sobota, 28 czerwca 2014

Futbol, rower i koturny.



Wczoraj po północy obudziły mnie klaksony samochodów, gwizdy, świsty. Moją spokojną uliczką, mknęły w środku nocy wystrojone w narodowe barwy auta. Nie muszę oglądać telewizji, by się domyślić, że Belgowie odnieśli następne mundialowe zwycięstwo. Podczas, gdy my Polacy wyrażamy swój patriotyzm w takich bardziej narodowościowo-ojczyźnianych paradach, Belgowie- wyrażają go stosunkiem do sportu. Zaś polityczne marsze nie są ich mocną stroną. 
Kochaja gadżety i przebieranki. Można powiedzieć: tacy duzi chłopcy w krótkich majteczkach. Szczytem ludzkiej fantazji w kwestii gadżetów był samochód jaki widziałam wczoraj na ulicy. Bardzo żałuję, że mam kiepski refleks i nie zdążyłam zrobić zdjęcia. Jadące z naprzeciwka auto obczepiane było z każdej strony flagami Belgii, również na masce, a przy lusterkach po obu stronach... dyndały naturalnych rozmiarów piłki futbolowe! Bardzo sympatyczny widok. Nie było przechodnia, który by się szeroko nie uśmiechnął. 

Skoro o sporcie... Lubię oglądać rowerzystów. Belgia rowerem stoi! I ścieżkami rowerowymi w całym mieście. Ma być ich jeszcze więcej w przyszłym roku - zapowiada jedna ministra! Taki rowerzysta - Mr Gadżet - ma lampki wszędzie. Z boku, z tyłu, nie wspominam o przodzie, bo to banał, w pedałach, na plecach, dookoła głowy. Nieraz wygląda jak górnik z lampką na kasku oświecający sobie korytarz pod ziemią, częściej jak rozżarzone, bożonarodzeniowe drzewko. 


www.likecool.com

O rowerach jeszcze kiedyś napiszę. Początkowo ciągle wchodziły mi w drogę, a dokładniej wjeżdżały w koła. Ja, jako czterokołowiec i one, jako uprzywilejowane dwa kółka - byliśmy w naturalnym, nieustającym konflikcie. Każde z nas zdawało się krzyczeć: "Mój jest ten kawałek podłogi". W domyśle: jezdni. Zwłaszcza poranne przepychanki z rowerzystami były dla mnie bardzo frustrujące. Człowiek spóźniony do pracy jedzie, a tu taki przed tobą 20km/h pomyka jak jakiś król przestrzeni miejskiej! I jeszcze mi wszędzie jezdnię opieczętowali jak na kpinę. Że niby rower to "coś", a moje autko to nic! Wrr! Coś w ten deseń:



 Już nie wojuję z rowerami. Nawet trochę się na nie zapatrzyłam. Do tego stopnia, ze swoje dwukołowe staruszki wyciągam nieraz w weekend by trochę dać im przebiegu. No i wtedy ja bezkarnie robię za zawalidrogę. Ale za to jak ekologicznie! 

Ale dzisiejszy post jest dedykowany dla Eli. Tak tej Eli, która dopytuje mnie o buty. Lusiunia. Właścicielka wielu smakowitych par tychże. 

Przeczytałam gdzieś niedawno, jakoby koturny były niemodne. Słyszałyście coś o tym? Nie wiem i nawet jeśli, to nie przyjmuję do wiadomości. Koturny były, są  i będą i nic, ani nikt mnie przed koturnami nie powstrzyma! A gdyby, któryś z panów tu zaglądających nie wiedział co to za rodzaj obuwia, niech podpyta swoja Panią. To takie super wygodne klocki, dzięki którym wasza kobieta wydaje się wyższa, niż jest w rzeczywistości:) W moim prywatnym rankingu koturny ustępują jedynie szpilkom! Niekwestionowany numer jeden kobiecego wdzięku.





A te drugie buty, których nie było widać, to zwykłe baleriny, nazywam je cichochodami. Mówiąc szczerze, niezbyt lubię płaskie obuwie, czuję się trochę taka przydeptana, jak mawiała moja koleżanka: "jak żona farmera" :) Ale doceniam ich przydatność podczas miejskich forsownych wędrówek. 


środa, 25 czerwca 2014

Relaks!


