czwartek, 31 lipca 2014

Grzeczna dziewczynka.


 Lubię brak anonimowości małych, wiejskich kościółków. Ich swoisty klimat i folklor. Gdzie każdy zna każdego. Ale nie zawsze tak było. Brak prywatności był kiedyś dla mnie bardzo kłopotliwy. Drażniły mnie natrętne spojrzenia kobiet, szepty i komentarze. Były lata buntu i młodzieńczej niezgody. Szokowanie lokalnej społeczności długimi do kostek, czarnymi prześwitującymi spódnicami, ogromnymi rondami czarnych kapeluszy bądź najkrótszymi na świecie mini. Dziś już nie muszę szukać środków wyrazu by określić siebie - młodzieńcze, niecierpliwe, egoistycznie, wrażliwe JA. Uśmiecham się gdy słyszę moje tamte słowa w ustach mego dziecka: " Nie ubieram się dla ludzi! To mój wizerunek. Nie zamierzam się podporządkowywać". Wiem, że do pewnych prawd dojdzie jak ja, z wiekiem. Objaw starości czy może raczej dojrzałości? 



Po latach złagodniałam, nabrałam dystansu. W świecie odnalazłam prawdę o sobie. Wiem kim jestem. Znam swoją wartość. Jestem świadoma swoich ograniczeń. Zaakceptowałam wady, których nie potrafię zmienić. Pogodziłam się ze słabościami. Jestem wyrozumiała dla siebie i innych. Potrafię ustanawiać granice i mówić "nie". Bez rewolucji. Bez przewracania świata do góry nogami. Do tej ziemi, która mnie wydała powracam grzeczną dziewczynką. Choć miedzy opłotkami, plącze się gdzieś jeszcze tamta mała JA. Depcze mi po piętach, przywołuje wspomnienia. Dziewczynka w fartuszku z gąską Balbiną i sepleniącym kurczakiem Ptysiem. Kilka lat później -zbuntowana pannica. 



Już nie szokuję, nie z lęku przed opinią publiczną. Nie prowokuję strojem z szacunku dla nich, dla tego bardzo ciężkiego kawałka ziemi, gdzie przyszło nam wszystkim żyć. Gdzie jest ciągle pod górkę, gdzie nie ma pracy, przemysłu, perspektyw, a mimo to ludzie uśmiechają się do siebie. Gdzie ksiądz proboszcz spracowanymi dłońmi ogrodnika łamie chleb co niedziela i dzieli się z nim garstką wiernych, gdzie ugór od czasu do czasu wydaje plon w postaci człowieka wyjątkowego . Z którego dumna jest cała parafia. 



Czasami się zasmucam. Gdy odchodzą ludzie, których znałam od kołyski. Rodzice szkolnych przyjaciół. Wtedy tak boleśnie odczuwam dorosłość i jej konsekwencje… 

niedziela, 27 lipca 2014

Kot go nie chciał, pies nie dojadł...



Pamiętacie ten uroczy wierszyk z dzieciństwa o barszczyku, który nie cieszył się wzięciem?
"...kot go nie chciał,
pies nie dojadł
moje dzieci go nie chciały
ale barszczyk doskonały..."

W moim przypadku jest tak z ciuchami.
Dziedziczę po moich chłopakach rożne elementy garderoby. Najczęściej są to bluzy i koszule. Skarpetek nie dziedziczę - własnoręcznie je podkradam. Zwłaszcza mięciutkie, szare, świetne do uprawiania sportu. Hmm, jakoś głupio zabrzmiało to ostatnie zdanie. Ale taka jest, niestety cała prawda o....
Gdy robiłam te zdjęcia nie było jeszcze trzydziestostopniowych upałów, a ja tęskniłam za odrobiną słońca. Gdy to piszę, jest parno jak w tropikach, mimo, że jest grubo po północy. Czasami marzenia spełniają się z nawiązką. 
Kochani, już nie pamiętam kiedy ostatni raz zaczęłam urlop tak słonecznie! Zaczynam odliczanie beztroskich chwil. Moje wakacje uważam za otwarte! Do środy. 


bluza, koszula - Zara - spadek po synu,
torebka - Rylko,
buty - CCC,
spodnie - Zara









środa, 23 lipca 2014

Kij w mrowisko.



www.facebook.com

"40 mln euro to suma wydawana rocznie na parlamentarzystów przez Parlament Europejski z tytułu „koszty biurowe”. To 4300 euro miesięcznie za każdego parlamentarzystę. Suma ta nie jest w żaden sposób kontrolowana."
 http://www.gazetka.be/               

Ja też chcę, ja też chcę do tego miodu... Oczywiście, oburza mnie ja wszystkich ogrom pieniędzy na wydatki administracyjne polityków, nie tylko unijnych.  Zwłaszcza, gdy jednocześnie jest tak wiele ludzi, którzy naprawdę nie mają co do garnka włożyć. Jednak dziś zabawię się w adwokata diabła. Chcę sprowokować dyskusję, wsadzić kij w mrowisko. 

