środa, 31 grudnia 2014

Powrót do źródeł.


Gwar, wesołość, dużo serdeczności. To było przedwczoraj. Dziś ostatni dzień roku. Zanim wskoczę w sylwestrową sukienkę, siedzę i wracam myślami do tamtego wieczoru. Chcę zatrzymać okruchy wspomnień. To był dobry wieczór. To był dobry rok. Zdrowy. Treściwy. Nie liczę drobnych potknięć, zawirowań, "soucis" - zwykłych niedogodności życia. Odrobina pieprzu do codzienności,  dla podniesienia smaku życia. Jakieś małe lekcje pokory. Niezbędne. Niektórym z bliskich chciałoby się pomóc nieść ich krzyżyki, ale tak to już dziwnie jest ten świat urządzony, że każdy musi przeczołgać się sam przez swoje tunele samotności. Pozostaje być blisko i wspierać, ale to nie odejmie tak naprawdę ciężaru z ich ramion. Trzymam za was kciuki, za tych, którym końcówka tego roku nie jest łaskawa. Wierzcie mi, doskonale znam ten gorzki smak przegranych walk, nawet jeśli tego roku smakuję zupełnie co innego. Cofam się myślą do 29 grudnia dwa dni temu...


Zbliżała się 17.00. Wiało, snieżyło, mroziło. Jadąc na swój pierwszy w rodzinnym mieście wieczór autorski, powiedziałam do męża, że powątpiewam, czy ktoś zechce wystawić nos z domu w taką pogańską pogodę. Ludzie są przejedzeni i niemrawi po świętach. Albo odwrotnie: wpadli w wir przygotowań świątecznych i podpierają się nosami ze zmęczenia. Bo tu gdzie żyję, świętuje się dwa razy. Okres międzyświąteczny - to nie jest najlepszy czas na spotkania literackie. Jakież było moje zdumienie, gdy czytelnia biblioteki publicznej zaczęła napełniać się ludźmi. Nowi ciągle przybywali, otrzepywali kurtki ze śniegu, witali się, szukali miejsc przy stolikach. 



Przybyli z bliska i z daleka. Znajomi, przyjaciele i zupełnie obce twarze. Niektórych nie widziałam od czasu liceum. Nie zabrakło pani profesor z ogólniaka - miła niespodzianka! Powitaniom po latach nie było końca. Dziewczyny cieszyły się, że nieświadomie zorganizowałam im spotkanie klasowe, które po zakończonym wieczorze autorskim przeniosło się do pobliskiej kawiarni. Dla mnie to był powrót do źródeł, również z tego powodu, że biblioteka publiczna była moim pierwszym wspomnieniem początków dorosłości. Moje pierwsze miejsce pracy... Przystanek przed dalszym etapem podróży zwanej życiem. Tamtej biblioteki już dawno nie ma, ale ciągle są tamci ludzie - moje dawne koleżanki.






















A później zaczęły padać pytania. Zastanawiałam się jak to będzie. W końcu to moje pierwsze publiczne wystąpienie... Popłynęła moja opowieść. Najpierw nieporadna jak górski strumyk, nie wiadomo kiedy przekształciła się w wartką rzekę. Nie mogłam uwierzyć, że przychodzi mi to z taką łatwością i z taką przyjemnością wchodzę w interakcję z moimi interlokutorami. Mówiłam, mówiłam, mówiłam. A oni (bo byli też nieliczni panowie, czego nie widać na zdjęciach) słuchali, słuchali, słuchali... Gdy ktoś tak słucha z zapartym tchem, można opowiadać i całą noc! Ale wszystko co dobre, szybko się kończy. Większość z moich gości szła nazajutrz rano do pracy.





