sobota, 4 kwietnia 2015

Umieranie na raty.


Zapewne większość z Was zajrzy do mnie już po odśpiewanym Alleluja w doskonałych świątecznych nastrojach. I ja te świąteczne, radosne nastroje muszę Wam, niestety trochę popsuć. Przepraszam. Zawsze jestem na opak i pod prąd. Z dystansem do spraw, które niespodziewanie wstrząsają światem, gdy opadnie kurz emocji, głównie tych złych: bezsilności, złości, nienawiści. Wtedy zaczyna mnie nosić, wiercić w głowie, uwierać w sercu i pchać się na język pod klawisz... 
Gdy piszę te słowa, jest sobota, Wielka Sobota. Za mną 1500 km drogi, a za oknem pada gęsty śnieg. Nastrojem jestem ciągle w centrum Triduum Paschalnego. Jeszcze nie odczuwam radości świąt. Ty gdy to czytasz, część z Was jest już po świątecznym jajku, część dopiero szykuje się do Wielkanocy, a dla innych jest to zwykła niedziela jak każda inna. Każdy by chciał by była pogodna. A ja tu ględzę o umieraniu...
Niedawna katastrofa airbusa w Alpach. Bezsensowna, głupia, niepotrzebna, tragiczna... Pocieszanie się, że pasażerowie i załoga "zginęli na miejscu." Zaczęłam zastanawiać się, co to właściwie znaczy.
Mówią, że ich umieranie nie trwało długo. Czy to znaczy, że ich smierć była podobna pacnięciu komara łapką na muchy? Tak po prostu: był człowiek, nie zdążył pomyśleć i go nie ma? Jak zdmuchnięcie świeczki, po której zostanie niewidoczny obłoczek dymu? 
Wmawiamy to sobie, by mniej bolało, taki znieczulacz. Przynajmniej ja tak myślę. Gdy nie możemy strzepać bólu jak porannego chłodu z ramion, próbujemy przynajmniej wierzyć, że umieranie na raty nie istnieje... 
Kiedyś oglądałam program o katastrofach morskich. Uczestnik jednej z nich, cudem ocalały wspominał, że cały wypadek trwał ułamki sekund, a jemu wydawało się, że to trwa lata. Całe jego życie przed oczyma, a w sercu ból i świadomość umierania. Kadr po kadrze. Mówił, że był zdumiony, gdy po wielu miesiącach odtworzono tamtą sytuację, mając już wszelkie potrzebne elementy tragicznej układanki. Gdy było jasne ponad wszelką wątpliwość, że akcja ratunkowa była przeprowadzona błyskawicznie i nie trwała dłużej niż 20 minut licząc czas dotarcia do pierwszej ofiary, tego właśnie człowieka... On przysiągłby, że jego męczarnia trwała całą wieczność... 
Myślę, że nie istnieje coś takiego jak "śmierć na miejscu". choć bardzo, ale to bardzo pragnę uznać to za pewnik. Według mnie przez obiektywnie krótki tunel czasu, każdy musi przeczołgać całe swoje życie. Sam. Zdumiewająco inna perspektywa...


Ale są jeszcze inne rodzaje umierania. To powolna śmierć tych co zostali przy życiu, gdy zginął ktoś bliski. Albo gdy zawodzi cię ktoś, za kogo byś oddał głowę i serce: mąż, żona, dziecko, rodzic, przyjaciel... Dopada nas cała gama ambiwalentnych uczuć. Od nienawiści i żalu do miłości i współczucia. Poczucie krzywdy i niesprawiedliwości. Już wolałbyś sam nie żyć ,ale musisz trwać, bo to nie jest jeszcze Twój czas by zejść z tej sceny. Życie nabiera smaku bezbarwnej kartki papieru, noc uwiera, boli świt. Takie powolne wwiercanie noża w plecy. Gdy tracisz złudzenia i reszta twoich dni jest tylko marną egzystencją... Czasem próbujemy desperacko w czym innym odnaleźć sens życia. Nie jest jednak łatwo trzymać uśmiech na twarzy i wysoko podniesioną głowę dla świata. Bo świat kręci się dalej i nie daje nam taryfy ulgowej.
To nieprawda, że mija czas i zabliźnia rany - powiedziała mi pewna staruszka przed śmiercią...
Chciałabym wierzyć w to, że ludzie ginąc "na miejscu" cierpią mniej, a ich odejście ma jakiś głębszy sens. 
Te święta dla mnie jako dla osoby wierzącej niosą taką nadzieję, że jest coś więcej poza tym co istnieje tu i teraz. Ty nie musisz się ze mną zgadzać. 
Pozwolę sobie zacytować Piotra Michalaka, który ujął bardzo zgrabnie to co chciałabym Wam na koniec powiedzieć:


