sobota, 31 maja 2014

Był sobie raz Filigran...



"Najlepszą rzeczą na smutki – odpowiedział Merlin pykając fajeczkę – jest uczyć się czegoś. Jest to jedyny sposób, który nigdy nie zwodzi. Możesz się zestarzeć i twoje członki mogą się trząść, możesz leżeć bezsennie w nocy i wsłuchiwać się w arytmię twojego krwiobiegu, możesz tęsknić za swoją jedyną miłością i możesz widzieć świat wokół ciebie niszczony przez niegodziwców i szaleńców albo wiedzieć, że twój honor został splamiony przez złośliwców. Jednak jedynym sposobem na to wszystko jest uczyć się. Dowiedzieć się, dlaczego świat się kręci i co nim kieruje. Jest to jedyna rzecz, której rozum nigdy nie wyczerpie, nigdy do końca nie wyodrębni, nigdy nie będzie przez nią torturowany, nigdy nie będzie się jej bać lub jej nie dowierzać i nigdy nawet przez chwilę nie będzie żałować. Nauka to rzecz dla ciebie. Możesz uczyć się astronomii przez całe swoje życie, nauk przyrodniczych przez 3 żywoty, literatury przez sześć. A potem, kiedy wykorzystasz milion żywotów na biologię, medycynę, teologię i geografię, historię i ekonomię, możesz zacząć robić koła do wozu z odpowiedniego drewna lub spędzić pięćdziesiąt lat, ucząc się początków wiedzy o tym, jak pokonać przeciwnika w szermierce. Po tym wszystkim możesz znowu zacząć matematykę, aż nadejdzie czas na naukę orki…"

T. H. White`a, pt. "Był sobie raz na zawsze król"




Książki... Wiele razy przeprowadzałam się w życiu. Zaczynałam od początku. Zapuszczałam korzenie. Zanim wiedziałam gdzie w nowej dzielnicy/miejscowości jest przychodnia, sklep, basen, pierwsze kroki kierowałam do...biblioteki. Zapach farby drukarskiej, cisza i skupienie jednakowe dla wszystkich tego typu przybytków świata, dają mi poczucie przynależności i bezpieczeństwa. Szeleszczące kartki w jakiś sposób porządkują chaos wokół mnie i często w mojej głowie. Biblioteki i księgarnie... Początki każdej z moich nowych dróg...




Dziś opowiem wam o jednej z nietypowych brukselskich księgarni - czytelni.
Historia Filigranes rozpoczyna się w 1983 roku w dzielnicy eurokratów, na Rue de l'Industrie, pomiędzy Rue de la Loi i Rue Belliard. Są to dwie arterie (jednokierunkowe) w jedną i drugą stronę stanowiące krwioobieg dzielnicy europejskiej. Przecinają je poprzecznie - jak równe kawałki prostokątnego torta, liczne mniejsze uliczki. Jedną z nich jest wspomniana Rue de I`Industrie. To jeszcze te czasy, gdy internet nie jest powszedni jak codzienny chleb i niezbędny do życia jak tlen. W prężnie rozwijającej się dzielnicy instytucji europejskiej brakuje odpowiedniej infrastruktury: ciężko uświadczyć tu kafejkę, restauracje można policzyć na palcach jednej ręki. Nie mówiąc o potrzebach wyższego rzędu - jak obecność księgarni czy czytelni. 

W takich okolicznościach rodzi się pierwsza i jedyna w tej okolicy księgarnia, wówczas jeszcze nosząca nazwę "La Providence", a właściwie większy kiosk z gazetami i książkami. Jej właściciel - Marc Filipson - nie mógł lepiej trafić w zapotrzebowanie pracujących tutaj ludzi. Idąc za ciosem, kierowany marketingową intuicją, a może jeszcze bardziej zwykłą ludzką życzliwością, wstawia do sklepu... ekspres do kawy i częstuje gości filiżanką gorącego, aromatycznego trunku lub szklaneczką porto. I to jest strzał w dziesiątkę!