Jak tak się oburzam, coś mi przewrotnie szepcze, że nikt nam, krytykującym nie zabrania być lepszymi politykami/urzędnikami unijnymi/księżmi/ lekarzami... Ilu krytykujących ruszyło tyłek sprzed telewizora i zrobiło coś społecznie? Albo zadało sobie trud by wystartować i wybrać wybory, by ludziom żyło się dostatniej? Już to, że chodzą głosować, niektórzy uważają za szczyt osiągnięć! (Mówię za siebie!) Z drugiej strony to my daliśmy tym ludziom mandat społecznego zaufania, więc chyba minimum przyzwoitości się dla nas od nich należy!, Mamy prawo wymagać i głośno krytykować...  Elementarne zasady etyczne powinny obowiązywać wszystkich. Hmmm. Jak to jest według was?... Idealny środek chyba nie istnieje... Najuczciwiej by było hołdować zasadzie: "Kochaj to co robisz, rób to co kochasz". Ale pokażcie mi grabie, które grabią od siebie...


Ale zmieniając temat, Bogu dzięki, że kończą się wyprzedaże! To najtrudniejszy dla mnie okres. Omijam sklepy szerokim łukiem, bo już nieraz się przekonałam, że całkowicie nie mam szóstego zmysłu do wyprzedażowych perełek. Zazwyczaj idąc za tłumem kupuję mnóstwo niepotrzebnych rzeczy. Teraz ulegam zakupom w okresie "soldów" tylko wówczas, gdy ukierunkowana jestem na konkretny cel, a nie okazję. Dziś na przykład "trafiłam" biały, szeroki skórzany pasek (szukałam takiego od dawna) za jedyne ... 2,50 euro! 

No już dobrze, dobrze.... Poddaję się! Ta sukienka, którą mam na sobie kupiłam przy okazji... (Świetnie się prezentuje z malinowymi, neonowymi rajstopami na chłodniejsze dni.) Żeby nie było, że taka święta jestem i się nie przyznaję do słabości! Uległam i poległam... Zadowolone???
Całusków i słońca moc dla was! 





sukienka - H&M, torebka - Mohito, czółenka - Ryłko


sobota, 19 lipca 2014

Doigrałam się!



Doigrałam się! Protestowałam przeciw deszczowi, ale nie przesadzajmy. Nie prosiłam od razu o 35°C w cieniu! Z taką skutecznością protestowania powinnam pójść w politykę! Przynajmniej rodzina byłaby ustawiona! A ja, ech… idealistka! Oczywiście, to prowokacja. Chwalę sobie niezmienie bycie nie umoczonym w brudach. A bez tego, jak liczne przykłady w Polsce i na świecie pokazują – nie da się  “polityczyć”.  Łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż politykowi zachować czyste ręce… Sumienie?... Co to takiego?...

Ale zmieniając temat. Nie sądziłam, że Niecodziennik Toffinki, czyli niecodzienne zapiski dnia powszedniego będą moją ulubioną formą blogowania w sezonie ogórkowym. Bardziej wyczerpujące tematy czekają na  wasz powrót z wakacji i mój pwrót z oślej łączki umysłowego niebytu.

W tym tygodniu wypadała okrągła 50 rocznica oficjalnego zaakceptowania tureckiej emigracji w Belgii. Ponoć to Polacy mieli być ściągnięci do budowy metra w Brukseli, ale nasze ówczesne rządy się nie dogadały. Patrząc z perspektywy czasu, dawno już zostały przekroczone granice belgijskiej gościnności przez obcych.  Zdaje się jednak, że nie z Turkami mają oni największy problem…

Bodajże w środę mijał w Belgii termin składania deklaracji podatkowych przez internet. Jak podali rano w radiu, tego obowiązku nie dopełniło 70 tys osób, co przy niewielkiejj populacji Belgii jest imponującą cyfrą. Nic więc dziwnego, ze owego ranka serwery pękały w szwach, a spanikowani maruderzy rzucali się desperacko w pracy od jednego do drugiego komputera, łudząc się, że w ten sposób pójdzie szybciej…



Nieustannie mnie inspirujecie. Tym razem Kobieta Niewidzialna Moja dzisiejsza stylizacja jest owocem tych inspiracji. Nie wyszło identycznie, ale zamysł był. Jak schudnę, co kiedyś ma nastąpić, tylko nikt nie wie kiedy, powrócę przyjemniejszą dla oka stylizacją. Bardziej zbliżoną do oryginału.






