czwartek, 28 listopada 2013

Kwartet jesienny: burgundy i bakłażany



 Loyal Pat napisała wczoraj w nocy, że spadł śnieg. On spadł, a ja... wpadłam w popłoch. Co z moim jesiennym kwartetem niedokończonym?! Może za chwile biały puch spadnie i w Belgii, wszak już sypie po Europie to tu, to tam i będzie po ptakach, jak to mówią. A ja jeszcze dwiema nogami, głową, sercem tkwię w jesieni - smakuję ją, kontempluję, chłonę każdym zmysłem i wcale mi do zimy nieśpieszno...

A więc dziś bez zbędnych słów kwartetu jesiennego część trzecia. Bo bez bakłażanów, śliwek, burgundów nie można uważać sezonu za zamknięty. Kapką jesiennych barw pozdrawiam was serdecznie.

Poprzednie kolory jesienne można odwiedzić tutaj: żółty i czekoladowy










Sweterek i torba niebieska - mały lokalny butik; sukienka 1 - Etam,  sukienka2 - H&M, torebka czerwona - SH, czarny sweter - Sarah Pucini, szalik - Veritas, zamszowe botki - osobisty mąż, drugie kozaki - pojawiały się już wiele razy. 



żegnam nutką - wspomnieniem lata -  na dzisiejszy jesienny dzień.

niedziela, 24 listopada 2013

Szwagier - "Starszy brat"


Szwagier. To taki przyszywany brat, zwłaszcza jeśli nie masz rodzonych braci. A czasami, nawet ktoś ważniejszy.  Szwagier – to też trochę rywal na początku, bo w pewnym sensie ukradł ci starszą siostrę. Do tej pory opiekowała się tobą, była na każde zawołanie, spełniała twoje kaprysy. Za przeproszeniem – reagowała na każde twoje pierdnięcie.
Ale szwagier to też ktoś, kim możesz zaszpanować przed twoimi smarkatymi jak ty koleżankami, kto ma sporo cierpliwości w objaśnianiu ci świata, a czasem nawet wybroni przed siostrą kiedy podprowadzisz bez pytania jej najlepszy ciuch.  
Strategicznie przymyka oczy na twoje kaprysy, co procentuje przychylnością jego dziewczyny. Testujesz go i manipulujesz z premedytacją. Nie jest głupi i widzi twoje szczeniackie gierki. Jest jednak cierpliwy do granic, choć są momenty, że zamiast cukierka to zasadziłby ci z przyjemnością potężnego kopa!
Ale macie też swoje małe sekrety. Jest twoim doradcą w sercowych sprawach (przegania nieodpowiednich kandydatów, czuje się za ciebie odpowiedzialny i pilnuje byś nie wpadła w nieodpowiednie ręce ). Jest twoim przewodnikiem i obrońcą. Alfą i Omegą. Imponuje ci oczytaniem i wiedzą. Właśnie pozyskał w tobie przyszywaną siostrzyczkę i wzajemnie się docieracie.  
Mam dwóch przyszywanych braci  - szwagrów. O młodszym pisałam już bodajże dwukrotnie, raz w kontekscie jego choroby: o tutaj i później tutaj.






Dziś ofiarowuję “postową” laurkę starszemu z “braci”, który miał wielki wpływ na moją osobowość. Nauczył mnie słuchać dobrej muzyki. Zwiedziłam z nim wiele fajnych miejsc. Dobrze zna historię i potrafi barwnie opowiadać. Ba! Nawet tańczyć mnie nauczył! I ciągle potrafi mnie zaskoczyć i wzruszyć!
Chociażby ostatnio, kiedy kazał ściągnąć z manekina sklepowego sukienkę i nie bacząc na cenę kupił ją dla mnie, twierdząc, że to moje klimaty!... (Rzeczywiście: utrzymana jest w stylu trochę zwariowanych kiecek z pogranicza epok ze sklepu : "Mais il est ou e soleil”)
Czasem myślę, że jestem wielką szczęściarą mając tyle serdecznych ludzi wokół. Pielęgnuję wdzięczność, cóż więcej mogę?
Wiem, że szwagrowski nieraz podczytuje bloga. Drogi M. Jeśli teraz czytasz te słowa to cię ściskam i dziękuję, że stanowimy fajną rodzinkę!
