Pięć lat później Marc Filipson zmienia lokal na większy (dawna siedziba banku na Avenue des Arts), gdzie otwiera Filigranes. Nowe miejsce, ale stare, dobre zwyczaje pozostają. 
Obecna siedziba księgarni znajduje się pod numerem 39-42. To 2600 m2 przyjemności. Księgarnia otwarta 365 dni w roku. Posiadająca mnóstwo cichych lub bardziej żywych zakamarków, przyjazna strefa dla ludzi w każdym wieku, gdzie na pianinie przygrywa muzyk, gdzie można umówić się na kawę z koleżanką, popracować na laptopie, zjeść ciastko, do woli napawać się książkami wszelkiego sortu, czy kupić butelke dobrego wina. To miejsce, gdzie jest najbardziej życzliwa obsługa na świecie, miejsce gdzie lubię się zgubić rankiem, wieczorem, lub w południe. To miejsce dla mnie. To miejsce dla wielu z was. 






czwartek, 29 maja 2014

Nie chce się chcieć



Bo nic się nie chce, bo pogoda nie nastraja... Niby maliny w ogrodzie nieśmiało się malinią, róże spąsowiały aż po płatki uszu, ale zimno tak, że nie chce się chcieć.

Nieraz tak mam, że lubię odwiedzać brzydkie miejsca. jak ten plac z dziwną fontanną, po którym hulał tylko wiatr prosząc śmieci do tańca. Szaro, buro, nijak...



Usiadłam na murku wśród tańczących na wietrze śmieci i robię podsumowanie ostatniego tygodnia maja.

Najpierw wybory odbiły się głośnym echem. Te brukselskie również. W Belgii głosowanie jest obowiązkowe - i słusznie moim zdaniem - żeby później nie było narzekania "na wybory co prawda nie poszłam, ale na rząd, że taki niedobry wybrali - ponarzekam" Generalnie nie mam złudzeń co do polityków i powtarzam to już nie pierwszy raz, że służbę społeczną powinno się pełnić za darmo, po godzinach. Oj, opustoszałyby wtedy korytka, opustoszały! Niewielu by przy nich zostało z tych co teraz na każdym kroku fałszywą troską o losy kraju sobie gęby wycieraja, bo za diety. Belgijski wiatr jednakowo sprawiedliwie potraktował kandydatów (patrz zdjęcie poniżej) Położył ich równo pokotem bez wzgledu na opcję polityczną! Bardzo demokratyczny żywioł :)



Kończąc temat polityki powiem, że w belgijskich wyborach nastąpił przełom i znacznie się zmienił układ sił politycznych w kraju. Jest to naturalną konsekwencją wzrastającego niezadowolenia Belgów, reakcją na zmniejszający się z każdym rokiem poziom ich stopy życiowej z powodu pełnej nadużyć polityki socjalnej. Po wszelkich możliwych rozpasaniach w każdej dziedzinie życia zaczyna się tęsknić za klarownymi regułami gry. Ludzie liczą na to, że rządy twardej ręki przywrócą krajowi choć cień dawnej świetności. Jak to mówią: "się obaczy!"



Po tym jak ucichły emocje powyborcze, na Sablonie (Place du Sablon) rozbrzmiały karabinowe strzały. Jakiś desperat/wariat/terrorysta zaczął strzelać z kałasznikowa do ludzi w Muzeum Żydowskim. Zabił cztery osoby i zbiegł. I pomyśleć, że tego dnia wybierałam się w okolice Rue des Minimes połazić po ukochanych kątach... Trwa poszukiwanie. Póki co ani sprawcy, ani motywów nie ustalono...

Jedynym przyjemnym wydarzeniem w tym tygodniu był Dzień Matki. Czuję się taka szczęśliwa. Ciągle mam jeszcze moje mamy (własną i mamę mego męża). To też moje święto. Mam wspaniałego syna...

Na początku chciałam cos napisać na tę okoliczność, ale poczytałam wasze blogi. Tak pieknie pisaliście, tak mi łzy płynęły... Tyle ciepłych słów... Pomyślałam, że już się nie wzniosę ponadto co zostało powiedziane... Nie mam nic do dodania. Wymiękam... Lepiej pójdę do kuchni i zostawię w niej całą moją czułość i tkliwość. Na codzień brakuje mi na tą kulinarną troskę czasu. 

Wyczarowałam takie proste "cóś":

polędwiczki przekładane plasterkami bakłażana i cukini, owinięte plasterkami boczusia z niedbale wymieszanymi różyczkami kalafiora i brokuła.



