sobota, 31 stycznia 2015

Pieski świat.




Był sobie pies. Co tydzień czekał na chłopca na przystanku, gdy ten przyjeżdżał ze szkoły w dalekim mieście i odprowadzał, gdy chłopiec odjeżdżał. Skąd ten pies wiedział kiedy on przyjedzie? Deszcz, mróz, słota, a poczciwy, stary pies czekał... Na początku nie miał nawet imienia. Chłopiec mówił do niego z czułością: "E, ty - Pies". Mieli tylko siebie, bo przecież wiecznie pijani rodzice się nie liczyli. Nie marzył jak inni chłopcy w jego wieku o pierwszej miłości. Zaciskał pięści i odliczał dni. Był pilnym uczniem. Pewnego dnia skończy mechanikę, wynajmie pokój w dalekim mieście, gdzie jest mnóstwo pracy dla takich jak on, zabierze psa do siebie by nie musiał już czekać na przystanku w nocy. Ostatniego razu pies nie wyszedł na przystanek i nie przywitał go dotykiem wilgotnego nosa. Jakaś ludzka menda powiesiła psa na drzewie w pobliskim lesie... 



Był sobie koń. Cierpliwie znosił zaplątane w swoją grzywę dziecięce łapki. Nawet szarpany za włosy, prychał łagodnie. Gadał z dzieciakiem oczami. Przedziwna łączność dwojga żywych dusz czyniąca cuda. Po kilku seansach dzieciak zaczął komunikować emocje, po kilkunastu - wymówił pierwsze słowa. Koń dostawał swoje kostki cukru i poklepywanie po zadzie, rodzice nadzieję, dzieciak zdrowie, a właściciel konia - pieniądze. Ale nikomu czas nie biegnie do tyłu. Koń wysłużył swoje. Ciężko stąpając poszedł po trapie ciężarówki by ruszyć w swoją ostatnią podróż. Kości miał nadwyrężone, wywoził w życiu sporo chorych dzieciaków. Do ostatniego z nich szczególnie się przywiązał. Ale koń musi zarobić na siebie. Czysta ekonomia i nie ma co tutaj mieć do nikogo żalu. Kogo dzisiaj stać na niezarabiającego konia! W ostatniej drodze przystanął, obejrzał się jak człowiek. Gładka, błyszcząca skóra na grzbiecie lekko zadrżała. Rodzice dziecka zapragnęli go wykupić. Stanęli przed dylematem. Przecież muszą zbierać na kolejne terapie dla dzieciaka. Ledwie starcza do pierwszego. Pomyśleli, że może jakąś akcję zorganizują, poruszą opinię publiczną. Nie zdążyli. Ich wołanie o łaskę dla konia przepadło w morzu innych, bardziej dramatycznych, ważniejszych "lajków" na facebooku...



Był sobie kot. Jej jedyny przyjaciel. Chciała żyć jak najdłużej, bo kto go dochowa, gdy jej zabraknie? Chyba nie sąsiedzi, którzy rzucają kamieniami, gdy karmi kocie przybłędy na balkonie. Oni co najwyżej narzekają, że na klatce śmierdzi kocimi sikami. Bo rzeczywiście śmierdzi. Niech mówią co chcą. Ją, te koty - trzymają przy życiu. Żyje uparcie dla nich, zwłaszcza dla tego jednego, cudem wyłowionego z wiadra z wodą. Odkąd go uratowała, są zawsze razem. Chociaż kot nie może tego pamiętać, był jeszcze ślepy. Staruszka patrzy na kota i wytęża pamięć. Miała kiedyś dzieci. Czy miała kiedyś jakieś dzieci? Zagląda kotu w oczy, a on mruczy uspokajająco. Dzieci jak to dzieci. Ułożyło się im w życiu. Wszystko mają, tylko pamięć gdzieś zgubili. A on, kot, pręgowany dachowiec, każdego wieczoru leczy kolana staruszki z reumatyzmu, a duszę z samotności. Ogladają wspólnie seriale. Kot, choć do milusińskich nie należy i ceni swoją niezależność, przytula się do błękitnych żyłek dłoni kobiety i mruczy sekretną piosenkę. Tylko oni znają jej słowa: żyj, żyj, żyj...

Był sobie delfin. Przynosił maluchom piłki, dostarczał radości swoimi sztuczkami. Miały do niego zaufanie kobiety z zagrożoną ciążą, ponoć coś tam dobrze robił ludzkim płodom. Przychodziły do niego małe dziewczynki i chłopcy zamknięci w swoim świecie. On delikatnie rozsupływał im ten powiązany w supełki świat. Aż pewnego dnia delfin zniknął. Może zachorował, może nie był rentowny, a może umarł? Czy ktoś wie jak odchodzą delfiny? Czy tak jak konie po tęczowym moście? 



