sobota, 29 marca 2014

Bliźniak!



Dziś króciutko i na temat. Wszak pogoda za oknem sprzyja opalaniu, a nie blogowaniu. :) 
Trzy, dwa, jeden, start!
Oto bliźniak. Temat w modzie stary jak ona sama. Właściwie kto wie czy ciągle modny: bardziej klasyczny niż ostatni krzyk tejże samej, wokół której tyle wrzawy – zmieniającej się nieustannie. MODY.
Ale nie o ciuchowych bliźniakach jednojajecznych chcę dziś popełnić posta, ale o takich co to się mimochodem odnalazły, zgrały i same zdziwione, że tak dobrze im razem, a wszyscy postronni myślą, że one od jednej matki, (czytaj: z jednego wieszaka) w sklepie pochodzą.
Bliźniak, który wam przedstawiam odnalazł się w korcu ciuchów w mojej magicznej, niekończącej się szafie bez dna, bez przewy wypluwającej ze swoich czeluści jakieś znaleziska.

Najpierw w moje ręce wpadła szara sukienka kupiona dawno temu w Zarze, później dołączył sweterek z JBC – jak ulał! I już nie śmiem ich rozdzielać, wszak rodzeństwo musi być razem! 
Miłej soboty!




środa, 26 marca 2014

Dom przy ulicy Hiszpańskiej.