Na moim blogu nastał sezon ogórkowy. Co prawda, urlop dokładnie za miesiąc, ale moja wena poszła już na zieloną trawkę. Tkwię w słodkim oczekiwaniu na aktywne spędzenie urlopu - nie robiąc nic ponadto co absolutnie niezbędne! Wobec bloga mam stosunek ambiwalentny. Tęsknię za nim, gdy zajęta jestem czym innym, a nie chce mi się pisać gdy do niego zasiadam.
Zapewne znacie te stany. Nie żebym nie miała o czym pisać, mam dziesiątki tematów zapisanych w "roboczych", a jeszcze więcej plącze się po mojej głowie. Ale daję sobie na to czas...

Póki co leniwie przeczekuję. Przyglądam się jak Mundial cudownie połączył skłócone ze sobą dwie belgijskie nacje: walońską i flamandzką. Nawet zwolennicy podziału pochowali do szafy swoje lokalne flagi, a wywiesili dumnie (ogólno)belgijskie. Optymiści się cieszą. Socjologowie studzą tą przedwczesną radość. "To psychologia tłumu" - mówią - "Typowa reakcja wobec zewnętrznego zagrożenia. Jak wszystko się uspokoi, kłótnie powrócą ze zdwojona siłą."
A ja myślałam, że taka postawa to typowo polskie zjawisko. Przynajmniej tak sobie dałam wmawiać. Jak widać, wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma!


fortune.fdesouche.com

Nawet koronowanym głowom udzieliły sie emocje. Może to dzięki polskiej krwi w żyłach królowej, ale wypada ona trochę bardziej spontanicznie niż jej małżonek...


www.noblesseetroyautes.com

Ale ja jak zwykle, plotę trochę wielowątkowo, więc dziś też będzie o wszystkim po trochu. Chciałam zapytać jak się relaksujecie? Ale nie chodzi mi o chwile z ulubioną książką w fotelu, spacer, tudzież pobyt w SPA. Pytam o nietypowe zachowania. Lub na przykład, to co dla jednych jest pracą, dla innych odpoczynkiem.



 Podam na własnym przykładzie. Bardzo, ale to bardzo odpręża mnie... prasowanie. Uwielbiam prać, prasować, składać i ... układać. Może dlatego, że jestem chaotyczna i roztrzepana? Taka przeciwwaga. Namiastka mego "poukładania"? Często w tym czasie oglądam film na tablecie, który stawiam na schodach w piwnicy. Ale, żeby nie było tak ładnie, że jestem taka solidna "hause frau"schodzę z piedestału i przyznam się do pewnej słabości... Uwielbiam przestawiać w szafkach, szafach, kredensach... Co jakiś czas oczywiście, nie codziennie. Nie mogę się temu oprzeć. Moich bliskich doprowadzam tym do szału. Zanim się przyzwyczają do nowych porządków, tygodniami leczą się z traumy. Widzę ten lęk w oczach i niepewność, gdy otwierają rano szafkę w kuchni, w poszukiwaniu kubka do kawy...


Albo mąż po całonocnej podróży syczy mi w słuchawkę złowieszczo: "Gdzie się podziała moja szuflada z bielizną, bo tam gdzie była moja bielizna jest teraz twoja biżuteria! A w szufladzie gdzie była biżuteria, leżą teraz ręczniki....." Chciałoby się zawołać jak moja znajoma Włoszka do swego temperamentnego męża: "Calma, bambino, calma"... Ech mężczyźni! O co tyle hałasu? Że po kąpieli biega nago i nie może majtek znaleźć we własnym domu? Też mi coś! Nie dajmy się zwariować. Tylko spokój może nas uratować!

No dobrze, ale co was odpręża? Oddaję wam głos.



niedziela, 22 czerwca 2014

Słoiki. Zamiast.

Hej, hej! jak wam mija niedziela? Pierwsza niedziela tego lata? Spedzam czas z rodziną, trochę odpoczywam, spaceruję z moimi dwoma Naleśniczkami.



Dopinguję sportowym mundialowym zmaganiom Belgów.


Na bieżąco śledzę aferę taśmową w mediach.

demotywatory.pl

Ale tak naprawdę, to chodzą za mną słoiki. I proszą się o napisanie. Nie te... warszawskie, choć w pewnym sensie też się do nich zaliczałam. Przez wiele lat byłam Warszawianką "przyjezdną". Swoją drogą myślę, że gdyby wszyscy napływowi wyjechali z Warszawy, to dopiero byłaby zgroza! Restauracje by padły, budownictwo siadło, sklepy by pozamykano, bo przecież rdzenni Warszawiacy są w mniejszości i nie pociągnęliby tego wozu zwanego gospodarką. Jest to istotą wszystkich stolic świata i większych miast w ogóle, że koniunkturę, obrót gospodarczy "robią" przyjezdni właśnie. Bo gdzie szukać szczęścia jak nie w wielkich, stosunkowo dobrze rozwiniętych ośrodkach?