Całość posypana serem tartym i polana sosem beszamelowym. Zapieczona w piekarniku. Mniammm....



Do tego najprostsza sałata ("z tego co pod ręką") skropiona sosem balsamicznym.



I jeszcze prostszy deser: pokrojone sezonowe owoce, wymieszane z owocowym jogurtem. Naprawdę pyszne!



To tyle na dzisiaj. Ściskam was serdecznie. Pozwólcie, ze posiedzę sobie jeszcze na tym murku i pomyślę...

















niedziela, 25 maja 2014

Menton. Wakacyjna perła Francji. Ale tak naprawdę to jest post o ciuchach.




W poprzednim poście obiecałam, że pochylę się nad ciuszkami w kontekście naszej weekendowej (jakiś czas temu) wyprawy na Lazurowe Wybrzeże.  Cóż... Zacznę od tego, że trochę karkołomnym przedsięwzięciem jest próba spenetrowania wybrzeża ( od Saint-Tropez do San Remo, bo taki odcinek sobie założyliśmy) w trzy dni. Karkołomny, ale nie skazany na niepowodzenie. W tym celu, wybraliśmy się, nie tak znów wczesnym rankiem w kierunku włoskiej granicy. Po drodze zatrzymywaliśmy sie niemal co chwilę, bo wszystko było warte uwagi! Szczególnie Monte Carlo, gdzie zabawiliśmy odrobinę dłużej. Pomiędzy Monako i Włochami, ostatnim miastem francuskim jest Menton. I właśnie w tym miejscu przypomina mi się pewne anegdotyczne wydarzenie z czasów licealnych. 




Na pierwszej, powakacyjnej lekcji rosyjskiego, nasz profesor, rusycysta, malarz i zapalony miłośnik sztuki pyta o to jak spędzalismy wakacje. Jedna z koleżanek, zapytana, odpowiada, że była w Chełmnie. Na to zaciekawiony nauczyciel mówi: To się świetnie składa, bo jakoś mi ciągle to miasteczko nie jest po drodze, a wiem, ze jest tam sporo ciekawych rzeczy do obejrzenia. To powiedz nam X. co widziałaś godnego uwagi w Chełmnie! Na to koleżanka spontanicznie: "Eeee, tam panie profesorze! Ciekawego to nic... Jedna restauracja, parę sklepów..."



Tyle mniej więcej mogłabym powiedzieć o Menton! Pogoda tego dnia była jakaś niepewna z rana, co na Riwierze jest rzadkością. Ubrana byłam jak stróż na Boże Ciało: za ciepło i za elegancko o czym dały mi znać bolesne odciski w szykownych pantofelkach pod koniec dnia. Akurat dotarlismy do Menton. Nie było szans na zwiedzanie w takim stanie własnej żony - jak to ujął mąż. Szczęśliwie, przypadkiem, jak to zwykle bywa - znaleźlismy się na ulicy pełnej sklepów. A ze pora była późna, w biegu, nierozważnie dokonaliśmy zakupowych nadużyć, tego wieczoru jeszcze kilkakrotnie. I tyle widziałam Menton... A szkoda, bo:



Jest to piekne barokowe miasteczko u stóp wzgórza przylegające do włoskiej granicy. Panuje tu klimat subtropikalny, ktory zapewnia 316 bezchmurnych dni w roku. To miasto historii i sztuki, a zarazem port morski i kurort turystyczny. 



Hmmm... Koniecznie muszę tu wrócić na dłużej. Może na Festiwal Cytryn (Fete des Citrons), które odbywa się co roku, a rozpoczyna się w lutym. Kto to wie...




 



środa, 21 maja 2014

Dla wszystkich starczy miejsca pod wielkim lazurem nieba.


Lazurowe wybrzeże. Jedno z niewielu takich miejsc na Ziemi, gdzie jest najwieksze zagęszczenie milionerów na metr kwadratowy. Ale tu każdy, jeśli już tu się znalazł, może poczuć się wybrańcem losu. Plaża, morze, lazur nieba i wody, gwarantowane słońce, przyjaźni ludzie - to masz zupełnie za darmo i do oporu! I jeszcze pyszne jedzenie - na każdą kieszeń!
Stąd tytułem mego posta jest parafraza fragmentu utworu pewnego polskiego artysty.

