czwartek, 31 października 2013

Katedr świat





Niewiele mi potrzeba do zachwytu nad światem. Małe źdźbło trawy na wietrze, zdumione spojrzenie kota, ślad stopy dziecka na piasku. Ale są zachwyty wielkiej miary, gdy dech zapiera i odbiera mowę. Zachwyty, które trudno mi jest opisać słowami. Gdy zastyga się w bezruchu nad dziełem ludzkich rąk. 

Ta katedra w Kolonii wywarła na mnie może jeszcze większe wrażenie, niż jej wspaniała paryska siostra. Nie potrafię jej opisać, ale wspaniale zrobiła to Łucja-Maria Łucja-Maria

Ja oddam mój zachwyt niezdarnym obrazem uchwyconym w kadrze, który jest namiastką rzeczywistości. I słowami piosenki, które zagrały mi w duszy, gdy stanęłam w obliczu dzieła ludzkich rąk.  Sen o potędze i wielkości nas. Ludzi.

Mam nadzieję tam pojechać znowu, już niebawem na świąteczny kiermasz, jeden z najpiękniejszych w Europie. 

Coś jest w tej katedrze co mnie przyciąga i nakazuje powrócić. Pobyć sam na sam w turystycznym tlumie, który wcale nie przeszkadza mi w skupieniu. Wręcz odwrotnie, czuję z nim wspólną, ponadwiekową więź bez względu na światopogląd, religię, bądź jej brak.

Lubię tam zatrzymać kołowrotek czasu. Posiedzieć cichutko. Posmakować szumnego gwaru. Popatrzeć na różne kolory skóry zwiedzających. Wznieść się ponad komercję, odnaleźć sens. I poczuć żywą obecność Boga, jakkolwiek to jest passé.











 "Historia ta z katedrą w tle
w Paryżu wydarzyła się,
(gdy średniowiecza nadszedł kres)
Jest miłość w niej i żądza jest.




Zaś ja, choć czasu minął szmat
- gdy na rozstajach znów jest świat -
historię tę o Notre-Dame
przypomnę dzisiaj Wam.




Strzelistych katedr świat istnieje dalej
Od wieków co dnia
człowiek gwiazd dosięgnąć chce
Przesłanie o potędze swej i chwale
zapisać chce dziś
znów w kamieniu oraz szkle.




Tak dzień za dniem, za głazem głaz,
za wiekiem wiek, wokoło nas
od świtu w trudzie aż po zmierzch
ku niebu pną się zręby wież 




Zaś w ich cieniu piosenką swą
miłość bard sławi ludziom, co
wierzą - wsłuchani w rym i rytm -
w lepszego jutra świt.




Strzelistych katedr świat istnieje dalej
od wieków co dnia
człowiek gwiazd dosięgnąć chce
Przesłanie o potędze swej i chwale
zapisać chce dziś
znów w kamieniu oraz szkle. 






Lecz katedr świat nie może istnieć dalej
bo pod mury miast
barbarzyńców tłum się zbiegł.
Nie sposób trzymać bram zamkniętych stale
Epoki tej zmierzch
nastał nim się skończył wiek
...nim dwudziesty minął wiek."




sobota, 26 października 2013

Kwartet jesienny: czekoladowy



W ostatnią niedzielę wybraliśmy się do Mechelen, miasta biskupów z zamiarem pójścia śladami Beginek. Miałam mocne postanowienie popełnienia postu na temat tych pobożnych, aczkolwiek budzących kontrowersje kobiet. Ale nastąpiła nagła zmiana planów – scenariusz wymknął się spod kontroli i poszedł swoją drogą. A my za nim! Lubimy takie spontaniczne zwroty akcji, prawda?

O belgijskich beginażach napiszę kiedy indziej, jak i na temat bogatego w zabytki Mechelen. Kiedy indziej i wielokrotnie. Obiecuję. Bo jest o czym pisać! 