Dom przy Rue d`Espagne 17 był niezwykłym domem. Rozciągliwy jak z gumy. Przyjazny jak gospodarka odpadami. Pełny po brzegi. Zamieszkały od piwnicy po strych. Przez dom przewijali się ludzie. Bezustannie, choć na krótko. Na ulicy Hiszpańskiej mieszkali głównie Polacy. Nie zmieniał się jedynie Abimbola, sudański zaklinacz deszczu z plemienia Lotuko, mieszkający na parterze, jak również zapach zupy wydobywający się z jego mieszkania nocą. Abimbola od lat był bezrobotny i mógł sobie na nocne gotowanie pozwolić. Odsypiał w dzień, gdy Polacy pracowali, a dom dźwięczał niezmąconą ciszą. On skarżył się na nocne hałasy, a oni na smród jego gotowania. On był wieczny, oni ulotni. Przychodzili, odchodzili. Po miesiącu przywykali do zapachu afrykańskich potraw. On zamykał uszy, oczy, mózg na kłódkę podczas ich sobotnich libacji.
Mógłby napisać niezłą historię tego domu, gdyby tylko pisać umiał. A tak jedynie odfajkowywał kolejne, dziwne kreski na ścianie...
Mieszkańcy domu zgodnie dzielili się sprzątaniem obskurnej klatki schodowej i toalety. Nawet ściany odmalowali na własny koszt za przyniesioną z budowy farbą. Co prawda wściekłym fioletem, ale tylko taki kolor udało im się załatwić i grzechem byłoby wybrzydzać.
W kamienicy na ulicy Hiszpańskiej nawet karaluchy były wspólne. Abimbola  patrzył ze spokojem na desperackie próby wyplenienia robactwa każdego z kolejnych lokatorów. Ich entuzjazm trwał najwyżej kilka tygodni, po czym zaczynali trudną sztukę życia  z nimi w symbiozie.
Maria i Witold nie byli wyjątkiem. Zajmowali niewielki lokal na pierwszym piętrze niczym się nie różniący od pozostałych w tym domu. Po miesiącu zmagań z użyciem wszelkich chemicznych produktów, gdy zdawało sie że karalusza eksterminacja zakończona została sukcesem, nowe osobniki jak gdyby nigdy nic zaczynały przedostawać sie znanymi sobie kanałami przerzutu z sąsiednich, mniej zadbanych mieszkań. Dopóki w jawny sposób nie naruszały ludzkiej autonomii lokatorzy przymykali na nie oko. Ale gdy któryś odważył sie pod osłoną nocy zdobyć policzek Marii, ta z obrzydzeniem wypowiadała im krwawą kapciową krucjatę aż do ostatniego biegającego pancernika. Witold z większym spokojem podchodził do problemu, tłumacząc Marii, że nie ten robak  co ty go kapciem, ale ten co on ciebie...
Karaluchy nie były jedynym problemem lokatorów pierwszego piętra. Z jesienią mieszkanie zaczęło niebezpiecznie puchnąć.
Pierwszy przyjechał wujek Mietek, którego objęła redukcja etatów w Polsce. Ułożyli go na materacu pod oknem i zaczęli szukać pracy. Z ciotką Marylką nie było już tak łatwo. Miała swoje przyzwyczajenia i wymagania. Gdy Tereska z mężem, zanim wnieśli swoje toboły, zapytała Marię:”To co, zarobiliście już na audicę?” , ta zdusiła w gardle przekleństwo, bo właśnie kończyli spłacać długi. Nie mogła odmówić swojej historyczce z podstawówki, która mimo, że dawno przeszła na emeryturę, musiała pomagać dorosłym, bezrobotnym dzieciom. Później dojechała jeszcze jej najmłodsza córka „tylko na wakacje”.  Po skończonych żniwach dołączyła stryjenka spod Ciechanowca, bo co zimą w Polsce robić? Została przez następny rok. Czara goryczy przelała się w Marii i Witoldzie, gdy pewnego dnia zjawił się na progu następny lokator, z rodzinnej wsi Witolda z listem polecającym w dłoni. „A niech tam przycupnie jak jeż w kąciku, zanim nie znajdzie pracy. A was niech Bóg za tę pomocną rękę wynagrodzi” – pisała stara Maciejowa, która Witoldowi była jak rodzona matka. Nie było już wolnych kącików do przycupnięcia,ale Maciejowej Witold w życiu by nie odmówił! Ułożyli więc rzeczonego jeża w łączniku między kuchnią, a prysznicem. Dopóki nie znajdzie pracy.
A pracy było jak na lekarstwo...
Skoro z karaluchami można w symbiozie, to tym bardziej z ludźmi - łudziła się nieśmiało Maria. Podzielili się półkami nie tylko w lodówce, bo każdy z lokatorów miał inny koncept żywienia, oszczędzania i życia w ogóle. Czasami wybuchały konflikty. Ich zarzewiem bywał wyżarty po kryjomu garnek mielonych. Kłócili się i godzili, płakali i śmiali. Tęsknili. W miejscach publicznych popełniali ukradkiem czyny nierządne, zagrożone karą grzywny, bo w pokoju było tylko jedno łóżko. Łóżko było całkiem przyzwoitym meblem z demobilu, choć do spania nadawało się średnio. A jeszcze mniej do kochania. Na dźwięk jęczących sprężyn wyostrzały się zmysły w ciemnościach. Dziewięć par ciekawskich oczu i nastawionych na baczność uszu. Maria i Witold zastygali w półobrocie i już nie mogli usnąć do rana.
Po roku zaczęły się dziwy, jakich ten dom jeszcze nie oglądał. Pod drzwi zajechała limuzyna z numerami korpusu dyplomatycznego. To córka historyczki przeprowadzała się do lepszego świata. Zakochany w niej dyplomata pragnął by została jego żoną. Złośliwie szeptano po kątach, że stary i łysy. A ona odpysknęła zuchwale, że młodego i niezaradnego to ona już w Polsce miała! Stryjence powiesił się mąż z samotności. Jaki niewdzięczny! Sobie raz źle zrobił, a ona z tym wstydem do końca życia żyć będzie musiała. Pakowała graty, połykając łzy. Ciotka Marylka poczuła trzecią już młodość, tańcząc w każdy piątek do białego rana u Włocha na dyskotece. W końcu całkiem ją wywiało i ślad po niej zaginął. Nie zabrała nawet szczoteczki do zębów. Wujek Mietek... Tak, wujek Mietek, którego wszyscy lubili i łagodził wszelkie konflikty... który alkoholu do ust nie brał! Śmiertelnie potrącił go pijany kierowca. Najpierw zebrali wujka z asfaltu, a później zbierali w puszkę pod kościołem na transport tego co z wujka zostało. Mietek zawsze chciał wrócić do kraju.
Nieszczęsny „jeż” z polecenia starej Michałowej, ten to urządził się najlepiej! Poznał odpowiednich ludzi. Poszedł w nieruchomości czy inne interesa. Tego do końca nikt nie wiedział i wolał nie wiedzieć, ani tym bardziej głośno powtarzać. Tereska z mężem wreszcie otworzyli wymarzony interes kiełbasiany, bo byli z zawodu masarzami. A historyczka? Zmarła ze starości.
Maria z Witoldem opuścili żaluzje i usiedli przy stole. Jakoś ta niespodziewana samotność, za którą tęsknili mocno ich przygniotła. Nie było o czym rozmawiać przez kolejne noce. Dłoń już dłoni nie szukała, mimo, że nikt nie wsłuchiwał się w skrzypiące sprężyny łóżka. Jakoś ich to życie wypaliło. Sił starczyło tylko tyle, by pomóc sobie znieść bagaże i rozjechać się zgodnie każdy w swoją stronę. Patron nawet po klucz nie przyjechał, kazał zostawić u Abimboli na dole. Przywykł do tego, że się tak szybko zmieniają. Gdy drzwi zatrzasnęły się po Polakach, czarny człowiek odłożył na chwilę drewnianą chochlę. Odetchnął z ulgą. Beznamiętnie odznaczył następną kreskę na brudnej ścianie i na nowo pochylił się nad garnkiem mamrocząc coś pod nosem.
Abimbola. Afrykański zaklinacz deszczu z plemienia Lotuko. Sudański zaklinacz ludzi.