Prowansja... Towarzyszy mi od dziecka. Najpierw w marzeniach. Zanim poczułam zapach lawendy. Zanim nie poznałam jej jeszcze jak tylko wodząc palcem po mapie, bedąc całkiem małą dziewczynką. To drugie miejsce po Podlasiu, gdzie mogłabym się zestarzeć...



Lazurowe Wybrzeże jest nieustanną przygodą. Nasza zaczęła się już na lotnisku. 
Udaliśmy się do wypożyczalni po samochód zarezerwowany na kilka dni pobytu. Wiadomo, na czterech kołach szybciej, zwłaszcza jeśli ma się ograniczony limit czasu, a jednoczesnie chce się przejechać całą Riwierę Francuską - po Włochy. Auto miało byc możliwie małe i tanie. 

Pan z wypożyczalni, po sprawnym wypełnieniu papierów prowadzi nas na parking, wręcza kluczyki i niedbale wskazuje dłonią wypasione auto, "nówka-sztuka", jakby prosto z taśmy zeszło.
- A co tam, dam wam za tę samą cenę tę brykę - śmieje sie do nas - Bienvenue en France! 

Tak zaczyna się nasza kilkudniowa przygoda, właściwie jak sen, bo za parę dni znów jesteśmy w zadeszczonej, zasnutej mgłą Brukseli, jakby tamto wszystko było sennym marzeniem. Nie odczuwam zbytnio, że jestem za granicą, bo strefa językowa ta sama. Oczywiście nasz francuski-belgijski różni się subtelnie od czystego francuskiego. Nasi francuscy przyjaciele nazywają nas "polskimi Belgami". 

Będę jeszcze powracać nieraz do tamtych słonecznych dni, bo chociaż w pigułce, to zwiedzilismy parę wartych obejrzenia i opisania miejsc. Będę powracać wspomnieniami, chociażby po to by przywołać słońce, gdy go znów zabraknie na belgijskim niebie. Pewnie jeszcze jakiś "ołtfit" modowy dla równowagi popełnię, czyli skupię się na szmatkach. Póki co, ten post jest zwiastunem... Zaproszeniem do słonecznej krainy.
Gdy skrobię tego posta, za oknem szaleje burza...
Zostawiam więc was ze zdięciami z Cote d`Azure...











niedziela, 18 maja 2014

Pokonać cierpliwość kamienia.


Dzisiaj porozmawiamy o... kamieniach. Nie tych szlachetnych, które przyprawiają o szybsze bicie serca niejedną kobietę, a w których starożytni upatrywali okruchów boskości. O zwykłym kamieniu będzie mowa. I o niezwykłym człowieku, który ujarzmił, pokonał i uczynił go sobie poddanym.
O niezwykłej fascynacji kamieniem...
O nadzwyczajnej cierpliwości i skromności...
O kreatywności, która rodzi się z braku, a nie z nadmiaru środków...




Pewien człowiek kupił niemały kawał ziemi w pobliskim lesie, niedaleko Bugu, na Podlasiu.
Chciał ogrodzić swoja własność. Ale wyliczył, ze nie stać go będzie na cegły. Ale przecież Bóg nie stworzył świata ubogim. Odwrotnie - uczynił go bogatym w nieograniczone możliwości. Wzrok naszego bohatera padł na leżące w pobliżu wielkie kamienie. Jak okiem sięgnąć było ich wiele... W głowie zaświtała myśl... A gdyby tak...

Zanim odkryła go lokalna i ogólnopolska prasa, pisałam już kiedyś o nim na blogu, w początkach mego blogowania.  Ostatnio pojawił się w galerii poztywnie zakręconych w Teleexspressie, Wujek Jurek Korowicki, bo o nim mowa, buduje od kilkunastu lat w lesie...zamek - "Koronę Podlasia". I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że buduje go... gołymi rękami. Każdy fragment budowli, każdy najmniejszy kamień, każdy element okucia (bo potrafi też robić również piekne metalowe elementy) wyszedł spod jego ręki.




