sobota, 27 września 2014

Najlepsza przyjaciółka kobiety.



Jedni uważają, że jest nią biżuteria, torebka, szminka, bądź też... karta kredytowa własnego męża. Najczęściej bywa nią druga kobieta. Ale ostrożnie, taki układ czasami może zawieść. Znacie powiedzenie: "Najlepsza kochanka, to żony koleżanka"? Nierzadko dziwnie pojęta przyjaźń dwóch kobiet może wyglądać jak na poniższym obrazku zapożyczonym z serwisu BEZLITOSNE

Najlepsze przyjaciółki... ;)


Podzielę się z wami moim dzisiejszym odkryciem. Najlepszą przyjaciółką kobiety - jest sukienka! Uzmysłowiłam to sobie rano, stojąc przed otwartą szafą i tocząc nieprzytomnym wzrokiem po jej wnętrzu. Wiecie jak to jest, gdy budzik nie dopisał, znów nie przygotowałyście sobie wczoraj żadnego zestawu na dzisiaj, grunt pali się pod nogami, a dziecko woła, że nie może się w tym tygodniu spóźnić trzeci raz do szkoły! Wtedy do akcji wkracza Ona i ratuje ci życie. Najlepiej, gdy nie wymaga prasowania. Nieważne, czy kupiłaś ją za grosik w ciuchlandzie, w sieciówce, czy zdjęłaś z jednego z najdroższych wieszaków autorskiej kolekcji. Ważne, by była ponadczasowa, rzucająca na kolana, albo przynajmniej budząca lekkie uznanie. Opierająca się sezonowym modom. Po prostu - inna niż wszystkie! Po kosmetycznych zabiegach, odpowiednia na bal, do pracy, do parku... A gdy jak kameleon, za pomocą zmieniających się dodatków potrafi ukazać światu 10 różnych wcieleń twojej kobiecości, to - co tu dużo mówić - to przyjaciółka IDEALNA! Twój mąż też ją skwapliwie pokocha!





 Dobrze się składa - moja szafa przeszła na dietę antysukienkową, bo dostrzegłam u niej pewne cechy sukienkowego maniactwa. Postanowiłam zostawić w niej tylko najlepsze przyjaciółki, sprawdzające się w każdej okoliczności. 


Bezlitosna selekcja trwa... A wracając do sukienki, żeby nie być gołosłowną, pokazuję co najmniej dwa inne jej wcielenia. Tutaj i tutaj. Świetnie też sprawdza się z krótkimi marynarkami, a nawet wycieraną bluzą. 
A co jest twoją najlepszą przyjaciółką? Z rozmysłem i celowo użyłam słowa "co", a nie "kto", bo o prawdziwych, kobiecych, szczerych, głębokich relacjach na całe życie - będzie w oddzielnym poście. 




środa, 24 września 2014

Strzelać czy umierać?


Tym przewrotnym tytułem zapraszam was do dyskusji o pokojowym rozwiązywaniu konfliktów we współczesnym świecie. Czy pacyfizm ma rację bytu, czy to pobożne życzenie, sen wariata w XXI wieku? Będzie o tym i o paru innych rzeczach... A wszystko w określonym kontekście geo-politycznym...

A może nasza filozofia powinna opierać się na zasadzie: "Pragniesz pokoju, szykuj się do wojny"?  


Urodziłam się i wychowałam po tej "gorszej" stronie Bugu. Kraina to piękna i ludzie dobrzy. Ale to my zawsze pierwsi czujemy na karku oddech Wielkiego Brata. Teraz też pograża nam paluchem i do rozpuku śmieje się z kurtuazyjnych sankcji koleżanki Merkel i jej kompanii. Wszak nie od dziś wiadomo, że krzywdy sobie nie zrobią. Włodek i Angela. Para to mieszana, nieraz bardzo  zgrana, jeśli chodzi o wspólne interesy. Wielki Brat nie tylko nam dał się we znaki. I nie tylko Demoludom. Mój kolega Fin z pewnością nie jest pacyfistą i nie wierzy w pokojowe zażegnywanie konfliktów. Zaleźli Ruscy im za skórę. "I hate this country, I hate this language!" - woła zaperzony. 