niedziela, 23 marca 2014

Niecodziennik Toffinki: Europejskie getto okiem mego aparatu.(Odgrzewane kotlety)



Moi kochani, wiecie, że przechodzę żmudny proces transportu postów z "Toffinki" na "Violettkę". Tak łopatologicznie: one by one. Tak więc dziś nie będzie o wiośnie (jak być miało), ani o mojej różowej sukience, ani też o kaczkach, które co roku są gośćmi mego bloga (albo i częściej). Ani nawet opowiadania, które dla was skrobię, bo też dawno już nie było. Dziś będzie o naszej Matce Żywicielce:) Unii Europejskiej.

W ostatni piątek, stojąc w porannych korkach do pracy, uzmysłowiłam sobie, że Unia dziś "szczytuje", a w środę sam Obama ma jeszcze dołączyć do tego szczytowania! W związku z tym nawet odcinek autostrady (dojazdowy, do miasta) był zamknięty. 
Pomyślałam, że to dobra okazja by przypomnieć toffinkowego posta sprzed roku. O Unii Europejskiej właśnie i dołożyć nowe trzy grosze.



Dzielnica Unii Europejskiej. Przestrzeń rozciągająca się pomiędzy stacjami metra: Schuman, Arts-loi i Trone. Ograniczona dwiema ruchliwymi, jednokierunkowymi arteriami: Rue de la Loi i Rue Belliard. W godzinach szczytu stają się nieprzejezdne. Ta dzielnica budzi mieszane uczucia. Została wybudowana na potrzeby Unii Europejskiej z pominięciem jakichkolwiek zasad urbanistycznych. Mieści się tu ponad trzy miliony powierzchni biurowej, ale to i tak za malo dla rozbuchanej do granic możliwości administracji unijnej. 



Przy budowie tej bezdusznej szarej dzielnicy rządziła "wolna amerykanka", której przejawem była dewastacja i całkowite zburzenie ponad stu secesyjnych perełek architektonicznych. W ich miejsce powstały budowle ze szkła i aluminium. Nadal ciągle coś się burzy, buduje, wynajmuje, sprzedaje. Proceder ten był już wielokrotnie opisywany i dyskutowany w różnych mediach. Rozmaite grupy wpływów doprowadzają do ruiny całkiem solidne domy, po to by sprzedać ja grosze zaprzyjaźnionym firmom, a te budują i sprzedają, bądź wynajmują nowe budynki zarabiając fortuny. Ręka rękę myje. 
W weekend ta tętniąca życiem dzielnica zamienia się w wymarłe betonowe miasto. Zamknięte sa sklepy, bary, restauracje. Ta szarość i monumentalność robi przygnębiające wrażenie. 