Z zawodu mechanik samochodowy, z wyboru właściciel niewielkiego baru, z zamiłowania społecznik, zaczął budować kamienną budowlę, wlasnego pomysłu, własnego projektu, który pierwotnie powstał narysowany patykiem na piasku...
Na początku nic nie wiedział o kamieniach. Krok po kroku, miesiąc po miesiącu, rok po roku zaprzyjaźniał się z nimi. Jako, że kamień to twarda sztuka, wiedzę o jego własciwościach okupił niejedną raną, niejednym odciskiem. Myślę, że o tym jak niełatwa jest obróbka tego materiału i ile wymaga cierpliwości, może potwierdzić Joasia, z zawodu rzeźbiarka i malarka.




Gdy inni spełniają sie towarzysko, chodzą z kolegami na piwo, lub zwyczajnie nudzą się w naszym maleńkim miasteczku, wujek codziennie, od chyba już kilkunastu lat jeździ do lasu by zajmować się kamieniami i swoja budowlą. Można go tu spotkać o różnych porach dnia. Zna go okoliczna ludność, dzieci i przyjezdni, którzy zatrzymują się, zaintrygowani niezwykłą budowlą w lesie. Przyjazny ludziom, gawędziarz, sprawia, że wszyscy czują się w jego, niedokończonym jeszcze zamku, mile widzianymi gośćmi.



O kamieniach potrafi mówić duzo i pięknie, z tym charakterystycznym błyskiem w oku.
Według niego, to najwspanialszy budulec stworzony przez naturę. Idealny. Dzięki niezwykłym kolorom, wzorom i procesowi powstania, każdy kamień jest unikalny w swojej barwie i kształcie. Ma nieograniczone zastosowanie. Jest trwały i długowieczny. To najbardziej ekologiczny materiał. 
Nie będzie przesadą jeśli powiem, że każdy kamień użyty przez wujka przy budowie przeszedł przez jego uważne ręce; był starannie dobrany, wielokrotnie obrócony w dłoni, dopieszczony...
Wujek Jurek to człowiek, ktory o kamieniach wie wszystko. 
Pokonał je iście kamienną cierpliwością.
I tej cierpliwości wam życzę w sięganiu do gwiazd.
Jak widać warto!
Nigdy nie popełnij grzechu zaniechania zmierzenia się z własnymi, najbardziej śmiałymi marzeniami.
W życiu wszystko jest możliwe. jest to tylko kwestią czasu i cierpliwości. Ta ostatnia niech będzie silniejsza niż kamień.
Miłej niedzieli :)







środa, 14 maja 2014

Niecodziennik Toffinki - Marsz szmat!


Teoretycznie dodaję posty raz na tydzień. Tak niedawno postanowiłam w desperacji, gdy nie mogłam dogonić własnego czasu. Ale może powinnam była być bardziej powściągliwa w deklaracjach, wszak czasem nie można oprzeć się własnym przemyśleniom i aż się prosi podzielić się z wami bardziej lub mniej mądrą refleksją. A życie, tudzież lektura waszych blogów bywa często impulsem i inspiracją.
Roztropniej było mi powiedzieć: nowe posty będą nie rzadziej niż raz na tydzień w sobotę…
Co niniejszym ogłaszam.
Cóż, zacznę od tego, że, nie wiem jak u was, ale u mnie maj jest do d… Pada nieprzerwanie od rana do nocy i wierzcie mi, nie jest to ciepły, wiosenny deszczyk! W krótkiej przerwie między opadami, udało nam się cyknąć parę zdjęć. I bynajmniej niech was nie zmylą okulary przeciwsłoneczne i dość lekkie odzienie wierzchnie (to desperackie zaklinanie wiosny!) Chodzę często w kozakach - nikogo nie gorsząc - i opatulam się jak na zimę! A najbezpieczniej wtedy skryć się w ciepłe brązy i beże. I tu dochodzimy do senda. Chciałam dziś z wami znów beztrosko pogadać o szmatach (a raczej je pokazać). Czyli o czymś lekkim i przyjemnym na przekór ciężkim chmurom za oknem. Takie bla, bla, bla. Jaka pogoda - taki post. Leniwy i zapyziały.

