środa, 28 stycznia 2015

Najsłynniejsza w Europie budka z frytkami.


Którejś tam niedzieli zaniosło mnie na Place Jourdan. Niedaleko tego parku. Ten sam plac, na którym stoi najsłynniejsza w Europie buda z frytkami: "La maison d`Antoine". Rodzinny interes, który trwa od pokoleń, a dokładnie od 1948 roku. Według New York Times, to najlepsze frytki na świecie, ale według mnie ich sława już nieco przebrzmiała, albo... nie był to mój najlepszy dzień! 
Po 1,5 godzinnym staniu w kolejce po rożek z narodowym skarbem kulinarnym Belgów, pomyślalam sobie, że frytki są mocno przereklamowane, obsługa niemiła, powolna, leniwa i roszczeniowa (pod nos klienta wsadzony kubek na napiwki), a ja jestem masochistką. Jednym słowem: "Une grande réputation pour ne pas grande chose." 
Nie wiem, w czym tkwi fenomen tych frytek, dwukrotnie smażonych w rozgrzanym, świeżym, zwierzęcym tłuszczu, ale już od 10 rano ustawia się po nie cierpliwie długi ogonek klienteli. Bez względu na deszcz, śnieg, czy upał. Cały przekrój społeczny: turyści, emeryci, studenci, urzędnicy, matki z dziećmi, umysłowi i fizyczni, młodzi i starzy...
Kiedyś wydawały mi się lepsze, te frytki z Place Jourdan, ale może młodsza byłam, mniej wybredna, a może miałam lepszy dzień...



Siadam sobie na ławeczce, gryząc bez przekonania ten nieszczęsny wyrób ziemniaczany. Od czasu do czasu  zanurzam go w majonezie i oddaję się najbardziej ulubionemu zajęciu. Obserwując ludzi - podglądam życie.

O, właśnie środkiem placu w moją stronę zmierza dziwna para. Mężczyzna w sile wieku o ogromnej posturze i indjańskich rysach twarzy i dużo młodsza, choć już też nie pierwszej młodości kobieta. Smukła, elegancka w czarnych szpilkach na cieniutkich obcasach z wdziękiem omija dziury w chodniku. Na jednym ramieniu duża torba, a pod pachą - piesek. A właściwie to małe coś, kudłate co przypomina pieska. Przystają niedaleko mnie, kobieta wyjmuje z torby rozkładany, turystyczny stołeczek, kocyk i plastikowy kubeczek. Pan siada na stołeczku, na kocyku u jego stóp sadowi się to coś kudłate. Pani troskliwie poprawia partnerowi kurtkę, szaliczek i czapkę, do kieszeni wciska dwa banany, daje namiętnego, soczystego, nieśpiesznego buziaka i odchodzi zmysłowym krokiem tam skąd przyszła. W połowie drogi odwraca się jeszcze i posyła mu kolejnego całuska, po czym... zwolnionym, kocim ruchem wsiada do (nie wierzę swoim oczom!) eleganckiego jaguara. "Indianin" odprowadziwszy roznamiętnionym wzrokiem falujące biodra kobiety aż do drzwi samochodu, z godnością, bez pośpiechu, wymieniając uprzejmości z kwiaciarką z sąsiedztwa rozpoczyna "żebraczenie".


www.wprost.pl

Hmmm, ciekawa sprawa... Gdyby chodziło o seks, powiedziałabym: sutenerka? A jak nazwać kogoś, kto jest stręczycielem żebrania?... Czy to też rodzaj prostytucji? Tak pytam, z ciekawości. Bynajmniej nie zazdroszczę nikomu jego roboty. Nie żałuję, że taka łatwa, lekka i nieuciążliwa. Nikt nikomu nie broni być żebrakiem, lekarzem, prawnikiem. No może jedynie czasami na polityków psioczę, że za moje podatki... W końcu zawsze łatwiej jest ponarzekać, niż samemu powalczyć by żyło się lepiej. W myśl zasady: płacę i wymagam! Do soboty moi drodzy czytelnicy. 

