środa, 29 października 2014

Narodziny Śliwkowej Czapeczki. Koniec środowych postów.


Jesień szaleje, przechodzi samą siebie, kokietuje najpiekniejszymi kolorami jakie przyroda może stworzyć. Paletą barw, której nie powstydziłby się najlepszy malarz. I już nie wiem, czy pastelowe róże, czy może klasyczne burgundy do pary ze zgniłą zielenią... Namieszała mi nieźle w głowie, ta Pani... W takich okolicznościach niezwykłej jesiennej płodności narodziła się... Śliwkowa Czapeczka



 Śliwkowa Czapeczka to moje najmłodsze dziecko. Jeszcze w powijakach, ale się rozkręci jak podrośnie. Zachęcam do śledzenia jego pierwszych kroków. Kimże jest wyżej wspomniana? Narodziła się z ciekawości Brukseli i nie tylko. Miejsc, które odwiedzam, poznaję, zakamarków, gdzie wścibiam swój ciekawski, wszędobylski, czubaty nosek. Dlaczego - Śliwkowa? Bo w ustach ma smak najpyszniejszych, jesiennych śliwek z Podlasia. A Czapeczka? - ci, którzy mnie znają, wiedzą dlaczego:) Będzie też pilotować projekt, który lada dzień ujrzy światlo dzienne. Będzie jego ambasadorem... Domyślacie się, wiem... Znam was, jesteście inteligentne bestie. Ale poki co, sza! Milczymy...


 Lubię sprawiać ludziom radość. Nie potrafię śpiewać, pięknie malować...  Ale lubię was obdarzać słowem i wywoływać uśmiech ubiorem. Zaskakuję pozytywnie moich bliskich i całkiem obcych ludzi na ulicy swoja pociesznością. Zabawnie ubrana wyruszam na polowanie życzliwych uśmiechów. Tego dnia, gdy wciągnęłam na tyłek te komiczne, ciepłe, jesienne portki bardzo chciałam spotkać na ulicy mego męża z synem, którzy właśnie pojechali do Media Markt po jakieś kabelki i inne duperele. Nie udało mi się "namierzyć" ich na mieście, ale i tak ich miny,po moim powrocie do domu, były bezcenne! 


Taaak.... Myślę sobie, że warto pielęgnować chwile, cieszyć się małym, by zachować intensywny smak tych dni we wspomnieniach. Posłuchaj uważnie, co ci powiem... Człowieka można ograbić ze wszystkiego co ma, pozbawić godności, zabrać nadzieję... Jednak stosunkowo najtrudniej ogołocić go ze wspomnień...  Mam jasną świadomość, że dla każdego z nas może nadejść taka chwila, że największą wartością jaką zachowamy w sercu będzie pamięć szczęśliwych dni. One mają niezwykłą moc. Ratują od śmierci. Bo gdy nawet, choć ostatnia, umiera nadzieja, wspomnienia ciepłym blaskiem oświecają duszę. Są twoim azylem. Na co więc czekasz? Celebruj życie, baw się, rozśmieszaj innych, nie bój się wyrażać siebie - póki masz taką możliwość. Twórz swoją mapę przetrwania- bazę dobrych wspomnień. Niedobre wyrzucaj do niszczarki. Nie są ci do niczego potrzebne teraz,ani  nie będą nigdy później.


I jeszcze jedna mała - duża zmiana. Koniec regularnych środowych postów. Niektórym z was będzie ich brakowalo, inni odetchną z ulgą: wreszcie będzie rzadziej smęcić! Decyzję podjęłam bynajmniej nie dlatego, że brak mi pomysłów. Idzcie za mnie do pracy, a ja z przyjemnością będę pisać, pisać, pisać... Powód jest inny i prozaiczny. Po prostu w ostatnim czasie jestem mocno zaangażowana w pewien projekt i wiem, że was zaniedbuję, mniej niż dawniej odwiedzam zaprzyjaźnione blogi, choć nieustannie za wami tęsknię. A skoro nie mogę tak często was odwiedzać jakbym chciała, to swoje posty będę zamieszczała również z mniejszą częstotliwością. Solidarność i konsekwencja blogerska musi być! Posty sobotnie pozostają bez zmian. Jak tylko złapię odrobinę oddechu powrócę do dawnego zwyczaju. Co wy na to, może tak być?




W projekt o kryptonimie Śliwkowa Czapeczka zaangażowane były:
- porcięta w roli głównej - Jackpot
- czapeczka w rzeczy samej, śliwkowa z H&M
- męska koszula z Zary (z serii: "kot go nie chciał, pies go nie chciał"... pamiętacie?)
- marynarka i torba - H&M
- buciory - galeria INNO
- skarpeciaki - Veritas
- koń - we własnej osobie







wtorek, 28 października 2014

Kobiety lubią róż.