A dziś, jak zawsze ilekroć jestem w moim polskim domu, zasiadam przed komputerem przy kuchennym stole. To najlepsze miejsce do pisania. Moje centrum dowodzenia, serce domu. Śliwkowa Czapeczka została w Brukseli i póki co reprezentuje ją zastępcza - beżowa, ale ma taką samą sprawczą moc. Siedzę i przerzucam myśli za pomocą klawiatury: puk, puk. Przetwarzam je na skrzydlate, słowne motyle. Moje pierwsze literackie dziecko stanęło na nogi i zaczyna sobie radzić samo w świecie. Nakład się wyczerpał, dodruk w trakcie realizacji. Chyba czas pomyśleć o następnej części. Iść za ciosem, podążać za życzeniami czytelników. Kocham to robić! 





Za kilka dni opuszczę to przyjazne miejsce. Miasto, na styku kultur, jedyne takie w tej części Podlasia, gdzie z sąsiednich niewielkich wzgórz spogladaja na siebie od wieków kościół i cerkiewka. Gdzie ludzie modlą się odmiennymi językami i gdzie do wigilijnego, nierzadko wspólnego stołu zasiada się dwa razy.





sobota, 27 grudnia 2014

Nowy rok bieży...


Ech, święta, święta! 
Najpierw Tosiek vel Pendolino zyskał nowy przydomek: Bombkojad. Zamiast przemówić ludzkim głosem w noc wigilijną, pozjadał ozdoby wiszące na dolnych partiach choinkowych gałązek. Po powrocie z Pasterki zastaliśmy żałosne resztki cerupek walające sie po całym domu, a jedna z nich, niewątpliwy dowód tosiowej winy zwisała mu smętnie z pyska. Z lękiem czekalismy do rana co się będzie działo z antoniowym żołądkiem, ale nasz bohater okazał się nie do zajeżdżenia. Nie miał nawet najmniejszych sensacji gastrycznych. Zdecydowanie zaczynam lubić doskonałą jakość chińskich bombek. Myślałam, że to już wszystko co nam Toni zafunduje tego roku, ale widać jestem niepoprawną optymistką. Tosiek okazuje sie ogromnym entuzjastą świąt, śniegu, choinki i w ogóle całego tego zamieszania z luzowaną kaczką i krolikiem w potrawce razem wziąwszy. Tosiowe ADHD dało znać o sobie niebawem. Było dokładnie jak w tej opowieści:


www.zbierak.pl


Zastałam Tosia z niewinną miną splątanego choinkowymi łańcuchami w pozycji horyzontalnej z drzewkiem na plecach. Ale już sobie z nim pogadałam. Idzie Nowy Rok. Tosiek obiecał być grzeczny. Przestraszyło go widmo całorocznych wczasów w budzie (bynajmniej nie w tej węgierskiej, od Pestu, ale zwykłej, anusińskiej, z siermiężnych desek krzywo pozbijanej) na podwórku u babci Irenki. 
A Nowy Rok bieży... Jakieś noworoczne self-obiecanki? Nic z tych rzeczy. Żadnych postanowień! Wiem tylko, że bedzie to rok bardziej dla ducha (dążę do nadszarpniętej ostatnio równowagi). I więcej konsekwencji w sporcie. Zaraz, zaraz... Właśnie popełniłam noworoczne postanowienia? 

