piątek, 31 stycznia 2014

Przygody Kajetka cz 2 (cd Bajeczki dla Maksia)


Witam kochanego Makusia i innych moich młodocianych czytelników. Tak kochany, wreszcie ciotka Adusia przelała na papier następny odcinek przygód Kajetka. Pierwszą część można sobie przypomnieć tutaj: KLIK. Natomiast tych co bajek nie lubią od razu proszę o przeniesienie się jednym kliknięciem na "post domowy"

- Dokąd idziemy? – zapytał Kajetek swoja przewodniczkę.
- Nie pytaj, zobaczysz! – nie była zbyt rozmowna. Kajtuś  pociągnął noskiem w kierunku Suni. Pachniała jakoś dziwnie. Kojarzyła się z czymś ciepłym, miłym, czymś o czym śnił w gwiaździste noce popłakując przez sen. Ale nie rozumiał swoim małym rozumkiem co to mogło być. 

Wędrowali tak dobrych parę dni. Czasami piesek buntował się i odmawiał Suni posłuszeństwa, ale ona karciła go i kpiła sobie:
- No proszę, idź, idź, znajdź tych swoich kochanych właścicieli!
- A żebyś wiedziała, że pójdę i wiem, że to tylko kwestia czasu jak mnie odnajdą!
- Akurat, porzucili cię! - śmiała się szyderczo -Ludziom nie można ufać.
- Nieprawda, nieprawda! – wołał psiak ze łzami w oczach zakrywając łapkami uszy.


Słuchaj – zwróciła się wreszcie do niego zniecierpliwiona. Jej oczy znalazły się naprzeciw jego oczu – Wiem, że w to nie wierzysz, ale ludzie nigdy cię nie znajdą, nie szukają cię!
- Przypomnij sobie jak do nich trafiłeś. - powiedziała najłagodniej jak potrafiła.

Kajetek, zastanowił się drapiąc pazurkiem za uchem. Zaraz... Pewnego dnia zabrano go od mamy pachnącej mleczkiem, zawiązano piekną szeleszczącą kokardę na szyi, wsadzono do kosza i zaniesiono do jakiegoś domu. Pachniało lasem i dobrym jedzeniem, Było tam mnóstwo ludzi! Piesek zsikał się ze strachu na podłogę, ale dzieci, które tam były udobruchały tatę i od razu bardzo go pokochały. To prawda, pan nie był początkowo zadowolony. Marszczył brwi i drapał sie po brodzie. 
- Po co nam pies? – mówił do żony – gdy goście opuścili dom.
- Ciii – uspokajała go – zbudzisz dzieci! Musimy go zostawić, będą niepocieszone.

Kajetkowi mocno zabiło serduszko. Nie miał dobrych przeczuć. Tęsknił za mamą i w nocy rozpaczliwie do niej płakał. Pan był wściekły. Wszystko uspokoiło się nad ranem i później nastały tylko piekne dni. Kajetek rósł radosny, dzieci go kochały i rozpieszczały. Miał piękną czerwoną obróżkę i smycz, był bardzo mądry i szybko się uczył. Nawet pan zaczął na niego patrzeć łaskawszym okiem bo Kajetek codziennie rano przynosił mu gazetę w pyszczku. 
- Jaki mądry piesek! - chwaliła pani. 

Zbliżało się lato.
Pewnego dnia znów do uszu Kajetka doszły jakieś urywane, stłumione rozmowy z kuchni, kiedy dzieci poszły spać. Pani co chwilę przypatrywała się z troską pieskowi, ale nie wróżyło to niczego dobrego. W końcu zaczęli wyciągać walizki i nazajutrz zaczęło się wielkie pakowanie. Wakacje!!! Pojedziemy na wakacje!  - cieszyły się dzieci. Ale zanim to nastapiło, Pan wziął Kajetka na ręce i udali się z Panią samochodem do weterynarza. I wtedy nastapił ten straszny wypadek!