No kto pierwszy przewidział, że tegoroczna jesień będzie miala kolor pastelowy, no kto? Powiem skromnie, że moja jesień od dawna jest popielato-różowa, czasem ażurowa. (Choć przy moim typie sylwetki, ażury nie zawsze mi służą). Gdy w ubiegłych sezonach królowały musztardy i kamele, ja z lubością lansowałam róże. Żeby nie być gołosłownym... Proszę popatrzcie sami! Bo róż, zwłaszcza popielaty jest wyrazem tej części mojej osobowości, która odpowiada za grzeczną dziewczynkę we mnie. Jest słodko, czule, nienagannie...  Która z was nie lubi czasami tej szczypty dzieciństwa w swoim dorosłym życiu? Ale... żeby nie było za cukierkowo...Nie wszystkie lubimy takie kolorki, prawda? Kto nie lubi różu, uważa go za infantylny, niepasujący do dorosłości? - łapki w górę! Czasami, gdy robi się za słodko, potulna dziewczynka pokazuje pazurki. Znudzenie różem przychodzi niespodziewanie jak grom z jasnego nieba! Moje różane kreacje "zgrzebnieją", stają sie bardziej klasyczne i minimalistyczne, a różowe sukienki ląduja na dnie szafy. Brr! Pozbywam się ich z obrzydzeniem na twarzy, Aż do następnego razu, gdy zapragnę otulić się czułością, gdy reszta świata jest nie do zniesienia. Z różem nie mogę rozstać się definitywnie - to już nieodłączna klasyka, konieczność. Terapia delikatnością. Bo... my, kobiety lubimy róż. I czasami lubimy nim pogrzeszyć. 









sobota, 25 października 2014

"God bless Montgomery" - historia o człowieczeństwie.




To dokument o zdradzie, ale i o nadziei. O ludzkiej solidarności...
W środę obiecałam, że zabiorę was ze sobą do pewnego miejsca i opowiem o bohaterze zapomnianym. Ale nie tylko o nim. Ta opowieść ma co najmniej trzy kluczowe, niezłomne postacie. Zdradzony przez wszystkich generał, holenderska sanitariuszka - Cornelia Baltussen i współczesny naszym czasom młody dziennikarz. Ale po kolei...

O Sosabowskim można pisać wiele, choc niewiele o nim było słychać przez wszystkie powojenne lata. Powiem o nim najkrócej jak się da, Pochodził z bardzo biednej rodziny. Tak wspominał czasy swojej młodości: W lutym panował mróz okrutny. Na przerwach między lekcjami chłopcy bawili się na podwórzu szkolnym lub na korytarzach. Stałem i ja na korytarzu, byłem zziębnięty i skulony. Przede mną stał nasz katecheta, ks. prof. Andrzej Nogaj. Zapytał, czemu nie założę płaszcza, skoro tak się trzęsę z zimna. Wtedy wydusiłem: ”Ja księże profesorze nie mam płaszcza. No to jak się dostajesz do szkoły?- usłyszałem. Biegnę – odpowiedziałem”.

W czasie II Wojny Światowej brał udział w kampanii wrześniowej, bronił Warszawy. Był twórcą I Samodzielnej Brygady Spadochronowej. Spośród żołnierzy brygady rekrutowała się znaczna część legendarnych Cichociemnych, zrzucanych w okupowanej Polsce.


"Twarde i ugorne było całe moje życie, ale było też w nim wiele jasnych chwil. Wtedy, gdy naocznie przekonywałem się, iż wysiłek mój i tych, którzy mi zawierzyli i szli za mną nie był daremny" – pisał.

Później przyszła operacja Market-Garden... 70 lat temu. Młodzi chłopcy chcieli bardzo pomóc walczącej Warszawie, ale plany aliantów były inne. Na nic zdały się strajk i głodówka. Żołnierze dopiero podczas lotu dowiedzieli się, że lecą do Holandii. Źle rozpoznano  obszar zrzutów, nie mówiąc o całej sytuacji, bardzo źle... Naszych skoczków zrzucono 10 km od mostu na Renie. "O jeden most za daleko". Ostrzeliwani przez dwie wytrawne, zaprawione w bojach jednostki pancerne - szli do piachu jeden za drugim. Strzelano do nich jak do kaczek. Ocaleli nieliczni i z wielką determinacją próbowali ratować sytuację. To im mieszkańcy miasteczka Driel zawdzięczają życie.

Cora, jako młodziutka sanitariuszka pierwsza dotarła na miejsce, gdzie w pośpiechu stworzono prymitywny, prowizoryczny szpital. Opatrywała rany, niestety dla większości z żołnierzy nie można było już nic zrobić. Umierali na jej rękach, mając na ustach najpiekniejsze słowa miłości. „Zabierz moją miłość do Polski, do mojego kraju, do mojej rodziny. Boże błogosław Polskę. Wszyscy ludzie są braćmi...”


