środa, 26 lutego 2014

"Nie uśmiechaj się kiedy mężczyzna płacze"

"Nie uśmiechaj się, kiedy mężczyzna płacze. Czasem tak już jest, że nie da się inaczej.
Byłbym nawet skłamał, że to deszcz nie moje łzy, ale widzisz sama słońce piękne dziś jak ty."








"Nie wiem, co w takiej chwili mówi się, przecież nie mogę bardziej kochać Cię. 
Ziemia, każdy ocean, deszcz i wiatr w mych ramionach ty, mój świat. 
W mych ramionach ty, mój świat"




"Powiedziałaś, że już nie jesteśmy sami, że pojawił się ktoś trzeci między nami. 
Ktoś ciekawy świata, kto na zawsze zostać chce, ktoś na całe lat ciebie pół, połowa mnie."


Tak... Hanka swoim przyjściem na świat wywróciła go brawurowo do góry nogami. Bezbronność noworodka, niepojęta czułość, najwieksza tajemnica, wobec której większośc z nas miała szansę stanąć. Miłość, której trudno się oprzeć... Stał się Człowiek.  I dotarło do nas, że Ona zawsze w naszych sercach była...ujęta w większym planie, z istnienia którego nie zdawaliśmy sobie sprawy...

I straciliśmy dla niej naszą tożsamość. Nie mamy własnych imion, są tylko rodzice HANI, dziadkowie, ciotki, wujkowie... 

Hanula miała szczęście urodzić się w kochającej rodzinie. Wyczekiwana z radością, odkąd jej obecność pojawiła się w świadomości jej młodych rodziców, znacząc się enigmatyczną plamką na wydruku komputerowym. Witana jak najlepszy z gości. 

Dzielnych ludzi wybrała sobie Hania na rodziców! Wbrew istniejącym, współczesnym tendencjom nie stawiali macierzyństwa na końcu swoich priorytetów, po stabilizacji, karierze, wypasionym samochodzie... Byli zgodni co do tego, że chcą być "młodymi rodzicami" i koncertowo wywiazali się z odpowiedzialności za wypowiedziane słowa i drugiego człowieka. Nie traktując macierzyństwa i ojcostwa jak chwilowego kaprysu.





Hanka w ciągu krótkiego jeszcze życia zdążyła już obronić jedną pracę magisterską, wspólnie z rodzicami napisać drugą i zdać egzamin na prawo jazdy. Jej tata, tuż po powitaniu jej na naszym świecie, prosto z sali porodowej stawił się do obrony magisterki, zapominając, że ma na butach błękitne, szpitalne ochraniacze.



Gdy patrzę na tych młodych z jakim hartem ducha pokonują codzienne przeszkody, borykając się z prozą życia, biorąc diabła konformizmu za rogi, jak konstruktywnie podchodzą do rozwiązywania problemów, to... uśmiecham się... Jestem o nich spokojna...


Po drodze wspólnego bycia pojawią się w ich życiu niejedne "schody", niekiedy ciężkie do pokonania. "Nie zawsze może być kawior" - jak mawia moja znajoma. 

Ale tych dwoje ma za soba potężny oręż, co pozwala mi ufać w to, że nie pozwolą światu podeptać swoich ideałów. Ich bronią i tarczą są: wspólne priorytety, jednakowa wizja RODZINY, nieograniczony optymizm, wiara i konstruktywizm. A także wsparcie najbliższych i miłość, a właściwie na pierwszym miejscu - miłość Hanuli.





Na Hanulę czekał mały lecz czuły kącik w ich ciasnej, wynajmowanej kawalerce. Dziewczynka bezceremonialnie wykopała swoja obecnością zjadacz czasu, czyli telewizor, który zesłano bez żalu na banicję do kuchni. 

Dojechały nawet podusie uszyte serdeczną nitką przez zdolną koleżankę blogerkę: Fabryka Małych Rzeczy. Pozdrawiamy! :)

A Hani życzymy by świat był jej życzliwy, bo pomimo wielu złych ludzi po nim stąpających - to ciągle piękny świat. Wierzę, że Miłość go ocali...



sobota, 22 lutego 2014

Świat zza krat. Post mocno niepoprawny politycznie.


To nie jest post o więzieniach. To nie jest tytuł pewnego filmu. To post o perspektywie patrzenia. Nasza wrażliwość zależy od tego, po której stronie jesteśmy. 