Sunia wysłuchała opowieści malca grzejąc kości w słońcu. Żal jej było tego naiwnego pieska. Ona znała ludzi zbyt dobrze. Nie miała złudzeń ni zaufania w stosunku do nich. 
- Słuchaj mnie uważnie – powiedziała smutno – Zostałeś PO-RZU-CO-NY! Musisz to zrozumieć, zaakceptować i raz na zawsze zapomnieć o ludziach!
- Ale jak, dlaczego? – przecież byłem grzeczny, posłuszny!
- Byłeś niechcianym prezentem, tak?
- Tak!.. Nie!.. Dzieci mnie lubiły!
- Akurat te małe rozwydrzone potwory nie maja tu nic do gadania. Rodzice zatrzymali cię na jakiś czas, a potem, gdy nadarzyła się okazja, pozbyli się ciebie! Wybierali się na wakacje. Byłeś przeszkodą! Ludzie zawsze przed wakacjami pozbywają się kłopotliwych prezentów jakimi jesteśmy my, zwierzęta. Tacy są. Szybko się nudzą.
- Ja, przeszkodą?- piesek położył uszy po sobie, oczka znów zaszły mu łzami. Cały świat zawalił się na jego małą główkę, a drobną piersią wstrząsnął szloch.
- I co teraz, co teraz? – lamentował – Co sam pocznę?
Suni żal zrobiło się tego psiaka.
- Masz mnie – powiedziała łagodnie i dumnie wypięła pierś – Tylko są dwie ważne zasady. Stosuj się do nich, Trzymaj się mnie i słuchaj to nie zginiesz. To zasada numer jeden.
- A druga?
- Nie ufaj ludziom pod żadnym pozorem! Nigdy! Nawet jeśli wyglądają na miłych.
Kajetek chciał zaprotestować, gdy nagle jak na potwierdzenie tych słów posypał się na nich grad kamieni. Nie zauważyli  młodych chłopców, którzy zachodzili ich z dwóch stron strzelając do nich z procy.

- Za mną! - warknęła suka i nie zostawiając Kajetkowi czasu na zastanowienie rzuciła się na jednego z nich odsłaniając groźne kły. Chłopak odskoczył przestraszony dając im droge do ucieczki. Psy biegły jak szalone. W uszach świstał wiatr, goniły ich kamienie i groźne ludzkie okrzyki. Biegły tak co sił w małych nóżkach. Jednocześnie ciała ich wypełniał strach pomieszany z adrenaliną i radością ryzyka. Zatrzymały się dopiero gdy przed nimi wyrosły domy następnej wsi, a ludzie znikli za widnokręgiem.

cdn. buziole:)

niedziela, 26 stycznia 2014

Niedzielny poranek blondynki w wielkim mieście


Jest takie jedno miejsce w Brukseli, które blondynka lubi odwiedzić wczesnym, niedzielnym rankiem. Pisałam o nim wielokrotnie w różnym kontekście. To miejsce między Pałacem Królewskim, a Pałacem Sprawiedliwości. Mimo, że to Grand Place jest perełką tego miasta, to dla mnie osobiście serce Brukseli bije właśnie tutaj. To w tym miejscu jest skupisko muzeów, wszelkich instytucji państwowych i kulturalnych. 
O każdej porze dnia i nocy, a także roku,  tętni życiem, choć nie odczuwa się obecności tłumów dzięki wielkim, otwartym przestrzeniom.  Troszkę dalej, Petit et Grand Sablon, gdzie blondynka zostawiła kawał swojej młodości i najpiękniejsze wspomnienia. Jakby to było wczoraj!
Dlatego wczesnym rankiem, gdy miasto jeszcze śpi po sobotnich uciechach, lubię wykraść się po cichu z domu. Nasycić się energią tamtych miejsc i wrócić do siebie z papierową torba pełną pachnących, chrupiących bułeczek na śniadanie.