Póki co cieszę się ostatnimi dniami starego roku. Po drodze będzie jeszcze wieczór autorski w moim rodzinnym mieście i sylwester. Oba wydarzenia odbędą się przy życzliwym wsparciu znajomych. Sam w sobie Nowy Rok nie budzi moich specjalnych namiętności. To umowna data jak każda inna. U Żydów przypada jesienią, w starożytnym Rzymie przypadał początkowo wiosną. U innych jeszcze kiedy indziej. Każdy z nas, w zależności od szerokości geograficznej, wita go o różnej porze. Że nie ma zgodności co do daty i godziny? I co z tego? Tak jak co z tego, że Jezus nie urodził się 24 grudnia? Niektórzy robią z tego wielkie hallo. (Najbardziej to ci, którzy nie trawią tych świąt) W upamietnianiu różnych ważnych wydarzeń dla ludzkości chyba nie najbardziej chodzi o zgodność dat, ale o coś zupełnie innego. 
Mój prywatny Nowy Rok - mówiłam o tym wielokrotnie - nadchodzi gdy przyroda przyobleka się w jesienne dekoracje. Rodzą się wtedy w mojej głowie i moim życiu najfajniejsze rzeczy. Poznaję barwnych, interesujących ludzi. Płynę z prądem własnych marzeń. Mam nadprodukcję dobrej energii, którą chętnie zasilam nadwyrężone baterie innych. Wypalam się, w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Po to by zimą sobie bezkarnie wypocząć bez spinania. Dlatego nie mam poczucia ani sukcesu, ani porażki gdy z czymś nie zdążę do końca roku. Wypijam szampana (bo lubię, a nie dlatego, że tak trzeba), tańczę do upadłego (bo grają), albo siedzę zwinięta w kłębek przed telewizorem w towarzystwie męża i psiej gromady.(Trzy psy to chyba już jakas mała gromada jest, co?) Wszystko zależy od tego jak się ułoży i czy zaproszą na bal, jak w słynnej piosence M. Rodowicz. Nie odmawiaj, druga okazja może się nie trafić. Nie zapominaj, że "Źycie kochanie trwa tyle co taniec."



Jestem w stanie wiele sobie i Wam wybaczyć, ale ciężko mi przełknąć stracone szanse, życiowe sytuacje, ktorych nie doceniasz, a ktore trafiają się tylko raz. I tak punktem wyjscia był Antoni, a doszłam do życiowych wyborów. No dobrze, czas się żegnać na starym Roku. Jeśli przywiązujecie do Sylwestra wielkie znaczenie, to życzę, by Nowy Rok był uwieńczeniem Waszych dążeń w każdej dziedzinie życia. I miejcie oczy szeroko otwarte. Może jeszcze, gdy stary czas nie zagoni mnie na śmierć, odezwę się w środę, choć nie obiecuję. Dlatego dzisiaj składam Wam noworoczne życzenia. 

P.S. Po zastanowieniu i przeczytaniu powyższego tekstu, obiecuję w Nowym Roku mniej gadać bez sensu.

wtorek, 23 grudnia 2014

Najbardziej kłopotliwe dziecko świata.


Rok jak co roku - prawie zatoczył koło. Ty najlepiej wiesz jaki był dla Ciebie. Podczas tej jedynej w roku nocy wszystko ujrzysz jaskrawiej, poczujesz dotkliwiej. Ta noc jest jak soczewka. Zabrakło kogoś po raz pierwszy przy wigilijnym stole?...Uczysz się oswajać pustkę? To trudna sztuka.  A może są to najpiękniejsze święta w twoim życiu? Zaszła zmiana w twoim widzeniu świata. Pojawił się ktoś nowy w twoim domu. Z uśmiechem na twarzy wsłuchujesz się w delikatny jak pajęczyna oddech. Ktoś miał farta, wygrał życie. Ktoś przełyka smak porażki... Rozsypał się domek z kart mozolnie budowany? Ech, nieroztropnie wzniosłeś go na piasku. Następnym razem będziesz bardziej uważny. A spójrz na niego! Smakuje dorosłości jak pierwszych zielonych, cierpkich jabłek z sadu. Zachłystuje się ich smakiem. Nawet nabite guzy nie bolą - nieodłączna część nabywania doświadczenia...
A ty przyjacielu? Poległeś. Wstałeś. Walczysz. Zwyciężasz. Przewracasz kartkę.

Dla mnie osobiście to był dobry rok. Przemyślany, uwieńczony, nie taki znojny i mozolny jak poprzednie. Chwilami wolniejszy... Uczyłam się trudnej sztuki odpoczywania. Ale nie zawsze w życiu jest jak chcemy. Jest czas wycierania dzieciom nosów i cierpliwej obecności, czas wyborów, a co jeden to gorszy; czas pośpiechu i gonitwy, prób i odcinania kuponów. Jeśli nie jest to twój czas, bądź cierpliwy. On nadejdzie. Gdy przyjdzie czas... Jedno z moich ulubionych przysłów mówi: "Gdy uczeń będzie gotowy, Mistrz się pojawi." 