Natchnieniem dla mnie była Róża i nie myślcie, ze jak o ciuchach, to blogerka modowa! W mojej prywatnej kategorii blogów zaliczam Różę do blogerek społecznych. Bardzo jasnym przejrzystym językiem mówi o różnych życiowych sprawach. Nieraz prowokuje, zawsze zmusza do refleksii. Myślę, że z pełną świadomością burzy jaką wywoła - wsadza często przysłowiowy kij w mrowisko.
Jednym słowem bardzo przyjemnie się Różę czyta i uczestniczy w wirtualnych "różanych", nie zawsze różowych, przeciekawych dyskusjach. 



W jednym z ostatnich postów, użyła ona określenia: “marsz szmat”. Pierwszy raz słyszałam taki zwrot i  przyszło mi do głowy, że jest to idealna etykieta do moich postów na temat ubrań, bo nie powiem: mody. Lubię ciuchy, jak niektórzy sport, ogródek, czy jedzenie. Ot, takie małe dogadzanie swoim próżnościom. Lubię, ale nie przeceniam. Popełniam modowe gafy, umiarkowanie śledzę nowości. Trudno więc nazwać mnie modową blogerką, ale “marsz szmat” to jest to!

P.S. Dopiero wasze komentarze uswiadomiły mi genezę tego określenia... I jego znaczenie - użyte w zupełnie innym kontekscie...


Pozdrawiam i do soboty! Proszę was o odrobinę słońca, bo zamarznę w tej krainie deszczowców, choćby wirtualnie, jeden maleńki promyk!

P.S. Różo, mam nadzieję, że nie masz mi za złe, że zainspirowałam się twoim postem zapożyczając jednocześnie to zgrabne określenie. Pozdrawiam!

W dzisiejszym wiosenno-jesiennym spacerowym, polnym marszu szmat wystąpiły:
- kamizelka - Zara,
- bluzka - promod,
- spódnica - Caroline Biss,
- trzewiki, których tu nie widać - CCC 



sobota, 10 maja 2014

Z ziemi włoskiej do Polski...


Stała na tarasie jak na dachu świata mając daleko w dole lazur wody, tak jasny, aż od patrzenia bolały oczy. Po lewej stronie skrzyły się niby kryształkami cukru szczyty Alp, a po prawej jak na dłoni ciągnęła się aż po horyzont “Zatoka miliarderów”. 




Ale jej rozmarzony wzrok spoczął na ogromnym kuchennym blacie, który jak dobrze wyposażony, lśniący kosmiczny statek czekał w bojowej gotowości pośrodku kamiennej kuchni. Z perspektywy tarasu prezentował się wspaniale. Czego tam nie było! Ciężkie, miedziane casseroles i kamionkowe garnki, butelki i flakoniki, skomplikowane kuchenne roboty i proste moździerze do rozdrabniania produktów. Dziesiątki przypraw, bukiety ziół i procesja makaronowych wstążek, według grubości, długości i kolorów, lśnące, sztywne stosy parmezanowych andrutów. Tętniące zapachami serce domu.




 Ach, jakbym chciała mieć taką kuchnię! – splotła z zachwytu dłonie na piersiach.
Cóż, była oszałamiająca wiosna… Świeciło słońce, szumiało morze, w głowie musowało wypite wino. Są sytuacje, gdy mężczyzna traci swój instynkt samozachowawczy i robi coś, czego żałuje przez resztę swego życia…
- Kupię ci taką, chcesz? – zawołał spontanicznie, z ułańska fantazją, ale za chwilę trochę się opamiętał. (Na szczęście nie wypił wystarczająco dużo, by całkowicie stracić głowę) – Ale pod jednym warunkiem.
- ????
- Że w ciągu najbliższych sześciu miesięcy nauczysz się gotować jak rodowita Włoszka – uśmiechnął się do siebie, zachwycony swoją przebiegłością. Wiedział, że to nigdy nie nastąpi, chociaż zważywszy, że entuzjazm żony wcale nie osłabł, z lekka się zaniepokoił. Gotowanie nie było jej najmocniejszą stroną, ale kto ją tam wie! Bywała naprawdę nieprzewidywalna…
- Oczywiście, odpowiednio mniejszą i tańszą... - spróbował zejść z tonu.
- Jasne! - przytaknęła pokornie, lecz ochoczo - Przecież ten stół tutaj jest wielkości całej naszej kuchni!
"Zbyt spolegliwa" - pomyślał – "To nie wróży nic dobrego... Ale nie uprawiajmy czarnowidztwa" - i mimo, że za winem nie przepadał to nalał sobie jeszcze jeden kieliszek…





