sobota, 29 listopada 2014

"Kawę kupujemy, desery robimy sami" - o pasji, która staje się życiem... Folwark Księżnej Anny.

W naszym małym miasteczku wieje sandałem- powiadają młodzi. Nuda i marazm. To się nie uda - kręcą z powątpiewaniem w głosie starsi - Tu żaden biznes nie wychodzi. 

Aż przychodzi takich dwoje, którzy o tym nie wiedzą i po prostu to robią. Do biznesowej kalkulacji dokładają kilo determinacji, dwie uncje pasji, wiadro optymizmu, szczyptę ryzyka i dwa gorące serca. A że dobrze znają się na kucharzeniu z tego przepisu wyrasta w szczerym polu... restauracja na europejskim poziomie. Inna niż wszystkie dotychczas. 




Niektórzy pukają się w czoło, a oni robią swoje. 
Folwark księżnej Jabłonowskiej, dawnej właścicielki Siemiatycz nawiązuje tradycją do dworów z XVIII wieku. To miejsce tętniące życiem za sprawą jego gospodarzy, sympatycznej pary: Agnieszki i Marcina. Doglądają wszystkiego osobiście, wchodzą dyskretnie, bez zbytniego spoufalenia w interakcję z gośćmi, dbając jednocześnie o to by czuli się oni swobodnie. Sa starannie przygotowani, terminowali u najlepszych w tym fachu i wrócili tutaj by pokazać, że... warto marzyć i dążyć do celu. Marzenia się spełniają, gdy przełożysz je na cele i rozbijesz na etapy. Zaś każdy etap jak dróżdżową babkę cukrem pudrem - posypiesz uporem i determinacją. Właściciele zadbali o każdy detal. Oryginalne wnętrze gdzie klimat tradycji przeplata się z nowoczesnością. Swoistą atrakcję lokalu stanowią lśniące czystością toalety z niecodziennym wystrojem. 





 Ciepło świec, klimat rodzinnego domu, rozmach, nieokiełznana wyobraźnia, a zarazem   smak i umiar sprawiają, że człowiek siedziałby i siedział, smakował, rozmawiał... 


Pan Marcin zapytany, chętnie i z prostotą opowiada o początkach. Z dumą pokazuje meble odnowione przez jego żonę (przy odnawianiu zdarła niemalże ręce do krwi) Właściciele niektórych innych okolicznych restauracji powinni się od niego uczyć, że uśmiech nie jest towarem reglamentowanym. Jest najprostszą drogą do ludzkich serc i najtańszym zabiegiem marketingowym. Pod warunkiem, że jest szczery i serdeczny. Tutaj czuje się autentyczność gospodarzy. Oni nie sprzedają trefnego towaru. 

Folwark Księżnej Anny nie jest taką zwykłą restauracją. To miejsce, w którym ciągle się coś dzieje. Gospodarze nie pozostają obojętni na zmieniające się kartki w kalendarzu. Spotkania, imprezy sezonowe, koncerty, wykłady, degustacje... to tylko nieliczne z ofert. 

Seans filmowy poprzedzony wykwintną kolacją: łosoś z popcornem, krewetki w czekoladzie z odrobiną chili.... A później relaks na leżaczkach przed dużym ekranem. Czyż nie brzmi egzotycznie i kusząco? Takich osobliwości jak Podlasie długie i szerokie, nasze okolice jeszcze nie widziały i nie słyszały! I nie smakowały. 

Osobiście jestem fanką bezy księżnej Anny... Mniammm. Z chęcią tu wracam. Żałuję, że na tak krótko. Ściany tego lokalu tętnią życiem, mimo, że w szczerym polu je postawiono.  Kto wie, może kiedyś zorganizuję tu spotkanie autorskie dla przyjaciół, skoro weszłam juz na ścieżkę pisania. Kto wie... Nie ma rzeczy niemożliwych. Tych dwoje to udowodniło. Chapeau bas! 