"Są wśród moich Przyjaciół i Czytelników osoby, które w to wierzą, jak i sceptyczne. Ja to szanuję. Bo jedną z lekcji,
które daje nam autor tego święta jest to, aby miłować drugiego człowieka - bez względu na to, gdzie jest. Dlatego...
Z okazji Świąt Wielkanocnych, życzę Ci właśnie dużo miłości". 
W sumie wszystko się do niej sprowadza bez względu na Twój światopogląd. Wspaniałych świąt w gronie najbliższych i odpoczynku od komputera! :)

34 komentarze:

  1. Wesołych Świąt Agnieszko...pozdrawiam...

    OdpowiedzUsuń
  2. Aby ta niedziela przyniosła radość!!!
    Niech stoły świateczne uginają się pod ciężarem miłosci:):)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. oj , bylo radośnie i obficie :) miłego świętowania!

      Usuń
  3. Moja wiara pomaga mi przetrwać ogrom trudów, jakich doświadczam. Bez wiary byłoby jeszcze trudniej...Pozdrawiam Cię Aguś i życzę wiele miłości w Tobie i wokół Ciebie... a Chrystus niech da to, co dla Ciebie najlepsze...choć nam się inaczej wydaje...

    OdpowiedzUsuń
  4. Od komputera odpoczywam, nasycam sie czasem z rodziną.
    Wesołych Świąt!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też i jest mi bardzo z tym dobrze ;) potrzebne nam są takie chwile wytchnienia :) pada snieg, z gradem , czekamy żeby przestał i idziemy z psami nad Bug :)

      Usuń
  5. "Według mnie przez obiektywnie krótki tunel czasu, każdy musi przeczołgać całe swoje życie." - chyba tym zdaniem wyczerpałaś cały temat. Być może "śmierć na miejscu" to skrócenie mąk fizycznych, ale psychika zwalnia i życie przewija się jak film, i każdy kto był blisko granicy to potwierdzi. Byłam sceptyczna, ale do czasu. Przeżyłam to dwa lata temu. Wydawało mi się, że cała sytuacja, gwałtowne hamowanie, łapanie pobocza, próba powrotu na drogę, tumany kurzu... Że to trwało długo. Z nagrania na kamerce wyszło, że to były zaledwie 4 przeklęte sekundy. W ciągu tego czasu przed oczami przemknęły mi 23 lata życia. Hardcore. I naprawdę, fizyczne obrażenia były niczym wobec psychicznych przeżyć. Niestety, wbrew pragnieniom i próbom ukojenia bólu: szybka śmierć nie zawsze oznacza lekką śmierć.

    Mimo tych rozważań, życzę Tobie i Twoim bliskim spokojnych i rodzinnych Świąt :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O Boże, więc jednak... Nie przeżyłam czegoś takiego osobiście, ale twoje świadectwo jest kolejnym, że tak powiem z pierwszej ręki, które potwierdxsałoby moje przeczucia.Aż ciarki mnie przeszły... Dzięki moja droga i źycze dalszego spokojnego świętowania dla nas wszystkich. I szczęśliwych tylko powrotów skądkolwiek, gdziekolwiek... :)

      Usuń
  6. Pięknie napisane- nic dodać, nic ująć :))

    Radości o poranku Agnieszko :))

    OdpowiedzUsuń
  7. A ja dziś przy komputerze. Bo mam chwilkę czau. Zaglądam sobie na ulubione blogi, czytam ciekawe artykuły. Właśnie przed chwilą przeczytałam o książce pt. DOWÓD, o tym, że po drugiej stronie coś jest. I to coś jet piękne... Takich właśnie dowodów potrzebuję, jak powietrza do oddychania...:)
    Odwzajemniam po stokroć twoje życzenia:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za wzmiankę o książce, zainteresuję się :) Pozdrawiam serdecznie buziaki!

      Usuń
  8. Radosnego świętowania w drugim dniu Świąt:)*

    OdpowiedzUsuń
  9. O najtrudniejszych problemach tak pięknie i poruszająco napisać mogłas tylko Ty.
    Ja jeszcze jestem pod wrażeniem niezwykłego chrztu mojej najmłodszej wnusi, który się odbył podczas liturgii Wielkiejnocy.
    Aguś, niech miłość Cię chroni i otula!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gratuluję wnusi i dzięki za cudne życzenia...