Nie zawsze byłam idealną matką. Bywało, kupowałam memu dziecku zabawki militarne . Na przykład karabiny na wodę, czy czołgi. Nie chciałam, żeby nie wiedział o istnieniu takich rzeczy. I o tym, że istnieją konflikty. I że nieraz trzeba użyć broni by zatrzymać rozprzestrzeniające się zło. Modląc się zarazem by nigdy w życiu nie musiał konfrontować się z taką sytuacją... Ale jednocześnie uczyłam go wrażliwości. Że nie wolno krzywdzić istot żywych i naturalnym odruchem człowieka jest pobiec innym na pomoc.

Gdy w 2001 roku runęły wieże w World Trade Center, dzieci w przedszkolu ustawiały z klocków swoje własne drapacze chmur i pikowały w nie plastikowymi samolocikami... Nawet te, który nigdy w domu nie bawiły się militariami. Co na to powiedziałby pacyfista? Ciężko oddzielić realne życie od naszych ideałów... Gdzieś tam po drodze wkrada się twardy realizm. A może jak Szwajcarzy i Izraelici, powinniśmy być zawsze gotowi i obeznani z bronią? Jakie jest wasze zdanie?


W moim małym miasteczku grupa młodych ludzi skrzyknęła się i bawią się w wojsko. Latają po lesie z karabinami w dłoni, organizują różne akcje. Czy to dobrze, czy źle? Nie siedzą cały dzień w parku z puszką piwa w dłoni,ani nie gniją przed telewizorem. Nie walą działki w żyłę, nadmiar stresu rozładowują we wspólnej zabawie, uczą się działania w grupie, budowy broni, zasad solidarności. Podejmują różne fajne przedsięwzięcia. Sami się zorganizowali bo niewiele się tu odgórnie dzieje. Ale bawią się w wojnę. Dobrze to czy źle? Teraz wy się wypowiedzcie. Gdyby wasz syn/ córka chciała do nich dołączyć? A wy sami? Jakie były wasze dziecięce zabawy? Czy naprawdę było zawsze grzecznie i poprawnie? Jestem bardzo ciekawa waszych opinii na ten temat! 




sobota, 20 września 2014

Wsiąść do pociągu byle jakiego...



Kochanie, kupiłem nowe gąsienniczki, motorek, niedługo będzie nas stać na nowszy model, wtedy odsprzedamy stary i zwróci nam się część inwestycji - ekscytuje się mąż z wypiekami na twarzy - Proszę cię jeszcze o odrobinę cierpliwości, to bardzo poważna transakcja...Gdy jej dokonam - znów będziemy spędzać wspólnie wieczory...
Nazajutrz dzwoni do pracy i szepcze w słuchawkę: Już prawie, prawie... Jest nasz...
Wracam do domu. Pyta jak mi poszło w robocie, ale widzę, że nie czeka na odpowiedź.
- Dzisiaj go kupujemy! - oświadcza uroczyście - Czy masz jakieś preferencje?
- Hmmm.... - udaję, że się zastanawiam - Zwróć uwagę na lufę... Odpowiednia lufa to podstawa takiej maszyny... - mruczę. Mąż jest tak przejęty, że dopiero po kilku sekundach orientuje się, że stroję sobie z niego żarty. Ty zboczeńcu! - woła z naganą w głosie i ciska we mnie książką kucharską. Wykazuję się refleksem. Książka ląduje na podłodze.



Do kuchni wchodzi syn i nalewajac sobie soku mówi. Mamo - ożeniłem się dziś z X. I tu pada imię jego najlepszego kumpla. Teraz stanowimy siłę! Kupimy farmę w Arizonie i kawał lasu w Kanadzie. Już budujemy tam chatę. O mały włos szklanka nie wypada mi z rąk.
- Mamo, spoko! To tylko w grze - uspokaja mnie, widząc moją minę - bo wiesz, on "leci" postacią dziewczyny. Jest nieźle wypasiona. Kolega mu odsprzedał za korki z matmy. Taka to chodzi na allegro za parę stów. Uff, kamień z serca. Zostawiam ich i wymykam się na bloga. Dziś rozdanie, tam quiz, sposób na schudnięcie, gdzie indziej historia z ciekawą fabułą, niezły przepis, recenzja filmu i książki, reportaż z podróży... Jeszcze kurtuazyjne odwiedziny u zaprzyjaźnionych, sympatycznych osób - zwykłe blogerskie życie. Północ. 

Taak... Nie nazwę tego zboczeniem... Unikam słowa: "uzależnienie"... Najbardziej gładko przychodzi mi mi na myśl określenie: namiętność,  pociąg do... Nasze pasje...