Był sobie człowiek. Wyłapywał bezpańskie psy i wrzucał je żywcem do pieca. Kiedyś ponoć przesłuchiwał ludzi. Na emeryturze dorabiał jako palacz w kotłowni. Nikt nie pisnął słowem o tych bezdomnych psach, bo człowiek miał niedobrą sławę i szemranych przyjaciół. Tamtej kotłowni dziś już nie ma. Zły człowiek przeszedł ustrojową metamorfozę. Stał się bardzo porządnym człowiekiem i teraz ma dobre kontakty. Mówią, że nawet w Boga na starość uwierzył. Taki to z butami prosto do nieba. Ludzie wolą nie pamiętać o tych nieszczęsnych psach skwierczących w ogniu. Tylko nieraz pijaczki spod budki z piwem, albo bezdomni czekający na miskę darmowej zupy wołają za zgarbionym staruszkiem: "Łapać hycla!". Dla nich jest wszystko jedno. Nie mają i tak nic do stracenia.


"Badania nad zooterapią potwierdzają, że jest ona pomocna przy leczeniu nadciśnienia, chorób psychicznych, autyzmu, zaburzeń ruchu, depresji. W terapii wielu schorzeń zwierzęta osiągają lepsze wyniki niż lekarze - stwierdzili uczestnicy konferencji "Wzajemne relacje ludzi i zwierząt", zorganizowanej w Rio de Janeiro pod patronatem Światowej Organizacji Zdrowia (WHO)."
http://www.wprost.pl/ar/11422/Zooterapia/

środa, 28 stycznia 2015

Najsłynniejsza w Europie budka z frytkami.


Którejś tam niedzieli zaniosło mnie na Place Jourdan. Niedaleko tego parku. Ten sam plac, na którym stoi najsłynniejsza w Europie buda z frytkami: "La maison d`Antoine". Rodzinny interes, który trwa od pokoleń, a dokładnie od 1948 roku. Według New York Times, to najlepsze frytki na świecie, ale według mnie ich sława już nieco przebrzmiała, albo... nie był to mój najlepszy dzień! 
Po 1,5 godzinnym staniu w kolejce po rożek z narodowym skarbem kulinarnym Belgów, pomyślalam sobie, że frytki są mocno przereklamowane, obsługa niemiła, powolna, leniwa i roszczeniowa (pod nos klienta wsadzony kubek na napiwki), a ja jestem masochistką. Jednym słowem: "Une grande réputation pour ne pas grande chose." 
Nie wiem, w czym tkwi fenomen tych frytek, dwukrotnie smażonych w rozgrzanym, świeżym, zwierzęcym tłuszczu, ale już od 10 rano ustawia się po nie cierpliwie długi ogonek klienteli. Bez względu na deszcz, śnieg, czy upał. Cały przekrój społeczny: turyści, emeryci, studenci, urzędnicy, matki z dziećmi, umysłowi i fizyczni, młodzi i starzy...
Kiedyś wydawały mi się lepsze, te frytki z Place Jourdan, ale może młodsza byłam, mniej wybredna, a może miałam lepszy dzień...



Siadam sobie na ławeczce, gryząc bez przekonania ten nieszczęsny wyrób ziemniaczany. Od czasu do czasu  zanurzam go w majonezie i oddaję się najbardziej ulubionemu zajęciu. Obserwując ludzi - podglądam życie.

O, właśnie środkiem placu w moją stronę zmierza dziwna para. Mężczyzna w sile wieku o ogromnej posturze i indjańskich rysach twarzy i dużo młodsza, choć już też nie pierwszej młodości kobieta. Smukła, elegancka w czarnych szpilkach na cieniutkich obcasach z wdziękiem omija dziury w chodniku. Na jednym ramieniu duża torba, a pod pachą - piesek. A właściwie to małe coś, kudłate co przypomina pieska. Przystają niedaleko mnie, kobieta wyjmuje z torby rozkładany, turystyczny stołeczek, kocyk i plastikowy kubeczek. Pan siada na stołeczku, na kocyku u jego stóp sadowi się to coś kudłate. Pani troskliwie poprawia partnerowi kurtkę, szaliczek i czapkę, do kieszeni wciska dwa banany, daje namiętnego, soczystego, nieśpiesznego buziaka i odchodzi zmysłowym krokiem tam skąd przyszła. W połowie drogi odwraca się jeszcze i posyła mu kolejnego całuska, po czym... zwolnionym, kocim ruchem wsiada do (nie wierzę swoim oczom!) eleganckiego jaguara. "Indianin" odprowadziwszy roznamiętnionym wzrokiem falujące biodra kobiety aż do drzwi samochodu, z godnością, bez pośpiechu, wymieniając uprzejmości z kwiaciarką z sąsiedztwa rozpoczyna "żebraczenie".


www.wprost.pl

Hmmm, ciekawa sprawa... Gdyby chodziło o seks, powiedziałabym: sutenerka? A jak nazwać kogoś, kto jest stręczycielem żebrania?... Czy to też rodzaj prostytucji? Tak pytam, z ciekawości. Bynajmniej nie zazdroszczę nikomu jego roboty. Nie żałuję, że taka łatwa, lekka i nieuciążliwa. Nikt nikomu nie broni być żebrakiem, lekarzem, prawnikiem. No może jedynie czasami na polityków psioczę, że za moje podatki... W końcu zawsze łatwiej jest ponarzekać, niż samemu powalczyć by żyło się lepiej. W myśl zasady: płacę i wymagam! Do soboty moi drodzy czytelnicy. 

sobota, 24 stycznia 2015

"To nie z tych małych, pięknych chłopców wyrastają najbardziej pożądani mężczyźni..."