Trzy zdjęcia zapożyczyłam ze strony internetowej restauracji, pozostałe są mego autorstwa. 

środa, 26 listopada 2014

Dziękuję!


Jestem wam coś winna.
Po prostu, dziękuję!
Bez was nie byłoby tej książki, którą od kilku dni trzymam w łapkach, a która wprowadza tyle dobrego zamieszania w moim życiu. Bez was ja byłabym inna. Nadajecie kolorytu moim działaniom. Dzięki wam mój blog ewaluuje w dobrym kierunku. Wszystkim razem i każdemu z osobna, kto dorzucił choć jeden malutki kamyczek do nadania realnego kształtu moim marzeniom - dziękuję. Wstyd mi to powiedzieć, ale często wierzycie we mnie bardziej niż ja sama. Dlatego to wy jesteście po części autorami mojej książki. Nie będę was wymieniać z imienia osobno, ale pamietam każde dobre słowo, każdą konstruktywną krytykę, każdy gest motywacji. Cieszę się, że wspólnie ze mną stworzyliście miejsce w cyberprzestrzeni, gdzie wpadacie by pogadać, powzruszać się, posłuchać moich opowieści, a nawet się posprzeczać. Wspólnie przeszliśmy już kilka lat i ciągle was przybywa. Nie ma może tego odzwierciedlenia w komentarzach, ale widze to w statystykach ile was przewija się tu codziennie. 
Ostatno jestem odrobine mniej aktywna na waszych (i własnym) blogu, ale gdy pierwsza gorączka promocyjna opadnie, otrzepię kurz z ubrania i znów wrócę do spokojnego pisania postów. Wkrótce nadrobię wszystkie zaległości. Zostańcie ze mną.

Wiecie co? Jesteście wspaniali! Jestem waszą fanką! Mówię szczerze, nie kadzę. 
Gdyby to było możliwe, chciałabym was gościć na ktorymś z moich autorskich spotkań, by móc was usciskać osobiście i podziękować. Jestem wielką, niezasłużoną szczęściarą. Otaczaja mnie fajni ludzie! I nawet jesień sprzyja mojej promocji. Piekniejszej pogody nie było w Belgii od początku XX wieku. Czego chcieć więcej... Może tylko, żeby noce były dłuższe... 










sobota, 22 listopada 2014

Hej ho, hej ho do szkoły by sie szło...



"Wszys­cy jes­teśmy wie­czny­mi studentami:
na wydziale uczuć stu­diuje­my kieru­nek Miłość,
ze spec­ja­lizacją kochania." 


Niedawno, 17 listopada obchodziliśmy Dzień Studenta. Jak wyczytałam w sieci: "Jego początek datuje się na 1941 rok. Ustanowiony został na pamiątkę krwawo stłumionego protestu czechosłowackich studentów przeciwko inwazji nazistów 1939 roku. Święto to jednak nie ma dziś wyłącznie charakteru nostalgicznego, jest raczej okazją do afirmacji tego, co większość nazywa najpiękniejszym okresem w życiu." 



"Obietnica rozkoszy studenckiego życia kusi coraz więcej młodych osób – liczba studentów w ciągu ostatnich 20 lat wzrosła 5-krotnie, a liczba szkół wyższych 4-krotnie. Dyplom magistra był do niedawna uważany za przepustkę do wymarzonej kariery zawodowej, jednak polski rynek pracy szybko zweryfikował stale powiększającą się liczbę absolwentów. W listopadzie 2012 roku bez pracy było ponad 230 tysięcy osób po studiach. Dlatego też coraz bardziej popularne stają się studia zaoczne – w ten sposób studenci mogą zdobywać doświadczenie znacznie wcześniej, by być lepiej przygotowanym na poszukiwanie zatrudnienia zaraz po uzyskaniu dyplomu. To jednak wiąże się ze zrezygnowaniem z archetypowego studenckiego życia, jakie dają studia dzienne, zwłaszcza te poza miejscem zamieszkania. Do beztroski i swojego rodzaju luksusu studiowania w Polsce przyczynia się walnie fakt, że publiczne szkolnictwo wyższe jest bezpłatne – to nie do pomyślenia w większości krajów europejskich. Mimo to polscy studenci, nieco stereotypowo i z przymrużeniem oka, postrzegani są jako osoby niezmiennie głodne. Złośliwi twierdzą, że być może dlatego, że za dużo piją." /zaczerpnięte z sieci/