Belgowie nie darzą sympatią tego miejsca, ani ludzi tu pracujących. Eurokratów uważa się za ludzi izolujących się od innych, wybrańców losu, stanowiących elitę zarozumialców, którym się wszystko należy. Mają swój żargon, rytuały, swój specyficzny sposób spędzania wolnego czasu, nie asymilują się z resztą społeczności. Dzielnica europejska to według Belgów "bezduszna strefa administracyjna", "getto białych kołnierzyków", "apartheid ekonomiczno-społeczny". 
Paradoksem takiej postawy jest to, że wszyscy Unię krytykują, ale każdy chętnie by tam pracował.Jak mi powiedziała kiedyś jedna babka: "Marzeniem każdego Belga jest pracować w Unii".



Tak wygląda weekend w dzielnicy europejskiej, nie uświadczysz człowieka na ulicy, miasto-widmo.



Podobnie jak podczas szczytów europejskich, miasto jest zapchane tylko wtedy, gdy przyjeżdżają do Unii różne grupy protestujące. Rok temu byli to rolnicy. 



Każdy taki protest to ni mniej ni więcej tylko paraliż uliczny stolicy przez dwa dni. Oznacza to, że z pracy będę tego dnia wracać o godzinę dłużej i później niż zwykle jeść kolację, później niż zawsze wyprowadzę psy i później się położę spać. Taka reakcja łańcuchowa.

Ale przyjmuję to ze spokojem. Solidaryzuję się z rolnikami. Za żadne pieniądze świata nie chciałabym wykonywać ich roboty, która nie uznaje zwolnień, urlopów i dni wolnych od pracy. Bo od dojenia krów, nawet za pomocą elektrycznych dojarek, nie ma ulgi. 



Jestem umiarkowaną zwolenniczką Unii. Sama idea nie jest zła, znieśli nam wizy, sporo ludzi znalazło w strukturach unii pracę, chociaż wielu takich, którzy nie powinni byli. Popłynął strumień pieniędzy do krajów członkowskich, również Polski. Ich rozdział, często niemoralny, to już zupełnie inna bajka. 
Wiadomo powszechnie, że aby kasę wyjąć, trzeba było ją najpierw wsadzić, powiem ładniej, dołożyć się do wspólnego korytka. No i problem w tym, że trzeba mieć refleks i mocne łokcie by się do niego później dopchać…
Oddaję sprawiedliwość, nie wszystko jest "be", są powody do zadowolenia. Daleka jednak jestem od zachwytu. Przeraża mnie biurokracja tej instytucji i ogromne koszty utrzymania. Nie wiem czy ten kolos na glinianych nogach nie runie któregoś dnia jak nowa wieża Babel.  



Jest wiele bolesnych spraw, paradoksów. Poprawność polityczna, wołanie jednym głosem, pranie mózgów, na którzy skarżą się ci bardziej myślący. Bo wśród pracowników Unii nie brakuje bardzo inteligentnych ludzi.  Dobrze znam to środowisko. Łączą nas przyjaźnie i kontakty zawodowe. Słucham nieraz ich opowieści i nie mogę się nadziwić. To działa jak dobrze zorganizowana wspólnota, by nie rzec sekta. Takie mam odczucie jak słucham moich rozmówców. Ale może dobre pobory i materialny spokój do końca życia ( czytaj: do końca istnienia Unii) jest wystarczającym powodem by zaprzedać wolność swojej duszy. 