Ale jesień nie będzie trwać w nieskończoność. I to jej postanowiłam poświęcić cykl postów - jej nieodłącznym barwom. Rozpoczynam jesienny kolorowy kwartet: czekoladowy.




Czekolada to co blondynki lubią najbardziej. Uwaga! Choć używam liczby mnogiej to mówię tylko i wyłącznie w swoim imieniu. Żeby nie było... Doskonale czuję się w czekoladowych barwach, są łagodniejsze niż czerń, która na mnie wygląda smutnawo i podkreśla wszystkie moje niedoskonałości, dlatego absolutnie muszę ją mieszać… hmmm… Ale przecież nie czerń jest bohaterką dzisiejszego odcinka, tylko CZEKOLADA.

Lubię ten kolor na sobie, a na dźwięk jego nazwy moje kubki smakowe zaczynają pracować intensywnie. Bo czekolada dobra jest na smuteczki, jako nagroda, miło jest się nią dzielić, pić gorącą i łamać jej kruche tabliczki, oblizywać ją, gdy topi się w palcach. Niektórzy mówią, że jest lepsza od namiętnego pocałunku. 



Czekoladowe kasztany jesienią i rudo – czekoladowe szeleszczące liście pod stopami… to jesień właśnie… czekoladowa… Elegancka i minimalistyczna. Głęboka i nasycona. Pozdrawiam czekoladowo!
W Mechelen zauroczyły mnie kamieniczki stojące wzdłuż kanału. Chciałam koniecznie je wam pokazać. Oto seria zdjęć z drzwiami kamieniczek w roli głównej, czyż nie urocze?



























Aha! Byłabym zapomniała. W kwartecie jesiennym wystąpiły:
- kamieniczki z Mechelen,
- sukienka: United Color of Benetton,
- stare, poczciwe oficerki,
- torba z Litwy - sezonowa gwiazda moich stylizacji,
- rękawki (będzie o nich kiedyś jeszcze) Sarah Pacini

środa, 23 października 2013

Cztery oddechy - chwila wytchnienia w środku tygodnia



"Weź oddech, a Bóg zbliży się do ciebie. Wstrzymaj oddech, a
Bóg zostanie w tobie. Zrób wydech, a zbliżysz się do Boga.
Wstrzymaj wydech i poddaj się Bogu." -- Krishnamacharya

Jak ważną rzeczą jest oddychanie odkryłam przy okazji nauki pływania. Do niektórych oczywistych prawd dochodzę w dość późnym jak na adepta wieku. To sprawia, że wiecznie jestem światem zadziwiona i ciągle coś odkrywam - moje prawdy oczywiste.



Oddychamy płytko, nie żyjemy uważnie. A nieraz wystarczy szerzej oczy otworzyć, by dojrzeć szereg nowych dróg, których wcześniej nie dostrzegaliśmy. Dróg – dosłownie i w przenośni. Jak te leśne ścieżynki z kapliczką pośrodku, odkryte przypadkiem przez mego syna. A ja przecież przechodzę tamtędy często w ciągu dnia, sama, z psami, jadąc samochodem.  I nie przeczuwałam ich istnienia.



Miło jest usiąść z dala od zgiełku cywilizacji, pomyśleć, głębiej pooddychać:

Wciągnij powietrze licząc do czterech.
Wstrzymaj powietrze licząc do czterech.
Wypuść powietrze licząc do czterech.
Wstrzymaj oddech licząc do czterech.
Jednym słowem - Twoje myśli będą miały większą klarowność i
moc :) Tak przynajmniej obiecuje stronka:”Sekret Życia w Obfitości”, z której zaczerpnęłam 
niniejsze cytaty i ćwiczenie na oddychanie. 



Wierzyć, nie wierzyć, jedno jest pewne. 
Warto zatrzymać się w życiu, warto mieć swoją „świątynię dumania”, warto od czasu do czasu uporządkować myśli, pomodlić się, czy pomedytować, jakkolwiek to nazywa każdy z nas, pobyć w zgodzie z naturą.


Zdjęcia robione były jeszcze wczesną, chłodną wiosną, ale dopiero teraz doczekały się ujrzenia światła dziennego.