Jakieś dwa, trzy kilometry od nas, w Brukseli znajduje się filia Uniwersytetu w Louvain, cała ogromna infrastruktura w bezpośrednim sąsiedztwie szpitala Saint Luc. To nasz "dyżurny szpital" - jak nas dopadają różne niedomagania to szybciutko do Świętego Łukasza. W słoneczną, ubiegłą niedzielę wybraliśmy się na studencki brukselski szlak, żeby trochę przypomnieć sobie własne, złote czasy i znów zaczerpnąć łyka tamtej atmosfery. Chociaż ponoć w kwestii studiowania wiele się zmieniło...


KUL to jeden z najstarszych i najbardziej prestiżowych uniwesytetów w Europie. I niech was nie zmyli słowo: 'katolicki" w nazwie, bo od dawna nie ma on nic wspólnego z katolicyzmem, jak zresztą wszystko w tym kraju. Powstał w XV wieku, ale nie będę was zanudzać historią, którą możecie przeczytać w internecie. Chcę podzielić się z wami pewną ciekawostką. Wiecie, że Belgia słynie ze swoich antagonizmów językowych. I to właśnie wskutek tychże animozji Katolicki Uniwersytet Louvain (nl. Katholieke Universiteit Leuven) roku pańskiego 1968 rozpękł się na dwa niezależne ośrodki. Francuskojęzyczna kadra i studenci przenieśli się do nowo wybudowanego kampusu w Louvain-la-Neuve w Walonii. (Université Catholique de Louvain) Na obu uniwersytetach studiuje i studiowało wielu Polaków. I o obu tych uczelniach jeszcze kiedyś napiszę osobno. 


No dobrze, a teraz kto tam zaznał słynnego studenckiego życia przyznawać mi się zaraz. Jak sie studiowało za waszych czasów? Nieźle się działo? Bawiło się dużo? Sporo się piło? Czy może odwrotnie?  Ja z nostalgią wspominam akademik w Sopocie, nieopodal morza... Ech! To były czasy...  A jak teraz się studiuje? Halo, są wśród nas studenci/studentki?


Do szkoły poszła ze mną spódnica i kurtka: Desigual, sweterek: Reserved, korale do spółki z Tosiem (on gryzie, ja noszę): jakiś pchli targ, torba: H&M, komin - siemiatycki sklep na dużym rondzie, buty... wypadło mi z głowy. 


Stacja metra w sercu studenckiego miasteczka. Poniżej: Protestujemy! 







środa, 19 listopada 2014

Przemoc domowa.


Noszę na ciele ślady przemocy domowej. Tak... Dłużej nie chcę milczeć na ten temat. O ile blizny i krwiaki na dłoniach i ramionach daje się z łatwością ukryć pod długim rękawem, o tyle sińców i zadrapań pod oczami i na szyi nie zatuszuje najlepszy korektor ni puder. Na podłodze walają się garści wyrwanych włosów. Taka jest prawda...