Po powrocie do domu życie zaczęło się toczyć swoim codziennym rytmem. Urlopowe obietnice straciły blask, a i chęć sprostania kulinarnemu wyzwaniu też jakby przygasła... Aż do czasu...
Podczas ich nieobecności sąsiedzi z wielką troską zajmowali się domem. 
 - Zaprośmy ich na grilla - powiedziała żona do męża - chciałabym się jakoś im odwdzięczyć za tę sąsiedzką przysługę.
- Dobry pomysł! - podchwycił mąż - Tylko może poczekajmy, aż będę miał mniej pracy, bo przecież KTOŚ tego grilla musi zrobić...
Ona podśpiewując spokojnie wyjęła pranie z pralki, rozwiesiła je, nastawiła następne, poszła zmienić pościel na górę, podlała kwiatki i nagle... jak grom z jasnego nieba dotarł do niej sens jego słów i zadał smiertelny cios jej miłości własnej! 
Jak błyskawica spłynęła w dół po schodach i ziejąc ogniem wysyczała:
- Że niby ja nie potrafię grilla?! Że taka marna kucharka jestem??? Jak mogłeś mnie tak zranić! Już ja ci udowodnię! Pamiętasz obietnicę daną mi nad morzem Śródziemnomorskim??? Nie, to ci przypomnę!
Mąż dwoił się i troił. Przywoływał z zakamarków umysłu jej liczne spektakularne osiągnięcia kulinarne na przestrzeni ich wspólnego życia, ale było za późno! Zranienie zbyt głębokie, a krzywda wołająca o pomstę do nieba.



Zafurczały garki, zaświstały noże i tasaki i w godzinę wjechał na stół obiad włoski. No, może niezupełnie włoski, bo przecież trzeba było dokończyć przepyszne kluseczki od mamusi i ogórki małosolne. 

Jedli, aż im uszy się trzęsły! Aż miło było popatrzeć,a perspektywa mojej wypasionej kuchni z każdym obiadkiem nabiera bardziej realnych kształtów. Mąż nie wie, czy bardziej cieszyć się z nowo narodzonego talentu kucharskiego, czy rozglądać się za kredytem na kuchnię w stylu śródziemnomorskim:) A ja... Cóż, zaczynam czerpać niekłamaną satysfakcję z kucharzenia! W dodatku domownicy doszli do wniosku, że takie polsko-włoskie jedzenie bardzo im odpowiada... Daleko mi jeszcze do doskonałości, ale chrzest bojowy już za mną. Na początek zrobiłam im filet cielęcy skropiony octem balsamicznym truflowym. No i staram się mieć w domu zawsze dobry makaron, parmezan i świeże zioła. Jak to się ma, to już resztę skomponuje się z tego co tam w lodówce aktualnie jest, bądź w ogródku i w 15 minut szybki obiad gotowy. Szybki i smaczny. A w razie wątpliwości jest Pogotowie Kulinarne - telefon do koleżanki, która jest skarbnicą tajemnej wiedzy w dziedzinie gotowania. Tak więc teraz od czasu do czasu pokatuję was jakimś swoim przepisem. I biorę was na świadków mężowskiej obietnicy! Słowo się rzekło, kobyłka u płota!




sobota, 3 maja 2014

Pierwsze maje.