Małe, opustoszałe miasteczka po sezonie. Nawet dzień targowy nie robi szału na ulicach. Ponuro i smętnie. Zwłaszcza teraz, gdy śnieg, ani świąteczne dekoracje nie odwracają uwagi od nagiej prawdy, której na imię brzydota. Przyglądam sie dziewczynom na prowincjonalnych ulicach. Na tle szaroburej ludzkiej masy, od czasu do czasu rozbłyskują prawdziwe perełki. Budzą zachwyt. 


One nie sa córkami tej samej matki: marazmu. Niektóre z nich nie wyglądają gorzej niż ich rówieśnice z Paryża czy Londynu. Gdyby urodziły się w innym miejscu i okolicznościach, świat szybciej by je dostrzegł i docenił. Ale one kreują rzeczywistość jaką mają w zasięgu ręki, nie oglądając się na nierówne szanse. Nie otrzymują od życia bonusów za pochodzenie, jak bywało za komuny przy zdawaniu egzaminów na wyższe uczelnie. Niedobór paradoksalnie jest ich sprzymierzeńcem, turbiną kreatywności. W dobie globalizacji nadążają bez problemu za obowiązującymi trendami mając za przewodnika internet. Świat jest bardziej w ich zasięgu niż był kiedykolwiek wcześniej. Brak środków nie oznacza uszczerbku na osobowości. Przeciwnie. Przecież to z braków rodzą sie najpiękniejsze idee, powstają rewolucyjne odkrycia i zmiany. To nie z nadmiaru pieniędzy "buszujemy" po ciuchlandach, nawet jeśli dziś to także moda, trend ostatnich lat. Prujemy, przerabiamy, malujemy, szyjemy. Tworzymy. Zmieniamy siebie i naszą rzeczywistość, sięgamy gwiazd. 

Bo my - dzieci nierównych szans - chcemy wiedzieć więcej, dotknąć mocniej, poczuć bardziej... 

Nadmiar zabija wrażliwość, tępi zmysły, jest śmiercią kreatywności. Pewna bogata kobieta powiedziała mi w zadumie: "Kiedyś cieszyły mnie własnoręcznie szyte z prześcieradeł, farbowane cudeńka, dziś zapomniałam jak nawleka się igłę w maszynie. Nie mam na to czasu... Nie potrzebuję... Mam wszystko, tylko nic nie cieszy. Brakuje mi radości."



Powiedz mi, czy istnieje danie, choćby najlepsze, które zjedzone w nadmiarze nie powoduje niestrawności lub choćby zwykłego dyskomfortu? 
Niewielu jest ludzi, którzy potrafią unieść nadmiar dobrobytu i dobrze nim gospodarować. I jeszcze go pomnożyć nie tracąc przy tym wrażliwości...



Ona, wrażliwość, hartuje się w niedogodnościach życia, w przeszkodach, kompleksach. Rozejrzyj się wokół. To nie te najpiękniejsze,najbogatsze, najbardziej hołubione w dzieciństwie dziewczynki mają odwagę z uporem walczyć o lepsze życie, brawurowo i z determinacją wprowadzać marzenia pod swój dach. Zwyciężają te, które z powodu różnych braków nadają realny kształt własnym marzeniom. 

Ich kruchość staje się ich siłą, ich pięknem. 
To one stają się najbardziej pożądanymi kobietami świata. 


To także nie z tych małych, pięknych chłopców wyrastają najbardziej interesujący i pożadani mężczyźni. Oni rodzą się z kompleksów. Ze stawiania czoła ograniczeniom. Z pokonywania siebie. W ostatecznym rachunku wygrywają życie. 
Ci piękni, bogaci, szczęśliwi na starcie - muszą być bardzo uważni i czujni. Łatwo jest się w mnogości zatracić.

Ciesz się, że nie masz wszystkiego w życiu. Nadmiar jest ciężki do udźwignięcia. Czasami wręcz niemożliwy. Błogosławiony lekki niedosyt, który nadaje smak ludzkiej egzystencji. 

P.S. Do zdjęć pozowała Zuzia M.

środa, 21 stycznia 2015

Temat zastępczy.