Ale jest jedna rzecz silniejsza niż jakikolwiek "pociąg"...  Raz dziennie zasiadamy do wspólnego posiłku. Bez pośpiechu.To nasz łącznik ze światem realnym. To barometr naszych nastrojów i wzajemnych relacji. To tylko NASZ, nieskażony netem czas... Na wielkiej, zarzuconej poduszkami kanapie, oglądamy filmy - ambitne i te całkiem głupie seriale. Psy też gapią się w ekran, jakby coś rozumiały, są częścią naszego rodzinnego teamu...
Bywa, że wspólnie wyjeżdżamy. I choć każdy taszczy ze soba swój osobisty komputer, to całymi dniami jesteśmy "off line" - na permanentnym odwyku. Aż jakoś dziwnie na początku.... Poznajemy się na nowo, odkrywamy w sobie zabawne cechy, eksplorujemy otaczający nas świat. Zdziwieni, że aż tyle przyjemności można czerpać z wzajemnego obcowania.
Wypoczęci i stęsknieni za naszymi wirtualnymi przyjaciółmi, z przyjemnością wracamy do naszych pociągów.

P.S. Internet jest jak nóż - powiedziała mi kiedyś znajoma - Można nim kroić chleb, by nakarmić głodnych, a można nim zadać cios by zabić... To od ciebie zależy jak go użyjesz...

wtorek, 16 września 2014

Czytać miedzy liniami.



Ponoć by dobrze zrozumieć kobietę trzeba umieć czytać miedzy wierszami. 

By dobrze zrozumieć Mia Zia trzeba umieć żyć miedzy liniami. 

Tak przynajmniej głosi filozofia marki. Umiejętnie zbudowany wizerunek marketingowy firmy sugeruje, ze mamy do czynienia z wyjątkowo naturalnymi produktami, wykonanymi w systemie ręcznej manufaktury przez lokalnych pracowników (głównie pracownic) Maroka, Turcji, Indii, Nepalu. Wszystko to brzmi logicznie i jest zgodne z prawdą. Ale gdy popatrzeć na cenę uroczych ręcznie tkanych ubranek, to nie wiem dlaczego myślę że, że pięknie skrojona filozofia, a zyski trafiające bynajmniej nie do tych małych pracowitych rączek to dwie różne rzeczy... Ubranka są śliczne: zabawne, radosne, dziewczęce, sto procent naturalne, tyle, że według mnie... nieprzyzwoicie drogie! Jestem przekonana, że jedna ze znanych mi dziergających blogerek potrafi wyczarować równie piękne rzeczy, równie naturalne, ale o wiele tańsze. Skłamałabym gdybym powiedziała, że jestem nieczuła na pełną radości zabawę kolorami Mia Zia przywodzącą na myśl bajkowy świat dzieciństwa. Tak, ale zabawiam się nimi tylko w czasie wyprzedaży. I to, gdy zniżki zaczynają się co najmniej od 60%.  Wtedy dopiero, według mnie, produkty zasługują na swoją rzeczywistą cenę. 




Paski podłużne i poprzeczne noszę bez wyrzutów sumienia i dbałości o zdanie specjalistek od wizerunku. Oczywiście, gdyby trzeba było być adwokatem w swojej sprawie, to mam na tę okoliczność stosowny argument. Moja filozofia brzmi: Tego co w pewnych miejscach jest wystarczająco grube - nie jest w stanie nic bardziej pogrubić! I tego się uparcie trzymam.



To pozwala mi bez wyrzutów sumienia cieszyć się barwnymi wzorami i czerpać inspiracje. Gdy na brukselskich ulicach przeminie złocista jesień i zakróluje grudniowa szaroburość będzie to miało oprócz znaczenia praktycznego również wydźwięk psychologiczny. 

lightsplash23
Zdjęcia z kolekcji jesiennej Mia Zia

lightsplash23

A gdy na dobre nastaną głuche, czarne jak atrament zimowe noce - zacznę robić kolorowe pompony! Tak, tak, nie przesłyszałaś się!
Będę przyczepiać je w różnych zaskakujących miejscach. Niech wywołują uśmiech na twarzach: na ulicy, w metrze, w pracy... Takiego energetycznego paliwa będzie nam wtedy potrzeba. Zaopatrzę się w motki kolorowej włóczki, nożyczki i kartoniki i rozpocznę pomponikową manufakturę. Po prostu je zrobię! Przecież nie będę ich kupować w butiku Mia Zia za nieadekwatne pieniądze. Taki pompon ma szeroki wachlarz zastosowań. Hej, jeśli coś wam przychodzi do głowy,to podpowiedzcie do czego mogą służyć kolorowe, włóczkowe pomponiki? Już niedługo - zbiorę do kupy wasze i moje pomysły - materiał na któryś kolejny post! 


homefamilyanddesign.blogspot.com


sobota, 13 września 2014

Z listu do siostry...