 

niedziela, 20 października 2013

Pozazdroscilam!




Pozazdrościłam. Taaaak… Muszę przyznać się do tego uczucia. Poczułam lekkie ziarenko zazdrości widząc cudne, jesienne zdjęcia na waszych blogach. I zachwyciłam się waszym sposobem widzenia Pani Jesieni - najpiękniejszej z modelek. Pomyślałam, że lada moment Ona odejdzie i nie będę miała nic na swoją obronę. Nie będę mogła powiedzieć, że Jej nie widziałam. A Ona z wyrzutem w głosie zapyta szumem wiatru: Gdzie byłaś, gdy do ciebie przyszłam w najpiękniejszej z moich sukni? Gdy pukałam w twoje okna zapachem wrzosów. Drzwi były zamknięte gdy stanęłam na twoim progu z koszem grzybów i owoców. Ty, za tak zwanym życiem, pięknego świata wokół nie widziałaś, nie poświęciłaś mi jednego spaceru, jednego błysku flesza.
Tak, tak właśnie mogłaby przebiegać nasza rozmowa. Zawstydzona, postanowiłam nadrobić braki, łapać Jej oznaki gdzie się da w drodze z pracy i po pracy. By się już do mnie nie mogła przyczepić.

Moje fotki nie są takie wysmakowane jak niektórych z was, ale chwytane w locie skrawki jesieni też mają swój urok 










W krótkim obrazie o Jesieni zagrały:
marynarka - united colors of benetton; bluzka - Promod; chustka - H&M; spodnie - Zara; torba - Litwa; buty - stare, nie pamiętam, kurtka - Spirituel


piątek, 18 października 2013

Lęk. Część czwarta




Poprzednia część "Lęku":  tutaj

Szły gęsiego pokonując kolejne trzeszczące schodki. Ściany klatki schodowej straszyły obdartą, wypłowiałą tapetą. Jej skrawki zwisały smętnie jak pozbawione koloru języki odsłaniając ropiejące pleśnią rany ścian. Po kątach snuły się szare pajęczyny. Półpiętro. Pierwsze, kolejne. Kobiety mijały po drodze nagie, wychłodniałe żarówki, w których dawno wygasło życie. Prawdopodobnie takich żarówek już nie produkowano. Na wysokości trzeciego piętra staruszka nagle się zatrzymała.  Pomacała szczupłymi palcami w załomie muru najwyraźniej czegoś szukając. Jest! Pchnęła ścianę, a ta ustąpiła ukazując mały korytarzyk, na końcu którego znajdowały się jasne drzwi. Przez ich grubą mleczną taflę prześwitywało światło napełniając korytarzyk wirującym, skrzącym pyłem.  Jak droga mleczna. Zanurzyły się w niej obie powoli zbliżając się do drzwi -  źródła  światła. Babcia nacisnęła klamkę, ruchem głowy nakazując dziewczynie pójście za sobą. Drzwi otworzyły się bezszelestnie, jak w zwolnionym tempie. 


Nagły wybuch światła zawirował w głowach. Jakby świat się właśnie narodził. Ciasnota ustapiła przestrzeni. W oczy uderzył blask kryształowych sopli, biel ścian. Pomieszczenie, w którym się znalazły kipiało od ręcznie rzeźbionego szkła i luster, w których słoneczne promienie odgrywały pełne dramaturgii pantomimy. Pod ścianami stały ciężkie, masywne szafy. Biurko wyglądało jakby ktoś przed chwilą od niego odszedł: rozrzucone w nieładzie papiery, cygaro, niedokończony list, urwany w pół słowa, parę zdjęć. Okna. Wszędzie wielkie, wspaniałe okna. To jakiś żart? W głowie dziewczyny pulsowała krew nagłym wzburzeniem.