"Pomyśl ile szlachetnych innych celów i marzeń możesz zrealizować dzięki takim poborom" – kusi pracująca tam koleżanka. Ale ja już stara małpa jestem i nie chce mi się na nowo tego wszystkiego uczyć i zdawać egzaminów, bez żadnej pewności, że mi się uda.  Raz już dostąpiłam tego zaszczytu. Jeszcze pare lat temu nie posiadałabym się z radości, każdy ma naturalne dążenie do tego by lepiej żyć, zwłaszcza na progu dorosłego życia, to normalne, ale już nie teraz, nie w momencie, gdzie jestem. Teraz zmieniły się priorytety i ponad wszystko cenię sobie względną niezależność i święty spokój. A także przywilej mówienia, co mi się podoba, bez dbałości o porawność polityczną.

Wolę blogować:) Pisać i odwiedzać was w sieci. :) Miłego weekendu kochani! 




A oto nieliczne odzyskane komentarze:

Lusiunia napisała: Aga, zgadzam się z Tym co piszesz o Unii.
Mądra z Ciebie babka:)

Panna Kropka napisała: jak widzę takie zdjęcia to jako fanka kina różnorakiego od razu widzę , ze ma to potencjał na scenografię katastroficzną ;p budynek na budynku, same szyby .... a drzewka jakieś ? nieee po co nam czyste powietrze O.o Tym co to projektują mózg się do d... przesunął ;p 
Buziaki ;*****

Madzia B napisała: Lubię Twoje zdjęcia i komentarze ;D

Mariusz napisał: Aguś...,kiedy kurcze w końcu wydasz swój przewodnik? ;-)

Korek napisałJa to chyba jakiś odmieniec jestem, bo mnie się nawet podoba :-) Osobiście uważam, że wszystko co szklane, "srebrne" i szare jest ponadczasowe i za 50 lat nie będzie wyglądało na dziwne, a raczej jako normalne. 
Oczywiście zawsze szkoda starych budynków, które ustępują miejsca nowym, ale taka kolej rzeczy

Anna Ul napisałaPorównanie do prl bardzo trafne. Nie lubię takich monumentalnych szklano - betonowych kloców. Już socrealistyczne koszmarki a'la Pałac Kultury mają więcej uroku. Nie dziwie się Belgom, że nie lubią tego miejsca. Ponad to mam podobne spostrzeżenia jak Panna Kropka, zaraz mi się z Falloutem skojarzyło.
Ironią jest w kontekście historycznym czym teraz stało się getto. Kiedys zamykano tam rasowo "gorszych" teraz ci "lepsi" zamykają się przed plebsem. W Polsce tez takich gett nie brakuje wystarczy popatrzeć na osiedla zamknięte. Ot rozlega się chicho historii.

The Dark Passenger napisał: Masakra... Tak to jest, jak nikt nie panuje nad "radosną tfurczością". Tak a propos tematu, to polecam książkę Wanna z kolumnadą, która dokumentuje architektoniczne potworki w Polsce




środa, 19 marca 2014

Wiosna! Ach to ty!


Jej przyjście jak co roku zaskoczyło mnie zupełnie i wprawiło w zachwyt. Nie, żeby przyszła po cichutku, mimochodem. Wybuchła nagle, jak epidemia! Ja po prostu ostatnimi czasy nie widzę jak zmieniają sie pory roku!
To nie najlepiej świadczy o tempie mego życia.  To nie najlepiej świadczy o porach roku. Nagłe przebudzenie, jak zderzenie z uliczną lampą. Trochę nawet bolesne, bo od zapachów i kolorów aż kręci się w głowie.  Wiosna wprowadziła na wybieg nowe suknie kwiatów i przepychu. Prawie już zapomniałam, że jest niekwestionowaną mistrzynią inspiracji. 