Czasami blondynka wykrada się w towarzystwie własnego męża. Takie wyprawy mają szczególny urok. Mąż robi wtedy swojej żonie mnóstwo zdjęć. Snują się bez celu po znanych na pamięć brukowanych uliczkach odnajdując tych dzieciaków pełnych wiary we własne możliwości sprzed dwudziestu lat. I nie mogą się nadziwić jak w pewnej piosence, że chociaż:

"to już było, znikło gdzieś za nami, choć w papierach lat przybyło, to naprawdę wciąż jesteśmy tacy sami".




Plac pomiędzy Pałacem Królewskim, a parkiem zamienia się często w miejsce sezonowych imprez czy wystaw, tym razem jest to Salon Rzeźb Lodowych. Dodatkową atrakcją, z ktorej chcielismy skorzystać była platforma wynosząca zwiedzających na wysokość, myślę, że co najmniej z 10 pięter, z której można podziwiać panoramę Brukseli w promieniu 12 km. Nie bez powodu piszę " chcieliśmy skorzystać", a nie "skorzystaliśmy". Okazało się, że nie możemy robić zdjęć z góry, o co nam głównie chodziło, i wszelki sprzęt fotograficzny trzeba zostawić w depozycie.








Trochę się obraziliśmy na taką dyskryminację i odpłynęliśmy w stronę Place Royale, gdzie na środku na swoim koniu siedzi Gotfryd de Bouillon , któremu poświęciłam oddzielny post (szukajcie w zakładce: "Bruxelles" lub "Belgique")
Tutaj też znajduje się przepiękny kościół Saint Jacques sur Coudenberg.

 







I to jest ta chwila, gdy nic więcej blondynce do szczęścia nie potrzeba w niedzielny poranek. Usiąść sobie na schodach i oglądać jak kolorowy film, potok turystów przepływający przed oczyma... I nigdzie się nie śpieszyć...



Ze schodów kościoła rozciąga się widok na Dolne Miasto...

Ale zaraz, zaraz, to jest jednocześnie post modowy... O sukience będzie jeszcze co najmniej dwukrotnie, więc celowo ją pomijam dzisiaj. Buty, River Woods występowały juz kiedyś, a więc palmę pierwszeństwa oddaje paltocikowi takiemu trochę folk, firmy Desigual, ostatnio bardzo w Belgii popularnej. Ma barwny, fantazyjny design. Wnosi trochę kolorów na szare, zadeszczone (wszak to zima, pora deszczowa w tym klimacie) ulice. Chociaż dziś pogoda była wyjątkowo zachwycająca!














Jeszcze ostatni rzut okiem w lusterko i wracamy do siebie na wieś. Ciągle jakoś tak to surrealistycznie wygląda, że dwa, skrajnie różne moje światy dzieli tylko kwadrans jazdy samochodem. Za chwilę zapomnę, ze byłam w sercu Brukseli, jakbym nigdzie się tego ranka nie ruszała z moich wiejskich opłotków z krowami i kozami pasącymi się za płotem.


Do zobaczenia Brukselo, do jutra...



Nie bez powodu zamieściłam to drugie zdjęcie, na którym po zbliżeniu widać odbijające się w wieżowcu rusztowania. Okolice dzielnicy Unii Europejskiej, to niekończący się plac budowy. Burzy się stare-zupełnie jeszcze nowe i dobre budynki i buduje się jeszcze nowsze...



Gdy piszę ten post jest już głęboka noc... 
Platforma, z której można podziwiać panoramę Brukseli mieni się kolorowymi światłami i przypomina statek kosmiczny...
Dobranoc:)




czwartek, 23 stycznia 2014

One tęsknie czekają na wiosnę...


Czy przyjdzie? I kiedy?...

Życie jest ciągłym czekaniem, a jego towarzyszami: nadzieja i niepewność.
Jakiego koloru jest twoje czekanie teraz? Radosne, niecierpliwe, trwożne, dramatyczne?? A może na nic nie czekasz? Niemożliwe! Zawsze na coś czekamy, dopóki życie w nas, dopóty nadzieja...

Na pierwszy pocałunek, dorosłość, pierwszą pracę, pierwsze ruchy dziecka w tobie, zwyczajnie na wiosnę, jak te rowery; 
na ciasto, które rośnie w piekarniku...
na dzwonek na przerwę, na wypłatę, na to, na chwilę wytchnienia w samotności, bądź zupełnie odwrotnie - że wreszcie nie będziesz sam...