Ale ja dziś chciałam zapytać, do czego służą w waszym domu słoiki? Wiem, wiem, nie mówię o ich klasycznym zastosowaniu jakim są konfitury, inne przetwory lub milion dolarów zakopany w ogródku.









www.glos24.pl


Mam na mysli niecodzienne zastosowanie słoików. Mogę powiedzieć górnolotnie, że słoiki porzadkują moje otoczenie. Wyłuskują mnie z haosu i nadają przejrzystości memu światu. Dzięki nim wszystko łatwiej odnajduję. Nawet własną głowę.








No dobra! Będę z wami szczera. To nie słoiki miały być tematem mego posta, a najkrótsza w roku noc. Wczorajsza. Świętojańska. Jednak odkąd poznałam pewno miejsce, już inaczej nie potrafię mówić o Nocy Kupały, jak tylko w tym kontekście. I to słowo-klucz wywołuje podświadomie we mnie tylko tamte skojarzenia. Mocno ponure skojarzenia.. Kto chce zobaczyć o co chodzi, proszę zerknąć tutaj. Kto chce pozostać w pogodnym, niedzielnym nastroju, niech lepiej pozostanie przy moich słoikach.
Do usłyszenia.

czwartek, 19 czerwca 2014

Bądź bohaterem w (nie) własnym domu!

"Aż się boję z tobą gdziekolwiek jechać - przyciągasz dziwne sytuacje" - pamiętacie? Tak powiedział do mnie mąż podczas ostatniego weekendu w Paryżu.


A było to tak. W niedzielny poranek z naszej uroczej dziewiątej dzielnicy pojechaliśmy na Défence, o której pisałam w przedostatnim poście. Paryż śpi. Cicho, spokojnie, na ulicach żywej duszy! Zanim ruszamy nad Sekwanę mamy sprawę do załatwienia. Obiecaliśmy znajomej z Côte d'Azure, że z paryskiego mieszkania jej syna zabierzemy do jej brukselskiego apartamentu parę drobiazgów. Jakieś kubeczki, poszewki i inne duperele, które łatwiej załadować do samochodu niż samolotu. Klucz ma być u stróża pod tym i pod tym numerem w domu naprzeciwko. Szukamy kamienicy, mąż ustala przez telefon co ma wziąć z tego mieszkania. Ja niecierpliwię się z boku, bo chciałabym jak najszybciej rozpocząć zwiedzanie miasta.






Nagle widzę przed sobą skuloną z zimna dziewczynę, bosą, w kusych szortach i T-shircie zarzuconym na, z całą pewnością, nagie ciało... W ręku trzyma mini tablet. Trzęsie się przestępując z nogi na nogę. Niecodzienny widok na paryskim bruku w niedzielny poranek w spokojnej, rezydencjalnej dzielnicy.



Na pierwszy rzut oka wygląda na kloszardkę, czy narkomankę. Pierwsze rzuty oka zazwyczaj są złudne i dopiero konkretne, świadome łypnięcie obojga oczu daje nam pełniejszy obraz sytuacji.

- Czy mogłabym skorzystać z telefonu? - prosi cichutko.
Widząc moją nieufność, opowiada w pośpiechu swoją historię.



Mieszka w sąsiedniej kamienicy. Wyjrzała rano przez okno na wewnętrzne podwórko od kuchni i zatrzęsło ją, bo oto kolejny już raz pies sąsiada nawalił kupę na jej wycieraczce. Miarka się przebrała i skoczyła szybko po tablet by udokumentować to zdjęciem. Zrobiła krok za próg , a dokładniej dwa i to był błąd. Zatrzaskujące się drzwi uświadomiły beznadziejność jej położenia. Przecież sąsiad, z którym wojuje z powodu psich kup, na pewno nie przyjmie jej pod swój dach, a reszta lokatorów wyjęchała na weekend...

- Dobrze, że całkiem nago nie wyszłam z domu - jęknęła - a mogło sie tak zdarzyć, bo tylko co z łóżka wstałam...


Wykonała z mojej komórki telefon do przyjaciela, który wypiął się najwyraźniej na nią i powiedział, że nie może przyjechać. Poradził by zadzwoniła do odpowiednich służb dyżurujących i życzył powodzenia. 



No, ale był ze mną mój mąż, ostatnia deska ratunku i Dobra Rada na wszelkie kłopoty! 