Ja, w tym roku wyjdę naprzeciw Nocy Czułości, mniej zmęczona niż zwykle. Jedynej takiej nocy w roku... 

I choć biegli w pismach tego świata, współcześni prorocy zapowiadają zmierzch tradycji, przytaczają argumenty na jego "nieistnienie", Ono się z mądrych tego świata śmieje. Choć na czynniki pierwsze rozkłada się datę narodzenia, okoliczności (nauka ma swoje święte prawa), podważa się jego boskość, tworzy się nowe teorie, bojkotuje (Fuck Christmas) - Ono się śmieje. Jest niezniszczalne! Jest Łagodnością. Wie, że Miłość w ostatecznym rozrachunku wygrywa. Nie pierwszy raz próbuje się zagonić je do podziemia. Przeżyło czasy Rewolucji Francuskiej, (gdy nie było można publicznie świętować Jego narodzin), dyktatur, beznadziei i wojen. Przeżyje również czasy Wielkiego Relatywizmu, gdy słowa zatracają swoje pierwotne znaczenie, gdy dzieciobójczynie i matkobójcy stają się celebrytami...
Bezbronność Noworodka silniejsza jest niż granit. Dziecko, które jest pomostem dla wierzących i niewierzących. Zwalczane od kiedy przyszło na świat, najbardziej dla niektórych kłopotliwe Dziecko świata, nieustannie ten świat ocala. Indywidualnie, w sercach wielu z nas. Dlatego nie martwmy się o Niego. Martwmy się o siebie. Ono sobie bez nas poradzi. My bez niego - nie zawsze.
Chciałoby się powiedzieć za księdzem Twardowskim: 
"Nie martw się, że się Kościół przewróci, że znów grzesznik dłubie dziurę w niebie
Magistrze, doktorze, głuptasku nie martw się o Boga, ale o siebie"




Jednym z przywilejów trudnego życia na kresach jest podwójne świętowanie. Ono tutaj, narodzi się symbolicznie dwukrotnie. Nierzadko nasze rodziny zasiadają dwa razy do jednego, wigilijnego stołu. Pozdrawiam wszystkich przyjaciół prawosławnych. Jak i tych niewierzących, pielęgnujących tradycję Narodzin.

Czego Wam życzę i sobie? Niech to będzie noc cudów. Niech uratuje niejedną miłość. Niech przywróci wiarę w ludzi. Umocni nadzieją i doda skrzydeł - przecież mamy w sobie wielki potencjał. Przywróci znaczenie słowom. Życzę Wam i sobie odwagi nazywania rzeczy po imieniu. Niech "tak" znaczy "tak", a "nie" znaczy "nie". Niech stanie się normalność. Bez tego przerostu formy nad treścią w każdej dziedzinie. Pomyślę o Was drodzy przyjaciele jutro podczas pierwszej gwiazdki. 

niedziela, 21 grudnia 2014

Powroty i reemigracje.


Wiem. Tym razem zawiodłam. Minęła sobota, a ja nie zamieściłam obiecanego posta. Wpadam zdyszana, jak Kopciuszek śpieszący się by opuścić bal przed północą. Lecz się nie udało. Nie zdążyłam, jakaś rurka pękła, chyba przewód jakiś. Coś związane z powietrzem, tłoczeniem i silnikiem. Ponoć bardzo ważne. 
No wiecie:"Ciągle w drodze. Powroty i reemigracje ukształtowały stosunek do miejsc, w których przyszło mi żyć"... Podczas, gdy oni, jak Trzej Muszkieterowie, walczyli pod maską (samochodową), ja umalowałam paznokcie na czerwono. Zen. Pewnych rzeczy nie przeskoczysz. Po czym przyniosłam im trzy kubki gorącej, aromatycznej herbaty z cytryną z pobliskiego baru.