Ja z utęsknieniem, banalnie czekam na weekend, ktory tuż, tuż...

"Widzisz dziew­czynkę w różowej su­kien­ce z pra­wej stro­ny? Tak, tę blon­dynkę. Spędziła długie dnie i no­ce, cze­kając na wy­niki ba­dań. Dos­trzegłeś wzrok tam­tej ko­biety przy sto­liku? Tak, w tej szma­rag­do­wej tu­nice. Mod­liła się do Bo­ga, by jej mąż przeżył ciężką ope­rację. Po­pat­rz na te­go mężczyznę przy ok­nie. Przez niekończące się 13 mi­nut, trzy­mał za rękę swoją żonę, której przed­wcześnie odeszły wo­dy. Spos­trzegłeś trójkę rodzeństwa, którzy pus­to wpat­rują się w drzwi? Oni ze strachem ocze­kiwa­li na te­lefon, który po­wie­działby im, że ich rodzi­ce zginęli w wy­pad­ku auto­karo­wym. 
Wiesz co ich wszys­tkich łączy? Niepew­ność, która wraz z krwiobiegiem ogar­nia całe ciało człowieka. Ten brak wie­dzy, brak pew­ności, że wszys­tko będzie dob­rze..."


(znalezione w necie: http://moblo.pl/profile/canbelieveme)


niedziela, 19 stycznia 2014

Palić głupa, czyli niezawodny sposób na blondynkę.




“Podwładny powinien przed obliczem przełożonego mieć wygląd lichy i durnowaty, tak by swoim pojmowaniem sprawy nie peszyć przełożonego.”

(Piotr I Aleksiejewicz Wielki (1672–1725) – cesarz rosyjski. Twórca imperialnej Rosji.)


Zdarzało się wam załatwiać coś w urzędach publicznych? Stanęliście kiedy oko w oko z bezdusznością pań/panów po drugiej stronie okienka? Zmierzyć się z murem urzędniczych absurdów? O co ja pytam! To nasz chleb codzienny. 
I jaką postawę wówczas przyjmujcie, jakimi argumentami staracie się przechytrzyć aparat lokalnej władzy? 


Pewien wiosenny poranek. Poniedziałek. Zbliżam się do urzędu gminnego w celu załatwienia jakichś papierów. W biurach pouchylane okna. Z jednego z nich, zdaje się, że chodzi o biuro, do którego zmierzam, donośny krzyk. Monolog. Orientuję się, że jednemu z petentów puściły nerwy. Klnie, aż wióry lecą! Ja wam..! Ja was...! Że się nie pozbieracie...! 

Petent z impetem przeleciał koło mnie. Trzasnęły wejściowe drzwi, zatrzęsła się framuga, zapanowała cisza...
Zerkam na panie urzędniczki z poczekalni ponieważ drzwi do biura są uchylone.
Pani A dłubie pilniczkiem w paznokciach zerkając znacząco na panią B. Koleżanka wzrusza ramionami i mówi: "Ale nerwowy... Pewnie żona mu dziś w nocy nie dała"
Na to pani C odpowiada: " Jego strata! Poczeka sobie. Urzędowo mamy czas i nikt nas nie zmusi. Proszę następny. " 


Takie przypadki utwierdzają mnie w przekonaniu, że znacznie skuteczniejszy od sposobu "na pieniacza" jest sposób "na blondynkę". Jeszcze nigdy mnie nie zawiódł. 



Oczywiście nie wszyscy urzędnicy są jednakowi. Nie mówię o tych kompetentnych, życzliwych, rzeczowych, skutecznych, pomocnych widzących w tobie człowieka. Niestety, te pozytywne jednostki giną w morzu ogólnie panującej niekompetencji, arogancji i ignorancji, nazwijmy to po imieniu  - głupocie. 