Wariacje na temat drewnianych serc i kulek nawleczonych na wstążkę :)



A skoro o powrotach, to wczoraj w nocy wrócił mój mąż z południa Francji. Stęskniłam się bardzo za moim petit nounours. We dwoje przyjemniej narzekać na upały. Narodowa tradycja musi być podtrzymana :) Podarował mi czarodziejską butelczynę. Uwięziony w pięknym flakonie zapach Prowansji… 
Czasami go uwalniam na chwilę i przenoszę się do mojej mentalnej ojczyzny z wyboru. 





Przybył nam nowy domownik. Lubimy drewniane ludziki. Oddychają drewnianymi serduszkami, w których szumi zamknięty las. Pinokia już znacie. Jest z nami od dwóch lat. Tu go znajdziecie








Niektórzy twiedzą, że nasz nowy domownik jest bardzo brzydki. A ja już go polubiłam. Nie ma jeszcze imienia, może macie jakiś pomysł? Z natury to pan Ciekawski. Łazi po całym domu. Lubi towarzyszyć nam przy oglądaniu wieści ze świata. A te są coraz gorsze... Coraz gorsze...



środa, 16 lipca 2014

STOP! STOP! STOP!





Protestuję! Protestowanie jest dziś bardzo modną formą wyrażania swoich poglądów. Więc ja protestuję głośno i odważnie. Głównie przeciw jesieni na początku lata i przeciwko temu cholenemu przeziębieniu co nie opuszcza mnie od miesiąca! Naburmuszone niebo strzela focha-bambocha spod granatowych chmur. Wisi na wysokości wyciągniętej ręki. Przeciwko temu też protestuję! Że gdzie się nie ruszę to deszcz za mną podąża. Pod każdą moją szerokością geograficzną. Może nie oplakatuję okien w wyrazie protestu jak to czynią tutejsi ludzie, ale dam upust swemu niezadowoleniu na blogu. 

Belgowie to spokojny naród, wolą się bawić, niż stawać okoniem. Dlatego ich protesty mają zazwyczaj formę groźnych pomruków w wymiarze A4 na szybach własnych okien. Tak więc STOP dla nowej autostrady w sąsiedztwie, budowie 300 mieszkań komunalnych w spokojnej, rezydencjalnej dzielnicy, samolotom latającym nad miastem. STOP! STOP! STOP!

I tyle tego co sobie pozabraniają. Bo tych oplakatowywań nikt na serio oprócz nich samych nie bierze. Dalej buduje się domy, autostrady i samoloty latają jak zawsze. Z drugiej strony myślę nieśmiało, że te nieszczęsne samoloty jakoś muszą dolatywać na to lotnisko... W miarę najkrótszą drogą... Ale nie wiem, nie muszę się na wszystkim znać. Poza tym jestem chora i PROTESTUJĘ. 

Wyrażanie uczuć na szybach własnych okien bywa sympatyczne, bo ludzie manifestują w ten sposób również najpiekniejsze chwile w swoim życiu. Gdy jadąc do pracy widzi się promienny napis: "Ona powiedziała tak" lub "On mnie kocha!!!" - nie można mieć złego humoru przez resztę dnia. Radość bywa zaraźliwa. A najlepiej, gdy uzależnia. I o to chodzi. 

O, wyłazi słońce! Matka natura wysłuchała mego protestu. Zapowiada się wreszcie naprawdę piękny dzień! 















W proteście brały solidarnie udział: sukienka - C&A, marynarka - Top Secret, torebka - Mohito, czółenka - Ryłko, futerał na okulary - prezent od syna.

sobota, 12 lipca 2014

Niecodziennik Toffinki: Podróżowanie i nieuczciwe Cyganki


Jeszcze nigdy podróżowanie nie było takie łatwe, przyjemne i tanie jak w dzisiejszych czasach. Ba! Zdarza się nawet, że można podróżować na paszport atrakcyjnej blondynki, będąc łysym brodaczem. I żaden celnik tego nie zauważy! ( cd czytaj: Łysy brodacz podróżował na paszporcie blondynki.)

www.tvp.info



Uważajcie też jeśli macie w domu maluchy z zapędami artystycznymi, bo pewnego dnia możecie mieć problem z powrotu do domu z jakiegoś dalekiego kraju...Czytaj...