Jak wiemy już, operacja zakończyła się fiaskiem. Sosabowskiego odarto z czci, honoru, zdegradowano. Nie było NIKOGO, kto by za nim się wstawił. Zdradzili go Anglicy, rząd polski w Londynie, oczywiste, że komunistyczny, powojenny rząd Polski też miał go w głębokiej pogardzie. Generał do końca swoich dni pracował w fabryce jako zwykły robotnik, a w wolnych chwilach pisał książki. Nie nabył praw emerytalnych i na koniec "kariery" zawodowej dostał niewielką odprawę i wieczne pióro. Ale był ktoś, kto niezmordowanie walczył o jego i jego żołnierzy rehabilitację. To niezłomna sanitariuszka Cora, naoczny, pierwszy świadek tamtych wydarzeń. 


Pomagała jej w dążeniach grupka Holedrów z Driel. Gorzki uśmiech budzi fakt, że to nie nasz rząd, ani rząd angielski czy amerykański, ale Cornelius Ryan, autor książki "O jeden most za daleko" po raz pierwszy ukazał prawdę o polskim generale na masową skalę, zaś młody holenderski dziennikarz Geertjan Lassche, kręcąc wstrząsający dokument doprowadził sprawę do końca. Szkoda tylko, że generał Sosabowski, ani jego dzielna orędowniczka Cora, nie doczekali tej chwili... 





Opuszczamy Driel, gdzie pamięć o Polakach jest ciągle obecna... Chociaż tego dnia, niedziela późnym popołudniem życie toczy się tu leniwie. Na ulicach żywej duszy, nie słychać samochodów. Jeden z mieszkańców myje auto pod domem, ulicą przejeżdża dziecko na rowerku. kilkuletni chłopczyk. Jadąc tu przygotowałam się solidnie. Obejrzałam "O jeden most za daleko", "Honor generała" i dokument młodego Holendra... W uszach brzmi mi jeszcze ostrzał z broni maszynowej i wybuch granatów. A tutaj tak cicho... Jestem dziwnie wzruszona. Widzę, że mój mąż też. Odprowadza wzrokiem małego rowerzystę. Czy myśli to samo co ja? "Może... zginęli by on mógł żyć" - mówi i słyszę, że głos więźnie mu w gardle. Biorę go za rękę bez słowa.
Po powrocie piszę maila do Geertjana Lassche z podziękowaniem. Odpisuje mi prawie natychmiast, zdziwiony, że jeszcze ktoś pamięta ten film. Przecież nakręcił go wiele lat temu. "Tak - odpowiada skromnie - cieszę się, że udało nam się wspólnie doprowadzić tę sprawę do końca. Bardzo osobiście do tego podszedłem. Zależało mi na waszych chłopakach".


 

Poniedziałek rano. Jadę do pracy. Na rondzie Mongomerego jak zwykle samochodowe przepychanki. Patrzę na pomnik. Myślę ze smutkiem:"Głupio wyszło, generale Montgomery. Nie popisał się pan. Popisali się mieszkańcy Driel. Jestem z nich dumna. I wdzięczna"


P.S. Kto nie zna, to obejrzyjcie sobie te trzy dokumenty w internecie. Naprawdę warto!

środa, 22 października 2014

Generale Montgomery, nie lubię Pana!



"W dniu zwycięstwa Polska, jako pierwszy kraj, który przeciwstawił sie III Rzeszy, będzie kroczyć na czele parady zwycięstwa" - Hugh Dalton, minister wojny gospodarczej do polskich żołnierzy w 1940 roku.


Codziennie do pracy przejeżdżam rondem noszącym imię słynnego  generała. Montgomery patrzy z wysokości swego cokołu na samochodowe przepychanki. Niezależnie od pory roku z jego beretu spływają stróżki gołębich kup. Złośliwość losu, premedytacja, przypadek? Dziś przyszłam popatrzeć na niego z bliska. Zmierzyć się z prawdą na jego temat, zajrzeć w kamienne oczy. W związku z niedawną rocznicą bitwy pod Arnhem (w pobliskiej Holandii) odżyły na nowo echa tamtych dramatycznych wydarzeń...

Naświetlę krótko ich tło: podczas ostatniej wojny, dwóch największych alianckich generałów nie cierpiało się wzajemnie. Rywalizowali ze sobą, który z nich będzie miał na koncie więcej zwycięstw. Bernard Montgomery, zwany przez kolegów Małym Dupkiem ( Little Ashole) i amerykański Bóg Wojny - generał George Patton. 
Patton mówił pogardliwie o "Monim" do angielskich przywódców: "...macie tutaj tego swego poganiacza, ale on za ch... nie wie o co w tej wojnie chodzi..."