I gdy widzę w urzędzie napuszoną panią, look z poprzedniej epoki, dla której czas się zatrzymał, a której władza (najczęściej mocno lokalna) do głowy uderzyła, wiem, ze nic tu po mnie i normalną drogą niczego nie załatwię, a siłą mogę sobie więcej zaszkodzić niz pomóc. A w każdym razie potrwa to dużo dłużej.



Dodam, że niektóre z tych twarzy nieskalanych żadnym procesem myślowym, pamietam jeszcze z podstawówki, już wtedy nie rokowały, ale były w odpowiednich, że nazwę to: " strukturach towarzysko-politycznych". Dlatego tym bardziej (nad)używają sobie, ulegając pokusie bycia lokalnym Panem i Władcą: temu dam, temu nie dam, ten za bardzo się handryczy, jak poczeka, to skruszeje...



Używam wtedy sposobu "na blondynkę".  "Blondynka" to jest taki klon zagubiony w świecie przepisów, ma móżdżek wielkości orzecha laskowego, panią z okienka traktuje jak wybawicielkę, mile łechcze jej poczucie próżności wypowiadając np zdanie:" Jestem taka bezradna wobec przepisów...", "Dzięki pani kompetencjom..." "Dziękuję, że jest pani tak uprzejma..." To pozwala zatwardziałej, tępej urzędniczce utwierdzić się w przekonaniu, że jednak na tym świecie jest jeszcze ktoś głupszy od niej, ta żałosna blond petentka; i miłościwie przyśpiesza rzeczy, które normalnie leżakowałyby w szufladzie miesiącami.



Że jestem cyniczna i wyrachowana? Wobec głupoty urzędniczej (patrz cytat z początku posta) cel, zwłaszcza szlachetny uświęca środki.



Z góry przepraszam rzesze bezimiennych wspaniałych urzędników, wśród których jest wiele moich koleżanek i kolegów. 



Sposób "na blondynkę" świetnie sprawdza się też w sytuacjach drogowych, gdy nawali ci samochód. Nie znam faceta, który pozostanie obojętny wobec spanikowanejj blondynki i jej samochodu, który własnie rozkaraczył się na drodze! Przecież na pierwszy rzut oka widać, że ta bieda nie wie nawet co to pasek klinowy! Chciałoby sie zawołać: "Mężczyzno i ty bądź bohaterem w zaistniałej drogowej sytuacji!". Nie znam takiego, który nie stanąłby na wysokości zadania. Nawet jeśli ryzykuje spóźnieniem na obiad do domu. 



"Blondynka" to nasza tajna broń kobieca. I nie chodzi o kolor włosów, ale o stereotypy związane z tym określeniem. Tak, że nawet jeśli jesteś ognistowłosa, czy kruczoczarna, zawsze w krytycznej sytuacji możesz posłużyć się wytrychem: "na blondynkę". Otworzy każde drzwi!









środa, 15 stycznia 2014

Seria domowa





Hej, hej! Z nowym rokiem postanowiłam więcej uwagi poświęcać... DOMOWI. 
W sensie wystroju, różnych ciekawostek z mojej perspektywy. Nie będę zabierać chleba znawczyniom wnętrzarskiej sztuki, bo im do pięt nie dorastam. Nie zamierzam udawać, że jestem autorytetem w tej sprawie, mój blog nie ma takich aspiracji (odsyłam do słowa wstępnego), a ja dostając zadyszki nie biegnę za nowościami. Coś mi się nieraz o uszy obije,uda mi się czasem mimochodem trafić w sedno. Eksperymentuję, popełniam gafy. Ale to moje gafy i moje doświadczenia.  Mój dom jest w każdym calu nieidealny jak ja sama. Ale parafrazując powiedzenie: "Piękne kobiety zostawmy mężczyznom bez wyobraźni", możemy stwierdzić: " Idealne domy zostawmy gospodyniom bez polotu". Nasza kreatywność rodzi się z niedostatku, a nie z nadmiaru. Moja domowa kreatywność jest wypadkową braku odpowiednich pieniędzy, czasu, możliwości. Z tych ograniczeń powstają zaskakujące pomysły. Nawet dla mnie samej.