30 komentarzy:

  1. Ciekawy spacer, tak przy porannej kawie. Przyznam szczerze, że na frytki to bym się pewnie nie skusiła, szczególnie, jeśli przyszłoby mi tyle na nie czekać :P Tak więc, podziwiam cierpliwość. A co do tego Pana, cóż, szkoda mi się go zrobiło.... Ale - co kto lubi.

    OdpowiedzUsuń
  2. No to mnie zaskoczyłaś. Ale nie tymi nienajlepszymi frytkami. Tą parą...., która znalazła taki sposób zarabiania pieniędzy.

    OdpowiedzUsuń
  3. I mężczyzna w sile wieku potrafi tyle użebrać? Jestem pod wrażeniem!

    P.S. Widzę że w kolejce po frytki niektórzy skamienieli :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. cha, cha, bardzo ubawiłam sie waszymi komentarzami. Jula, strzał w dziesiątkę z tą skamieliną :)

      Usuń
  4. Hmmm... Pewnie dlatego że mi sie w głowie pewne rzeczy nie mieszczą mam w niej sporo więc dziwactwa wolę czytać lub oglądać niż roumieć, i takim cudem są takie obrazki... chętniej wrzucę komuś kto "zbiera na piwo" "bilet do kina cz teatru" niż " na bułkę" Świata nie naprawię więc przynajmniej mogę myśleć że ktoś sie napije za moje zdrowie, a nie narkotyzuje bądź upija cudze dziecko by móc z nim żebrać dla jakiejś mafii...
    Mam wrażenie że swiat zbudownay jest dzięki ludzkiej naiwnośći a nie ciężkiej pracy... Tydzień temu słyszałam o dwóch mężczyznach którzy od początku roku!!!2015 ukradli 80 000 zł metodą na "wnuczka" .. czy odkrycie kolejnego cudownego pożyczkodawcy pokroju Amber gold!!! A tyle o tym jest gadane!!!!

    Frytki słyszałam że świetne! Aga jak kiedyś wpadnę do Ciebie to będziesz musiała mnie na nie zaprowadzić :)) Uwielbiam frytki z majonezem :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, baaa, koniecznie musisz wpaść i skosztować, jestem do usług :)

      Usuń
  5. I dlatego nigdy nie wiadomo, kto jest prawdziwy...myslę o tych, co czekają na pomoc...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Napisałas Basiu coś bardzo mądrego. Wiem, że to temat kontrowersyjny "dawać, czy nie dawać", może jestem naiwna, ale kieruję się jedną zasadą. Nigdy nie wiem, kto jest prawdziwy, a kto nie... Nawet jeśli dam oszustowi, nie strace wiele, ale może ten grosik, pomoże komuś ocalić wiarę w ludzi, gdy trafi na człowieka naprawde potrzebującego... dlatego... daję.

      Usuń
  6. Ze "stręczycielstwem żebraniowym" spotkałam się w Glasgow, gdzie mieszka moja córka. Nie umiałam długo uwierzyć w to, co kiedyś zobaczyłam- do żebrzących w bramach czy na skwerach, podchodziła kobieta (!) po zebrane przez nich pieniądze. Dla mnie to był długo trwający szok! Masakra...
    A co do frytek- wszystko, mam wrażenie, że co jest długo reklamowane staje się jakąś prawdą, więc najlepsze frytki na świecie będą zawsze obiektem przyciągającym tłumy, nawet wtedy, gdy normalnie są do du...y:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. rzeczywiście masakra, pierwszy raz coś takiego widziałam! ale ta para wyglądała na bliskich sobie ludzi, oni naprawde namiętnie sie obałowywali. biznes rodzinny???.....