Tak... Jedni wyrzucają psy, a inni je znajdują. Jako, że głupi ma zawsze szczęście, my należymy do tej drugiej grupy. Toni pojawił się pod naszymi drzwiami nieodwołalnie, kategorycznie i ostatecznie w przeddzień naszego wyjazdu do Brukseli. Zawsze pojawiają się tak, by wystarczyło tylko czasu na niezbedne formalności i nie było odwrotu. Wykapany Jack Russel z całym przekleństwem  błogosławieństwem cech tej rasy. Niech nie zwiedzie nikogo jego słodki wygląd! Aktywny, żywiołowy, radosny, niepokorny, nadpobudliwy, szczekliwy, odważny, uparty, zajadły, nieposkromiony... Gdybym nie miała pewności co do dziewictwa mojej Tuni, to myślałabym, ze chytrość, pazerność, przekorność odziedziczył po niej, tylko sto razy zwielokrotnione. O ile Kajtek z miejsca wszedł w rolę dobrotliwego dziadeczka dla młodego hultaja i zabijaki, Tunia ciągle się uczy być dobrą macochą. 


Antoniego wszędzie jest pełno. Wyjada starym psom z misek, plącze im ogony, nadrywa uszy, włazi na głowę. Dla nas też nie ma litości: gryzie, szarpie, szatkuje włosy, szczypie, targa. To znów w napadzie czułości wylizuje mi oko i pazurkiem próbuje wybrać jego zawartość... Chyba myśli, że to jajko na twardo... Patrzy przymilnie i jak ten słynny kot z sieci przysięga, że mój kapeć sam się zeszczał, a fotel bez niczyjej pomocy zrobił kupkę na dywan. Taki jest Tosiek. Gdy myślimy, ze nie jesteśmy już więcej w stanie znieść - on słodko zasypia tuląc do serca swoją drobiową przyjaciółkę. Nie sądziłam, że będę brać w obronę stare psy przed małym, niewinnym psiaczkiem. Szybko nauczyliśmy się wszyscy doceniać rzadkie chwile spokoju w naszym domu. Nigdy nie wiadomo, kiedy słodki potwór Antonio otworzy swoje świdrujące, czarne ślepka i kogo upatrzy na ofiarę przemocy domowej. 





















sobota, 15 listopada 2014

Harmonia indywidualności i radość kolorów.




Wiem, powinnam posiadać więcej klasycznych zestawów. Wykazywać dostojność w zachowaniu i stroju. Ale... Przyjdzie jeszcze czas na smiertelną powagę. Póki żyję, wyrażam się kolorem. Belgijska aura wyzwala we mnie potrzebę wyróżnienia się z otoczenia. Pośród pięknych, ale bliźniaczo podobnych domów z szarej cegiełki, szarości dżdżystej ulicy rodzi sie we mnie kolorowy bunt... Chcę dzielić się z ludźmi moją radością i pozytywną energią. Że wyglądam nieraz jak papuga? Nie zaprzeczam. To niestety czasami się zdarza, gdy przesadzę z mnogością kolorów i faktur... Gdy zagalopuję się w pocieszności. Próbuję się kontrolować. Równoważę jeden kolorowy element stonowanym, głównie czarnym akcentem. Ale jeśli swoim strojem mogę wywołać na twojej twarzy spontaniczny, radosny, dziecięcy uśmiech, nie zawaham się być czasami barwną papugą.



Wiesz juz teraz dlaczego lubię: Desigual... To oryginalna marka z hiszpańskim temperamentem. Powstała w latach 80tych po to, by jak twierdzi jej założyciel: "ubierać ludzi, a nie ciała". Trudno przejść obojętnie koło osoby mającej na sobie wszystkie możliwe odcienie tęczy. Trudno się nie uśmiechnąć. Nie sposób się nie obejrzeć, zanim zniknie za rogiem... Zapamiętać, opowiedzieć w domu...


"Słynny francuski malarz, Henri Matisse powiedział, że „kluczową funkcją koloru powinno być służenie ekspresji”. Jedną z naszych codziennych form ekspresji jest ubranie, jakie zakładamy – świadczy ono nie tylko o naszym stylu, ale także o nastroju.