Kochana Siostrzyczko,

Połknęłam bakcyla. Od kilku dni uczciwie uprawiam jazdę na rowerze. Pedałuję ponad godzinę ścieżkami rowerowymi, wśród pól i lasów. Patrzę na kipiącą kolorami przyrodę i tak po prostu, bez powodu serce mi się raduje jak głupie. Przychylniejszym okiem zerkam na rowerzystów, przestaję ich traktować jak zawalidrogi. Ja ich nawet zaczynam lubić! Odkąd zamieniłam swój - na ich punkt widzenia, czuję, że przechodzę na zieloną, stronę mocy. Co prawda, nie dojrzałam jeszcze do tych śmiesznych, obcisłych majtek z pampersem w środku, ale ponoć to tylko kwestia czasu - do pierwszych odcisków na pewnej części ciała... Za to dla bezpieczeństwa nabędę wkrótce kask i zacznę przypominać śmieszną mrówkę z przerośniętym mózgiem. Myśl o tym już dziś bardzo mnie "uciesza"!
Z każdej rowerowej wyprawy wracam zdrowsza, spokojniejsza, radośniejsza. Po drodze rejestruję codzienność. Wcześniej nie dostrzegałam jej piękna z okna samochodu!

P.S. Czy uważasz, że powinnam umieć zmienić dętkę lub naprawić zerwany łańcuch? Czy może wystarczy naładowany telefon i butelka z wodą? W samochodzie też nie wiem do czego służy pasek klinowy, a jakoś mi się udaje bez tej wiedzy obywać już kilkadziesiąt lat!... Pozdrawiam.

Twoja A.





















"...z okna samochodu nie dostrzegałam piękna codzienności tak namacalnie..."




środa, 10 września 2014

Miłość cierpliwa jest, lecz i nie cierpliwa...


Dzisiejszy post jest dedykacją. Jak zwykle z opóźnieniem... A to dlatego, że lubię nabrać dystansu... Gdy opadnie kurz, ucichną fanfary, ja dopiero wtedy bocznym wejściem, szuram butami na wycieraczce z naręczem kwiatów... I korek od szampana wyskakuje z głośnym pyknięciem!



Niedawno moja siostra i szwagier świętowali rocznicę ślubu. Nie powiem wam którą, bo sama nie mogę w to uwierzyć, że mają tyle lat - co mają. I że się ciągle kochają jak dawniej, tylko - jeszcze bardziej świadomie. Za pośrednictwem bloga, składam im najserdeczniejsze życzenia! W dzisiejszym świecie, gdy np w Belgii średnia długość trwania związku małżeńskiego wynosi pięć lat, każda wielokrotność tej liczby robi nie lada wrażenie. 



Lecz nie tylko dla nich jest ten post.
Dedykuję go wszystkim Wam...
Którzy macie za sobą wielokrotne piątki wspólnych lat...
Wam, którym nie udało się za pierwszym razem...
Którzy mieliście odwagę przeciąć ropiejącą ranę mimo uporczywego bólu i  żmudnej rekonwalescencji...
Tym, którzy długo szukali i wreszcie znaleźli...
Tym, którzy ciągle nie tracą nadziei...
A także sobie - dalszego ciągu obecnego stanu rzeczy...

Ale najbardziej dedykuję mój dzisiejszy post młodym,  którzy macie prawo czuć się oszukani... 

Boście uwierzyli... Że miłość cierpliwa jest, miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się gniewem. Taka dobra i potulna... Nieskomplikowana. Łatwa do przełknięcia - bułka z masłem. 
Nie bądźcie naiwni! Czytajcie życie ze zrozumieniem! 
Nie myślcie, że miłość ma krótki żywot motyla w brzuchu. A gdy ustanie ostatni, agonalny trzepot skrzydełek to wystarczy zmienić partnera.  I jeszcze raz. I kolejny... 
Epoka szybkich randek, szybkich związków, szybkich rozwodów za obopólną szybką zgodą. Epoka EASY... 



