkie laboratorium naukowe, w którym jesteś naukowcem. Nie ma nieudanych eksperymentów, bo każda w twoim mniemaniu porażka, to koło napędowe twego rozwoju, dostarcza cennych wniosków, które możesz zapisywać w kajeciku duszy. 
Błogosławię wszystkie swoje życiowe, bolesne nauczki (a było ich bez liku!), bo gdyby, nie one nie byłabym tym człowiekiem, kim jestem, nie miałabym tych myśli, które mam, nie otaczaliby mnie ci wspaniali ludzie, którzy otaczają. 



Można też inaczej. Zaszyć się w maraźmie, nie podejmować działania w obawie, że znów potłuczemy sobie boleśnie nos. Lizać z lubością rany. Rozkładać na czynniki pierwsze swoje nieszczęścia. Ale wtedy przedrzemiesz całe życie, nie budząc śpiącego razem z tobą wielkiego potencjału, który przecież masz. Niby ciągle żyjesz, ale bardziej przypominasz oddychającego trupa. To jest dobre na początek, by wygłuszyć ból, by nie zwariować. Ale gdy rozprawisz się ze swoją żałobą po utraconych szansach, niespełnionych nadziejach, życiowej niesprawiedliwości - otrząsnij się ja pies co wylazł z kapieli, strzep z siebie resztki złych emocji i ruszaj w kierunku jaśniejszej strony życia.

I nie gadaj mi, że wszystko stracone, bo to nie prawda. Nie, nie nie tędy droga. Rozpacz zaciemnia ci obiektywne postrzeganie rzeczywistości. Zamiast zagłuszać się tabletkami "dla spokojności" obejrzyj parę dobrych, motywujących filmów, w których dzięki niezłomności bohaterów wszystko dobrze się kończy. To nie historie wyssane z palca, życie napisało do nich scenariusze. 

Siedzisz na strychu życia i leczysz rany jak Ikar połamane skrzydła. A ja ci powtarzam jak mantrę. Póki żyjesz, możesz jeszcze je zebrać do kupy i pofrunąć jak dobrze powieje. Pewnych rzeczy nigdy już nie zrobisz, z racji wieku, stanu zdrowia, braku pieniędzy, ale ciągle posiadasz bonus w postaci życia - możesz go wykorzystać na wszelkie sposoby. Tylko nie trać czasu, by data ważności nie upłynęła. 



Patrzę przez okno. Jest mroźnie, ale słonecznie. Jest cudnie. Miałam ciężki tydzień w pracy, podobnie jak ty i ty też. Uwieńczony wczoraj wspaniałym spotkaniem z Niką i o tym miał być dzisiejszy post. Ale gdy otworzyłam komputer pijąc poranną kawę, to przyszedł mi do głowy ten tekst. Szybko przelewam myśli na papier i lecę. Wykorzystywać swój bon na życie, by data ważności nie minęła. Zrób to samo. Zamknij kompa i idź do lasu. Poodychaj świeżym powietrzem i pomyśl o tym co tu napisałam. A wirtual poczeka. Jest cierpliwy i nieskończony. Jak wieczność. Tylko ty jesteś tu przechodniem. Wykorzystaj twój czas i doprowadź sprawy do szczęśliwego końca. Da się. Może nie wszystko od ciebie zależy, ale bardzo dużo tak. Nawet nie wiesz jakim jesteś mocarzem!  




środa, 4 lutego 2015

Odwracam uwagę.



Stojąc rano przed lustrem starannie rozcieram korektor w miejscu głebokich, szarych bruzd pod oczami. Nanoszę opuszkami palców kryjący podkład. Nakładam barwny kamuflarz, jak żołnierz przed akcją w dżungli by wtopić się bezszelestnie w tło. ODWRACAM UWAGĘ. Nie można być kobietą na dwóch pełnych etatach: w firmie i w domu; matką, żoną, po godzinach pisać i blogować, rozwijać pasje i jednocześnie sypiać osiem godzin na dobę. To się wyklucza! Dlatego, gdy nagle dopada mnie tygodniowy kryzys: ODWRACAM UWAGĘ. Od moich krótkich pięciogodzinnych nocy, rysujących się zmęczeniem na twarzy.

Upinam, drapuję, stosuję warstwy... Odwracam uwagę od zbędnych kilogramów w miejscach na moim ciele, gdzie chciałabym, by było ich zdecydowanie mniej. 
Brak pewności pokrywam nadmiernym jej okazywaniem...
Uśmiecham się, gdy chcę płakać... To moje łzy, nie lubię dzielić się nimi ze światem. Nic do nich nikomu. Odwracam uwagę...


Odwracanie uwagi. Najstarszy w świecie mechanizm obronny. Sposób na uniknięcie konfrontacji z: bólem, rozczarowaniem, niebezpieczeństwem, śmiercią, złudzeniami. Nasze podświadome, pierwotne zachowanie drapieżnika. Ptak odciąga uwagę wroga od gniazda swoich małych sam wystawiając się na niebezpieczeństwo. Dziecko w sierocińcu gryzie do krwi własne dłonie odwracając uwagę od cierpienia duszy braku przynależności. Mój Kajtek prowokuje atak, pozorując odwagę. Odwraca uwagę od kołaczącego z przerażenia serca. Źle pozrastane drobne żebra, ciągle dają znać o sobie. Pamiątka po ludzkich kopniakach. 

W starannie wyreżyserowanym odwracaniu uwagi celują politycy. Po mistrzowsku kierują światła reflektorów na "grzeszki" innych, odwracając uwagę od własnych. Ale nie tylko oni. Ten, kto najwięcej krzyczy, ma najmniej do powiedzenia. Inny leje wódę w gardło, chcąc zapomnieć o niepowodzeniu, wstydzie, bólu czy zawodzie. Zarozumiałość, buta, kpiąca postawa skutecznie maskują małe poczucie własnej wartości. Rzucasz się w ramiona innych kobiet, by odwrócić uwagę od tęsknoty za tą jedną, co cię porzuciła. Hałas zawraca głowę twoim myślom. Nie daj się zwieść zgiełkowi świata. Tylko w ciszy usłyszysz to co istotne. Wsłuchuj się w nią czasami. Nie przegap prawdziwych drogowskazów. Nie odwracaj uwagi od życia ... Nie bój się. Mierz się z nim.