środa, 20 listopada 2013

Wyróżnienie - z podziękowaniem dla Róży



Ostatnio zostałam zaproszona do zabawy przez dwie urocze blogerki: jedną krajową, a drugą - od niedawna - zagraniczną:) Jako, że Róża była pierwsza i jej zaproszenie już trochę dłużej "leżakowało", bynajmniej nie z braku dobrego wychowania lecz z deficytu czasu - przystąpię do zabawy przez nią proponowanej. Nie byłabym soba, gdybym czegoś tam nie zmodyfikowała po drodze. Według reguł tej gry, powinnam napisać o sobie siedem rzeczy, których nie można dowiedzieć się z bloga. 

Nie będę wyliczać, ale spróbuję opowiedzieć.
I będzie to chyba niestety, opowieść o moich wadach. Zresztą ocenicie sami. Zawsze można niektóre z nich przekuć w zalety. 


1)
No dobrze, zacznę od pierwszego mego dziwactwa. Pamiętacie Misia Colargola? Ci starsi blogerzy z pewnością tak. Tym młodym powiem tylko, że to nie jest żadna gwiazda z Facebooka, ale bohater dobranocki. (nie będę tłumaczyć co to jest dobranocka - taki relikt przeszłości z poprzedniej epoki) 
Nie wiem dlaczego zawsze wzruszał mnie do łez, że taki markotny, że klapnięte uszko ma i ... tak jest do dzisiaj. Los Misia C.napawa mnie wielkim smutkiem i ja, dojrzała baba - zalewam się łzami jak wtedy, gdy byłam bardzo małą dziewczynką. Zresztą to pewnie wina umiejscowienia moich oczu na niezwykle podmokłym miejscu.


 2, 3, 4)
Teraz wyrzucę jednym tchem: jestem głucha, ślepa i bez pamięci, oraz strasznie fałszuję, choc kocham śpiewać! To znaczy pamięć mam wybiórczą, jak zjadliwie podkreśla nieraz mój mąż. Ślepa - wielokrotnie uniknęłam rozpoznania swego małżonka nawet z bardzo bliska, raz udało mi się go wziąć za zboczeńca, który nastaje na moje wdzięki (cha, cha). Skończyło się to spektakularną ucieczką przed moim lubym. 
Co do głuchoty - z tym defektem postanowiłam oddać się w ręce specjalisty, który rozpoczął wywiad od zapytania, na jakiej podstawie twierdzę, że jestem głucha.
No, panie doktorze! przecież sobie tego nie wymyśliłam. Mój syn wielokrotnie twierdził, że  strasznie głośno mówię przez telefon, a mój wibrujący ( skrzekliwy) głos rozsadza mu czaszkę, przekraczając dozwoloną liczbę decybeli. I to gdy mówię spokojnie. Gdy sie awanturuję, wchodzę na jeszcze wyższy poziom wibracji.
Pan doktor mnie obejrzał, wsadził mi na uszy słuchawki, zapakował do kabiny i przeegzaminował.
- I co? - zapytałam z nadzieją hipochondryka. 
I nic. To znaczy ma pani pewną patologię słuchu, aczkolwiek ze słuchem nie związaną...
Zawachlowałam uszami, by nie uronić ani słowa. - Cóóóóż.... - powiedział doktor - Pani po prostu słyszy to co chce usłyszeć... 
Oburzona złożyłam sprawozdanie mężowi po wizycie u "usznego".
Mąż wzruszył ramionami - Nie musiałaś płacic 60 euro by poznać tę oczywistą prawdę - Od dawna ci to powtarzam, ale przecież mi nie wierzysz!...
Zmówiły się chłopy przeciwko mnie, czy co?



5)
Jestem dobrym kierowcą ( o jedna zaleta!) i mimo kompletnego braku orientacji w terenie i jakiejkolwiek logiki, zawsze jakimś szóstym zmysłem trafiam do celu. Ale nie lubie tankować (brrr) i trzy razy zdarzyło mi się stanąć...



6)
Miałam kiedyś sklep z biżuterią, stąd moje zamiłowanie do błyskotek.



7)
Można mnie poznać po tym jak zaczynam, a nie jak kończę - niestety. Mam na myśli, że wiele rzeczy oddaję walkowerem, jedynie gdy chodzi o dobro moich bliskich i przyjaciół potrafię być bardzo uparta, waleczna i skuteczna. 