Tymczasem Ona...

"Czasem się unosi pychą i gniewem..
I pragnie tylko swego, świat chce dla siebie...
Dopuszcza się bezwstydu, szuka poklasku...
Pamięta tyle złego, płacze o brzasku...


Nikomu nie chce wierzyć, w oczy się śmieje,
I nawet w sobie nie pokłada nadziei,
I bywa jak proroctwa, które się kończą,
Zachodzi... Jak Słońce..."





Drogi młody przyjacielu, przyjaciółko! Uczucie to tworzywo, zwykła plastelina, z którego własnymi łapkami trzeba ulepić Miłość na miarę siebie. Czasami jest cholernie trudno, czasami jest to niemożliwe, bo materiał za kruchy, rozsypuje się w dłoniach. 
Ale nie trać nadziei i nie zrażaj się po pierwszej nieudanej próbie. Przy odrobinie cierpliwości, ciepła i szczęścia, możesz nadać tworzywu w swoich dłoniach pożądany kształt...
Nie przekreślajcie się zbyt szybko...
Bądzcie uważni, rozpoznajcie Ją wśród blichtru tego  świata. Odrzuccie wszystko co za Nią się podaje lecz Nią nie jest. Po czym ją poznacie? 

Nie jest łatwa. Unika zgiełku. Wymaga trudu. Sprawdza się w bólu. Gdy wszystko inne zawodzi.



"Bo chodzi o to by od siebie 
nie upaść za daleko 
Jak te dwa łyse kamienie nad rzeką 
Chodzi o to 
By pierwsze chciało słuchać 
Co mu to drugie 
powiedzieć chce do ucha: 
Że po mej głowie ,
czasem się ich boje .

Chodzą słowa nie do powiedzenia..
."


P.S. To nie koniec postów o uczuciach. Wkrótce następny. 














sobota, 6 września 2014

Back to school!




Pierwszy tydzień szkoły za nami! I nie dotyczy to tylko maluchów, czy studentów. W naszych czasach ustawiczne samokształcenie jest bardziej normą, koniecznością, niż wybrykiem i fanaberią. Uświadomiłam to sobie wracając jednego z pierwszych dni września po pracy do domu. Kolejki przed różnej maści szkołami dla dorosłych - jak za dawnych czasów w Polsce, gdy mieli rzucić kiełbasę zwyczajną dzieloną na kartki, owijaną w szary papier . I ludzie z taką samą determinacją, jakby niegdyś po tę kiełbasę - stali, by zapisać się do szkoły.



No cóż, wszyscy się kształcą, będę i ja... To właściwie już moja tradycja, bo co roku z nastaniem jesieni wkładam sobie na ramiona jakieś szkolne obowiązki. Najczęściej więcej, niż potrafię unieść. Przynajmniej z czasem jest z czego rezygnować . Hołdując tej zasadzie zapisałam się na doskonalenie dwóch języków i jeszcze dwa inne kursy... Właściwie to już od początku zastanawiałam się, na cholerę mi znów ten flamandzki! Fenomen niewyuczalności tego języka tkwi chyba w mojej głowie. gdzie głęboko w mózgu zakorzeniła się niechęć. Bo coś z tym językiem jest nie tak (albo ze mną). Niby prosty, gramatyka nieskomplikowana, ba! Nauczyciele mnie chwalą, że nieźle mi idzie, a mimo to... taki... ciężki do przyswojenia. Natychmiast jak przestaję się go uczyć, to zapominam! Może wynika to z mego przekonania, że to strata czasu. Włada się nim na niewielkim obszarze i to jeszcze występuje w licznych dialektach. Nie wiążę przyszłości (czyt.starości) z tym krajem (choć, kto wie jak to będzie!), więc bardziej logicznie byłoby szlifować mniej "pogańskie" narzecza :) Jedyny argument jaki znajduję na obronę mojej decyzji, to własna satysfakcja, gdy idę do urzędu gminnego  zamówić kubeł na śmieci lub wybrać w mięsnym piekny kawał wołowiny  i z panem "buszerem" o pogodzie pogadać. Choć o czym gadać, jak tu wciąż pada? Za bardzo w tym temacie się nie rozwinę. No nic to! Zapisałam się i już! Co się stało, nie odstanie.
O mojej grupie językowej opowiem kiedy indziej! A jest co mówić! Na razie zapomnijmy o szkole, wszak weekend roztacza przed nami swe uroki! Korzystajmy póki ciepło. 