I może dobrze sie stało, ze spóźniłam się na zwiedzanie Brukseli z "grupą zorganizowaną". Co prawda, dowiedziałabym się wiele nowego chodząc po muzeum, ale ile bym straciła z niedzielnego popołudnia! A tak, jak uczennica na wagarach poczułam smak przygody. Skoro wiosna to i tarasy (czytaj: ogródki kawiarniane) zapełnione tłumami. Dosłownie po brzegi! Już o tym kiedyś pisałam, że to właśnie w Belgii odkryłam przyjemność (dla niektórych bardzo wątpliwą) spędzania leniwie czasu ciasno siedząc ramię w ramię wsród obcych sobie ludzi. Patrzeć na ulicę, słuchać wymieszanego różnojęzycznego gwaru... Bo przecież jutro może zadeszczyć. Może nie być tak ciepło.  Może powiać lodowaty wiatr znad morza. I pożałujemy, że nie żyliśmy chwilą! W Belgii, gdzie ponad 200 dni w roku bywa deszczowych, każdy słoneczny promień jest na wagę złota! 
Siedzimy sobie więc z moją przyjaciółką U. na tarasie. Sączymy kawę zagryzając gorzką czekoladką. I milczymy. Nie na długo jednak, bo fizyczna bliskość obcych ludzi (zaglądamy sobie w talerzyki) bywa pretekstem do nawiązania sympatycznych znajomosci.



Poznajemy miłą parę ze Stanów. Przebywają w Anglii z powodu swojej pracy i wpadli do Brukseli wypić kawę, połazić po starówce i o 15.00 mają powrotny pociąg. Fizycznie za dwie godziny będą u siebie. Choć tak naprawdę zyskują godzinę z powodu różnicy stref czasowych. Tak planują zwiedzić w pigułce jeszcze Amsterdam, Paryż i inne miejsca w Europie. 



Pod tym względem Bruksela jest fascynującym miejscem do życia, doskonałą bazą wypadową. Opowiadamy im o zabytkach na Grand Placu. Są zachwyceni i pełni entuzjazmu. Wymieniamy się adresami mailowymi. Może w perspektywie dalsze wspólne zwiedzanie. Kto to wie! Żartujemy się i śmiejemy, jak byśmy się znali od lat. W dodatku chłopak ma polskie korzenie, o czym świadczy jego nazwisko, choć nigdy w Polsce nie był i nie zna tego języka. Czas się żegnać bo spóźnią się na TGV ( Train à grande vitesse.) Taka niedzielna, przyjemna, niezobowiązujące znajomość. Po prostu wiosenna:)

* Pierwsze skrzypce zagrał płaszczyk z 3 Suisses i jeszcze więcej wiosny na zdjęciach:)













sobota, 15 marca 2014

Toffinka. Reaktywacja.


Nie-co-dziennik Toffinki

Reaktywuję Toffinkę. Pamiętacie ten blog? Chodzi o zapiski dnia (niecodziennego) z Brukseli. Takie bla, bla, które nieraz ma się ochotę poczytać do porannej kawy zamiast wiadomości - zazwyczaj im gorszych, tym lepszych - niemalże jednakowych na wszystkich telewizyjnych kanałach. Z gotową interpretacją, bo jak wiadomo po co myśleć, skoro odgórnie można zasugerować co należy myślec na dany temat:) Żeby się samodzielnym procesem myslenia nie utrudzić:)

A więc wcale te moje bla, bla, bla nie jest durniejsze od niektórego telewizyjnego bla, bla, bla, no i przynajmniej nie cięte reklamami :)
Tamtej Toffinki nie wskrzeszę, ale spróbuję nie utracić większości artykułów i może uda mi się skopiować nieliczne istniejące tam komentarze. Bedą to takie trochę "odgrzewane kotlety", ale skoro można odgrzać miłość to tym bardziej bloga.

No i jedziemy... Na początek: 
Jest rzeczą ludzką być roztargnionym.
Poszłam do lekarza po skierowanie. Na mamografię konkretnie. Wszyscy straszą rakiem, trzeba dmuchać na zimne, weszło się w pewien wiek, przebadać by trza było to i owo. Już trzy razy brałam to skierowanie, ale jakoś nigdy nie dojechałam. Ba, nawet nie zadzwoniłam by badanie umówić. Niektóre urzędowe papierki giną w mojej torbie bezpowrotnie jak nie przymierzając samoloty i statki w trójkącie Bermudzkim.
W końcu lekarz stracił nadzieję i sam mnie umówił. Nie mogłam nie pojechać w tym wypadku. Szpital flamandzki, uniwersytecki, w ciągłej rozbudowie. GPS odmówił współpracy i jeździłam po olbrzymim placu budowy mając w zasięgu wzroku obiekt, do którego musiałam dotrzeć na 16.00, a do którego nijak nie mogłam dojechać z powodu licznych rozkopów. 


zdjęcie z netu.