8)
Kocham ludzi starych, dzieci niepełnosprawne i zwierzęta i dla nich mam bardzo dużo cierpliwości. Pracowałam kilka miesięcy w domu starców i ... w więzieniu (to znaczy ze skazanymi z trzech belgijskich ośrodków penitencjarnych) 



9)
Chodzę tylko własnymi ścieżkami... I trzeba to zaakceptować...

Psst... Wyszło 9 punktów... za dużo gadam o sobie:) Dzięki Różo za wyróżnienie mnie. Masz przeciekawego bloga! Nie typuję następnych osób, wszyscy czujcie się zaproszeni do zabawy i dajcie się bliżej poznać. Pozdrówka!

niedziela, 17 listopada 2013

Kwartet jesienny; żołty jak radość :)


Czy w kwartecie jesiennym może zabraknąć żółtego? Ależ nie! Śpieszę więc przedstawić wam jego zalety zanim jesień dokona swoich dni. Bo w zimowym pejzażu na próżno nam go szukać. Będzie istniał w naszej pamięci jako wspomnienie wakacji, ciepłych jesiennych promieni słońca, smaku soczystych owoców. Lubili go nie tylko impresjoniści. Ponoć to ulubiony kolor Konfucjusza. Nie może go zabraknąć w ogrodzie i na talerzu. Żółty dobrze "się sprzedaje", sprawdza się w handlu i relacjach międzyludzkich. Wywołuje pozytywne wibracje w mózgu, który wytwarza więcej "hormonu szczęścia". Przyśpiesza metabolizm. Nie przez przypadek znajduje się w logo wielu znanych firm. Można spotkać go na każdym kroku.






www.bioethics.net 



Tak jest w życiu. 
A w modzie?
Hmmm. W modzie jest z nim trochę trudniej, bo żółty to skomplikowany kolor. Można łatwo z nim przesadzić.
Ma wiele odcieni. Niektóre łatwe do noszenia (jak musztarda), inne trudne do skomponowania. 
Żółty to też kanarkowy, cytrynowy lub nieco spatynowany.Można z nim pokombinować i stworzyć niebanalną kreację. Lubi się z czarnym, brązami, szarościami. Ostatnio jest w łaskach wielu znanych domów mody. Jeśli wielkim łukiem omijasz żółty jako taki, spróbuj pobawić sie dodatkami. To bardzo bezpieczna zabawa i nie ryzykujesz zbyt wiele. 
Pozdrawiam słonecznie.




 








Ach, zapomniałam prawie o szafiarskiej powinności. Mam na sobie:
sweter -Sarah Pacini (http://www.vente-exclusive.com/fr)
golfik - Olivier Strelli (http://www.strelli.be/)
spódnica w grochy - SH,
żółta torebka - Ryłko
musztardowa torba - Tignanello
żółte botki - Inno,
plisowanka - JBC,
czarne buty - Reserved


Coraz częściej lubie przenosić inspiracje modowe na wnętrza i odwrotnie. Oto kilka propozycji wyszperanych w internecie. Okazuje się, żółty we wnętrzu nie taki straszny jak go niektórzy malują.





fotoforum.gazeta.pl


www.udziewczyn.pl


www.dom.pl


www.tecon.pl


www.e-lazienki.pl


czterykaty.pl


czterykaty.pl 


czwartek, 14 listopada 2013

Nie przenoście nam stolicy do Krakowa? :)





Tego miasta nie muszę chyba wam przedstawiać.  Prawie każdy w nim był choć raz w życiu. Dla jednych bliskie, innym obojętne. Ale w tym poście ogólnie chciałam powiedzieć o miejscach, o które otarliśmy się za przyczyną... Za jakąś zawsze przyczyną, która sprawia, że obce zupełnie miasta stają się przyjaznym portem. Zostawiasz tam trochę ciepłych wspomnień, kawałek serca, duszy nawet. Zawsze z czyjegoś powodu... Dla mnie Kraków znów stał się bliski dzięki dwojgu mlodym ludziom, którzy tam uwili swoje pierwsze gniazdko i zapuścili korzenie. A wkrótce powieksza się o jeszcze jedno istnienie. Taka pocztówka krakowska z pozdrowieniami dla Talagów, a od niedawna również dla Widaków. A zdjęcia dla wszystkich, a zwłaszcza tych, którzy nie byli dawno w Krakowie...