Może tak było w istocie rzeczy, ale Montgomery miał na koncie kilka spektakularnych zwycięstw i to on opracował, w założeniu genialny plan zakończenia wojny - operację Market - Garden. Miała polegać na największym w dziejach drugiej wojny światowej desancie spadochronowym na holenderskie mosty na rzekach: Maas, Waal i Renie, a następnie opanowaniu zagłębia Ruhry, zbrojeniowego serca III Rzeszy. W ten sposób wojna zakończyłaby sie jeszcze przed Bożym Narodzeniem, a twórca planu - na wieki okryty chwałą. Pomysł wspierała grupa młodych, ambitnych oficerów, którym też marzył się splendor i sława. 



Ale było kilku sceptyków, którzy nie podzielali entuzjazmu "Montiego". Największymi z nich był wspomniany Patton i polski generał I Samodzielnej Brygady Spadochronowej - Stanisław Sosabowski. Czarno to widział i nie chciał narażać swoich żołnierzy. Ich pomoc bardziej potrzebna była krwawiącej w powstaniu Warszawie. Tam gdzieś również walczył syn Sosabowskiego... Niestety, nie pozwolono Polakom na pomoc swoim, momo, że ich brygada została stworzona w tym właśnie celu.  Zmuszono ich by wzięli udział w Market - Garden. 
Przed zaplanowaną akcją generał Montgomery odwiedził polskich spadochroniarzy. Był pod wielkim wrażeniem ich wyszkolenia. "Nigdy nie widziałem tak świetnie wyszkolonych żołnierzy. Razem na pewno pokonamy Niemców" - miał wówczas powiedzieć. 


A później... Wszystko poszło nie tak... Pyszałkowatość generała i jeszcze kilku innych młodych, ambitnych dupków nie pozwoliła słuchać życzliwych rad, że plan posiada wiele wad. Ignorowali sygnały od holenderskiego ruchu oporu o stacjonujących w okolicy wyborowych jednostkach pancernych. Zaczęła się krwawa jatka... Polacy dzielnie walczyli...


Dziesięć dni później Montgomery wysłał list do Sosabowskiego chwaląc odwagę polskich żołnierzy i prosił wystawić do odznaczenia dziesięciu z nich... Ale zaraz po tym zaczęły się schody. Na Montgomerego spadła fala krytyki. Trzeba było znaleźć winnego. Angole strasznie nie lubili dumnego Polaka. Krnąbrny, niepotulny polski generał, mówiący zawsze prawdę w oczy i będący od początku przeciwny nieudolnie przygotowanej operacji, idealnie nadawał się na kozła ofiarnego. Zaledwie dziesięć dni po liście pochwalnym na Polaków posypały się gromy. "Mały dupek Monti" bez drgnięcia powieki obarczył odpowiedzialnością za klęskę Sosobowskiego i jego żołnierzy. Oskarżył ich o tchórzostwo i domagał się usunięcia: "Ja ich tu więcej nie chcę, możecie ich wysłać do Włoch"



Patrzę na postać wybitnego dowódcy. Tak łatwo traci się honor angielskiego gentelmana, plamiąc się kłamstwem, generale Montgomery?  "Wielki strateg, mały człowiek" - smutna refleksja ciśnie mi się na usta. Historia uporała się z tamtymi wydarzeniami. Szkoda tylko, że tak późno... Sosabowski, nie doczekał się rehabilitacji za życia... 


Zostańcie ze mną do soboty, proszę... Chcę was zabrać w następnym poście na niesamowitą wyprawę, do Driel w Holandii. To niedaleko... Ja wróciłam z niej emocjonalnie wyczerpana. Poznacie historię ludzi o wielkiej determinacji i wspaniałych, odważnych duszach. To dzięki nim honor polskich żołnierzy został przywrócony. To Holendrzy. Przy nich "wielki" marszałek Montgomery wydaje się malutkim człowiekiem... Finał tej historii przywraca moją wiarę w sprawiedliwość... 

Oto zwiastun następnej części:


"Widziałem wszystkie nieszczęścia świata, widziałem tsunami, ale żadna historia nie zrobiła na mnie takiego wrażenia jak ta o Sosabowskim i waszych chłopakach" Geertjan Lassche



To co, do soboty? Później już będzie luzik, jakies lżejsze temaciki :) Ale tę fotorelację musicie poznać! 




niedziela, 19 października 2014

Nadawać wartość rzeczom...