Ale nie tylko w tym aspekcie będę uprawiać kult domu :) 
Dom to też jednak cztery ściany. Bruksela pełna jest architektonicznych perełek. Nieraz staję w zachwycie, jak wryta, powalona nieprzeciętną urodą jakiegoś budynku. Ostatnio spacerując nieopodal Placu Flagey wzdłuż jeziorka zauroczyła mnie na pozór skromna kamienica secesyjna. Jak wyniosła panna pieknej, subtelnej urody gapiła się noszalancko, beznamiętnie w odbite w wodnej tafli własne lico - pełną finezyjnych detali fasadę. 

Każdy dom to historia: swego pochodzenia, swoich właścicieli. 
Dziś opowiem krótko o jednym z nich. Pomiędzy dwiema stacjami metra Merode i Montgomery stoi niewielka secesyjna kamienica, wciśnięta między wyższe budynki wzdłuż Avenue de Tervuren. Zbudowana na początku XX wieku, w latach 90 stala się symbolem społecznej inicjatywy obrońców dziedzictwa narodowego. W 1991 roku "przepchnięto" decyzję o zrównania z ziemią tego zabytku i zastapienie go nowoczesnym biurowcem. 



Zanim poruszeni polityką miejscowych władz mieszkańcy Brukseli zebrali odpowiednią ilość podpisów przeciw rozbiórce, było.... za późno. Budynek chytrze, po kryjomu został zburzony nocą...

Nie dali jednak za wygraną, zebrali cegiełkę do cegiełki, odrestaurowali zdewastowane elementy i odtworzyli wiernie kamienicę...

Dawny dom lejtenanta Jeana Delannoy odzyskał dawną świetność.

Przy okazji, a jakże stylizacja, czyli "ołtfid". Robione były jeszcze ciepłą porą.






niedziela, 12 stycznia 2014

Zrobiona na szaro



O ile w życiu nie lubię być wystrychnięta na dudka, o tyle stylizacyjnie uwielbiam być zrobiona na szaro. W dosłownym - nie przenośnym - znaczeniu tego słowa. A pogoda sprzyja tego typu kolorystyce. Deszcz popaduje na zmianę z krótkimi przejaśnieniami słońca . Za oknem ni to wiosna, ni to jesień, ale w każdym razie nie przypomina to zimy.
Utulam się w szarość, biorę ją pod rękę, 
Szarość jest bezpieczna.
Szarość jest inspirująca.
Szarość w modzie jest nieprzemijająca, choć w życiu wystarczy kropla światła by ją rozproszyć...
Pisałam o szarościach wiele razy i z pewnością będę do niej wracać cyklicznie.


Bo przecież:
" Biel najlepiej opisać szarością
ptaka kamieniem
słoneczniki w grudniu."




O szarym pięknie pisała Martyna na swoim blogu.



Szary jest kolorem skrywanych emocji i smutku, ale także tolerancji i ciężkiej pracy. To barwa niewidzialności, szara eminencja, odpowiadająca potrzebie równowagi i wyciesznia bez manifestowania uczuć na zewnątrz
Decoratorium



" Czarny, biały i szary to jednocześnie nieobecność i synteza wszystkich barw. Tworzą styl o niezwykłej prostocie, jak gdyby cała złożoność znikła w wyniku destylacji."

Dominique Loreau " Sztuka prostoty"









Tutaj znajdziecie ślady mojej fascynacji szarością w wystroju wnętrz i modzie sprzed dwóch lat. Szarość uwielbia długotrwałe związki z czerwienią, ale też z bielą, turkusem, praktycznie ze wszystkimi innymi barwami.



buty - Reserved; torba - JBC; płaszczyk, szalik - ciuchland; sukienka - de Facto; rękawiczki - Promod

Po powrocie do domu przyłapałam Tunię, zwaną Tutexem na gorącym uczynku, czyli na wylegiwaniu się na paninym miejscu na kanapie. Jednym słowem zrobiła mnie na szaro.