Po próbach wejścia do mieszkania za pomoca karty magnetycznej (zjedliśmy zęby na otwieraniu zatrzaśniętych przeze mnie drzwi, więc wiedzę związaną z ich forsowaniem mamy w paluszku), rozważyliśmy inne warianty.

Włamanie do samochodu, gdzie miała zapasowy komplet kluczy, wezwanie służb do ściągnięcia auta, wezwanie ślusarza, odrzuciliśmy ze względu na koszty. Najtańszym i najszybszym sposobem dostania się do domu było wybicie szybki w drzwiach kuchennych od strony wenętrznego podwórka. Mój mężczyzna ze swoim nieodłącznym MacGyverem 24 ostrza, okazał się Bohaterem w Niewłasnym Domu! Tra- ta- ta!!!


Wdzięczność dziewczyny nie miała granic, a cała akcja zajęła nam ze dwie godziny.




Uwielbiam wewnętrzne podwórka miejskich kamienic. Nie tylko francuskich, czy belgijskich. Te polskie, na przykład warszawskie też budzą we mnie wielką nostalgię. Muszę przyznać, że te, które znam we Francji czy Belgii, są dobrze strzeżonymi bastionami prywatności. Nie możesz do nich wejść ot tak, zza rogu ulicy. Zawsze zaskakują mnie swoim rozmachem, poczuciem bezpieczeństwa i gwarancją świętego spokoju. Uchylam dla was dzisiaj te dobrze strzeżone paryskie drzwi. Zajrzyjmy też wspólnie do typowego, francuskiego mieszkanka młodych ludzi przed 30tką. Za ich zgodą oczywiście.















poniedziałek, 16 czerwca 2014

Cudze chwalicie, swego nie znacie...




Miałam dodać następny post "paryski", ale podobnie jak z pogodą, tak bywa nieraz z moimi obietnicami. Na szczęście niezbyt często zdarza mi się ich nie dotrzymywać. Ostatni tydzień mijał pod znakiem niemocy intelektualno- organizacyjnej, ale już powoli wychodzę na prostą i wkrótce będzie gładko i zgodnie z rozkładem jazdy:)

Podczas, gdy wiele osób zachwyca się różnymi zagranicznymi markami, ja uważam, ze mamy mnóstwo naszych rodzimych, ciekawych sklepów, nie zawsze docenianych. Gdy jestem w Polsce, z niekłamaną przyjemnością penetruję polskie sieciówki. Coraz częściej na naszym rynku można znaleźć ciuszki modne, estetyczne i o jakości, o jakiej mogą tylko pomarzyć różne międzynarodowe potworki "made in China.", szyte dla dużych zagranicznych koncernów. Dodatkowo do mojej zwykłej babskiej próżności i lekkiego w porywach zakupoholizmu dorabiam trochę patriotycznej ideologii - przecież wzbogacam polskich przediębiorców! Rodzimy przemysł odzieżowy... Lżej na duszy? Lżej! :) 




Ten zestaw przewinął się już kiedyś w tle. W tle, ponieważ głównym tematem tamtejszego posta był zamek z kamieni zbudowany w podlaskim lesie i jego twórca, wujek Jurek. Dziś oddaję należyte miejsce tak zwanej "stylizacji". Uwielbiam sukienki bombki - dyskretnie kryją dodatkowe centymetry w biodrach. Jedyną ich wadą jest to, ze muszę uważać przy siadaniu, bo niebezpiecznie "idą" w górę i stają się naprawdę krótkie. A to już nie ten wiek, nie te lata. :)

Zamek wujka Jurka jest ulubionym plenerem do zdjęć różnych modowych blogerek, a także nowożeńców. Mimo, że nie jesteśmy stricte modowymi blogerami i bardziej już "starożeńcami", niż "nowo" - to nie mogliśmy oprzeć się pokusie by nie pstryknąć paru fotek. 

Pozdrawiam was i być może do środy. Na pewno do środy. Z ręką na sercu!



sukienka "blue" - Top Secret,
sweterek - Mohito,
czółenka - nie pamiętam,
chustka - Veritas

czwartek, 12 czerwca 2014

Paryski krok w przyszłość.


Aż się boję z tobą gdziekolwiek jechać – mąż popatrzył na mnie z lękiem – przyciągasz dziwne sytuacje… Ale po kolei.