Giną ludzie. Dziś w Kijowie. Jutro gdzie indziej. Patrzymy, współczujemy. Niewiele możemy pomóc. Nasza pomoc jest na małą skalę. Symbolicznie zapalić lampkę na chodniku. Albo w oknie, do czego nawołuje w telewizji premier. Podpisać petycję. Zrobić jakąś zbiórkę.

Ale na wielką skalę świat nie jest bezsilny wobec przemocy.  Światu się nie chce ruszyć palcem. Choć mógłby. Świat w przestronnych brukselskich gabinetach za wypasione gaże ma co innego do roboty. Wytyczne odnośnie krzywizny banana na przykład. Albo sposobu wędzenia mięsa. Bo rożne grupy nacisku nie śpią. Walczą o swoje interesy. 

A na wschodzie - bez zmian...

To znaczy nie, trochę się mylę, krzywdzę brukselskich urzędasów, mówiąc, że nic nie robią. Jest dużo bla, bla. Politycznych dyskusji do nocy i rozkładania na czynniki pierwsze. Śmiertelnie poważnych wywodów śmiertelnie poważnych speców od polityki, spotkań na szczytach zakończonych wystawnymi bankietami. 

A na wschodzie - bez zmian...

I ja nawet się nie dziwię. Trochę pragmatyzmu poproszę. Nikt w Europie nie umrze za Ukraińców. (My też mamy z nimi swoje krwawe epizody).  Jak nikt kiedyś na Zachodzie nie kwapił się umierać za Polskę. Ale chodzi o zwykły ludzki odruch tam gdzie dzieje się krzywda. O reakcję na tę krzywdę. Chyba jesteśmy ostatnim takim durnym narodem co bez wahania nadstawi łep za innych. I za co ja cię tak kocham Polsko! Za ten brak pragmatyzmu? Za tę impulsywność?

Jedząc śniadanie, popijając poranną kawą słuchamy o kolejnych zabitych. Kiedyś gdy nad Wisłą wykrwawialiśmy się samotnie, inni po drugiej stronie świata też pili kawę słuchając mrożących w żyłach wiadomości z niedowierzaniem. Bo taki jest ten świat. I nie o to mam pretensję. Mam pretensję do wielkich światowych organizacji powołanych do stania na straży interesów. Ale na Boga, nie własnych tylko! Dręczy mnie fasadowość wielkich haseł, dręczy mnie obłuda i brak skuteczności tych, którzy skuteczni być powinni, z urzędu niejako. Którzy mają za sobą poparcie innych mocarstw, prawo i oręż. Którzy powołani są po to by bronić. Którzy dysponują środkami. Dręczy mnie to, że milczą i pozwalają sie wykrwawiać. Jaki jest zatem sens ich istnienia? I dlatego nie wierzę w dobre intencje Wielkich Tego Świata. Z ich perspektywy świat wyglada inaczej. Nie jest podzielony żelazem krat.
Dla tych za symbolicznymi kratami każda minuta stanowi o życiu i śmierci. O nieodwracalnosci zdarzeń. Po obu stronach krat czas biegnie inaczej. Inaczej rozkłada się środek ciężkości nadziei. Ona umiera ostatnia. 

Świat nie po raz pierwszy odwraca głowę by nie mieć niestrawności. Jak w 1994 roku w Rwandzie. Gdzie w ciagu stu dni w bestialski sposób wymordowano milion ludzi. Ale ONZ nie dała pozwolenia swoim oddziałom na interwencję. Żołnierze bezsilnie patrzyli... Niektórzy od tych widoków wariowali... Rwanda to niewielkie państewko wciśnięte miedzy potężniejszych sąsiadów. Taka Rwanda to dla mocarstw światowych była pestka. Bułka z masłem. Ale ŚWIAT milczał. Milczał długo pózniej jeszcze. Clinton zabronił używać słowa "ludobójstwo" w stosunku do tego co się tam działo. I łgał jak pies, że Ameryka nie wiedziała o rozmiarze bestialstwa. Jeśli mordowanie 10 tysięcy ludzi na dzień, gwałcenie ostrymi narzędziami kobiet po wcześniejszym ucięciu im rąk by się nie broniły, rozrywanie żywcem dwuletnich dziewczynek, przecinanie maczetami na pół niemowląt - nie jest ludobójstwem, to co nim jest, panie prezydencie? I gdzie są granice człowieczeństwa? 
Analogicznie przypominają mi się słowa innego szefa państwa, który również z uporem maniaka obstaje przy tym, że masowa eksterminacja polskiej inteligencji w Rosji ludobójstwem nie była. 