      Usuń
  10. czytam Twego posta właściwie już po świętach, więc życzę Ci tej miłości na co dzień, nie tylko od święta:)

    OdpowiedzUsuń
  11. Każdy czas jest równie dobry na refleksję. Nie istnieje taki, w którym byłaby ona niewskazana, bądź niemile widziana. Odpoczywam. Zbieram siły psychiczne potrzebne do startu. Startu w dalsze życie:)).

    OdpowiedzUsuń
  12. Czas zabliźnia rany i uczy pokory. Śmierć najbliższych przeżywałam niczym traumę.... żal, bunt, złość..... Teraz pogodziłam się z nią. To, czego wcześniej nie rozumiałam, teraz jest dla mnie jaśniejsze, przystępniejsze. Czas zabliźnia rany. Czas uczy pokory, jesli mu na to pozwolimy. Serdeczności.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Czas uczy pokory, jesli mu na to pozwolimy" Powiedziałaś bardzo mądre zdanie: jesli pozwolimy... :) Pozdrawiam cieplutko...

      Usuń
  13. Im mniej osób obok mnie tym bardziej chcę żyć dłużej dla tych którzy pozostali... Czas nie zabliźnia ran, pozwala tylko się przyzwyczaić do sytuacji, nadal tak samo się tęskni albo jeszcze bardziej. Choć uważam że tak jest lepiej, kiedy nie znamy dnia ani godziny spotkania prawdziwej miłości, urodzenia dziecka czy naszej śmierci.. w ten sposób życie ma sens... ktoś wysoko dobrze wszystko przemyślał...

    OdpowiedzUsuń
  14. Święta , święta i po świętach....dużo przeżyć duchowych wieczernik, droga krzyżowa, śmierć i zmartwychwstanie , nadzieja, nauka PRZEBACZANIA I MIŁOŚCI . Każdy znajdzie dla siebie najbliższy sercu dzień.....dla mnie w tym roku najbliższa sercu była droga krzyżowa.........ale czuję dziś błogi spokój chyba dlatego że ona ma swój kres.........

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak...te święta można rozpatrywać w wielu aspektach, wielkie bogactwo przezyć i symboli, rozmyslań... zawsze po drodze przez ciernie spływa oczyszczenie i blogi spokój... Odnowa... Miłość - jest sednem tego wszystkiego. Najgorzej gdy sa ludzie, którzy ja odrzucają jak i gardzą przebaczeniem.

      Usuń
  15. Ja mysle, ze nie istniej cos takiego jak smierc na miejscu, szczegolnie w przypadku katastrofy samolotowej. Gdyby sie tak glebiej nad tym zastanowic, to przeciez gdy z samolotem zaczyna sie dziac cos dziwnego, to u pasazerow najpierw pojawia sie obawa, a potem strach, a gdy juz wiedza ze spadaja to strach jest napewno ogromny ... i chyba tu wlasnie zaczyna sie to umieranie ... A wiadomo, ze czas jest pojeciem wzglednym, bo wystarczy prosta obserwacja np gdy jestesmy spoznieni to czas nam ucieka zbyt szybko, a gdy siedzimy pod gabinetem dentysty wydluza sie w nieskonczonosc ...Widze, ze znalazlam kolejne fajne miejsce do zagladania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo trafne przemyslenia. Własnie, czas jest bardzo względny... Witam Cie na moim blogu, mam nadzieję, że to miejsce dostarczy Ci wielu miłych wrażeń :)

      Usuń
  16. Że większość z Was zajrzy do mnie po świętach... To i ja zaglądam :)
    Nie pamiętam tytułu filmu. Rozbity samolot, a pasażerowie... nie wiedzą, że umarli. Ich dusze wracają do swoich domów, aby dokończyć ważne sprawy... Tak naprawdę ten dość surrealistyczny obraz miał za zadanie pokazać, jak żyjący partnerzy, znajomi, przyjaciele osób, które zginęły w katastrofie starają się pogodzić z faktem śmieci bliskich, bólem, a najczęściej poczuciem winy... W końcu jedni i drudzy uświadamiają sobie prawdę. Żywi, że to się stało, że to dziecko, przyjaciel, rodzic, partner odszedł, nie wróci. Umarli... Tu producenci starali się pokazać dość realistycznie ostatnie traumatyczne chwile, myśli wybranych bohaterów. Tak sobie dumam, ze nie ja i Ty wymyśliłyśmy słowa: trauma, żałoba.
    Świadectwo?
    Polecam posłuchać piosenki: "Wielka woda" Janusz Radek - 'bo to jest wielka..."
    Serdeczności :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uwielbiam Radka, te piosenke też... Bardzo... dziękuję i dobranoc :)

      Usuń