 Jak przystało na uczennicę wieku średniego spowiłam się w barwy ochronne: szkolne granaty. Sukienkę dorwałam w lokalnym ciuchlandzie, buty przywiozłam z Polski (Venezia), torba pochodzi z H&M (wreszcie model, jaki od dawna chodził mi po głowie), a bluzka z Promodu.

środa, 3 września 2014

Mała, błękitna, z dużymi możliwościami...


Hallo, moi przyjaciele! Dziś będzie banalnie: o sukience. Można ją nosić na wiele sposobów. Mała, błękitna bombka. Posiada, jak to się mówi: potencjał. Bardzo popularne słowo. Sama je (nad)używam. No więc, moja błękitna, mała - lecz z potężnym potencjałem - dobra jest na upalne lato, wieczorne wyjście, randkę z mężem, jesienny spacer. Widzę ją też zimą w towarzystwie grubych rajstop, długich kozaków i opasłych swetrów. Jedna rzecz, a tyle radości! Marzenie każdego męża o uniwersalnym ciuszku dla żony. Bombki kochają wszyscy! Wspomniani już mężowie, w tym konkretnie mój osobisty małżonek, właścicielka nadprogramowych wałeczków na biodrach, czyli autorka tego wpisu, oraz jej koleżanki. Przechodnie też rzucają na nią (sukienkę, a nie autorkę wpisu) przychylnym wzrokiem, bo błękit ma to do siebie, że w oko lubi wpaść! (Słynne błękitne koszule polityków) Czuję, że przed moją bombką... bombowa kariera!





Niedzielny spacer to nie tylko możliwość zaprezentowania przyodziewku, ale też docenienia lokalizacji, w której się mieszka. W codziennym pośpiechu z okna samochodu nie zwraca się na takie "oczywiste oczywistości" uwagi. Raczej skupiam się na dojechaniu na czas z punktu A do punktu B. Jak tu podziwiać okolicę, gdy człowiek próbuje równomiernie rozprowadzić szminkę na ustach, czy maskarę na rzęsach. Nie jest to łatwe, gdy drugą ręką trzeba dzierżyć kierownicę. Dlatego dopiero w weekend mogę na spokojnie docenić uroki mego miasta.  Niby Bruksela, niby stolica, a wiocha całą, zieloną gębą! Bardzo surrealistycznie wygladają wieżowce w towarzystwie pól uprawnych i łąk kwieciem pokrytych. 



Nawet prawdziwego rolnika, z ciągnikiem, kombajnem i wszystkim co trzeba - mamy! Zastanawiałam się jak do swoich pól dojeżdża, bo nie widziałam jeszcze w Brukseli kombajna na ulicy, ale uświadomiłam sobie, że on nigdzie nie musi dojeżdżać! Jego gospodarstwo jest jak wyspa, otoczona  uprawną ziemią - zielono-brązowym morzem. A za nim szczyty wieżowców. A ziemniaki?... Stoi koło domu automat samoobsługowy, jak do napojów. Wrzucasz pieniążek i wyskakuje ci z automatu worek kartofli - prawie dosłownie -prosto z pola! 

Jedną z niewątpliwych zalet zachodnich krajów jest uproszczenie życia. Nikt nie komplikuje tego, co może być łatwe. Przepisy - po ludzku sformułowane,  a lokalna władza - frontem, a nie dupskiem do obywatela!






Szmaty: sukienka - my love! - Top Secret;
kamizelka robiona na szydełku - od siostry i szwagra. Czaasami robi za apaszkę; 
marynarka - Esprit; 
mam jeszcze w domu piękny, niebieski kufer, ale bez przesady, nie chciałam by wam się odbijało błękitem jak na mnie patrzycie, więc wzięłam ten mały kufercio z lokalnego sklepiku; 
na nogach - szpilki Ryłko. 



Księżniczka po raz pierwszy w życiu pije wodę z kałuży. Musiała być mocno zmęczona, bo wcześniej nawet w upalny dzień nie można ją było do tego namówić.










Wspomniany automat do ziemniaków (wewnątrz budki)