Nadchodzi moda na normalność. Tak przynajmniej prognozują spece od modowego marketingu. Ponoć już wszystko się przejadło. Jesteśmy zmęczeni nieustanną pogonią za markami, metkami. Niektórzy już rozpoczęli krucjatę antysnobistyczną odrywając metki od ciuchów, które noszą, a paradowanie z logo znanych firm uważają za szczyt obciachu. 
Ale czy pozwolą na to interesy wielkich tego świata, którzy na próżności ludzkiej zbudowali imperium bogactwa? A może...normalność zacznie być wyznacznikiem nowego trendu i... będziemy płacić krocie by... nasze ciuchy mogły być incognito? Jedno jest pewne. Zainteresowani nie dadzą tak zwyczajnie umrzeć kurze znoszącej złote jaja, jaką jest przemysł snobistycznej mody. Coś wymyślą.


Nie pozwalam, by ubrania, czy przedmioty dodawały mi wartości. To ja im ją nadaję - swoją osobowością. Taka jest właściwa kolej rzeczy. Gdy swoją wartość uzależniasz od tego jakie dżinsy masz na tyłku - nie jest dobrze. Marki nie robią na mnie większego wrażenia. Jakość produktów - owszem. Nie zawaham się wygrzebać perełki wśród szmat na bazarku, z kopciuszka uczynię gwiazdę wieczoru, ale nie kupię t-shirtu za kilkaset złotych. Wolałabym oddać te pieniądze innym. Zdarzają się jednak wyjątki... Gdy dany ciuch jest brakującym elementem ukladanki w mojej głowie, nie waham się długo i nie żałuję. Jak i innych rzeczy w moim życiu. Najwyżej później zaciskam pasa. Coś za coś... Ale nawet w tym przypadku cena nie może być z kosmosu. Musi być w miarę adekwatna do wyrobu. Ta mądrość przyszła do mnie z wiekiem... Rzadko kiedy człowiek rodzi się od razu geniuszem. Do geniuszu się dochodzi z czasem i doświadczeniem:)

Jaki jest twój stosunek do znanych modowych marek?
Czy masz jakieś ulubione?
Jakiego koloru jest twoja jesień?
Moja, cóż... okryła się dziś burgundami i nasyciła czerwienią, by jakoś zbić z pantałyku tę czerń, w której nie jest mi do twarzy. 
Miłej niedzieli.








środa, 15 października 2014

Ech, kapelusz...


Wszystko zaczęło się kilka dni temu w niedzielę. Najpierw sfajczyłam garnek z sosem jak tylko na chwilę oderwałam od niego wzrok by trochę "pofejsbuczyć" ze znajomymi. Oczywiście, nie omieszkałam podzielić się tym wydarzeniem z facebook-owymi przyjaciółmi. A że na nich można liczyć zawsze o każdej porze dnia i nocy i pod każdą szerokością geograficzną, długo nie trzeba było czekać na reakcję. Zaczęłyśmy z dziewczynami powątpiewać czy aby mamy dobre garnki? Może należałoby sprawić sobie bardziej niezawodne. Iwonka skonstatowała, że nie jesteśmy stworzone do tak prozaicznych zadań. Piotr poszedł jeszcze dalej (chyba o przysłowiowy jeden most za daleko) i zakrzyknął bardziej lub mniej świadomie: " Chłopy do garów, baby na fejsbuka!" - wykonując tym samym klasyczny strzał we własną i własnej płci stopę. Niektórzy panowie mu tego nie wybaczą, natomiast my kobiety od razu pobiegłyśmy wcielić hasło w czyn. Niestety w międzyczasie wywaliło nam w domu internet (a mówiłam, nie zmieniać operatora! Ale przecież mnie w tych kwestiach nikt nie słucha). Zastałam moich mężczyzn wpatrujących się, jak jeden mąż w magiczną czarną skrzynkę koło telewizora nie zdradzającą oznak życia. Wzrok mieli martwy, a miny, jakby im co najmniej prawe dłonie przed chwilą odcięto... Wobec tak widocznych oznak uzależnienia musiałam natychmiast przedsięwziąć odpowiednie kroki, zorganizować sztab kryzysowy. Radosnym, pozornie niedbałym głosem zwróciłam mężowi uwagę na stosy nowych, nieprzeczytanych książek zalegających na ławie. Syna poprosiłam by ruszył cztery litery i pojechał ze mną zawieść suchy chleb dla koni (dobra okazja by przewietrzyć zwoje mózgowe). A szwagier?... Piotrowe hasło samo cisnęło mi się na usta...


Nie wiedzieć dlaczego jadąc do koni wystroiłam się w kapelusz. Może dlatego, że sobie o nim właśnie przypomniałam i wydobyłam z czeluści szafy. Może tego dnia miałam taką, a nie inną fantazję... Kto to wie... Niezbadane są myśli w głowie blondynki i nie podlegają żadnym logicznym prawom. W każdym razie na mój widok, jakaś mama z dzieckiem, która też przyszła z chlebem, zawołała z zachwytem: "Ma pani piękne konie!. Bo rozumiem, że to pani konie?" - upewniła się widząc mój zdumiony wzrok.  O nie nie! - odżegnałam się od tego pomysłu - Mnie na nie nie stać! To, że mam na głowie filcowy kapelusz, nie oznacza, że od razu stać mnie też na konie. Chociaż mąż mi obiecuje, że jak będę już stara, całkiem głucha i do reszty oślepnę, kupi mi takiego leciwego jak ja kuca, który cudem ocaleje wieziony na rzeź, żebyśmy mogli razem dojść szczęśliwego końca naszych dni. Wszak uratować jedno stworzenie to jak uratować cały świat, czyż nie?