Wiem, wiem, że dziś święto 3 Maja, a wczoraj było Święto Flagi... Nie pomyliły mi się daty. Świadomie cofam się dwa dni w moich rozważaniach. A pamięcią sięgam wstecz jeszcze dalej – dwadzieścia parę lat. Pierwsze Maje. Otwierające okres majówek na leśnych polanach i oranżad pitych ze szklanych butelek prosto z gwinta. Dziś już takich oranżad ni butelek nie ma. Święto pracy, nazywane w Belgii żartobliwie – świętem legatów. W ten dzień Belgowie obdarowują się bukiecikami konwalii - taki sympatyczny zwyczaj. Za czasów mego dzieciństwa i młodości w Polsce dzień ten -uświęcony rządowymi paradami. Demonstracja siły i propagandy, w której “spontaniczny” udział był obowiązkowy, a jego brak oznaczał kłopoty. Ustawialiśmy się rzędami po ileś tam osób w rzędzie, zanim kolumny uczniów naszego LO wyruszały radosnym, zwartym szykiem pod trybuny na głównej ulicy miasta. Nikt nie chciał być “skrzydłowym” czyli stać po zewnętrznej. Ci mieli najbardziej przechlapane! Wciskano im w ręce szturmówki i musieli się później z nimi pilnować, czyli po pochodzie wrócić i rozliczyć się z nich w szkole. No i tzw. frontowi z idiotycznymi transparentami na piersiach typu: “Z partią nasz młody ród”. Pozostali, kto choć trochę miał głowę na karku, szukali dogodnego momentu by czmychnąć gdzie pieprz rośnie! Tylko nieliczni dobijali do końca nudnych jak flaki z olejem, propagandowych pokrzykiwań. Jakieś strzępy przemówień miejscowych partyjniaków dochodziły z daleka do naszych uszu, nieświadomych własnego przestępczego zachowania. My - element wywrotowy. Siedzieliśmy w parku liżąc z lubością pierwsze w tym roku lody śmietankowe nakładane metalową łyżką przez Rózię w grubych jak denka od butelek okularach. Zyskały później miano “kujonek”.  Te okulary. A Rózi dawno już nie ma.


Władza ludowa potrafiła się lojalnemu ludowi odpłacić za okazane posłuszeństwo i przywiązanie (“Dyscyplina, towarzysze, żelazna dyscyplina!” Orwell), czyli po części oficjalnej następowało to na co wszyscy z utęsknieniem czekali. Festyn pierwszomajowy.  
I tu się działo! Saturatory, zwane gruźliczankami pracowały pełną parą, wóda lała się strumieniami, muzyka przygrywała do tańca.
Wieczorem szary, zmęczony, choć przez chwilę nie pamiętający o siermiężnej rzeczywistości lud pracujący miast i wsi wracał do swych domów by nazajutrz stanąć ramię w ramię do dalszej budowy socjalizmu. Zrzucał zadeptane obuwie, leczył obolałe stopy i przewracał kartkę w wiszącym na ścianie kalendarzu. 1 Maja – odhaczone.



Dziś nikt mi nie narzuca już jak mam spędzać ten dzień, dlatego w tym roku pojechaliśmy z mężem nad belgijskie morze, przejść się po plaży. I mimo, że niektórzy tęsknią za tamtymi czasami, nie tylko ci co zapełniali partyjne trybuny, ja cieszę się, że nie muszę uczestniczyć w tej żałosnej maskaradzie.
Ale czy to znaczy, że jesteśmy wolni?
Nie. I nigdy całkowicie nie będziemy. W sposób zakamuflowany korporacje przejęły funkcje kontroli nad nami. I znów dobrze jest widziane uczestnictwo we wszelkiego rodzaju spędach, wyjazdach integracyjnych. Już nie hasła o kluczowej roli partii, ale o naszej kluczowej roli w sukcesie spółki i korporacji… I znów przemawiają sloganami. Gadają do nas jakbyśmy byli idiotami.


A jakie są wasze wspomnienia pierwszomajowe? Co wam najbardziej utkwiło w pamięci? 

Zostawiam was ze zdjęciami znad morza i garścią waszych własnych wspomnień i doświadczeń, których chętnie posłucham. Dodam tylko, by tradycji stało się zadość, że moje plażowe ubranko składa się wyłącznie z ciuchów sieciówkowych:
bluzka i bluza dresówka - H&M, spódnica - Esprit, torebka - Promod, buty - CCC

P.S. Zdjęcie flagi zapożyczyłam z sieci.








Zdjęcie poniżej: jak myślicie, kto tu rządzi, a kto słucha? :)




 Ze starej zabudowy nadmorskiego bulwaru ocalał tylko ten jeden domek. Resztę oryginalnych przedwojennych kamienic wchłonęły bardziej rentowne bloczyska. Widać komuś lepiej się opłacało...
Nie tylko w Polsce kwitnie budowlana gangsterka.