Desigual został założony w 1984 roku po to, aby tworzyć przyszłość, w której ludzie będą ubierać się inaczej: nieszablonowo, zmysłowo. Nowa funkcja ciucha - szukanie inspiracji. Desigual szuka ich w bardzo niekonwencjonalnych sferach – scena cyrkowa, natura, nowoczesna sztuka malarska, królewskie średniowieczne garderoby, plakaty, odległe orientalne kultury." - sami widzicie, że Desigual to marka dla mnie...

Ale nie myślcie, że upadłam na głowę. Kupuję głównie na wyprzedażach lub w ciuchlandach. Tylko wtedy, gdy cena odpowiada rzeczywistej warości fatałaszka. Do grobu wszak ich z soba nie zabiorę. Więc się nie spinam.To tylko zabawa, ekspresyjność, kreatywność, ulotność, wartość wtórna wobec innych ważniejszych spraw w życiu....
Torba, kurtka, spódnica - Desigual, buty - Reserved, sukienka - SH, sweterek - od cioci J.

środa, 12 listopada 2014

"Kup pan kościół."



Kościół. Dom Boga żywego. Czy ciągle nim jest w dobie ogólnego zobojętnienia religijnego? Zjawisko to zaczęło narastać w Europie w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat i związane było z niespotykanym dotąd wzrostem stopy życiowej.  Niczym nieograniczony sukces ludzkich dokonań, postęp techniki sprawiły, że Bóg przestał być ludziom potrzebny. Szybko pojawili się filozofowie, którzy znaleźli naukowe uzasadnienie takich postaw. Studentom Wolnego Uniwersytetu Brukselskiego (ULB) - kontrolowanego, co nie jest żadną tajemnicą,  przez silną w Belgii masonerię - wpaja się XIX-wieczną teorię, według której nie ma na świecie miejsca dla człowieka i Boga, trzeba dokonać wyboru. W takim klimacie los pustoszejących świątyń w całej Zachodniej Europie staje pod znakiem zapytania. Zamienia się je na restauracje, sklepy, biblioteki, domy mieszkalne, a nawet... nocne kluby. W Brukseli było niedawno głośno o kościele Swiętej Katarzyny w samym centrum. Został zamieniony na bazar warzywno-owocowy, jedna z kaplic w innej części miasta na bibliotekę unijną, a jeszcze inna... na fitness klub. Mam wrażenie "déja vu". Czasy rewolucji, wcześniej i później... Gdy ktoś mi opowiedział, że był w kościele w Holandii przerobionym na klub i tam, gdzie znajdowało się tabernakulum dziś jest bar z alkoholami, poczułam sie dziwnie nieswojo i smutnie. Za chwilę poczułam się jeszcze gorzej, bo mąż uzmysłowił mi, że w naszym małym miasteczku synagogę przerobiono po wojnie na dom kultury, oczywiście nie mogłam tego pamiętać z autopsji, ale od zawsze tak było, odkąd sięgam pamięcią i nie przeszkadzało mi jakoś uczestniczyć w kulturalnych imprezach, koncertach, czy dyskotekach. A przecież to też był czyjś Boży Dom. Dopiero gdy dorosłam, zrozumiałam to i odczuwam jako co najmniej duży nietakt. 
Profanacja, tabu, normalna kolej rzeczy, uratowanie przed zapomnieniem, czy wizjonerski szatański pomysł? 
Jestem ciekawa waszych opinii na ten temat. 
Dyskusję uważam za otwartą.


sofei-vandenaemet.skynetblogs.be


example-church4

Salon w nawie głównej, pokój gości na chórze, a kuchnia na ołtarzu?...
Zdjęcia świątyń przerobionych na domy mieszkalne zaczęrpnęłam z netu (Niestety nie pamietam już skąd...)

example-church1



example-church6

example-church7

example-church8

example-church19

example-church22


example-church32

example-church36


example-church41