Wróciłam do domu.
Z kuchni unosił się zapach pieczeni.
Mąż był pogrążony w lekturze.
Psy jak zawsze spały.
Magiczna czarna skrzynka ziała pustką.
Blogosławione niespodziewane awarie przywracające porządek rzeczom.




sobota, 11 października 2014

One.


Poznały się dzięki mężom, którzy byli kolegami. Ta sama niania pilnowała ich dzieci, gdy one biegły rano do pracy. Tak samo emigrowały, wracały, reemigrowały. Mijały się, rozchodziły, schodziły ich kręte ścieżki. Wszystko przeminęło z wiatrem. Najpierw rozeszły się drogi ich mężów, pózniej dorastające dzieci straciły się z oczu. One pozostały niezmienne. Są dla siebie namiastką dawnych lat. Moja przyjaciółka Ania i ja. Ona zawsze jak z żurnala, ja - częściej wycięta z szarych, pomiętych gazet.  Jej fryzura, regularnie strzyżona jak angielski trawnik, moja - niezależnie ode mnie żyje swoim życiem, jakby w nią piorun trzasnął. Ona - ułożona z charakteru, ja - potargana. Choć mieszkamy w jednym mieście - widzimy się niezmiernie rzadko. Ale na bieżąco dzielimy się swoimi radościami, troskami, sukcesami, porażkami - przez telefon. Gdy w końcu udaje nam się spotkać raz na rok, albo rzadziej - ja przyjeżdżam zdyszana, z lekkim poślizgiem, ona już czeka. W ostatniej chwili ktoś mi głowę zawrócił, bluzka się zachlapała, w naprędce włożyłam drugą, rozjeżdza się na biuście, szybko przykrywam kolorową chustką... Niedobrze... Wrzucam na siebie sukienkę. Świeżo pomalowanym paznokciem trącam o framugę drzwi. Nie ma czasu na poprawki, a tak chciałam dobrze wypaść. Shit!
Mój szalony świat jest dla niej pełnym barw kalejdoskopem. Jej ułożone, przwidywalne życie jest dla mnie chwilą wytchnienia i gwarancją równowagi we wszechświecie. Obie tak różne jak woda i ogień. Zupełnie inne spojrzenia na te same sprawy. Obie ciekawe siebie i sobą zafascynowane. Nie potrafiłybyśmy jednak zamienić się miejscami. Ale dajemy sobie nawzajem wiele dobrego. I fakt, że mimo upływu lat i różnych kolei życia ciągle możemy na siebie liczyć, wydaje nam się niezasłużonym darem niebios. 









środa, 8 października 2014

7 faktów o mnie.



Kuku, witajcie!
Poznałam w sieci Bardzo Pozytywną Osobę. I ta osoba zaprosiła mnie do zabawy: 7 faktów o mnie. Prawie wszystko o mnie wiecie, ci którzy są ze mną od dawna.  Ale skoro zostałam wywołana do tablicy to spróbuję prześwietlić dla was trochę siebie, nie zdradzając do końca moich sekretów... 



1) Mam wężofobię. Jestem w trakcie oswajania węża, takiego wielkiego, jak ten z Małego Księcia, co pożarł słonia.
2) Uwielbiam maszerować w deszczu.
3) Jestem nieprzewidzialna, mój mąż twierdzi, że nie będzie się ze mną nudził do końca życia.
4) Lepiej całuję, niż gotuję - zdecydowanie! Ale mam kilka żelaznych dań, ktorymi dopieszczam rodzinę. Lubię eksperymentować w kuchni z różnym skutkiem...
5) Mam wiele osobowości. Sama nie wiem ile...
6) Nigdy niczego nie żałuję w życiu. Nie oczekuję wdzięczności. Nie zatrzymuję na siłę przyjaciół. Pozwalam odchodzić. Szanuję innych i własną wolność. Innych i własną odmienność. Niektórzy mylą to z powierzchownością i brakiem zaangażowania. Ale, uwaga!... Nigdy w życiu nie zapominam o przyjaciołach i dla bliskich mi ludzi jestem skłonna do wielkich poświęceń.
7) Bywam kapryśna/nieznośna/potrafię strzelić focha/nie lubię konfliktów, ale w skrajnych sytuacjach potrafie być skuteczną walcząca lwicą. Nie mam litości dla ludzi, którzy krzywdzą dzieci, odzierają je z dzieciństwa. Myślę, że dla takich ludzi potrafiłabym być w jakiś sposób okrutna, choć to wbrew mojej osobowości. 
8) Jako ponadprogramowy, ósmy punkt dodam, że... jestem strasznym leniem. Stać mnie na więcej, buuuuu.... 