Ostatni week-end – długi i parny – minął nam pod znakiem Paryża. Postanowiliśmy zejść trochę z utartych, paryskich, turystycznych ścieżek. Lekcję pod tytułem: “must see/must be” in Paris, mamy zaliczoną dawno temu.
Tym razem chcieliśmy poczuć specyficzną atmosferę tego miasta, a gdzie ją najlepiej poczuć jak nie na Montmartre, w dziewiątej dzielnicy, dwa kroki od Moulin Rouge? Z naszego uroczego hoteliku, w stylu początku ubiegłego wieku, jest tylko kwadrans do opery, niewiele dalej do Sacre Coeur i przysłowiowy rzut czapką do słynnego Placu Pigalle, gdzie niby jesienią obżerała się kasztanami niejaka Zuzanna.



Właściwie gdybyśmy tylko łazili dookoła hotelu, atrakcji też by na weekend nie zabrakło. Najbardziej żałuję, że nie mogłam zajrzeć do znajdującego się w bezpośrednim sąsiedztwie Musée de la vie romantique (zamknięte w dni wolne i święta). Tym bardziej, że naznaczone śladami naszego Chopina i jego ekscentrycznej, wieloletniej kochanki Amantiny Aurory Lucilii Dupin znanej na świecie jako George Sand. Nic straconego, będzie na następny raz. Dziś przekornie opowiem o innej części miasta.



W niedzielny poranek, gdy Paryżanie obracali się jeszcze w swoich łóżkach na drugi bok po szaleństwach sobotniego wieczoru, my jak przystało na przyzwoitych, ambitnych turystów zrobiliśmy ogromny (fu)turystyczny krok: z dzielnicy czerwonych latarni wprost do Paryża XXI wieku. Przy okazji mieliśmy tu sprawę do załatwienia, ale o tym później.




Dzielnica La Défense znajduje się w departamencie Hauts-de-Seine w zachodniej części miasta. Swoją nazwę wzięła od nazwy pomnika zbudowanego w drugiej połowie XIX wieku, upamiętniającego poległych obrońców stolicy podczas wojny francusko-pruskiej. To główne centrum biznesowe w kraju, mekka samobójców (samozagłady można dokonać w bardzo spektakularny sposób) i przykład pięknego zastosowania najnowszych rozwiązań urbanistycznych. 



Najlepiej dojechać tam jedynką paryskiego metra. Gdy wyjdziemy na zewnątrz, znajdziemy się na słynnej osi wschód- zachód, wpisanej na listę UNESCO. Na jednym jej końcu widnieje w dali Łuk Triumfalny, a na drugim nowoczesny łuk Arka, kluczowe dzieło duńskiego, bardzo skromnego artysty, który nie doczekał za życia ukończenia swego projektu.



La Défonse zachwyca rozmachem i śmiałością rozwiązań. Na szczęście nie stała się kopią Manhatanu z identycznymi, ciasno ustawionymi koło siebie klockami do nieba. Wszystko dzięki przytomności umysłu i nieprzekupności decydentów, którzy zamiast tradycyjnej zasady opłaty za powierzchnię użytkową w metrach kwadratowych, wprowadzili opłatę za… zużytą objętość powietrza w metrach sześciennych! Sprytne… Dzięki temu powstały tu różne w kształtach budynki stanowiące harmonijną całość.





Obowiązuje tu całkowity rozdział pieszych i pojazdów (słynna zasada karty ateńskiej: Le Corbusier) Transport kołowy musiał zejść (dosłownie) do podziemi.
Miałam za mało czasu by zwiedzić tu wszystko jak trzeba, jak lubię. Ale odgrażam się sobie i wam, że tu jeszcze powrócę! Aby rozmach tej dzielnicy na zawsze przemówił do wyobraźni i zaistniał w naszej świadomości, kilka najbardziej charakterystycznych faktów (zaczerpniętych z wikipedii) ujęłam w punkty:

1)      Mieszka tu na stałe 20 tys ludzi.
2)      150 tys. ludzi pracuje na powierzchni 3 mln2 powierzchni biurowej.
3)      CODZIENNIE przejeżdża tędy/przechodzi 400 tys ludzi!
4)      11 ha obsadzono zielenią i zbudowano 20 fontan.



Uwaga, uzależnieni od netu: w każdym miejscu publicznej przestrzeni dzielnicy istnieje nieograniczony dostęp do błogosławionego Wi-Fi :)

A dlaczego przyciągam dziwne sytuacje? (patrz: początek posta)
Tego dowiecie się już w najbliższą sobotę. 

“Zostańcie państwo z nami” – chciałoby się zakończyć wyświechtanym, telewizyjnym sloganem.