Przywitałam się z domem. Odpaliłam komputer. I ucieszyłam się waszą obecnością! 
Zdałam sobie sprawę, że jesteście ze mną już bardzo długo i ciągle was przybywa. Kiedyś myślałam, że piszę głównie dla siebie i nie potrzeba mi czytelników. Co za noszalancja! Dzięki wam odkryłam, że pisanie bez interakcji z czytelnikiem jest jak jedzenie przepysznego dania w samotności lub picie szampana do lustra. Możliwe, lecz nie tak przyjemne jak z dzielenie czasu z ulubioną osobą. Moje pisanie bez was byłoby tylko składaniem liter, zamkniętych w martwą treść. 
Nadaliście sensu memu istnieniu jako osoby piszącej. A to wszystko toczy się jakoś poza mną. Życzliwość ludzka płynie wielkim strumieniem. Wzrusza mnie, zawstydza, zadziwia. Taki niedowiarek ze mnie. 
Jedna z dziewczyn napisała:"Twoja książka przejechała się ze mną do Londynu. Skończyłam ją w pociągu dzisiaj. Nie przestawaj pisać! Czekam na Brukselę latem, wiosną, zimą. A później jeszcze za dnia i w nocy."
Ktoś inny ucieszył się, że wspomnienia ożyły. Moja ulubiona blogerka dziękuje za masę uśmiechów, emocji, wzruszeń... 
Pewnego dnia Nika, tak własnie ta, od nie tylko francuskich Notatek Niki napisała mi: "Witaj w ten okropny, deszczowy piątek. Warto byś podrzuciła pani Eli do księgarni nowe egzemplarze książek, bo wszytkie wykupiłam i już nie ma." Jedna z tych książek pofrunęła na drugi koniec świata, do Seattle.
Po pracy pobiegłam jak na skrzydłach. Czekała mnie miła niespodzianka. Fiołkowe cukiereczki, w nawiązaniu do nazwy mego bloga. Nika pisała o nich tutaj. Wiesz Niko, jeszcze ich nie spróbowałam. Czekam na gwiazdkę. Na razie na nie czule spoglądam. 



Koleżanka z pracy wręcza mi prezent. Na nową drogę pisarskiego życia. Oby nie była zbyt wyboista.




Jakieś wiadomości w lokalnej, polskiej prasie - dowiaduję się ostatnia. Ktoś napisał na Facebooku, że moje książki "sprzedają się jak ciepłe bułeczki" w księgarni Pod Kasztanem, w moim rodzinnym mieście. Nie wiem, na ile jest w tym prawdy. To wszystko dzieje się bez mego udziału. Moja książeczka jakoś tak sama walczy o swoje zaistnienie. Siedzę w brukselskim biurze 1500 km z dala od tych spraw. Odliczam minuty do końca dnia. Myślę o tym, co będziemy dziś jeść na kolację. Cieszę się z wszystkich sygnałów, które do mnie docierają. Bo przecież... nie jestem pisarką.
Znam niektóre z was. Piszecie piękne wiersze, to znów macie ostry język, wnikliwość patrzenia, poruszacie ważne społecznie tematy, przekraczacie tabu. Niektóre/niektórzy mają szansę napisać prawdziwy bestseller. Ja, cóż? Piszę zwykłe bzdurki, poruszam błahe tematy, ubieram w słowa banalną codzienność. One szybują, czasami niepotrzebnie mocno trzepoczą emocjami. Ale to tylko proste słowa. Nie udawajmy, że jest inaczej. Tym bardziej zaskakuje mnie rzeczywistość. Miłe reakcje. Zapowiedzi wywiadów na nowy, zbliżający się rok... Pierwszy nakład jest na wyczerpaniu. Trzeba dodrukować egzemplarze książki. Praktycznie w drugim miesiącu jej życia. Praktycznie bez wielkich, profesjonalnych medialnych kampanii. Póki co, dzięki znajomym i wsparciu wydawnictwa samo się skromnie lecz konsekwentnie toczy...