Najbardziej lubię stan: Święty spokój. Może dlatego, że takie chwile bezruchu to rzadkość w moim życiu...

Jak widzicie, nudziara ze mnie... Ale mam nadzieję, że lubicie mnie z moimi wadami. Dopraszam się waszej akceptacji. :) A jak ktoś chce doczytać o mnie pare innych faktów to klikamy w poniższe linki. Mam nadzieję, że z tych trzech postów zbudujecie jako taki mój wizerunek i pomyslicie, ze znamy sie od dawna, a nie tylko z widzenia. A tobie Gaja, serdeczne dzięki.

Bye, bye, do soboty :)
Pozwól, że ci się lepiej przedstawię...
Jeszcze jedna chwila szczerości dla was...



poniedziałek, 6 października 2014

Pola Dwurnik - milion fajerwerków!


Hej Panowie i Panie! W ubiegły piątek, dzięki uprzejmości Agaty Araszkiewicz, miałam okazję poznać w jej brukselskim domu jedną z najlepszych artystek młodego pokolenia - Polę Dwurnik.

Wiedziałam, że się trochę spóźnię. Miałam bardzo długi dzień w pracy, a później jeszcze szybko do domu: głodnych nakarmić, stęsknionych przytulić, dwa merdające ogony ukochać. Zwykła codzienność kobiety na tak zwanym etacie... 

Długo szukałam środków wyrazu, by spróbować opisać to spotkanie... Właściwie słowa mieliły się w mojej głowie, nie chcąc, nie znajdując sposobu by ułożyć się w zdania. Wypadały blado wobec tego co chciałam powiedzieć... Nie bedę też przytaczać faktów dotyczących artystki i jej osiągnięć. Wszystko to znajdziecie w miłościwie panującym internecie. Znacie mnie przecież: wolę pisać o ludziach. O tym jakie wywarli na mnie wrażenie, jak mnie zachwycili, zdumieli, niekiedy rozczarowali...


Gdy uścisnęłam dłoń Poli i napotkałam spojrzenie jej sarnich, przyjaznych, a zarazem czujnych oczu, dopiero  w tym momencie chyba tak naprawdę zrozumiałam jej sztukę. Zrozumiałam ją dla siebie. To było jak iluminacja, nagły błysk, moc fajerwerków - żywcem wyjęte z jej obrazu. Pomyślałam, że Pola przed chwilą przedarła się przez las pełen dzikich zwierząt, wyszła ze swoich płócien i oto siedzi na kanapie między nami mając jeszcze we włosach gałązki leśnych krzewów. Poczułam, że jest moim brakującym puzzlem, kluczem do zrozumienia, o co w tym wszystkim chodzi. Drobna dziewczyna ubrana w królewskie borda, z małą, uroczą, zieloną czapeczką na głowie. Poślubiona sztuce, konsekwentna w swoim działaniu, niezłomna królowa. Niezwykle płodna artystycznie  jak na swój wiek. Ale przecież nie mogło być inaczej z dzieckiem wyrastającym w towarzystwie dwóch, wybitnych i bardzo różnych artystycznych osobowości - swoich rodziców. Można powiedzieć, że od kołyski była skąpana w sztuce... Nielekka do uniesienia spuścizna. A zarazem błogosławiona. Bo bez niej, zapewne Pola byłaby zupełnie kimś innym.


wspieramkulture.pl

Ponoć to pierwsze kilkanaście sekund decyduje jak postrzegamy daną osobę. Jakie budzi w nas uczucia i myśli.
Pola wywołała we mnie natychmiast trzy słowne skojarzenia. Dziewczęcość. Rozedrganie. Sensualizm. Muszę tu wtrącić, że artyści sięgając po różne środki wyrazu, nie stronią od wulgaryzmu. Akurat ta forma artystycznego wyrazu nigdy do mnie nie przemawiała. Po prostu się wzdrygam. Nic na to nie poradzę. Pola w swoim malarstwie wielokrotnie przekracza tabu, prowokuje, wyciąga na światło dzienne ciemne zakamarki ludzkiej duszy, chowa się w mroku, schodzi na dno kobiecego jestestwa, wywraca na wskroś cielesność, a mimo to jest w tym jakaś subtelność, dziewczęcość i kobieca siła zarazem. Jej obrazy jak powieści - raz przeczytane, uwolnione, długo jeszcze żyją swoim życiem, "toczą" się w twojej głowie, nawet gdy dawno już wróciłaś do domu. Ja śniłam je dalej całą sobotę, niedzielę i poniedziałek. Na spacerze, przy biurku, w ogrodzie, przy zlewie pełnym garów, malując usta zmysłową czerwienią, kradnąc pocałunek.... Uwiódł mnie jej bajkowy, niedopowiedziany, niekiedy niebezpieczny świat. 