Temat zastępczy jako zasłona dymna. Pojawia się gdy trzeba odwrócić uwagę.  Celują w tym procederze głownie politycy. Zwłaszcza przed wyborami. Ja dziś odwracam waszą uwagę od mojej nieobecności. Wyjechałam na krótko. Nie zabrałam ze sobą podręcznego komputera ani moich psów.  Bez komputera i zwierzaków nic nie jest takie samo. Cieżko pisze mi sie na małym tablecie, nie mówiąc juz o dodawaniu posta. Dlatego nie zdziwcie się jeśli będzie on najeżony literówkami, niespójnościami, brakiem konsekwencji, a czasami logiki. W sobotnim poście będzie wszystko perfekt! Poza tym dziwnie czujemy się bez plączących się pod nogami łap i ogonów. I jakoś tak niezręcznie pedantycznie w domu... I cicho... Nie kłócą się, nie zabierają sobie zabawek...
Tosiek swoim pojawieniem się pod naszym dachem zrewolucjonizował całkowicie nasze życie. Przy okazji, takie sytuacje - w kontekście Tośka nazwę je ekstremalnymi - ujawniają niezwykłe prawdy nie tylko o ludziach. Kajtek, ten co w życiu klepał dużo biedy okazał się niezwykle czułym i mądrym psim ojcem, mimo, że nie cierpi osobników tej samej co on płci. W Tuni natomiast wcale nie odezwał się instynkt macierzyński. Jest obrażoną księżniczką, tudzież Złą Macochą, z której fochów młody nic sobie nie robi. Chociaż ostatnio w mózgu naszej psiej seniorki zachodzą niepokojące zmiany bo zaczęła traktować psiaka jako amanta i nie szczędzi mu amorów, które Tosio bierze za zaproszenie do zabawy. Widać natura (na szczęście) nie upomina się jeszcze o swoje, ale na przyszły rok możemy juz z tym mieć problem.
Dziwne stworzenia te psy. Czasem bliższe człowiekowi niż ludzie. Wierniejsze i bezinteresowne. Chociaż autor książek podróżniczych Cejrowski twierdzi co innego. Że psy są straszne lizusy i za michę żarcia wchodzą człowiekowi bez mydła w ... Że tez przemilczę dalej, bo sami wiecie gdzie. Ale on chyba psa pokroju naszej Tuni nie znał! Szybko ta teoria ległaby w gruzach. Tunia od głowy po czubek ogona wypełniona jest psią dumą, nieprzekupnością i uporem! Ale kończę moje prowizoryczne środowe bla, bla, bla z podróży na kolanie walcząc z technicznymi przeciwnościami losu i swoim techno-upośledzeniem. To co do soboty? 


Ulubione miejsce przy oknie.


Najlepsze miejce do odpoczynku to oczywiście miejscówka pod biurkiem pani...


Szczególne upodobanie wykazuje Tosiek do dywanów. Wprawdzie nie są to persy jak w wierszu Kerna, ale zawsze... Jak patrzę na kolejny wyciągnięty sznurek gadam sama do siebie słowami poety...


Mieliśmy dywan.

Perski.

I to był ten ring

Bokserski.

Dziś moja żona święta
Swą rudą głową kiwa:
-Mieliśmy dywan, pamiętasz ?
Mieliśmy dywan

niedziela, 18 stycznia 2015

Bąbolada. Bąbelkowa słodycz życia.



Kto z was lubi bąboladę? Bąbelkowa czekolada. Rozdmuchane słodkie serce. Słodycz dająca złudzenie sytości. Ile tak naprawde czekolady w czekoladzie? Wędliny w wędlinie? Soku w soku? Przyjaciela w przyjacielu? Bezwstydne na wyrost obietnice, wypełnione powietrzem. Bicie piany. A wszystko sprowadza się do jednego. Złudzenia, złudzenia, złudzenia. Taka folia bąbelkowa, w którą zawinięte przychodzą do was rzeczy z Allegro. Albo skąd indziej jeszcze. Chronią przed uszkodzeniem, złamaniem, utratą sił. Są kłamstwem w najprostszej postaci. A może sposobem na przeżycie? Złudzenia jako bufor bezpieczeństwa: niektórzy, gdy się z nimi rozstają ciągle jeszcze wegetują lecz przestają już żyć.


Ale czy nie masz dość siły by bez nich zmierzyć się ze światem? A może inaczej. Czy zawsze potrzebna ci do szczęścia naga prawda? Cała prawda? (A co to jest prawda?) Na co ci obietnice na wyrost? Ile ludzi tyle odpowiedzi. Wolisz znać bolesne realia. Ale są tacy, którzy zamykają mocno oczy. Mniej ich wtedy boli. Każdy z nas jest inny. Każdy ma inna odporność na prawdę. Potrzebuje więcej lub mniej bąbelkowej, pustej słodyczy na osłodę życia. 

Złudzenia pomagają nie popaść w obłęd. Dają nadzieję i wytchnienie. Dodają sił. Pomogą uciec od prawdy lecz nie rozwiążą problemów.



Miałam kiedyś dwie koleżanki. Jedna była żoną alkoholika, a druga - kobieciarza. Ta pierwsza nigdy by nie zniosła, by jej mąż uganiał się za spódniczkami, wolała wierzyć, że jeździ w delegacje. Druga dziękowała Bogu, że jej facet jest niepijący... Bo przecież codzienne, samotne spożywanie alkoholu w zakamarkach swego gabinetu jest tylko niewinną degustacją. Zabiciem stresu po ciężkim dniu pracy. Relaksem. Tymczasem słabości obu panów były tajemnicą poliszynela. Żonom szybciej serce by pękło, gdyby nazwały je po imieniu. W imię złudzeń i pozornego świętego spokoju okryły się głęboką żałoba po stracie. Jeden mąż odszedł na wieki w zaciszu swego gabinetu tuż przed wigilją. Serce lub wątroba nie wytrzymała. Drugi - z pewną panią z delegacji odbierając żonie bąbelkowe, złudne poczucie bezpieczeństwa.

Z rozdmuchanych, wypełnionych powietrzem złudzeń toleruję tylko jedne: moją bąbelkową spódnicę i sweter, dające poczucie objętości. Cieszą oko kolorami i już!


"Złudzenia są nam potrzebne tak jak... czekolada.

Inaczej realizm życia byłby ciężarem nie do udźwignięcia"


czwartek, 15 stycznia 2015

Biec jak Forrest Gump.