Rzuciła się w popłochu do jednego, a później drugiego okna. Szarpnęła za wielki skobel, otworzyła je na oścież, wychylając się całą sobą daleko na zewnątrz,  jakby zabrakło jej tlenu. Jakby chciała wyskoczyć. Spłoszony wzrok w panice próbował ustalić jej położenie względem ulicy, znalezć punkt odniesienia. Na przeciw wznosił się duży, może czteropiętrowy budynek, coś jak wielki skład, dépôt, co pozwoliło jej stwierdzić, że znajduje się w sąsiedniej, bliźniaczej kamienicy. Spojrzała pytająco na niepozorną, starsza panią. Ta podeszła do niej, wyjrzała przez okno i wskazując szary budynek, a za nim przytuloną do niego kolejną kamienicę  rzekła udręczonym glosem: „Tak. To też moje. I tamto też. I te domy tutaj. To wszystko jest moje” – zabrzmiało to jak skarga.



Dziewczyna powoli zaczynała odzyskiwać zdolność rozumowania i pojmowania rzeczywistości. Tej rzeczywistości, której istnienia nie przeczuwała dzisiejszego ranka. Świata po drugiej stronie czarodziejskiego lustra. Zaczęła powoli rozglądać się po wnętrzu wielkiego biura, w jakim się znalazły. Rozróżniać przedmioty, dostrzegać szczegóły. Dotknęła dłonią stojącej obok szafy. Jej wnętrze zajmowały ustawione równiutko jak żołnierzyki w szeregu tekturowe obwoluty. Ale to nie były książki. Przyglądała się im uważnie. Staruszka podążyła za jej spojrzeniem.
- To zabawki.
- Zabawki? – głucho powtórzyła za starą kobietą.
- Tak, zabawki. Po wojnie produkowaliśmy z mężem gry planszowe. Chińczyk, warcaby. No wiesz, grają w to dzieci na całym świecie. Karty nawet. Zbiliśmy na tym niezły kapitał. Po śmierci męża musiałam coś z tym zrobić. Ulokowałam w nieruchomości. Bankom nie ufam...
- Niesamowite... – szepnęła dziewczyna – niesamowite...
- Te gry są bardzo cenne – powiedziała z naciskiem staruszka – bardzo...
- Nie dotykaj szafy, nie otwieraj. Niektóre z tych gier to kolekcjonerskie okazy. Białe kruki – popatrzyła na szafę z czułością. Po raz pierwszy mówiła o czymś czule, co nie uszło uwagi młodej Polki.
- Uporządkuj jakoś to wnętrze, zbierz kurze, tylko delikatnie, nie popsuj niczego. Dawno tu nikt nie był. Później wróć tą samą drogą. Nie próbuj myszkować po domu, bo się zagubisz, a ja nie mam zamiaru cię szukać.  – dodała szorstko i za chwilę rozpłynęła się w wirującym kurzu mlecznej drogi. Bezszelestnie, jak zjawa.  
To wszystko było takie dziwne. Nie do ogarnięcia. Dziewczyna osunęła się wzdłuż ściany. Musiała chwilę posiedzieć by zebrać myśli. Kim jest ta kobieta? Kimkolwiek jest, niebo jej ją zesłało. To nie może być przypadek. To nie może być przypadek! Grało w duszy Polki. Nie ma przypadków w życiu. Nie ślepy los, lecz przeznaczenie spowodowało, że ich drogi się przecięły. Jej modlitwy zostały wysłuchane. Po twarzy dziewczyny zaczęły płynąć łzy. Łzy ulgi.
Gdy po paru godzinach wróciła zapamiętaną drogą, w burej, szarej, brzydszej siostrze – kamienicy nic się nie zmieniło. Jakby tamto się przyśniło. Babcia kiwała się w swoim fotelu ze wzrokiem utkwionym w nieteraźniejszość. Półobecna. Jak zawsze. Na stoliku w kuchni leżał odliczony zwitek banknotów – też jak zawsze.
- Merci.
-Au revoir. La semaine prochaine.

Jak zawsze. Beznamiętnie. Jakby nie dopuściła do sekretu. Jakby nie poznała tajemnicy.
Cdn.