Szumne nazwy Unia Europejska, Organizacja Narodów Zjednoczonych brzmią dumnie tylko na papierze. Tak naprawdę liczą się ich prywatne interesy, utrzymanie obszarów wpływów. Brakuje im zwykłej ludzkiej empatii.
Bo "świat zza krat" to nie jest ICH świat...

środa, 19 lutego 2014

Nieprzemijający klasyk miejski.


O czym dzisiaj będzie? 

Czekolada, odcienie beżu, skóra i jego mniej sztywny kuzyn zamsz, to nieprzemijający klasyk, miejski luz i szyk zarazem. Stonowane kolory stanowią doskonałe tło dla akcesoriów o bardziej intensywnej barwie lub przeciwnie - dla wszelkich odcieni kremów i bieli. 
To lubimy i tym sie otulamy, zwłaszcza o tej porze roku. I zwłaszcza pod tą szerokością geograficzną.















W sercu dzielnicy unijnej, tuż za plecami unijnych biurowców odkrywamy zaciszną, ślepą uliczkę, jakby to nie było w sercu Brukseli, ale gdzieś na południu Francji.


I jakby to nie była zima, ale wiosna budziła sie do życia, ukryta w zaciszu z dala od świata...




Skoro Unia Europejska, to i spotkanie na szczycie...


Udział wzięli:

- Tunia ze swoją właścicielką,
- przygodny piesek - statysta,
- spódnica - Villa,
- kardigan, T-shirt, ramoneska - Esprit,
- sweterek - Zara,
- botki - Tamaris,
- torba - Cameleon,
- rękawice, komin - Reserved (prezent od Beatki)

The end...

sobota, 15 lutego 2014

Let`s go! Galgo`s Dream Belgium...


A gdyby tak... pobiec na pomoc bez zastanowienia, spontanicznie, jak odruch podrapania się za uchem, gdy swędzi... Bez wyważania racji... Bez wątpliwości czy aby nie oszuści... Bo tak wielu już wystawiło naszą dobroć na próbe naiwności...
 Przyznaję, czasami brak mi tej spontaniczności, która każe natychmiast wskoczyć w ogień, bez wahania otworzyć dłoń. Dławiący odruch zawstydzenia własną otwartością.
Bo co innego.

...Sznur samochodów w ulicznym korku. Patrzymy wszyscy na pijaka śpiącego na brzegu trawnika. Odpędzając od siebie natrętną myśl, że może to ten jeden na tysiąc, co nim nie jest. Zielone światło nie uruchamia strumienia ruchu, bo oto jeden bez wahania wyskakuje ze swego auta, podbiega, budzi, sadza, pyta, czy wszystko w porządku... Blokuje przejazd.

Człowiek na trawniku, wytrącony z letargu, mamrocze, burczy pod nosem, niezadowolony...
A jednak pijak... 

Oddychamy z ulgą - bezwolni obserwatorzy ulicznego wydarzenia, że jednak nasza znieczulica ma na imię racjonalność. Usprawiedliwieni wobec siebie i świata. Zniecierpliwieni trąbią na naiwniaka altruistę. 

Mam cichą nadzieję, że choćby tysiąc nas na niego trąbiło, następnym razem też bez wahania wyskoczy na środku ulicy ze swego samochodu - może kogoś uratuje naprawdę. 
Zadziwi nas - racjonalnych, bezwolnych tchórzy.
Jeden wśród nas autentyczny...


Czy zauważyliście pewną prawidłowość? Ci, którzy nigdy nikomu nie pomogli - pierwsi rwą się do krytykowania tych, którzy to robią. Ratujesz koty, psy - lepiej byś ludzi ratował! - wydymają usta. Pomagasz ludziom jak potrafisz, oni inaczej widzą zagospodarowanie środków i zawsze mają lepsze pomysły.

A ja myślę, że nieważne komu pomożesz wstać - ratujesz kawałek świata wokół siebie. A dla tego uratowanego: człowieka, konia, osła, psa - to jest ich CAŁY świat. 

Let`s go! Pielęgnujmy w sobie wrażliwość. Działajmy, choćby wszyscy powtarzali, że to nie ma sensu!

Jaki związek ma to co piszę ze zdjęciami, które zamieściłam? 