Uśmiecham się. W uszach po raz kolejny dźwięczą mi słowa nieznanej mi osobiście, młodej pisarki: "Idź za swoją pasją. Jeśli raz wejdziesz na fascynującą ścieżkę literackiej przygody, już nigdy w życiu nie zechcesz z niej zejść."

Bardzo wczesnym rankiem wychodzę na taras mego polskiego domu. Jestem spragniona widoku nagich ramion drzew w ogrodzie. Tęsknię za nimi, jakby były mymi siostrami. Powroty i reemigracje... 
Zadzieram głowę. Łapię we włosy płatki mokrego śniegu. Za chwilę chłodne ramiona moich sióstr - drzew pokryje kołderka białego puchu. Będzie dobrze. Będą święta. 


 

czwartek, 18 grudnia 2014

Co was wkurza w drodze do pracy?


Aby dostać się z punktu A (domu) do punktu B (pracy) muszę praktycznie przejechać całe miasto, czyli z jednej strony Brukseli na drugą. Codzienna jazda dostarcza mi niezapomnianych emocji. Po drodze widzę różne dziwne zachowania tzw. użytkowników dróg. Na przykład: mycie zębów za kierownicą, golenie brody... Robienie makijażu przez panie, to już kanon, nie ma się czemu dziwić. Malowanie paznokci między światłami doprowadziłam do perfekcji. Kieruję na "sztywnych łapach" zanim lakier na pazurkach nie zaschnie. 
W ruchu drogowym, ciągle i nieprzerwanie irytuje mnie parę rzeczy. Zanim przejdę do meritum, pozwólcie, że zapytam:

Jak pokonujecie swoją drogę do pracy? Co was wkurza, doprowadza do szewskiej pasji? 


Mnie najbardziej denerwują "dzieciowozy", czyli wypasione autokary dowożące dzieci do szkoły. Rano, jest ich cały wysyp. Potrafią jechać jeden za drugim. Wiem, wiele matczynych gardeł zabulgotało oburzeniem na te słowa. Nie zrozumcie mnie opacznie. Też jestem matką, w której budzi się lwica na wypadek gdyby... Uważam, że "dzieciowozy" są jak najbardziej potrzebne. 
Ale dlaczego u licha, z wszelkich możliwych miejsc zatrzymują się akurat w tych najbardziej niebezpiecznych, czyli np. centralnie na zakręcie, blokując przy okazji całkowicie ruch? A za chwilę, sto metrów dalej znów się zatrzymują, i znów... Przedwczoraj, policzyłam i mam świadka naocznego: trzy razy pod rząd się zatrzymał, taki jeden, co jakieś sto metrów. 


Nic nie działa na mnie tak jak płachta na byka, co kierowcy nie używający kierunkowskazów. To takie typowo belgijskie! Tym bardziej jestem poirytowana, jesli takie zachowanie dotyczy policjantów. A dotyczy w Belgii bardzo często... Tak mi nerw chodzi wtedy, że hej!  Tłumaczę sobie: głupia babo! Co ciebie to obchodzi, no co? Niech jedzie i pięćdziesiąt kilometrów z włączonym kierunkowskazem. A jednak... nie mogę... dogoniłabym i nakopała. Podejrzewam, że mam na tym tle poważną fobię...