Nowy Rok zaczął się jak się zaczął, to znaczy wszyscy wiemy jak. Ale życie toczy się dalej i trzeba wykrzesać z siebie trochę entuzjazmu, bo przecież będzie go musiało nam wystarczyć na długie miesiące. By na tym paliwie dociągnąć jakoś do grudnia. Dlatego koniec narzekania i smucenia się. Trzeba wyjść do ludzi i przewietrzyć zwoje. Od dziś wracamy do spacerów po Brukseli. Nie, nie! Nie przyjmuję żadnych wymówek. No bo co zrobicie, jak któregoś dnia przyjedziecie tu i staniecie jak wryci przed jakimś obiektem, o którym przynajmniej mgliście wypadałoby coś wiedzieć? Że Laviolettka wam go nie pokazała? Że nic nie mówiła? Nie przyjmuję tego usprawiedliwienia do wiadomości. Ruszajmy zatem.
Bruksela obfituje w placyki cieszące się dużym "wzięciem", to wręcz miejsca kultowe, mimo, że... wcale na takie nie wyglądają. Jednym z nich jest Place Jourdan w sąsiedztwie unijnych instytucji z najsłynniejszą w Europie budą z frytkami. Ale o Maison Antoine opowiem kiedy indziej. Tego dnia prosto z niepozornego placu udałam się do Parku Leopolda, tuż obok. Znajduje się w nim jedna ze szkół średnich, a dookoła budynki unijne. Na przeciw parku usadowiła się znana klinika o tej samej nazwie. Była jeszcze wtedy piękna, listopadowa jesień! (Nacieszcie oczy płomiennymi, soczystymi barwami.) 


Parc Leopold słynie głównie z tego, że można tu... łatwo stracić torebkę w biały dzień. Na gościnne występy przyjeżdżają chuligani z innych dzielnic. Skracający sobie tędy drogę unijni urzędnicy, śpieszący się, często roztargnieni są łatwym łupem i smacznym kąskiem dla złodziei. Ileż to już podręcznych laptopów tutaj poszłoooo! 
Ale za to urody parkowi odmówić nie można! Powstał on w XIX wieku w pozostałościach doliny Maelbeek. Otacza go wiele pięknych budynków jak na przykład biblioteka Solvaya w stylu eklektycznym. W ubiegłym wieku na terenie parku znajdował się ogród zoologiczny, który niestety zbankrutował. Wokół jeziora gnieździ się wszelakie ptactwo, a dumą tego miejsca jest olbrzymi platan d`Orient, jedyny taki w Brukseli. 
Patrząc na sielskie, wręcz laurkowe klimaty zdjęc, trudno uwierzyć, że bywa tu niebezpiecznie. Nie jestem taką blondynką, na jaką wyglądam! Nie odważyłam sie tam pójść na spacer sama. Nie miałam ochoty stracić mojej torebki i aparatu - od czego jest Osobisty Mąż? - osobnik od zadań specjalnych. 



A że jest śniadej cery, charakteryzuje go dość chmurne lico i waleczny, nielękliwy sposób bycia, często brany jest za "swojaka" przez północno-afrykańskich agresorów, a oni "swoich" nie obrabiają. A jak na dodatek zrobi słynną minę à la Leon Zawodowiec to wszelcy kieszonkowcy wymiękają!




Ale w związku z tym tematem przypomniała mi się pewna historyjka... 


Pracowałam kiedyś z pewnym chłopakiem, który był znany z tego, że paradował po biurze... w skarpetkach. (Oczywiście do czasu, dopóki mu główny szef tego nie zakazał pod groźbą zwolnienia) W kraju, z którego pochodził grał namiętnie w piłkę i biegał do utraty tchu. Później zwykł się kłaść pod rozłożystą palmą, popijać słodką, miętową herbatę i sięgać wzrokiem daleko, tam gdzie gwiaździste niebo dotyka czubków gór Atlas. Nawyk biegania przeniósł do Brukseli. I tak dla czystej przyjemności z marszu, a dokładniej z biegu - wygrywał kolejne maratony. 
Pewnego dnia po pracy wchodząc do metra zauważył płaczące, rozebrane z kurtek dziewczyny. A była już późna, chłodna jesień. Chaotycznie opowiedziały, że zostały sterroryzowane przez marokańskich wyrostków, którzy zabrali im wszystko. A że było to w dobrej dzielnicy,w sąsiedztwie snobistycznego collège St Michel, pomyślał tylko: "Oho, nasi już tu byli na gościnnych występach!" - i niewiele się namyślając udał się w pościg we wskazanym przez dziewczyny kierunku. 


Bardzo szybko dostrzegł złodziejaszków z łupami, a oni jego. Naturalną ich reakcją była oczywiście ucieczka. Taki bezwarunkowy odruch. Na początku niespiesznie, z nóżki na nóżkę. Pierwsza przecznica, druga... Oho, zaczęli dostawać zadyszki, a on konsekwentnie gonił ich dalej. Widząc, że to nie żarty, zaczęli w końcu gubić "fanty"mając nadzieję, że ten wariat przestanie ich ścigać. Jedna kurtka, druga kurtka. Ale nasz bohater łapał w locie rzeczy pod pachę i nie przestawał biec. Dwóch złodziejaszków prysnęło na boki, a trzeci uciekał prosto. Mój kolega za nim! Biegnąc zgubił najpierw jeden but, później drugi, ale przecież przyzwyczajony był chodzić boso! A co dopiero biegać! Dorwał zdyszanego pobratymca przy trzeciej przecznicy, schwycił za kołnierz i odebrał telefony. I nic nie pomogło odwoływanie się do narodowej solidarności. ("Co ty brat, swego będziesz ganiał!")
Wszystko dobrze się skończyło, tylko nasz bohater butów w drodze powrotnej nie odnalazł...