"Patrzcie panicku! Mapę wyciągają. Ani chybi o drogę bedą zaraz pytać." - mawiał kiedyś baca na widok turystów. I ja jak ci turyści skapitulowałam, wyłączyłam swoją elektroniczną mapę i musiałam miejscowych o drogę zapytać.
Uff. Wpadłam jak bomba punkt szesnastka do poczekalni. A tam już ze dwadzieścia kobietek siedzi. Gorączkowo się kręcę ale mnie uspokajają, że ... Wszyscy na szesnastą, czyli że jestem dwudziestą pierwsza. Widać "bardak" z porządkiem nie tylko w Polsce. Cóż było robić ( tylko po co wobec tego z pracy sie zwalniałam!)
Usiadłam grzecznie na końcu kolejki i siedzę. Jakby tego było mało, nie wzięłam nic do czytania z pośpiechu. Cholera! No cóż siedzę i patrzę. Na przeciw mnie dwa miejscowe muminki. Starszy i młodszy. Mówiąc dokładniej - Muminki rodzaju żeńskiego, albo Gender po prostu. Ciężko wyczuć. Bezpłciowe jakieś. Wysyłają do mnie sygnały. Widać przyjazne zamiary mają.
Zamachały nóżkami, zafalowały czułkami i uśmiechnęły się powitalnie. Odmachać nie mogłam, bo nogi mam długie, krzesła w poczekalni niskie, mogłam więc jedynie zamrugać oczami w ten sam deseń co one i zrobić banana od ucha do ucha. Zapewne zastanawiacie się, dlaczego ta mowa ciała zamiast normalnej konwersacji? Otóż miejscowe Muminki porozumiewają się szerzej nigdzie nie używanym narzeczem, które jest skomplikowanym zlepkiem różnych germańskich (i nie tylko) słów.
I znów starsza Mumina zafalowała nóżkami i zagaiła do mnie pełnym lokalnym tekstem. Narzecze mam opanowane na tyle, że płynnie, błyskotliwie odpowiedziałam, że niewiele mówię, ale całkiem sporo rozumiem. Jak się mówi wolno i ze zrozumieniem (tego już powiedzieć nie umiałam). Znalazłyśmy zaraz wspólny język, że mamy "honden" i oni też mają "honden" i my te "honden" "wandelen", "ja, ja" "goed, goed", falujemy i bananik.





I tak przy maksimum obopólnej dobrej woli strzeliła godzina w poczekalni, a od tego gadania, aż ramiona bolały. W końcu zostałam wywołana i kazano mi się przygotować. Dobrze, że jeszcze nie ściągnęłam, tego co się zazwyczaj zdejmuje do badania klatki piersiowej, gdyż pan wbił mnie w podłogę stwierdzeniem, żebym tylko...szalik zdjęła. O matko! Będzie mnie skanował przez ubranie??? Tego jeszcze nie grali!
O nie, tak łatwo się nie poddam! Desperacko pierś do przodu wypinam i mówię: "Ja przyszłam mamografię zrobić. P-O-I-T-R-I-N-E! Literuję, obawiając się, że pan miejscowy to pewnie po francusku nie czai. Ale pan doskonałą francuszczyzną odpowiada: "Ja rozumiem co pani do mnie mówi, ale mam tu zapisane przez pani lekarza, że pani koło Czarnobyla mieszka i trzeba pani tarczycę sprawdzić..."
Kurczę, chyba się nie dogadałam z tym panem doktorem. Piąty raz nie pójdę po skierowanie na mamografię. Wyczerpałam już limit na najbliższą pięciolatkę!
Już będąc w samochodzie, dzwoni mąż i pyta o rezultat. 
 - Zamiast piersi zbadali mi tarczycę. - mówię zła
- A jaki wynik? - pyta mąż.
- Na szczęście dobrze. Przy okazji dowiedziałam się, że jestem spod Czarnobyla.