Następną wątpliwą atrakcją moich codziennych podróży do pracy są śmieciary, a właściwie ich kierowcy. Niektórzy są fajni, starają się ułatwić przejazd, ustawiają się tak by nie blokować drogi, inni robią to celowo. Patrzą z butą i politowaniem, jakby chcieli zemścić się na jadących do pracy ludzi za swoja niewdzięczna robotę. Podobnie zachowują się niektórzy kierowcy autobusów liniowych. Siedzą napuszeni i dumni, jakby co najmniej jakiegoś Boeinga pilotowali! :)



Na rowerzystów, odkąd przeszłam na Zieloną Stronę Mocy, lojalnie skarżyć się nie będę (chociaż różnie z nimi bywa).
Ale na nawiedzone młode pannice - jak nabardziej! Jak święte krowy z pastwiska idą wolnym kroczkiem, nóżka za nóżką rzucając powłóczyste spojrzenia. Hallo dziewczęta! Ruchy! Niektórzy śpieszą się do pracy! Może by tak panie łaskawie przyśpieszyły. 

Na pewno się czepiam. "Zapomniał wół jak cielęciem był"... Też się zachowywałam jakby cały świat kręcił się wokół moich pryszczy na nosie. Taki obrażony na ludzi pępek  świata. Pamiętam! Tyle, że kiedyś samochodów było jakby mniej ...

Staram się być "życzliwym kierowcą współpracującym", a nie drogowym matołem drogowym, dlatego denerwują mnie drogowe matoły bez wyobrazni...

Lubię ten swój środek lokomocji i codzienną drogę do pracy. To coś więcej niż samochód. To pokój obmyślania strategii i zwierzeńściana płaczu, miejsce odpoczynku, dom modlitwy, czasami konfesjonał, "czytanie" książek uszami, kącik niezapomnianych rozmów z synem, mój uniwersytet i szkicownik kolejnych postów, scena dramatycznych bądź też czułych wydarzeń, relaks, a czasem dawka adrenaliny. 

Łatwiej przejść przez życie jadąc samochodem...
To już pierwsza w nocy?! Znowu?... Ech, dobranoc!




sobota, 13 grudnia 2014

„Chcę oglądać Twoje nogi, nogi, nogi, nogi…”


Ostatni tydzień, był dość ciężki gatunkowo: bogaty w wydarzenia, obfity w emocje. Wszystko razem: wydanie książki, koniec roku, napięte terminy w pracy odbiły się może nie czkawką, ale gigant przeziębieniem. Mój mąż ujarzmia je - moje przeziębienie - powoli lecz konsekwentnie za pomocą codziennej garści witaminek i owocowej herbatki z pomarańczką w środku w roli cytrynki. Korzystając z przywileju chorej lubię troszkę pogrymasić, ponarzekać i dać się dopieścić. Dopóki mi z nosa cieknie, mam monopol na gwiazdorzenie. Zdaje się, że wykorzystałam już cały arsenał środków wyrazu. Nawet pisać mi się nie chce nic poważnego. 
Organizm domaga się tematu lekkiego, łatwego, nośnego... Zwłaszcza, że mamy weekend. Za chwilę pomyślimy o świętach, kolędach, pustym miejscu przy stole... Zanim to nastąpi pogadajmy o spódnicach, rajstopkach, pończoszkach. Dlatego, sorry panowie...
Dzisiaj u mnie na blogu zakaz wjazdu dla was, my dziewczyny najswobodniej rozmawiamy o naszych kobiecych sprawach we własnym towarzystwie. Dlatego, jeśli potraficie czytać znaki ze zrozumieniem, a mniemam, że większość z was jest kierowcami... Przestrzegajcie ich... W przeciwnym razie może was to drogo kosztować...



No chyba, że... chyba, że... możecie coś istotnego dorzucić w tym temacie. Pończoszek, spódniczek i rajstopek rzecz jasna. Nie w sensie, że nosicie, ale jakie są wasze preferencje w tej sprawie? Lubicie wasze Malwinki, Kasie, Fele, czy Bożenki ubrane w spódnice krótkie, długie, czy zwiewne sukienki? (Dobrze nie jest, zaczynam gadać rymem, dotąd tylko prozą bywało. Gorączka się wzmaga.) A może miłe dla waszego oka są obcisłe dżinsy? 