Ano, ma. 
Właściwie okrucieństwo ludzi nie powinno dziwić. Wobec zbrodni względem siebie samych na przestrzeni wieków. Ale chyba dobrze, że nie możemy do tego przywyknąć.
Że wciąż...
Drażni i boli...

Posłuchajcie.

Treść i zdjęcia w załączonych linkach są drastyczne. Prosi się o nie pokazywanie ich dzieciom.

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam te zdjęcia, poczułam wstyd,  że jestem człowiekiem...
Odsyłam was do cytatów i linków, bo jestem zbyt przygnębiona by ująć to swoimi słowami.

"Hiszpańskie charty zwane galgo, podobnie jak inna rasa - podenco, wykorzystywane są do polowań i psich wyścigów. Kiedy przestają być wystarczająco sprawne i szybkie (czyli po ok. 2-3 latach) po prostu są mordowane. Morduje, to niestety za delikatne słowo. Są katowane, torturowane, umierają w powolnych męczarniach. Tylko dlatego, ze nie są już przydatne, ze ich utrzymanie za dużo kosztuje. Galgos to "pianiści". Wieszane na drzewach za szczęki, w agonii przebierają łapami, jakby grały swój żałobny marsz. Są duszone, patroszone żywcem i podpalane.  Trudno w to uwierzyć, ale to niestety prawda."

http://tyrol.salon24.pl/497824,galgo-pianista-wiszacy-na-drzewiegalgo-pianista-wiszacy-na-drzewie




Uwaga, zdjęcia są bardzo drastyczne:

hiszpańskie galgos

Fun page facebook:
GalgosDreamBelgium


środa, 12 lutego 2014

Sint Lambertuskapel. Najstarszy kościół w Heverlee (Louvain)



Moi drodzy! Jak dobrze, że wciąż jesteście. Brakuje mi was, choć może na to nie wygląda. Wiem, bardzo zaniedbałam blogosferę, ale sami wiecie, że oprócz fascynującego, wirtualnego świata, w którym wszystko jest możliwe istnieje, świat realny, bardziej banalny, ale niezwykle absorbujący ze swoimi niecierpiącymi zwłoki ważnymi sprawami. One właśnie mnie dopadły. Te sprawy.

Niektórzy zapewnie nie odnotowali nawet mojego zniknięcia, I słusznie! Ale tym co od czasu do czasu dawali mi motywującego kopa – ślicznie dziękuję. Ciężko jest się pozbierać po dłuższej nieobecności na waszych blogach, ale na dobry początek powracam nowym postem i odwiedzinami u niektórych z was. Zachowuję o was serdeczną pamięć i nawet jeśli to jeszcze troche potrwa, obiecuję, że nie zostawię nikogo bez odpowiedzi. Czekaliście tyle – dajcie mi jeszcze troszkę czasu.




A teraz do rzeczy.
Mieszkam na obrzeżach Brukseli na granicy dwóch zróżnicowanych światów: Walonii (francuskojęzycznej) i Flandrii, do której przynależę administracyjnie. Coraz częściej "Flamacy" mówią, o regionie w którym mieszkam:"To nie jest Belgia". Moi koledzy w pracy, gdy chwalę belgijską Brugię, mówią:"Ona nie jest belgijska. Ona jest FLANDRYJSKA". 

Wierzą w to, że rozpad malutkiej Belgii na niezależne federacje jest tylko kwestią czasu. Walonowie zaś, pukając się w głowę, nazywają to flamandzkimi mrzonkami.

A ja? Rozdarta między nimi, po środku: równe 15 kilometrów od centrum Brukseli i 10 od flandryjskiego Louvain, który słynie z jednego z najstarszych uniwesytetów katolickich w Europie. Myszkuję, łażę, odkrywam...

Jednej z ostatnich niedziel, na terenie uniwersyteckiego parku w Louvain odkryliśmy najstarszy, romański kościół, a właściwie jego szczątki. Zachowana kościelna nawa została pieknie obudowana ścianami ze szkła. Swiątynia mała, lecz zadbana i schludna. Nie wiem dlaczego myślę, że u nas w tym stanie nie zachowałby się mały, zagubiony w dużym parku kościółek. Z pewnością znalazłby się jakiś wandal, który dołożyłby swoje trzy grosze do stanu budowli. Ale może się mylę. Pragmatyczni, w większości niewierzący Belgowie oddają zabytkom należyty im szacunek. Tak jest przynajmniej we Flandrii. W Brukseli na odwrót - widziałam wiele perełek architektury sakralnej bezpardonowo, w przenośni zabitych deskami, zdewastowanych. Zwłaszcza w arabskich dzielnicach. Schludny wygląd romańskiego kościółka w Heverlee zrobił na mnie duże wrażenie. Szacun dla kompetentnych miejscowych władz. 
