www.tvp.info

Tak... Nigdy też przepływ informacji nie był tak skuteczny jak dzisiaj... A złe wieści rozchodzą się najszybciej. Zanim ktokolwiek w Polsce o tym pomyślał juz wnuków rozrzuconych po Europie obiegła wiadomość za sprawą jednej wnuczki z Irlandii, że naszą ukochaną babcię Cyganki obrabowały w czwartkowy poranek. "Wzięły" ją na klasyczny chwyt:"daj pani szklankę wody bo pić się chce" i bez skrupułów ogołociły staruszkę z wszystkich oszczędności. I bądź mądry, nie kieruj sie uprzedzeniami, bądź miły dla ludzi - może cię to drogo kosztować! Najważniejsze, że babcia jest cała i zdrowa, a że kasa "na trumnę" odkładana przepadła, to wyraźny znak, że babciunia bedzie żyła jeszcze długo i szczęsliwie, a wiek ma słuszny - po dziewięćdziesiątce! Pocieszamy ją, że jak wnuki zjadą się na wakacje to do kapelusza zrzutę zrobią, coby babci choć część strat materialnych i moralnych wynagrodzić. Babcia zresztą nie jest przywiązana do pieniędzy. Doświadczenie nauczyło ją, że nieustannie coś się traci, a najważniejsze, że z życiem się uchodzi i ma się kochającą rodzinę przy boku. Babci wojenne perypetie na pewno kiedyś opiszę, bo nie są mniej barwne niż przygody bohatera filmu: "Jak rozpętałem II Wojnę Światową". Miłego weekendu!




środa, 9 lipca 2014

Miejsce, które ukochał pan Chagall.



Moje weekendowe wypady są zbyt krótkie. To dlatego mam wrażenie, że Nicea mi się tylko intensywnie śni. Wracam do deszczowej, zamglonej Brukseli, choć oczy mrużę jeszcze długo od nadmiaru słońca i niemożliwie błękitnego lazuru Morza Środziemnego. I ciągły niedosyt, który pozostawia smak uzależnienia. 
Za każdym razem, gdy samolot zatacza łuk nad Alpami schodząc do lądowania, masz wrażenie, że za chwilę przysiądzie na skrzącym lazurze fal. Bo niewielkie nicejskie lotnisko zostało prawie dosłownie zbudowane na morzu. 



Gdyby zabrać towarzyszące ludzkości choroby i cierpienie, tu właśnie byłby raj na ziemi. Myślę tak o Lazurowym Wybrzeżu patrząc z wysokości murów Saint Paul de Vence. To chyba najlepiej zachowane średniowieczne warowne miasteczko w tym rejonie. Nie dziwne, że od lat przyciągało bohemę artystyczną. 
Dziś osiedlają się tu milionerzy, wijąc swoje zaciszne, dyskretne rezydencje na wzgórzach. To ulubiony cel miłośników sztuki i poszukiwaczy przygód. Tu wszystko może się wydarzyć. Nieprzyzwoite bogactwo miesza się z szarą codziennością, tworząc barwną mozajkę wrażeń. Umieli z tego bogactwa korzystać artyści, głównie malarze; nakładali pędzlem kolory na palecie swoich farb, mieszali emocje, tworzyli impresje...





Picasso, Signac, Miro, Bonnard, Chagall, Matisse... Wielu z nich złożyło tu swoje kości. Za życia często nie smierdzieli groszem. W knajpie płacili za biesiady obrazami. Kiedyś zaprowadzę was do takiej słynnej, artystycznej knajpki. Dzięki obrazom zostawionym tu przez artystów, jej właściciel stał się milionerem... 
Jednak tym razem nogi zaniosły mnie na niewielki cmentarzyk. Ogród wspomnień...



"Must be" wszystkich miłośników sztuki Marca Chagalla, a właściwie Mojszy Zacharowicza Szagala urodzonego na dzisiejszej Białorusi. To Mekka jego wielbicieli. Obowiązkowo, jak żydowska tradycja nakazuje, trzeba dorzucić na grób mały kamyk... Życie artysty to sploty talentu i odrobiny szczęścia. Malarz, grafik, pisarz, poeta, rysownik, fotograf... 
Za jego życia miały miejsce dwie wojny światowe, rewolucja rosyjska, holocaust i powstanie państwa izraelskiego. Po rewolucji październikowej, choć nie został członkiem partii, to był komisarzem do spraw kultury, co było bardzo źle postrzegane, zwłaszcza gdy osiadł w USA. 
Tułacz, mający kłopoty z tożsamością narodową. Trochę Żyd, Francuz i Rosjanin. Przywiązany do źydowskiej tradycji, choć nie praktykujący. Ale przede wszystkim biedny chłopak z Witebska, który osiągnął międzynarodową sławę. 





Jeszcze będzie o Chagallu, Gombrowiczu, Picassie... O słynnej fundacji Maeght też będzie...
Ale tamtego dnia my, strudzeni turyści, znaleźliśmy miłą chwilę wytchnienia w uroczej, małej restauracyjce. Miło jest otulić się kocykiem z lamką wina w dłoni i patrzeć na migoczącą w oddali tętniącą nocnym życiem Promenadę Anglików... Tylko tyle, by być szczęśliwym. I zapomnieć, że w poniedziałek trzeba zbudzić się ze snu i stawić się rano w firmie, 1200 km od raju...