Dawno już ze mną nie pracuje, ale ciągle mam w komórce jego numer telefonu, tak na wszelki wypadek, gdyby trzeba było kiedyś jeszcze za kimś pobiec... 









sobota, 10 stycznia 2015

Śpieszmy się być uważni...


W Nowym Roku, krok po kroku miało być tylko lepiej. Ale nie jest. Smutno jest. A dziś na dodatek wieje wiatr. Po prostu szaleje. Na szczęście głowy nie urywa, ciepły, nie od morza Północnego. Ale mąci spokój duszy. Złe myśli zasiewa.
Kilka dni temu wpadłam na chwilę na bloga do Basi. Przeczytałam jej wpis poświęcony pewnej osobie. Przeczytałam i wyszłam nie pozostawiając śladu. Jeszcze nie mogłam. Komentarz zawisł gdzieś między gulą w gardle, a kroplą atramentu. 
Mam pewien niezawodny klucz do waszych blogów. Biorę ulubioną lekturę na warsztat z kubkiem parującej kawy lub pomarańczowo-cynamonowej herbaty. I czytam od deski do deski - o bożym świecie zapominając! Dużo się u was zmienia podczas mojej nieobecności. Niezmienna jest tylko pewność, że zawsze jesteście.
A do Niej zwyczajnie nie zdążyłam... Przeoczyłam... I mam o to do siebie pretensję.
Po jej postach nic nie wskazywało, że jest AŻ TAK źle. Że dni są policzone. Nie skarżyła się. Ta Jej pogoda ducha mnie zmyliła. Do ostatniej chwili karmiła nas słowem, ogrzewała dusze, promieniała pogodzona z odchodzeniem. Stąd żyłam iluzją, że czas rozstania jest jeszcze daleki... 

JUDYTA. "La vie est belle i ja też". Na ostatnim zdjęciu wśród rozpromienionych współsióstr jej wymęczona, szara twarz. Teraz to już nasz człowiek po tamtej stronie... Po tej została pustka i jej słowa błąkające się po wsze czasy w przestrzeni. Coraz bardziej lubię internet... 

Pisała o prostych i wielkich rzeczach. Lekko i dowcipnie przemycała ważne życiowe treści. Nie prawiła morałów, a dla wielu z nas świeciła przykładem. Uśmiecham się przez łzy. Pamiętam jej zabawne komentarze. Pamiętam, że nie cierpiała szczerze tych moich butów. :)



"Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą" Śpieszmy się... Śpieszmy się kochać... 

Powtarzane po tysiąckroć piękne słowa księdza Twardowskiego, stają się w końcu pustym frazesem w konfrontacji z naszym brakiem uważności i nieśmiertelnym pospiechem. Powiem tak: Śpieszmy się być uważni... W życiu, pracy, z uwagą spoglądajmy na dziecko, na niespokojny oddech chorego, na męża, żonę... Czy w ich wzroku nie czai się lęk, zniechęcenie, wołanie o pomoc... Zapowiedź bolesnej, gwałtownej zmiany. Śpieszmy się być uważni... 
Uważajmy, kogo zapraszamy w nasze progi i komu udzielamy gościny. Bądźmy - nie podejrzliwi, nie nieufni, ale zwyczajnie - uważni... 



Wydarzenia w Paryżu... Każda taka bolesna sytuacja wywołuje piękne przykłady ludzkiej solidarności. Współczucie ogromną falą przetacza się po świecie. Ale to tylko zbieranie tego co się zasiało. Wmówiono nam, że wszyscy ludzie są braćmi. Jak widać nie wszyscy i nie wszędzie. Tolerancja to nie demoralizacja i przyzwalanie na wprowadzanie złych zwyczajów w naszym własnym domu. Zrównanie w prawach gospodarzy i gości. To nie może się udać. Proces jaki zachodzi właśnie w Europie jest tego dowodem. Nie myl uważności z brakiem tolerancji. Nie daj się zaszczuć gdy tym zarzutem wywijają jak szabelką. Kochaj mądrze ludzi. BĄDŹ UWAŻNY. 
Każdy europejski polityk biorący odpowiedzialność za regulacje prawne w swoim kraju powinien powiesić sobie koło lustra w łazience (o ile jeszcze może uczciwie patrzeć na swoje w nim odbicie każdego ranka) słowa wypowiedziane przez premier Australii Julię Gillard:



„Jestem zmęczona zamartwianiem się naszego narodu czy nie obrażamy jakichś osobników i ich kulturę. Mówimy głównie po ANGIELSKU, nie po hiszpańsku, libańsku, arabsku, chińsku, japońsku, rosyjsku czy w jakimkolwiek innym języku. Dlatego jeżeli pragniecie stać się częścią naszej społeczności nauczcie się naszego języka. Zaakceptujemy wasze wierzenia i nie będziemy o nic pytać. Żądamy tylko byście zaakceptowali nasze i żyli w harmonii i pokojowym radowaniu się razem z nami.”
„To jest NASZ KRAJ, NASZA ZIEMIA i NASZ STYL ŻYCIA i pozwolimy wam w pełni radować się tym wszystkim. Gdy jednak skończycie z narzekaniem, marudzeniem i uskarżaniem się na naszą flagę, naszą rotę, nasze chrześcijańskie poglądy, na nasz styl życia, zachęcam was do skorzystania z jednego z największych praw naszej demokracji, z PRAWA DO OPUSZCZENIA naszego kraju”. Jeśli ci się tu nie podoba to WYJEDŹ. Nie zmuszaliśmy ciebie byś tu przyjechał. Chciałeś tu być. Zaakceptuj więc kraj, który TY obrałeś.” (fragmenty luźno zaczerpnięte z sieci)
Bądź uważny. Nie przegap, byś nie żałował. Nie daj się wpuścić w maliny. Miłej niedzieli. Niech następny tydzień przyniesie tylko dobre wieści. Niech życie składa się z bzdurek. 



środa, 7 stycznia 2015

Kobiety, mężczyźni i mendy. Świąteczne prezenty, galettes de rois i takie tam poranne rozważania przy lustrze w łazience.




Wczoraj rano szykując się do pracy zastanawiałam się o czym będzie mój dzisiejszy post. Wiem, wiem, ja już też tęsknię by znów pospacerować z Wami po Brukseli, nieśpiesznie pogapić się w witryny sklepowe, pooddychać aromatem kawy na placu Sablon, odkryć wspólnie coś nowego. To znów pobawić się modą. Pokombinować ze stylem. Poopowiadać o ludzkich losach. Ale jeszcze chwila. Jeszcze momencik. Niech poświąteczne szaleństwo się uspokoi. Odzyskajmy normalny, codzienny rytm. 

Wiecie co mi przyszło do głowy stojąc dziś rano przed lustrem? Że fajnie być kobietą! Lubię nią być na dwieście procent. To nie pomyłka, nie przejęzyczenie. Kobietą jest się na dwieście procent. Pierwsza setka naszej kobiecości objawia się przy malowaniu rzęs, zakupie kolejnej pary butów, mimo, że szafa pęka w szwach, wycieraniu dzieciom nosów, przytulaniu do piersi, odrabianiu wspólnie lekcji, cieszenia się z krótkich chwil wytchnienia, radości z fatałaszków jak w dzieciństwie z gałgankowych lalek lub bezdusznych, ale za to ekskluzywnych Barbie o porcelanowych twarzach bez jakiegokolwiek wyrazu i zupełnie futurystycznych kształtach. (Swoją drogą jak takie coś przytulić do dziecięcego serducha...)
Mniejsza o to.

Ale czasami odzywa się w nas stuprocentowy mężczyzna i proszę nie dorabiać tu żadnej ideologii. Po prostu. Gdy przyparta do muru zaczynasz walczyć o swoje, gdy wszyscy wątpią w twoje dziecko, ale w tobie tli się żar nadziei. Bo ty wiesz... Gdy twój mężczyzna miesiącami szuka pracy i dopada go beznadzieja. Musisz mu być matką, pocieszycielką, terapeutką i jeszcze wziąć jak ślimak na barki cały dom łącznie z rachunkami niebezpiecznie pęczniejącymi na drzwiach lodówki. A wszystkie na wczoraj. Gdy On zawodzi - twój wspaniały rycerz z lat młodości i zachowuje się jak gówniarz. Gdy trzeba schować dumę do kieszeni i mu przebaczać, albo dać mocnego kopniaka, gdy pcha jak dzieciak łapy w ogień naiwnie wierząc, ze go ogrzeje a nie poparzy... Gdy obrywasz raz po raz, na tym swoistym ringu gdzie zawodzą wszystkie ustalone zasady, powstajesz z błota i uparcie oddajesz ciosy. Gdy trzeba być długodystansowcem w życiu, marzeniach, nadziei. Bywasz przekupką, adwokatem, rozjemcą, spowiednikiem, a czasem wrednymi babsztylem, gdy wszystkie inne metody zawiodą. 

Nawet wtedy w żadnym mężczyźnie nie ma tyle mocnego faceta co w Tobie droga czytelniczko...

Świat generalnie dzieli się na kobiety, mężczyzn i mendy. Menda nie ma rodzaju. Może być nią zarówno kobieta jak i mężczyzna. Po czym ją poznacie? Bardzo łatwo! Menda donosi, zdradza, snuje intrygę, podszywa się, próbuje zabrać ci męża, żonę, sprowadzić twoje dziecko na złą drogę, kopnąć psa. Mendzie nic nie pasuje. Mądra kobieta mendę rozpozna, rozpracuje i wyeliminuje zanim ona zrobi jej krzywdę lub jej rodzinie. Mądra kobieta otacza się w życiu innymi mądrymi kobietami. One ją inspirują i ubogacają. Pomagają pchać ten wóz drabiniasty bez resorów zwany życiem. 