Wracałam noga za nogą (trafniej byłoby: koło za kołem) z powodu ograniczeń prędkości. Przez olbrzymi smog nad miastem nie można jechać szybciej niz 50 km na godzinę, a na autostradzie nie więcej niż 90...

A po drodze zmienili mi krajobraz w bardzo krótkim czasie. Wybudowali takie coś, widoczne z każdej strony. 





środa, 12 marca 2014

Niedziela w kolorze indygo


Niebieski ma tyle odcieni, że tak naprawdę nie wiem czy rzeczywiście jest to kolor, o którym piszę. Ale szalenie podoba mi się ta nazwa, brzmi tak dostojne, majestatycznie.
No więc, w słoneczną, pierwszą taką tej wiosny (przedwiośnia) niedzielę, zapragnęłam spowić się w niebieskości. Prosto, wiosennie i wygodnie, wszak wybieraliśmy się na wycieczkę. Ostatnio odkrywamy na nowo uroki wycieczek tylko we dwoje tym samym przygotowując się do wyfrunięcia naszego pisklęcia z gniazda, które to wyfrunięcie powoli, acz nieuchronnie się zbliża.
Trochę marudziliśmy, jak często w niedzielny poranek, w związku z czym nasza oferta turystyczna została przez wzgląd na ograniczony czas mocno okrojona.
Grzebałam w internecie, w końcu: mam! Coś co na pewno satysfakcjonuje mego mężczyznę.
Toskania Północy.


"Kto chciałby odpocząć wśród zieleni i spokojnego wiejskiego pejzażu, a nie chce oddalać się zbytnio od Brukseli, ten powinien udać się do regionu Pajottenland, zwanego Toskanią Północy. Położony 10 km na południowy zachód od stolicy jest wymarzonym miejscem na niespieszne spacery, leniwe smakowanie dojrzewających w słońcu owoców czy zwiedzanie." - Brzmiała kusząca propozycja. 



Skoro spacer na łonie przyrody, to i psy być muszą. 




Ale dlaczego u licha baba na spacer na szpilkach się wybrała a nie w wygodnych trampkach? 







Na początku ta belgijska Toskania nie zrobiła na mnie większego wrażenie. Zapyziałe na pierwszy rzut oka miasteczko - pierwsze z brzegu do którego zajechaliśmy z autostrady, brudno, przeciętnie... 



Nie wiedzieliśmy, że prawdziwy raj rozpościera się za bramą parku. Olbrzymia domena, której nie byliśmy w stanie przejść od początku do końca. 















sukienka - Esprit,
narzutka - Ciuchland,
torebka - ciocia Jasia :)







Prawie zagoniłam psy na śmierć, uparcie wyznając zasadę: "szczęśliwy beagle to zmęczony beagle", czego jak widać na zdjęciach, moja Tunia nie podzielała wcale, a wcale.  



Szpilek nie mogłam oczyścić z błota - ziemia jest jeszcze bardzo rozmiękczona po deszczach, a małżonek sapiąc stwierdził, że wyczerpał limit spacerów co najmniej na dwie niedziele do przodu. Przy okazji pochwalę się nową fryzurą (zmiany może tylko dyskretnie zauważalne), ale dla mnie bardzo istotne. Dokonała ich moja koleżanka, którą straciłam z oczu na dobre parę lat i tak jak straciłam tak też nagle odnalazłam. Z zawodu nauczycielka, z pasji kosmetyczka, trafem losu - fryzjerka. Nie mogę sie nadziwić jak ludzie różne talenty w łapkach posiadają. Tym bardziej nie mogę sie nadziwić, gdyż: ja + nożyczki = katastrofa.