Jakbym była napiętą struną, którą artystka trąciła niedbale palcem, powodując rozchodzenie się fal. Coraz większych, coraz trudniej uspokoić rozedrgane ciało. Czysta fizyka, czy może metafizyka? Pomyślałam z podziwiem:"Ech, żebym choć w połowie potrafiła tak pisać, jak ona malować. Poruszać słowami struny ludzkich uczuć, niedosytów, mroczności, zahamowań, spełnień, sprzeczności. Tworzyć rezonans."

Apolonia potrafi też pieknie mówić. Zasłuchałam się...  Co prawda kur nie zapiał, zmuszając mnie do powrotu, ale zdrowy rozsądek nakazywał nie nadużywać gościnności pani tego domu. 
Na odchodnym Pola nie wiedząc, że mam wężofobię, narysowała mi węża. Gdy jej o tym powiedziałam, dopisała stosowną dedykację. 
Aż nadto dobrze wiem czym jest mój wąż... Potraktuję tę dedykację jak dobrą wróżbę, zaklęcie. Postaram się z wroga jakim jest w mojej głowie, uczynić sprzymierzeńca. I obłaskawić jabłkiem. Dzięki Pola za ten wieczór!



sobota, 4 października 2014

Pantalony - dziś pragnę was ucieszyć!



Chcę was dziś bardzo czymś ucieszyć, rozbawić, żebyście mogli się śmiać do rozpuku, a przynajmniej szeroko uśmiechnąć. Dziś cała chcę być dla was pociesznością.
Porozmawiajmy o dystansie do siebie.

Wieloistność mojej natury, można powiedzieć, pewna schizofreniczność, nakazuje mi słuchać głosu tej małej dziewczynki we mnie, która nigdy nie dorosła. Udziela mi swojej nieskażonej dorosłością wrażliwości do postrzegania otaczającego mnie świata. Wiecie co? Małe dziewczynki patrzą uważniej i więcej widzą. Lubią się przebierać, wierzą, że są księżniczkami i potrafią zmieniać otaczający je świat. I naprawdę tego dokonują! Zamieniają czarownicę w kamień, a żabę w księcia. Dotykają gwiazd. Stąpając po rosie, słyszą jak oddycha trawa. Są cząsteczką puzzli zachwytu wszechświatem. Kochają siebie z wzajemnością, lecz bez egoizmu. Śmieją się perliście z własnych wad. Z czasem zatracają tę umiejętność. W ich życie wdziera się krytyczna, bezkompromisowa, zbuntowana pannica i jej dystans do siebie i świata zmniejsza się do wielkości brudu za paznokciem. Przeszkadza każdy pryszcz na nosie, dodatkowy centymetr w pasie. Zewsząd bombardują ją sprzeczne oczekiwania. Czasami pannice zamieniają się w galopujące szczury, próbując dotrzymać kroku tym w pierwszym rzędzie. Bezpowrotnie gubią pierwotną wrażliwość. A czasami kryją ją tylko głęboko w sercu. I czekają. Na lepsze czasy czekają. One przychodzą z wiekiem. Ale bywa, że nie nastają nigdy.







Mała Dziewczynka nie posiada wieku. Moja tkwi stylistycznie i duchowo jedną nogą w poprzednich epokach. Kiedy odważnym kobietom było bardzo trudno. Nie dba o konwenase, swoim wyglądem i zachowaniem rozbawia bliskich do łez. Nie jest jednak infantylna. Jest fachowa, rzeczowa i wrażliwa. Gdy wyskakuję z wysokich obcasów i dopasowanych, kobiecych mundurków dopuszczam ją do głosu. Wdziewam "pantalony" na spacer, lub śmieszne sukienki z szeleszczącymi halkami. Gwarancja dobrego humoru. Na złośliwą krytykę mam swój patent. Nie słucham malkontentów. Po prostu przekładam następną stronę w książce mego życia. Daję sobie prawo być jaką chcę. Niedoskonałą. 

Niedoskonałość dostępująca łaski wszechświata. 

A co z twoim dystansem?
Jaki zewnętrzny znak, niedoskonałość, zachowanie definiuje ciebie?
A może panicznie boisz się śmieszności, bo wmówiono ci, że to niepoważne i "poważnej" kobiecie "nie wypada"? Nie wierz w to. Oszukano cię! Szybko odszukaj w sobie dawną siebie. Nigdy nie jest za późno na przebudzenie. NIGDY.