Podpowiem wam coś, tylko psst! Tak naprawdę liczy się osobowość. Gdy w środku pusto, to najpiękniej ubrana laska będzie tylko zimną, porcelanową lalką... Ale przecież nie do was piszę panowie, wy zostaliście za drzwiami!

Dziewczyny! Co sądzicie o spódnicach i sukienkach, oraz kolorowych rajstopach? 
Ja używam je nałogowo, codziennie, nieprzerwanie... Jestem nimi nienasycona! Długie, krótkie, luźne, obcisłe i tak zwane kiece. Według mnie są bardzo kobiece. (Znów niezamierzenie popełniłam rym!) Spódnice nie zawsze i nie pod każdą szerokością geograficzną są (były) atrybutem kobiecości. Patrz: Szkoci, Wikingowie, starożytni Grecy i Rzymianie. 


Wikipedia w tej kwestii mówi bardzo lakonicznie i sucho: "Spódnica jest wierzchnią częścią garderoby (w kulturze europejskiej najczęściej garderoby damskiej i dziewczęcej) od pasa w dół. Istnieje wiele rodzajów spódnic." I tyle. W świetle tej definicji zapytuję siebie, jak wyglądałaby spódnica od pasa w górę :)
Ale pociągnę tę myśl dalej. Istnieje wiele rodzajów spódnic, jak wiele odcieni naszej kobiecości. Spódnica zmienną jest, uwodzi, nadaje sens istnienia kolorowym rajstopom jesienią i zimą. Na koniec rzucę nieśmiałe pytanie: A co w sprawie pończoch powiecie miłe panie? (Rym po raz trzeci.) Nosicie, lubicie, czy to nie dla was? Jednym słowem, jesteście też trochę Fiziami Pończoszankami? A może jakaś śmieszna historyjka wam się wydarzyła w związku z powyższym? Na przykład opadły niespodziewanie? Takie rzeczy się zdarzają. Najczęściej innym na szczęście, jakkolwiek egoistycznie to zabrzmi. Awarii z rajstopami ni pończoszkami nie miałam, natomiast przydarzył mi się inny przypadek, z serii: "Czy śmiać się, czy płakać". 



Roztrzepana jestem i nie dowidzę, to każdy wie. Kiedyś, z powyższych powodów wzięłam swego męża za wrogiego osobnika i zaczęłam przed nim uciekać. A on tylko wyszedł naprzeciwko gdy wracałam zmierzchem od cioci. Niespodziankę taką zrobił. Żeby mi przyjemniej było... Tak wiałam, że po paru krokach nogi mi się splątały, po czym rozjechały i nie wiem jakim cudem wycierana spódniczka rozpękła się na pół... Poooszło! Wzdłuż szwu... Prowadził mnie zapłakaną i rozdygotaną, a ja w garści ściskałam kurczowo dwa kawałki szmatki na wysokości bioder. Tej, która jeszcze przed chwilą nosiła dumną nazwę wycieranej spódnicy. Dodam tutaj, że nie był to byle cienki kawałek materiału szyty małymi, zwinnymi rączkami skośnookich krawcowych. Gdy doszłam do siebie, przeprowadziłam wizję lokalną by zrozumieć jak to możliwe, by uciekając rozwalić na pół solidną spódnicę gołymi rękami nogami. Ale to raczej sprawa z tych niewyjaśnionych, z Archiwum X.
Zawsze myślałam, że szybko biegam. W końcu dużo chodzę i nogi mam nie od parady! Człowiek pielęgnuje różne złudne opinie na swój temat... Na przykład właśnie tę, że szybko biegam... 






 Gdy zapytasz faceta z czym kojarzą mu się rajstopy na zdjęciu poniżej, to bez zająknięcia powie, że to wzór firankowy. Dziwni są, co nie? :) 




Rajskie ogrody też noszę na nogach ...


Ten kolor (poniżej) w męskiej kwalifikacji kolorów bardzo brzydko się nazywa...


Nie są mi obce różne rajstopowe dziwadła...


Czy może po prostu Fizia Pończoszanka?