wtorek, 4 lutego 2014

"Okryj bieda" i więzienie w dzielnicy Saint Gilles


Tytuł trochę dziwny i jedno się ma nijak do drugiego... Zacznę od "okryj biedy", a skończę na więzieniu. Samo się na koniec wyjaśni.

Każda z nas go ma. Każda jakiś ma. Coś, co dopełni całości ubioru, nada szlachetności zwykłej kiecce, czy blasku elegancji wyjściowej kreacji. Nazywają go w świecie mody kardiganem. Ja nazywam to "coś" "okryj biedą". Moja "okryj bieda" to nie jest taki zwykły kardigan (ponoć klasyczny ma być z guzikami) Mój jest wyprofilowany krojem i układem ściegu, tak, że "robi" talię, kształtuje sylwetkę. Nie posiada też guzików. Pasuje do wszystkich moich śmiesznych, rozkloszowanych sukienek i dodaje ciepełka, gdy wiatr smaga po karku. Ten tutaj - malinowy - pochodzi z Espritu.  Uwielbiam go i polecam każdej sukienkomaniaczce. 
Mam też drugi, beżowy - identyczny kształt, choć marka zupełnie inna (Cassis) i jeszcz jeden - czarny. Beżowy można zobaczyć tutaj: Szwagier - Starszy Brat. A czarny też już przemknął na blogu, ale nie chce mi się go szukać, jeszcze z pewnością nieraz zagości. Nie da się przecież bez niego funkcjonować. 




kardigan - Esprit,
sukienka (jeszcze będzie o niej głośno!) - Morgan,
buty - Avance


Czasami trzeba czasu by ujrzeć coś co zawsze w danym miejscu było. Ubytki w ścianie odsłoniły reklamę sprzed klikudziesięciu lat. 



I na koniec parę ciekawostek zasłyszanych rankiem w radiu, w drodze do pracy. 
Jest pomysł by belgijscy więźniowie zarabiali na swój pobyt w więzieniu, a nie tak jak teraz odkładaja sobie pieniążki na bok, a żyją na koszt podatników. Hmmm, myślę, że to może być niezłe rozwiązanie, co wy na to? Innym tematem dyskutowanym przez polityków jest utworzenie oddziałów ochotniczej policji, jak to jest z ochotnicza strażą pożarną. 
Przejdzie, czy nie przejdzie?

Poniżej: jedno z dwóch znanych mi brukselskich ośrodków odosobnienia. Jest to piękny zameczek położony w secesyjnej dzielnicy Saint Gilles. Został zbudowany w 1884 roku.

Więzienie ma kształt gwiazdy, co widać dobrze z lotu ptaka. Ma sześć skrzydeł. Otoczone jest wysokim na 6 i długim na 960 metrów murem. Posiada centrum chirurgiczno-medyczne i może pomieścić 560 skazanych. Często w przerwie obiadowej spaceruję wzdłuż jego muru, niedaleko mojej pracy. Oczywiście, po zewnętrznej jego stronie. :)
Co prawda, wnętrze jego nie jest mi obce - mam za sobą epizod pracy resocjalizacyjnej z tutejszymi skazanymi.
Więzienie na Saint Gilles jest mocno przeludnione i przestarzałe, jak prawie wszystkie przybytki tego typu. Mimo to, warunki "odsiadki" w porównaniu z polskimi realiami są komfortowe. Więźniowie - obcokrajowcy modlą się by nie być deportowanym do swego kraju. Pamiętam te czasy, gdy polscy, nielegalni robotnicy też tutaj lądowali. Polscy księża, celował w tym słynny, brukselski ksiądz Dziura, byli łącznikami między więźniem, a rodziną. Przenosili "cywilne " ubrania na deportację do Polski, listy, papierosy i wszystko co mogło złagodzić warunki aresztu. Organizowali pomoc prawną. 


www.lesoir.be

i widziane z lotu ptaka, prawda, że piękny "ośrodek"? 


comitedefensesaintgilles.blogspot.com - 


ww.lesoir.be