      Usuń
  7. W Amsterdamie na tyłach głównej ulicy miasta jest lodziarnia. Robi te same, bodaj od 60 lat lody... wyłącznie śmietankowe. W dobie, kiedy producenci wymyślają lody o smaku golonki czy śledzia, taka monotematyczność dziwi. A jednak kolejka wylewa się lawą na ulicę i ludzie są gotowi stać, jak po te frytki.
    Tyle że jakość tych lodów ponoć faktycznie jest powalająca. Wierzę tu mężowi, który generalnie poważa tylko lody czekoladowe, a tymi był zachwycony.
    Więc czasem jakość jednak idzie w ślad za sławą... Szkoda że nie wszędzie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No własnie, czasami jest tak, że jak sie osiągnie jakis poziom jakości i zdobedzie sławe to później osiada się na laurach i ciężko renome odbudować! Pozdrawiam i witam serdecznie na blogu :)

      Usuń
  8. Frytki jakie by one nie były są niezdrowe:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Caddi, znasz te słynna maksymę, że wszystko co dobre jest albo niezdrowe, albo nielegalne, albo niemoralne... :) Ja np uwielbiam coca-cole :) jak ostatnio poczytałam co dodaja do rzekomo zdrowych napojów (soków, w tym soków dla dzieci) to na tym tle coca cola (rzadne zero procent) jawi sie jako wzór zdrowotniści! Pozdrawiam :)

      Usuń
    2. Caddi frytek nie lubisz????? Zartujesz????

      Usuń
  9. Już kilka lat temu czytałam o podobnym przypadku na... warszawskim Mokotowie:)
    Frytki w Brukseli jadłam (to chyba niemożliwe, żeby tam być i nie spróbować), ale nie w tej najsłynniejszej budce. Przyznam, że jakoś specjalnie oszołomiona ich smakiem nie byłam. Podziwiam cię za to stanie w kolejce:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama się sobie dziwię, że stałam. jak się okazalo, nie było po co... :) mam nadzieję, że się wkrótce zobaczymy :)

      Usuń
  10. Czekaj;czy o tych frytkach nie było kiedyś reportażu w Galileo?

    OdpowiedzUsuń
  11. Ohh, podzielam Twoje zdanie o frytkach. Dla mnie są za ciężkie, jeszcze z dodatkiem majonezu to już samobójstwo! Nie wspominając o godzinnym staniu w kolejce ;) Ale chyba każdy musi tego doświadczyć i nieświadomie podtrzymywać niesłabnącą sławę tej brukselskiej budki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no własnie, często jak pójdzie fama to już dalej samo się toczy, a ludzie zupełnie nieświadomie podtrzymują tę opinię, chcąc doświadczyć tych rzekomych pyszności. Pozdrawiam

      Usuń
  12. Jestem w szoku. Nie rozważałam kwestii żebrania jakoś szczególnie, ale zawsze myślałam, że to mężczyźni wystawiają kobiety

    OdpowiedzUsuń
  13. No cóż...o żebractwie jako interesie słyszałam już wiele lat temu. Jak widać ten proceder wciąż trwa...

    OdpowiedzUsuń
  14. Jest prawie 24 a ja przez Ciebie nabrałam chęci na fryty!

    OdpowiedzUsuń
  15. Nie słyszałam o tej światowej frytkarni.
    O takich sposobach żebrania wcześniej słyszałam. Ale Ty zobaczyłaś na własne oczy. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Jak wreszcie uda mi się dotrzeć do Brukseli, to popróbuję tych frytek, a niech tam...
    Kiedyś rozdawałam pieniądze, każdemu kto wyciągał rękę. W moim mieście kilka lat temu było mnóstwo Rumunów, którzy dorobili się fortuny... Jeśli wiem, a często już wiem, że to miejscowi naciągacze, nie daję, ale nadal nie potrafię być jakoś obojętna, bo może ten ktoś naprawdę jest potrzebujący... Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To tak jak ja Basiu! jak wiem, że to naciągacze to nie daję, ale jesli nie mam pewności to trudno mi przejść obojętnie

      Usuń
    2. U mnie było do niedawna dużo Cyganów, matki z małymi dziećmi, to jednak oszustki, bo jedzenia to one nie chciały tylko kasę.

      Usuń