Mam to szczęście mieć inspirujące kobiety u mego boku. Poczynając od tych najmłodszych, moich siostrzenic. Doradzą ciotce, delikatnie naprowadzą, konstruktywnie krytykują. Ba! Kupują mi barwne jak ogrody kolorowe rajstopy, wiedząc że mnie nogi po świecie noszą. A jak noszą to z fantazją! Dziękuję dziewczyny! Z wami nie zginę! 

Co jeszcze chciałam wam powiedziec? Ano to, że czasami dobrze być outsiderem. Mieszkać na walizkach i być w jedno miejsce zawsze lekko spóźnionym. Mikołaj dawno odjechał do Laponii, a mnie jeszcze ciągle ścigają jego podarki. Incroyable! I tak Gwiazdka w najlepsze sobie trwa i trwa i trwa... Może potrwa tak do Wielkanocy?


Podlaski Anioł, który miał misję nadaną mu przez Basię odnaleźć mnie w Siemiatyczach... spisał się na piątkę! Grzeje moje podlaskie serce. Właśnie szuka swego kąta w domu, bo obrazy jak ludzie - swoje miejsce na wyłączność lubią mieć. 

Przywędrowało coś jeszcze dla duszy. Poezja w najpiękniejszym wydaniu, ale nie będę chwalić się wszystkim na raz. 
Barwna kaczuszki przypłynęła aż z Peru. Anetka chwyciła ją w locie i dostarczyła Ryanairem do Brukseli. Dziękuję!:) Anetka należy do bardzo wnikliwych czytelniczek mego bloga. Zna mnie już może lepiej niż ja siebie samą. Potrafi czytać między wierszami. Krótka chwila zapoznania. Jeden wspólny wieczór. Do zobaczenia w Warszawie!



Bombki... Ach kolorowe cacka! Ta, misternie zrobiona zdolnymi łapkami Agnieszki trafiła do mnie prosto z wydawnictwa Białe Pióro. Oddaje klimat zachodnich sklepików, w których bywalczynią jest moja dzielnie wędrująca po świecie książunia, niezmordowana podróżniczka. Bardzo uważam by Bombkojad nie dostał jej w swoje łapki. Dlatego nie zawiesiłam jej na choince. To byłoby zbyt proste. 




A żeby było jeszcze przyjemniej, mój kochany Maksymilian upiekł ciotce brownies. Absolutnie samodzielnie. Mama tylko włożyła do piekarnika. Nigdy nie jadłam lepszych! 


Nawet galettes de rois się nie umywają, ale o tym sympatycznym zwyczaju niech opowie wam Nika. Ona to tak świetnie robi! Powiem tylko, że znalazcą naszego ciastowego ludzika był mój mąż. O mało co zębów na nim nie połamał, myśląc, że to migdał. Później ostrożnie obmywał go z ciasta. Naopowiadałam mu bajek, że to figurka małego Jezuska. Ale jakoś nie przypomina... Cóż zwyczaj zwyczajem. Znalazca figurki był przez jeden dzień migdałowym królem i mógł się cieszyć specjalnymi względami i koroną z pazłotka (fajne słowo) prawie jak król Maciuś Pierwszy. 




sobota, 3 stycznia 2015

Skromność.


Gdyby istniało imię Skromność, tak właśnie by się nazywała. 

Niekoniecznie świat ludzi jest Jej wymarzonym miejscem do życia. Dlatego woli las, który szumi bez hipokryzji, kapiące piekną prostotą na wpół dzikie kwiaty, pnące bluszcze, dumne sosny, heroiczne róże. Wczesną wiosną, gdy tylko przyroda powstanie z martwych - ucieka w głuszę. Aż do ostatniego listka na drzewach. W małym domku ukrytym wśród zieleni, nad rwącym strumykiem, gdzie przylatują czarne bociany, wyczarowuje na płótnie barwne historie. Jest zbyt skromna by nazywać się malarką. Drażni ją jakikolwiek szum wokół siebie. Nie lubi zawiłych meandrów dyplomacji. Do szczerości droga na skróty, nie zawsze zjednuje jej przyjaciół. Prawdziwa do bólu, bezkompromisowa nonkonformistka. Krytyczna wobec siebie i innych. Nierzadko - pyskata. To nie najbardziej odpowiednie cechy na dzisiejsze czasy. Dla mnie jednak jest kimś, kto nigdy nie zwątpił w moje skrzydła. Dopingował, gdy chciałam rzucić studia, przypominał, że moją powinnością wobec świata jest ponad wszystko inne - pisanie...


W gości przychodzą do Niej sarny i jelenie. Przestała walczyć z kretem, który śledzi jej każdy krok. Dziki szarak, to cierpliwy obserwator jej prac ogrodowych. Jaszczurka ciekawie przysłuchuje się rozmowom przy kawie, wygrzewając się na tarasie. Nie ucieka wcale. Wspólna przestrzeń - Jej i ich - lesnych stworzeń świat. 

Myślę o niej: kobieta, która kocha mego mężczyznę równie mocno jak ja. Jedyna, z którą mogę się nim dzielić bez zazdrości. Bezpieczny ląd dzieciństwa mego syna. Teściowa. Nie wiem, kto wymyślił to bezduszne słowo z góry skazane na porażkę. Ja o swojej wolę myśleć: Mama.